Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

 

Andrzej

 

 

Kobieta w szpitalnej rejestracji wychyliła się przez okienko, aby z mieszaniną zaciekawienia i niesmaku obserwować, co się dzieje na korytarzu. Między rzędami łóżek stojących pod ścianą biegał tam i z powrotem mężczyzna z komórką w ręce, co pewien czas zatrzymując się przed drzwiami gabinetu lekarskiego i uderzając w nie pięścią. Kiedy wreszcie wychylił się zza nich zirytowany ordynator, zdenerwowany mężczyzna akurat odwrócił się plecami do niego i krzyczał coś do telefonu, po czym wyłączył go i zamaszyście schował do kieszeni kurtki, potrącając za plecami kroplówkę zdezorientowanego pacjenta. Na widok lekarza wepchnął go do gabinetu i zatrzasnął za sobą drzwi, wkrótce także zaczęły dobiegać ze środka jakieś krzyki i awantury, a po kilku minutach rozjuszony facet wypadł z powrotem na korytarz i jak burza pomknął do klatki schodowej, którą zaczął zbiegać z łomotem w dół. Zespół czynności przypominał serię z karabinu maszynowego. Rejestratorka odruchowo cofnęła głowę, gdy demon zamieszania przebiegał obok, mamrocząc pod nosem słowo „barany”, i niewiele brakowało, żeby się przeżegnała. „Windą byłoby ciszej – pomyślała na odgłos tupotu po schodach. – Ale też wolniej – dodał jakiś inny głos w jej głowie – jemu zaś się chyba bardzo spieszy”. Kiedy kroki trochę ucichły, postanowiła pójść sprawdzić, czy ordynatorowi nic się nie stało. I z ciekawości.

Ostrożnie zapukała do gabinetu i po nieokreślonym mruknięciu zza drzwi nacisnęła klamkę.

– Panie doktorze, wszystko w porządku?

– Tak, pani Jadziu, dziękuję. – Ordynator starał się sprawiać wrażenie opanowanego, było jednak widać, że ręce mu się trzęsą ze zdenerwowania i maskuje to mechanicznym przekładaniem teczek na biurku. – Dam sobie radę.

– Wariat jakiś – zaryzykowała tezę pani Jadzia.

– To podobno policjant. – Ordynator starannie cedził słowa jak krople na uspokojenie. – Twierdził, że pacjentka była pod jego opieką i naraziliśmy ją na śmiertelne niebezpieczeństwo. Był bardzo wzburzony i odnoszę wrażenie, że przekroczył troszkę swoje uprawnienia. Może powinienem napisać pismo do jego przełożonego? Albo chociaż zadzwonić.

– Trzeba na takich uważać, panie doktorze. Teraz ludzie nerwowi jacyś się zrobili, za byle co od razu chcą bić.



Wzruszył ramionami na znak, że się zgadza i nie ma więcej do powiedzenia w tej sprawie. Zdjęła z parapetu puste szklanki po kawie z warstewką czarnych fusów na dnie i papierowym ręcznikiem przetarła blat. Zanim wyszła, odwróciła się jeszcze do ordynatora.

– Ale myśmy ją wypisali regulaminowo, prawda?

– Sama o to prosiła – mruknął, nie podnosząc wzroku znad teczek.

Pani Jadzia westchnęła z ulgą, jakby się jej udało rozwiązać jakiś zawiły problem na swoją korzyść, zabrała tackę z brudnymi naczyniami i wyszła, cicho zamykając drzwi. Lepiej teraz niepotrzebnie nie drażnić ordynatora.

Tymczasem wzburzony mężczyzna zbiegł do głównego holu szpitala, po drodze kupił w kiosku paczkę papierosów, wyjął jednego i włożył do ust, a na głośną uwagę ochroniarza, że cały szpital jest objęty zakazem palenia, machnął ręką i wypadł przez wahadłowe drzwi na parking przed budynkiem. W biegu do samochodu wyjął z kieszeni telefon, nacisnął przycisk szybkiego wybierania i bez powitania warknął, nadal międląc niezapalonego papierosa:

– I co?

Obserwujący go palacze, skupieni wokół wielkiej popielniczki przed wejściem, bez trudu mogli zgadnąć brak satysfakcji z odpowiedzi, ponieważ mężczyzna krzyknął „kurwa!” i podniósł rękę z telefonem, jakby miał zamiar rozbić go o chodnik. Zmitygował się jednak, wepchnął telefon do kieszeni kurtki i wsiadł do granatowego passata. Palacze z braku innych atrakcji przyglądali się całej sytuacji w oczekiwaniu ciekawego dalszego ciągu, widowisko jednak ograniczało się jedynie do nieznacznego kołysania pojazdu, spowodowanego waleniem dłońmi w kierownicę przez siedzącego wewnątrz osobnika. Trwało to chwilę, aż wreszcie mężczyzna uznał widocznie, że kierownica ma już dość, przestał ją okładać, uruchomił silnik i ruszył z piskiem opon. Widzowie spod popielniczki mieli jeszcze nadzieję, że być może najedzie na jeden z betonowych słupków przy wyjeździe albo potrąci wysiadających z autobusu pasażerów, furiat ominął jednak szczęśliwie przeszkody i wyjechał na wąską uliczkę. Silnik ryknął pełną mocą, zatrąbił klakson – i tyle go widzieli. Zawiedzeni palacze zgasili niedopałki i weszli do środka.

Kierowcy na nowohuckich alejach także nie mieli z nim łatwo. Niemal zupełnie ignorował sygnalizację świetlną, torując sobie drogę wciskaniem klaksonu i pokrzykiwaniem przez okno, a gdy tylko pojawił się przed nim prosty i w miarę pusty odcinek, rozpędzał się do samobójczej prędkości i zmieniał pasy, jakby to była gra komputerowa Mortal Race, nie zaś ulica pełna żywych i chcących dalej żyć ludzi. Aleję Bora-Komorowskiego przeciął na czerwonym, omijając straceńczym slalomem hamujące z piskiem samochody. Nie powstrzymały go nawet rozległe i skutecznie broniące się przed reperacją dziury na ulicy Stella-Sawickiego, gdzie nawet doświadczeni kierowcy z respektem zwalniają. Kolejna aleja – Jana Pawła II – zaoferowała mu czerwone światło przed przejściem dla pieszych i przechodzący właśnie przez nie studenci Akademii Wychowania Fizycznego chyba tylko bezpośredniej interwencji patrona ulicy zawdzięczali, że granatowy passat nie wbił się w sam środek ich grupy. Zamiast tego skręcił gwałtownie w prawo i minął ich chodnikiem obok ścieżki rowerowej. Na szczęście następne światło było już zielone. Rowerzyści i piesi z lękiem odsuwali się od jezdni na widok ryczącego pojazdu.

Później był jeszcze tylko zdumiony tramwaj, któremu tuż przed niebieskim pyskiem, wyposażonym w sporych rozmiarów metalowy zderzak, przemknął ciemny volkswagen z jeszcze ciemniejszym kierowcą w środku.

Opałka siedział w swoim gabinecie i na łoskot otwieranych z rozmachem drzwi poderwał się z fotela.

– Co... co ty...?

Andrzej Krzycki bez zaproszenia usiadł na krześle naprzeciw i pochylił się przez blat do zaskoczonego szefa.

– Tadeusz! Trzeba zarządzić poszukiwania, grozi jej naprawdę niebezpieczeństwo! Zarządź blokadę dróg wokół Krakowa i wyślij wszystkie grupy na...

Opałka podniósł rękę do góry jak szaman powstrzymujący złego ducha.

– Chwileczkę! O czym ty mówisz? Czy tobie, Krzycki, już całkiem odbiło? Zanim cię wyrzucę stąd za niesubordynację, może zechciałbyś mi opowiedzieć, co się stało?

Komisarz Krzycki wziął głęboki oddech i zabrał się do relacjonowania wydarzeń. Iza znikła. Wczoraj po południu rozstał się z nią w szpitalu z konkretnym planem, że dziś przyjedzie po nią i zabierze ją do domu. Po dokładnym przebadaniu dwaj lekarze – między innymi zbesztany dzisiaj ordynator oddziału – zgodnie twierdzili, że właściwie nic jej nie jest i po chwilowym osłabieniu spowodowanym nagłym szokiem może wrócić do normalnych zajęć. Andrzej chciał ją zabrać od razu, ale poprosiła, żeby pozwolił jej zostać jeszcze jeden dzień, dopóki nie odzyska trochę sił, żeby móc mu „skutecznie towarzyszyć”, jak się wyraziła. Lekarze nie mieli nic przeciwko temu, została więc w szpitalu. Dziś, zgodnie z umową, przyjechał po nią w południe, okazało się jednak, że Izy nie ma. Według relacji pielęgniarki oddziałowej, poprzedniego dnia zaraz po jego wyjściu poprosiła o wypisanie ze szpitala na własną prośbę – przekonywała lekarza dyżurnego, że to jej prywatna sprawa i tak będzie najlepiej. Podobno powiedziała mu mimochodem, że wraca do Warszawy.

– To gdzie problem?

Krzycki się żachnął, jakby chciał oznajmić: „Nie rób ze mnie debila”.

– Dzwoniłem na jej komórkę sto razy, sto razy dzwoniłem też do jej mieszkania w Warszawie i niewiele mniej razy do redakcji tego tygodnika. Sprawdziłem hotele w Krakowie i okolicy. Tadeusz, nigdzie jej nie ma! Jestem przekonany, że coś jej się przytrafiło. Proszę, nie traćmy czasu!

Inspektor uważnie przyglądał się swojemu podwładnemu.

– Bardzo ci na niej zależy.

– To nie ma teraz nic do rzeczy. Jej coś grozi, jestem pewien. Coś poważnego.

– Może po prostu pojechała gdzieś do rodziny, żeby odpocząć. – Zerknął na Krzyckiego, czy nie zrozumiał tego opacznie i nie ma zamiaru znowu wybuchnąć. – A komórka rozładowała się jej w szpitalu, bo ktoś do niej w kółko dzwonił – dodał ze śmiechem, aby rozluźnić napiętą atmosferę, co się jednak nie do końca powiodło. Andrzej Krzycki kręcił głową.

– Nie, nie, nie! Miała wyjść dziś, umawialiśmy się. Zmusili ją do wypisania się – nie wiem, szantażem czy groźbą. Zrozum, ona została porwana!

Inspektor Opałka chciał coś odpowiedzieć, ale zadzwonił telefon. Podniósł słuchawkę i po przedstawieniu się słuchał kogoś po drugiej stronie, kiwając raz po raz głową i zerkając na Krzyckiego.

– Dziękuję za informację. Jak nazwisko? Tak, tak, zgadza się. Proszę napisać i przesłać bezpośrednio do mnie. Oczywiście, zajmiemy się tym natychmiast.

Kiedy odłożył słuchawkę, usiadł naprzeciw Krzyckiego i wbił w niego surowy wzrok.

– Dzwonił ordynator oddziału z Rydygiera. Po tym, co mi powiedział, powinienem cię właściwie zamknąć i oddać sprawę do prokuratora. Jednak ci odwaliło.

– Posłuchaj, Tadeuszu – Krzycki usiłował grać cierpliwego. – Jedna ekipa do Grobian...

– Nie ma żadnego „posłuchaj”! – podniesionym głosem zawołał inspektor i wstał z krzesła. – To ty teraz posłuchaj. Masz dziesięć sekund, żeby stąd wyjść i zniknąć mi z oczu, dopóki cię nie wezwę. Zrozumiałeś? DOPÓKI NIE WEZWĘ! A teraz zmiataj!

Pokazał Krzyckiemu palcem drzwi. Ten zbierał się z ociąganiem, mamrocząc pod nosem ni to przekleństwa, ni to prośby. Kiedy już minął próg i zrezygnowany ciągnął za sobą klamkę, usłyszał głos przełożonego:

– Weź sobie Bałysia. Tylko bez strzelaniny! – dodał, ale tego ostatniego Krzycki mógł już nie dosłyszeć, ponieważ trzasnął drzwiami i wybiegł na korytarz. Na schodach wyjął komórkę:

– Gdzie jesteś? Dobra, zaraz tam jadę.

Biegł przez hol, nie zważając na mijanych ludzi, dlatego omal nie dobił do wycelowanych prosto w niego wydatnych piersi. Kogo? Oczywiście aspirant Leszczyńskiej.

– Ptaszek wyleciał z gniazdka? – uśmiechnęła się zaczepnie, ale na widok miny Krzyckiego natychmiast odechciało się jej żartów.

Sunął jak pancernik, żelaznym dziobem rozbryzgując na strzępy stawiającą opór rzeczywistość. Posłusznie usunęła się z drogi i dopiero kiedy był już kilka kroków za nią, dodała rzeczowo:

– Nie rób kolejnych głupstw. Proszę cię – rzuciła i na wszelki wypadek schowała się za swoim kontuarem w obawie przed gromiącym spojrzeniem. Komisarz Krzycki się jednak nie obejrzał. Już popychał drzwi wejściowe i znikał za rogiem.

Teoretycznie rzecz biorąc, Iza mogła dobrowolnie opuścić szpital i udać się w sobie tylko znanym kierunku – takiej możliwości Krzycki nie mógł wykluczyć i jakaś niewielka cząstka jego umysłu dopuszczała nawet to rozwiązanie, ale bardzo mała. Zdecydowanie większa część była przekonana o uprowadzeniu i grożącym jej z tego powodu śmiertelnym niebezpieczeństwie. Była to zresztą ta sama część, która za wszelką cenę unikała podejrzenia, że Iza mogła być nielojalna wobec niego. Jeśli zamierzała wyjść i załatwić jakieś swoje sprawy bez jego udziału, dlaczego mu o tym po prostu nie powiedziała? Co jej przeszkadzało zwyczajnie poinformować go, jak to robią dorośli, poważni, nawzajem się szanujący ludzie? Okej, załóżmy, że chciała odejść, uciec. W porządku, ale dlaczego nie zostawiła chociaż krótkiej wiadomości, karteczki, czegokolwiek? Czemu nie odbierała telefonu? Próbował dzwonić z różnych numerów na wypadek, gdyby nie chciała odbierać akurat od niego. Nic. Jak się w ogóle wydostała?

Pytania krążyły wokół niego jak natrętne muchy – opędzał się od nich trąbieniem na kierowców i wykrzykiwaniem przez uchylone okno różnych zoologicznych terminów, czasem z dodaniem czynności. Nagle na widok żółtej naklejki na jednym z samochodów podskoczył. „Taksówkarze!”.

Wyszarpnął obolałą komórkę z kieszeni.

– Ewuniu, skarbie! Która sieć obsługuje szpital Rydygiera? Czego sieć? Taksówek oczywiście! Wiesz, o co pytać? Nie, najlepiej mnie z nim połącz. Co? Wiem, z wiśniami.

Odrzucił aparat na siedzenie i skupił się na kierownicy. Dojeżdżał do Szerokiej.

Lucek siedział w ogólnej kancelarii i z zapamiętaniem stukał palcem w klawiaturę. Była to jedna z jego typowych póz w pracy: wzrok wbity w ekran i uniesione do góry palce, jak u pianisty, które nagle z pasją opuszczał na klawisze, wygrywając jakieś informatyczne galopady. Przy sąsiednich biurkach siedzieli jeszcze trzej inni policjanci, już nie tak obyci z najnowszymi technologiami. Jednym z nich był Rachwalski, który przywitał Krzyckiego spojrzeniem byka. Aspirant Bałyś na jego widok podniósł się jednak szybko i zakrzyknął radosnym głosem:

– Dzień dobry, panie komisarzu! Świetnie, że pana widzę. Właśnie miałem iść coś przekąsić! Pan na pewno też głodny?

Złapał zaskoczonego Krzyckiego za rękaw i dosłownie wyciągnął na korytarz. Szli w kierunku podwórza na tyłach budynku, gdzie niektórzy policjanci popalali papierosy z uczniowskim poczuciem winy. Tutaj również w całym budynku obowiązywał zakaz palenia.

– Lucek, cieszy mnie twoja radość, ale nie mam nerwów na wygłupy.

– Wiem, szefie. To taka zmyła.

– Gratuluję finezji. Co masz? Tylko szybko!

Młodszy aspirant Bałyś rozejrzał się dookoła wzrokiem konspiratora i nachylając się do ucha komisarza, szepnął uroczyście:

– Są nowe fakty. Ostatnio nie zdążyłem panu powiedzieć. Gargulski również chciał się z panem widzieć.

Dopiero teraz do niego dotarło, że wczoraj szef techników chciał z nim koniecznie rozmawiać na osobności i umówili się dziś na spotkanie. Ale nowe fakty? Powinien to zgłosić Bąblowi, a jeszcze lepiej Opałce. On był poza śledztwem, nie musieli mu składać żadnych raportów. Nawet nie powinni. Podzielił się swoimi wątpliwościami z Luckiem.

– Do Gargulskiego dotarło chyba wreszcie, że z tym śledztwem dzieją się jakieś dziwne rzeczy. I nie podoba mu się odsunięcie pana od całej sprawy. Nie rozgadywał się, ale widziałem, że toczy ze sobą jakąś heroiczną walkę. I niewykluczone, że odniesie zwycięstwo – zakończył Lucek uroczyście i podniósł rękę jak rzymski retor.

– Gdzie on jest?

– Niech szef idzie do pana Ludwika na lunch, on tam się jakoś znajdzie. – Lucek spojrzał na zegarek. – Za piętnaście minut powinno być okej.

To trochę krzyżowało plany Krzyckiego, który miał zamiar natychmiast zabrać Bałysia do domu i sporządzić plan poszukiwań. Na komendzie robiło się coraz ciaśniej, trudno było wyczuć, kto jest po której stronie i jakich interesów pilnuje. A już na pewno należało unikać Rachwalskiego. Co do Bąbla – nie miał zdania. Po krótkim wahaniu doszedł jednak do wniosku, że powinien na chwilę wyhamować.

– Dobrze. Idź do biura i czekaj na sygnał ode mnie. Potem przyjedź do mnie.

– Nie, lepiej do mnie! – Lucek zamrugał oczami jak panienka przed pierwszą randką. – Mam musakę.

Krzycki westchnął. Do Lucka było dalej.

– Niech ci będzie.

Weszli z powrotem do budynku i w tym momencie w komórce Krzyckiego pisnął esemes. Rzucił na niego okiem i natychmiast wybrał numer. Lucek Bałyś z powrotem poszedł po schodach do góry, nadal rozglądając się konspiracyjnie na wszystkie strony. Trochę z ostrożności, trochę z nieuleczalnej skłonności do błazenady.

– Dzień dobry. – Krzycki starał się mówić spokojnie i ukryć ścisk w gardle. – Czy pan wczoraj po południu, około godziny siedemnastej, wiózł ze szpitala kobietę w granatowym kostiumie?

– Tak jest, panie komisarzu – odpowiedział rozmówca, jakby byli w wojsku. Widocznie Ewa uprzedziła go, z kim będzie rozmowa, taksówkarz tak więc sobie wyobrażał poprawną odpowiedź. Od razu bez pytania dodał coś o ciemnych włosach i szarej torebce. Ewa nie próżnowała.

– Dokąd ją pan zawiózł?

Odpowiedź zarazem zaskoczyła go i uderzyła swoją oczywistością.

– Do Borku Fałęckiego.

– Była sama? – upewnił się. Tamten potwierdził. – Rozmawiała z kimś przez telefon? Mówiła coś w ogóle?

– Nie, panie komisarzu. Siedziała bez słowa całą drogę i patrzyła w okno. Wyglądała jak kukła. Albo – proszę mi wybaczyć – jak samobójczyni. Wie pan, jak człowiek jeździ tyle lat – dodał wchodząc w zawodową narrację – to różnych wozi i po twarzy poznaje, co za jeden czy jedna. Mówię panu, ta wyglądała jak samobójczyni.

Krzyckiego oblał zimny pot. Znowu się zatrząsł i zaczął nerwowo szukać kupionej w szpitalu paczki papierosów. Została w kurtce w samochodzie.

– Gdzie dokładnie wysiadła?

– No, tam na zajezdni autobusowej. Na pewno szła na autobus, bo jak nawracałem, to mi przeszła przed maską do tablicy z rozkładem jazdy.

– Której dokładnie?

– Trzeciej od dyspozytorni.

Andrzej Krzycki wciągnął głęboko powietrze. Serce mu łomotało.

– Na pewno nic więcej nie mówiła?

– Panie komisarzu, powiedziałbym, jakbym coś miał – zadeklarował uroczyście taksówkarz.

– Dziękuję. Jaki pan ma numer?

Tamten podał swoje dane i chciał dalej mówić, ale Krzycki się rozłączył.

Iza pojechała do Borku Fałęckiego i szukała autobusu na dalszą podróż. Dokąd? Do Grobian? Prawdopodobnie. Tylko po jaką cholerę? Jeżeli została zmuszona do pojechania tam, to dokąd i po co? A jeśli nie pojechała do Grobian, tylko gdzieś dalej?

„Powiedziała, że musi wyjechać z Krakowa” – przypomniał sobie słowa Ewy sprzed tygodnia, kiedy Iza nieoczekiwanie znikła na cały dzień. Pożałował, że nie nacisnął jej wtedy w sprawie tego wyjazdu. Teraz miałby jakiś punkt zaczepienia. A więc jednak nie porwanie. Skąd mu to przyszło do głowy? Opałka miał rację, odbiło mu.

U pana Ludwika jak zwykle panował przyjemny półmrok, sala restauracyjna świeciła pustkami. W powietrzu unosił się ten charakterystyczny aromat przypraw, który Krzycki tak bardzo lubił i który teraz również podziałał na niego kojąco. Przynajmniej trochę. Cisza, muskana jedynie delikatną muzyką zza kotar, także łagodziła napięte nerwy. Krzyckiemu zrobiło się przyjemnie ciepło na duszy. Być może tak wyglądał sekretny plan marketingowy właściciela: przyciągać stałych gości niezawodną pustką i spokojem, bez względu na porę dnia. Byłaby to dość dziwna strategia jak na restauratora, ale Krzycki kiedyś czytał o podobnych lokalach w Nowym Jorku. Dbają o to, żeby nie było za dużo klientów, za to ci nieliczni płacą sporo i z powodzeniem utrzymują cały lokal, w pewnym sensie dla samych siebie. Krakowski Kazimierz to jednak nie Nowy Jork, a ceny z pewnością także nie należały do wysokich. Pan Ludwik był naprawdę ciekawym człowiekiem.

Restaurator, cichy jak okręt we mgle, wyłonił się zza kotary.

– Witam pana komisarza szanownego! A gdzież pan podział piękną towarzyszkę?

Pan Ludwik prawdopodobnie nie zdawał sobie zupełnie sprawy z tego, jak ryzykownej frazy użył, dlatego z niepokojem śledził nagłe spochmurnienie swojego gościa. Jego bystrym oczom nie umknął mroczny cień przebiegający przez sympatyczną twarz policjanta.

– Czyżby kłopoty? Z kobietami, panie Andrzeju, zawsze są jakieś... – zaczął swoim zwyczajem, ale na widok miny komisarza zamilkł.

Krzycki opadł na krzesło w kąciku, gdzie przed kilkoma dniami siedzieli razem z Izą, i z ciężkim sercem przyglądał się pikowanemu oparciu, do którego przylegały jej plecy. Tamta chwila wydawała mu się bardzo bliska, niemal dotykalna w powietrzu drgającym nad stołem od płomienia świecy, a jednocześnie absurdalnie daleka. Wydawała się nieznośnie odległa, chociaż twarz Izy wciąż jeszcze wisiała nad białym haftowanym obrusem jak romantyczny konterfekt, obramowany krawędziami stylowego orzechowego kredensu. Widział jej odrobinę rozchylone usta i szklące się w żółtym świetle oczy, gdy z przejęciem słuchała opowieści pana Ludwika. Patrząc wtedy na nią, snuł rozkoszne myśli o życiu z ukochaną kobietą, które nareszcie otwierało się przed nim jak bramy nowego wspaniałego domu, gdzie zamieszka szczęśliwy po latach bezcelowego lewitowania w obojętnej rzeczywistości, jak embrion w wodach o neutralnym pH. Miał przed sobą – był wtedy absolutnie pewien – jasny i niezakłócony obraz celu i sensu swojego życia, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Wtedy na pewno istniało. Teraz z tamtych planów zostało tylko puste oparcie krzesła z odciśniętym w pluszu kobiecym kształtem, którego być może nigdy już nie dotknie. Nie, to niemożliwe. Ratuj się! Jeszcze nie.

Pokrótce zreferował panu Ludwikowi sytuację, taktycznie omijając pewne szczegóły. Na koniec zdobył się na sarkazm, prosząc o nieskładanie kondolencji, i nalał sobie szklankę zimnej wody. Smakowała chłodem studni. Sam czuł się jak w studni. Jakaś para weszła i usiadła pod oknem. Pan Ludwik, zamiast przyjąć zamówienie od ulubionego gościa, po wysłuchaniu Krzyckiego odsunął sobie krzesło i usiadł, zmuszając je do żałośliwego skrzypnięcia. Wyciągnął przed siebie krótkie ręce i złączył nad obrusem palce obu dłoni, jakby z całego powietrza wykrawał jakąś niewielką całość.

– Drogi panie Andrzeju – zaczął powoli, dobierając uważnie słowa jak człowiek świadom delikatności materii. – Pan wie, co ja przeszedłem, i powiem nieskromnie, że tych przeżyć wystarczyłoby na obdarowanie ze trzech, czterech sympatycznych policjantów, a każdy z nich miałby życie bogate i pełne wrażeń. Nikomu jednak takich doświadczeń nie życzę, o nie! A najmniej to już panu, panie Andrzeju. – Pochylił się ku Krzyckiemu, starając się złapać jego wzrok, który błądził gdzieś między płomieniem świecy a lampionem na suficie, odbijającym mdłe światło w dziesiątkach szklanych paciorków. – Nauczyło mnie to moje życie pokory wobec wszystkiego, a zwłaszcza spraw niezrozumiałych, co mnie biły po łbie jak te kije-samobije. Szukałem prawdy, żeby się bronić – i to był mój błąd. Wie pan, dlaczego? Bo w środku tych najważniejszych rzeczy, powiem panu otwarcie, żadnej prawdy nie ma. I niech się pan na mnie nie gniewa: szkoda pańskiego poczciwego i dobrego – tak, nie waham się tak powiedzieć – dobrego losu na uparte szukanie sensu w odejściu kobiety. Jeśli musiała odejść, niech pan to tak zostawi. Szczerze panu radzę.

Wyprostował się i klepnął delikatnie Krzyckiego w plecy.

– Może zrozumie pan dużo później, o wiele za późno, żeby cokolwiek zmienić. A ból zostanie prawdziwy.

Andrzej Krzycki słuchał jednym uchem, denerwowało go to gadanie. Nie był w nastroju do wysłuchiwania morałów z porannych seriali. „Życie, życie jest nowelą...”

Dupa sałata.

– Jak mówiłem, myślę, że została porwana, i moim zafajdanym obowiązkiem jako śledczego jest odszukanie jej. Tylko tyle, panie Ludwiku. I aż tyle.

Restaurator pokręcił w zadumie głową.

– A jak już ją pan znajdzie, to co?

– Jak to co? – Nie wiedział nagle, co odpowiedzieć. To głupie pytanie zbiło go z tropu. Zabierze ją do domu i wszystko wróci do normy.

– Postawi jej pan to pytanie?

– Jakie pytanie?

Pan Ludwik chrząknął jak nauczyciel, który musi tępemu uczniowi wyjaśnić prostą rzecz.

– Dlaczego odeszła bez słowa?

Jego żołądek przewrócił się na bok, jakby ktoś nagle zwolnił go z podtrzymujących ścięgien. Oczywiście, że o tym pomyślał. Gdzieś w głębi duszy myślał nawet o tym bez przerwy. Uporczywie trzymał się założenia o porwaniu, ale jak kolec uwierał go twardy fakt, że Iza wyszła ze szpitala sama i dobrowolnie. Poprosiła o wypisanie i przekonywała lekarza, że tak będzie najlepiej. Co najlepiej i dla kogo – nie wyjaśniła, w tego typu stwierdzeniu zwykle jednak zawiera się zrezygnowany pesymizm, dlatego wysnuł z niego wniosek o porwaniu. Uczepił się porwania, bał się dopuścić inną możliwość – tę, która obróciłaby w perzynę ich związek. Po tym wszystkim, co razem przeżyli i co sobie nawzajem obiecywali, Iza nie mogła tak po prostu odejść bez pożegnania i zniknąć z jego życia. To po prostu niemożliwe!

– Nie! – krzyknął do własnych myśli i natychmiast się zmitygował. Para przy oknie spojrzała na niego z zaciekawieniem, podniósł więc dłoń na znak przeprosin i dodał jakby dla uspokojenia: – Tu jest za dużo pytań.

Pan Ludwik rozłożył ręce w geście czytelnym dla każdego, komu choć raz dawano do zrozumienia, że zachowuje się jak uparty osioł.

– Jak pan chce. – Wstał i z powściągliwym ukłonem odwrócił się ku kotarze prowadzącej na zaplecze. Zanim jednak odszedł, nachylił się jeszcze do ucha komisarza i szepnął:

– U kobiet tak działa tylko jedno: uczucie.

Komisarz Krzycki drgnął i odwrócił głowę, żeby stanowczo zaprotestować, ale ujrzał tylko chwiejące się brzegi ciężkich zasłon.

Po chwili szczupła dziewczyna, której tutaj nigdy wcześniej nie widział, przyniosła mu znakomity jak zwykle czulent. Zupełnie nie miał ochoty na jedzenie, nie było jednak wyjścia – musiał czekać na Gargulskiego. Dłubał widelcem w talerzu, wydziobując kawałki mięsa, aby zaś odwrócić uwagę od Izy, zamyślił się nad poskładaniem w całość rozsypanych kawałków układanki. Lucek mówił coś o nowych faktach i wspomniał o Młodym z warsztatu, którego zarejestrowała kamera przemysłowa niedaleko porzuconego samochodu. Jeśli to on jest Mścicielem, złapanie go wydawało się kwestią czasu. Mieli go już raz w ręku, prędzej czy później wpadnie po raz drugi. Jego osoba wygodnie łączyła wątki morderstw, gangu narkotykowego, świniarni i warsztatu samochodowego – należało tylko dojść, jakie przesłanki stały za usunięciem Bulastych Głów. To również by wyjaśniało paniczny strach tego palanta z balonu, który wiedział, że idzie za nim mafia i że to koniec. Do tego zgrabnego obrazka niezbyt pasował finezyjny mord w Karniowicach, ale to był szczegół. Nie takie dziwactwa napotykali podczas śledztw. A pedofil w lesie? Charytatywna działalność mafijnego mściciela, który po godzinach zajmuje się dobroczynnym usuwaniem skurwieli? Czy ten Młody mieścił się w ogóle w ramkach portretu psychologicznego seryjnego zabójcy-zbawiciela?

Zamyślił się i nie słyszał, że odpowiedź na niektóre z tych pytań właśnie weszła do lokalu i szybkim krokiem zmierzała do jego stolika.

– Cześć! – rzucił krótko Gargulski i bez wstępów usiadł naprzeciw, na miejscu Izy.

– Z jakiego powodu ta konspiracja? – zapytał Krzycki, przyglądając się, jak tamten strzela oczami na prawo i lewo.

Szef techników rozglądał się po sali, jakby jeszcze chciał uwydatnić swoje konspiracyjne nastawienie do otoczenia.

– Może się mylę, ale w komendzie coraz więcej ścian ma uszy. Wielkie jak radary.

– Skąd to przypuszczenie? – zapytał Andrzej, udając zdziwienie. Zapomniał na chwilę o Izie i z zaciekawieniem przyglądał się technikowi. Poważny, opanowany, zdystansowany i z lekkim poczuciem wyższości nad pozostałymi, Gargulski nigdy nie zdradzał się z tego typu obawami. Wszyscy, którzy go znali, mieli go za człowieka niezależnego i nieulegającego wpływom, w jakimś sensie odpornego na doraźne niepokoje w służbowym otoczeniu. To, co go wyprowadziło z równowagi, z pewnością nie było błahe.

– Nie udawaj, Andrzej. Za dobrze cię znam, żeby nie wiedzieć, że wiesz. Ciągle są przed nami, wyprzedzają każdą akcję o krok, najzwyczajniej w świecie grają nam na nosie.

– Wiem, sam o tym mówiłem Opałce. Kto, twoim zdaniem?

Jerzy Gargulski omiótł salę wzrokiem, jakby wciąż nie był pewien, dokąd trafił, i rzekł, zniżając głos:

– O Rachwalskim nie muszę ci chyba mówić. Ale nie dlatego się z tobą umówiłem tu, a nie na komendzie. Oprócz niego jest ktoś jeszcze. – Zniżył głos prawie do szeptu. – Co myślisz o inspektorze?

Andrzej przypomniał sobie sytuację sprzed kilkunastu dni, gdy po powrocie z Tarnowa i naradzie zespołu wybierali się z Luckiem do warsztatu. Prosił wtedy Ewę o śledzenie ich na GPS i podał namiary. Za szybą widział, jak Rachwalski w gabinecie udaje rozmowę przez telefon i strzyże ku nim uszami. Szklane drzwi były uchylone. Kiedy wychodził, kątem oka dostrzegł, jak tamten wyjmuje komórkę i odchodzi w kąt. Tak, tutaj nie trzeba było nic dodawać. Spodziewał się może tego bardziej niż czego innego. Na przykład tego, że Iza po prostu zniknie. To ostatnie wzbudziło jego niecierpliwość.

– Masz na myśli Opałkę? Nie, raczej nie. Może i jest uwikłany, ale to porządny facet. Inaczej dawno bym tu już nie pracował. Muszę lecieć.

– Poczekaj. – Gargulski potrafił być stanowczy. – Też tak myślałem, Andrzej, dopóki nie zobaczyłem, co on wyrabia. Odsunął cię od śledztwa – dobrze o tym wiesz – bo za bardzo się do nich zbliżyłeś, nie zaś z powodu naruszania regulaminu. Regulamin i tak wszyscy mają w dupie.

No, no. Gargulski rzadko mówił takim językiem.

– Sam nie byłem całkiem w porządku. – W uśmiechu Krzyckiego było coś z szalbierstwa. – Poza tym przeczucie nie wystarcza. Masz coś na niego? – Słyszał perfidię swojego argumentu. Sam najczęściej odwoływał się do przeczucia.

Jerzy Gargulski sięgnął do kieszeni i wyjął maleńki przedmiot, który dopiero przy bliższym obejrzeniu okazał się pendrive’em.

– Obejrzyj sobie w wolnej chwili i powiedz mi, co o tym sądzisz. Nasz stary dał się złapać jak uczniak. Myślałem, że jest ostrożniejszy. Może on nie wie, że cała komenda jest oplątana siecią kamer?

– Któż to go zaszczycił?

– Rachwalski.

Mina Krzyckiego zdawała się mówić, że nie ma czasu na głupoty, ale Gargulski zdmuchnął ją jednym słowem.

– Prezes.

– Fiu! – Zagwizdał Andrzej, aż para spod okna znowu obróciła ku nim głowy. – Teraz zaczynam rozumieć. To jemu nadepnęliśmy na odcisk w warsztacie i w świniarni. To może być wesoło. Lucek miał rację, robi się coraz ciekawiej. Tam coś między nimi leży, prawda? Coś wielkiego i cuchnącego, jak góra padliny na wysypisku w Grobianach.

– Co ci będę mówił, sam się domyśl. W każdym razie powinieneś pamiętać, że gdy dojdzie do konfrontacji z nimi, nasz stary ci nie pomoże.

– Dzięki za dobrą radę... – mruknął Krzycki i uciekł gdzieś myślami.

Jerzy Gargulski odczekał, aż komisarz przetrawi nowe dane i porozmawia sam ze sobą, po czym kontynuował:

– Właściwie przychodzę jeszcze z czymś innym. Słuchaj, Andrzeju... Ich było dwóch.

Krzycki, jeszcze w oparach nowych wieści, potrząsnął głową.

– O czym ty mówisz?

– O zabójcach Mroczków. Cięcia nożem są bardzo podobne, ale nie identyczne. To dwa różne ostrza.

Andrzej zbaraniał. To było coś całkiem nowego.

– Może ma dwa noże i używa raz jednego, raz drugiego?

– Krzycki, zaufaj trochę dupowatemu, to prawda, ale jednak doświadczonemu technikowi. Wszystkie poprzednie cięcia są zadane nie tylko jednym ostrzem, ale także tą samą ręką. Każdy człowiek trzyma uchwyt noża w określony sposób – nie powiem, że niepowtarzalny jak linie papilarne, mimo to charakterystyczny. Zadaje cios pod pewnym kątem i z określoną siłą. Okej, przy licznych zbiegach okoliczności może dojść do łudzącego podobieństwa, zwykle jednak każde cięcie można przypisać danej osobie. Tu jestem prawie pewien – mamy dwa różne cięcia. Czyli dwóch różnych ludzi.

Andrzej, który już chciał wyjść i zająć się sprawami dużo dla niego ważniejszymi niż potwierdzanie oczywistości, jaką dla niego były związki Rachwalskiego z Rachwalskim, a drugiego Rachwalskiego z mafią narkotykową, usiadł z powrotem na krześle.

– Chcesz powiedzieć, że on ma ucznia? To kogo ja goniłem po polach, Mściciela czy jego syna?

– Na to pytanie to już sam sobie musisz odpowiedzieć, ja ci tylko podaję fakty.

– Jestem poza śledztwem. Powinieneś zanieść te wyniki do Opałki.

– Jesteś przede wszystkim uparty jak osioł, w dodatku zmuszasz mnie do niewygodnych wyznań. Nie chcę zanosić tych pieprzonych wyników do Opałki, bo zaraz dostanie je Rachwalski i poleci z nimi dalej, jak ze wszystkim. Nie mam do nich zaufania, a tym bardziej nie mam zamiaru im pomagać. Andrzeju, jesteś jedynym człowiekiem, który może pchnąć śledztwo do przodu. – Westchnął głęboko. – Dlatego przyszedłem do ciebie.

No, no! W głosie Gargulskiego oprócz tajemniczości pobrzmiewała również wyraźna nuta desperacji. Czyżby się bał? Zabezpieczał sobie tyły na wypadek ujawnienia związków krakowskich policjantów ze światem przestępczym? Szukał sprzymierzeńców do walki z mafią? Krzyckiemu nie spodobało się to ostatnie przypuszczenie. W tej chwili najważniejsze było znaleźć Izę, a wytaczanie armat przeciwko lokalnym bossom mogło tylko skomplikować i tak już trudną sytuację. Nie chciał podejmować takiej walki. Jeszcze nie.

Tak czy inaczej, należało skorzystać z okazji do kamuflażu.

– Zgoda. Jeśli chcesz mi pomóc, sporządź raport o wynikach badań. – Pochylił się do Gargulskiego i szeptem wyjaśniał nad haftowanym obrusem jakieś szczegóły.

Niewykluczone, że niedługo pojawią się okoliczności wymagające dokładnych dowodów i szczegółowych analiz materiałów, których wyniki powinny pozostać w ukryciu. Zdaje się, że z taką wyrażoną nie wprost propozycją przyszedł do niego Gargulski. Komisarz Krzycki podał mu rękę na znak zawartego porozumienia, po czym energicznie wstał i wyszedł na Szeroką.

Po drodze minął przyglądającego mu się uważnie pana Ludwika, który wychynął zza kotary jak dyskretny kamerdyner w willi lorda i mruknął pod nosem coś, co zabrzmiało frazą z przedwojennej piosenki:

– Niech pan uważa. Miłość zabija.

 

Lucek czekał z talerzami i sztućcami przygotowanymi do musaki. Na kuchennym stole stały też dwa kieliszki do wina. Na widok Krzyckiego uśmiechnął się szeroko, jakby po długich poszukiwaniach udało mu się wreszcie znaleźć kogoś, kto rozwiąże jego problem.

– Szefie, to nie jest musaka, to Grek Zorba w brytfannie. Śródziemnomorski poemat o idealnej harmonii elementów. Ser jak inwokacja, cukinia jak porównanie homeryckie, bakłażany jak metafory. O wątkach mięsnych nawet nie mówię. W roli chóru ziemniaczane talarki.

– A ty jako Homer?

– Tak się złożyło. – Lucek skromnie spuścił oczy.

– Chciałbym ci zwrócić uwagę, że chór nie występuje w poemacie, tylko w tragedii. To rzuca zupełnie inne światło na twoje dzieło.

– Są różne poematy – rzekł polubownie Lucek i zabrał się do nakładania porcji metalową łopatką. Andrzej poczuł rozchodzący się zapach mięsa zapieczonego z serem i warzywami. Bogactwo doznań rzeczywiście miało coś z poematu.

– Do tego najlepiej pasuje retsina, ale nie mam dużo. – Lucek wyjął butelkę z lodówki i nalał do kieliszków jasnego żółtozielonego płynu. Zerknął na Andrzeja badawczo, ale widocznie znalazł jakieś niepokojące oznaki, ponieważ jeden kieliszek odstawił. Delikatnie, jakby to była uzbrojona bomba.

Usiedli i zajęli się jedzeniem. Andrzej po wizycie w lokalu pana Ludwika, gdzie zjadł niewiele, krążył jeszcze po mieście w poszukiwaniu jakichkolwiek punktów zaczepienia, które pozwoliłyby mu trafić na trop Izy. Sprawdzał hotele i apartamenty, prywatne stancje i pokoje gościnne w akademikach, kierując się złudnym poczuciem, że jej szuka. Kilka razy rozmawiał przez telefon z człowiekiem o imieniu Łukasz i innymi pracownikami redakcji „Tygodnia”, po to tylko, żeby się dowiedzieć, że Iza nadal nie dała znaku życia. Naprawdę był bezradny. Pojechał jeszcze raz do świniarni i przeszukał wszystkie zakamarki, odnajdując przy okazji kryjówkę Mroczka na poddaszu, z której nieszczęśnik ruszył w ostatnią drogę do domu. Później to samo powtórzył w warsztacie samochodowym Poprawy i Knota, sprawdził nawet drewnianą szopę, w której kiedyś przyłapał skrywającego się stróża. Wszystko na próżno. Budynki stały pozamykane i opuszczone, jakby ktoś ostentacyjnie dawał do zrozumienia, że Krzycki żadnego śladu tutaj nie znajdzie. Zawitał nawet do lokalu „Pod Wesołym Wieprzem”, ale trzech stałych bywalców nie potrafiło mu nic powiedzieć poza tym, żeby spróbował porozmawiać z pomylonym staruchem w chałupie pod lasem. Uważał to za ściemę, ale wybrał się tam dla świętego spokoju. Nikogo nie zastał. Dom z podwórzem zapełnionym rozmaitymi rupieciami był zamknięty na cztery spusty. Po mieszkaniu kręcił się głodny kot. Zrobiło się późne popołudnie. Przyjechał do Lucka, który właśnie skończył służbę i przed chwilą wrócił do siebie. Krzycki zgłodniał. Musaka smakowała fantastycznie.

– Najlepsza jest na drugi dzień – zachwalał Lucek, choć widok zajadającego Krzyckiego nie wymagał specjalnie dodatkowych zabiegów. – Składniki się przegryzają, sos z przyprawami przenika do mięsa i warzyw. Jeszcze?

Andrzej pokręcił głową. Smakowało rewelacyjnie, ale było również bardzo sycące. Miał ochotę łyknąć wina, ale poczuł dreszcze w krzyżu. Nie powinien tego robić. Szukanie Izy wymagało maksymalnej koncentracji. Żadnych słabości i zmiękczeń. Stuprocentowa sprawność. Choć, z drugiej strony, nie miał na razie pojęcia, gdzie i do czego miałaby mu się ta sprawność przydać.

– Lucek, krążę w miejscu. Nie wiem, gdzie szukać.

Młodszy aspirant Bałyś skończył jeść i krzątał się już przy zmywarce, pogwizdując pod nosem jak zadowolony z siebie bubek. Krzyckiego trochę to denerwowało. Sytuacja była bardzo poważna i wymagała skupienia, a ten gwiżdże zachwycony sobą, jakby wszyscy dookoła byli zadowoleni i na swoich miejscach. Jakby nieobecność Izy w ogóle go nie obchodziła. Po włożeniu naczyń, zatrzaśnięciu klapy zmywarki i dojechaniu z gwizdem do końca arii o zmienności kobiet z Rigoletta, Lucek w końcu usiadł.

– A może nie trzeba jej szukać? Odeszła, i tyle.

– Wolałbym, żebyś pomógł, a nie kopał leżącego.

Andrzej pokrótce zreferował swoje podejrzenia co do uprowadzenia Izy, po raz kolejny odwołując się do milczącej komórki i taksówki do Borku Fałęckiego, z którego pojechała nie wiadomo dokąd, gdyż na pewno nie do domu.

– Z Borku Fałęckiego raczej się nie jeździ do Warszawy.

Wykładał swoje argumenty nie po raz pierwszy, poczuł jednak, że brzmią dość słabo.

– Mogła pojechać dokądkolwiek. Świat jest szeroki, jak mówi stare chińskie przysłowie – zauważył sentencjonalnie Lucek. – A z której platformy miałaby odjechać?

Krzycki z satysfakcją spojrzał na swojego podwładnego. Zadawał właściwe pytania, jego myśl szła podobnym tropem. Powiedział mu, że z trzeciej.

– To świetnie, tak myślałem.

– Nie, Lucek. W Grobianach jej nie ma. Gdyby była, już bym ją znalazł.

Lucek spojrzał w okno, za którym wokół rozjarzonych łbów podwórzowych latarń nowohuckiego osiedla unosiły się mgły parującego deszczu. Spoważniał i powoli łyknął wina.

– Nie chodzi o Grobiany. Stamtąd jeżdżą autobusy do Myślenic.

– A co mają Myślenice do rzeczy? – Krzyckiemu coś zaczynało świtać i znowu poczuł mrowienie w dolnej części pleców.

– Pamięta pan, szefie, tego chłopaka, Kamila Warchała, któremu skinheadzi zabili starszego brata? Braliśmy go pod uwagę jako ewentualnego Mściciela i mieliśmy szukać, na wszelki wypadek. To jest ten Młody.

– Jaki Młody?

– Z warsztatu. I z kamery przemysłowej.

Krzyckiemu gula przeskoczyła w gardle i wpadła z plaśnięciem do żołądka.

– Czemu od razu nie mówiłeś?!

– Próbowałem – odrzekł Lucek spokojnie. – Kazał mi pan jednak uszanować kobietę w łóżku.

Andrzej przypomniał sobie tamten telefon Lucka, tuż przed upadkiem Izy na podłogę. Wstał i ruszył do przedpokoju.

– Hej, znowu tak bez pożegnania?

– Jakie pożegnanie? Jedziesz ze mną. Opałka zabronił mi działać w pojedynkę.

Schylił się, żeby włożyć buty, ale Lucek położył mu rękę na ramieniu i ścisnął mocno.

– Niech pan siada, szefie. To nic nie da.

Zabrzmiało stanowczo. Krzycki rozsznurował but, który zdążył już włożyć. Wrócił do kuchni, do zapachu pieczonego sera i żywicy sosnowej.

– Byliśmy tam dzisiaj. Proszę mi wierzyć, gdyby cokolwiek wiedzieli, powiedzieliby mi. Przeszukaliśmy cały dom i ogród. Tam niczego nie ma. Literalnie. Zero śladu. Nothing.

– Jesteś pewien? A może jesteś z nimi w zmowie?

Lucek nie reagował na zaczepkę i spokojnie kręcił głową.

– Natin’ – skrzeknął jak Humphrey Bogart w roli detektywa Marlowe’a.

Jeśli Lucek tak mówił, to znaczy, że tak było. Kto go dłużej znał, potrafił rozpoznawać jego poważny ton. Ten pogodny blondyn z wiecznym uśmiechem na twarzy miewał czasem chwile, gdy przestawał żartować i zaczynał mówić serio, a jego oczy robiły się przenikliwie głębokie. Wtedy należało słuchać uważnie. Teraz właśnie tak mówił. Rodzice Młodego niczego nie wiedzieli, od dawna nie mieli żadnego kontaktu z synem, a gdyby Iza jechała do nich, to raczej nie dotarła na miejsce. Zniknęła gdzieś po drodze. Z Krzyckiego nagle zeszło całe powietrze. Poczuł wielkie zmęczenie. Długotrwałe napięcie i brak snu dawały o sobie znać.

– Może skinheadzi ją porwali? – zaryzykował, choć sam słyszał w swoim głosie powątpiewanie.

– Niech pan posłucha! Byłem dzisiaj w Myślenicach i nie ma tam żadnego śladu ani Młodego, ani... – szukał stosownego słowa – pani Izy. Nie mam pojęcia, co mogłoby ich łączyć.

Krzycki przypomniał sobie filipiki Izy przeciwko policji i sądom, ale w obronie Mściciela. Uważała jego działania za częściowo uzasadnione, a przynajmniej zrozumiałe. W pewnym stopniu akceptowała jego chore idee. Czyżby pojechała go bronić? Absurd.

– To wracamy do punktu wyjścia.

– Czyli na przystanek autobusowy w Borku. Dokąd jeszcze można pojechać z trzeciej platformy?

– Nie pamiętam dokładnie, jakieś śmieszne nazwy: Pańciawa, Okleśna, zdaje się, że Limanowa, Świątniki Górne i oczywiście Grobiany. Kilka autobusów.

– Czyli jesteśmy z powrotem w domu.

Po wypowiedzeniu tych słów Lucek znowu spoważniał. Krzycki odniósł wrażenie, że jego podwładny naprawdę chciałby mu pomóc. Znowu poczuł falę sympatii do chłopaka. W całej tej sprawie chyba tylko na jego pomoc mógł liczyć.

– Rozmawiałem z Gargulskim. Powiedział mi, że prawdopodobnie kto inny zabił Mroczka, a kto inny Mroczkową.

– Naprawdę? – Bałyś zrobił niezbyt zdziwioną minę i wlał sobie resztę wina do kieliszka. – To by się zgadzało.

– Co by się zgadzało?

– Wie pan, jakim samochodem jeździła Mroczkowa? Czarnym hummerem.

– Hummerem? Tym samym, który sprasował tę rodzinę?

– Właśnie. Miała pełne prawo znaleźć się na liście Mściciela. Pasuje idealnie.

– A Mroczek?

– O Mroczku nic mi nie wiadomo. Przypuszczam, że to zupełnie inna sprawa.

W tym momencie Krzycki uświadomił sobie, że nie zapytał nawet Gargulskiego, który z ciosów mógł należeć do Mściciela. Myślał w kółko o Izie. Czyli nie myślał. Wyjął komórkę i wyszukał numer w książce telefonicznej. Żeby zminimalizować czas rozmowy, zadał tylko jedno pytanie. Im krócej, tym trudniej namierzyć połączenie. Uzyskał odpowiedź twierdzącą.

– Zgadza się. Ofiarą Mściciela padła Mroczkowa. Czyli Mroczka załatwił Młody? – Krzycki raczej skonstatował niż spytał. Lucek skinął głową.

– Szukaliśmy Mroczka, sądząc najpierw, że ukrywa się przed nami w związku z zabójstwami Bulastych Głów, później zaś, że z powodu wykrycia fabryki narkotyków. A on chował się przed nimi. Jak widać, nieskutecznie.

– Przeklęty gnojek! – wyrzucił z siebie Krzycki na wspomnienie porannego pościgu przez płoty i łąki. Natychmiast w łydce odezwał się kłujący ból. Podczas gdy on uganiał się za Młodym, w domu Mroczków Mściciel spokojnie mordował swoją kolejną ofiarę. A dwadzieścia metrów dalej w samochodzie siedziała Iza, którą on sam tam zostawił. Skóra mu ścierpła, gdy sobie przypomniał, że po powrocie z pościgu zastał Izę wychodzącą z domu Mroczków po znalezieniu trupa w sypialni. Gdyby tam poszła pięć minut wcześniej... Wszystko to razem składało się w jakiś koszmarny łańcuch absurdów. Jedno morderstwo, on wchodzi, pościg, drugie morderstwo, ona wchodzi. Kiedy on wszedł i wyszedł? Może Iza coś widziała? Jak tylko ją spotka, musi zapytać.

Znowu skurcz w żołądku. Za późno.

– Pozostaje ustalenie rodzaju relacji między Mścicielem a Młodym – ciągnął Lucek nadal skupiony i poważny. W tej chwili trudno było go skojarzyć z nieuleczalnym dowcipnisiem, jakim zwykle był. – Zakładam, że jakaś istnieje. Być może nawet się znają.

– Myślisz, że działają razem? – pytanie treningowe nauczyciela do ucznia.

– Nie sądzę. Mściciel to typ samotnika, nikogo nie potrzebuje ani do pomocy, ani do rywalizacji. To może być relacja jednostronna.

– Młody idzie za nim? – zasugerował Krzycki, ponieważ jemu samemu ta myśl podsunęła pewne pomysły.

– To może być. Miałem z nim kontakt tylko raz – ciągnął aspirant Bałyś rzeczowym tonem. Krzyckiemu stanął w pamięci obraz Lucka prowadzącego Młodego z pola kukurydzy podczas akcji w warsztacie samochodowym. Jeden się szeroko uśmiechał, drugi miał w oczach wilczą wściekłość. – I to, co wyczuwałem w nim najmocniej, to kamienna zawziętość. Kiedy go prowadziłem, jego mięśnie były naprężone jak okrętowe cumy podczas sztormu. On w środku szalał. Gdybym rozluźnił uścisk, pewnie by mnie pogryzł i związał w supełek. Takiemu Mściciel może imponować.

Krzycki przysłuchiwał się, kiwając głową. Lucek mógł mieć rację. Obu morderców łączyła jakaś niewyraźna nić, coś nieokreślonego, mglistego, jak ten cholerny październikowy dzień bez Izy, ale niezwykle istotnego, przynajmniej dla jednego z nich. To jednak nie wyczerpywało katalogu pytań.

– Skąd Młody wiedział o tym, że Mściciel przyjdzie zabić Mroczkową?

Lucek wzruszył ramionami na znak, że nie ma pojęcia.

– Nie wiem, może nie wiedział. Zbieg okoliczności. A może obserwował dom i czekał na atak Mściciela? – Lucek pokręcił głową. – Nie, to bez sensu, po co miałby czekać na niego? Żeby się popisywać, że jest pierwszy? Nie trzyma się kupy.

– W takim razie pytanie z drugiej strony: Dlaczego Mściciel skrępował Mroczkową przed jej zamordowaniem? Nie ma śladów gwałtu ani większej przemocy fizycznej. Nigdy dotychczas nie wiązał ofiar. Poza Brzostkiem.

Kiedy wypowiedział ostatnie zdanie, jakaś mała zapadka kliknęła mu w umyśle. Brzostek umierał trochę inaczej niż pozostałe ofiary. Mściciel czy Młody?

– Widzę to tak: Młody wchodzi pierwszy, krępuje Mroczkową i zabiera Mroczka do piwnicy, gdzie go zabija, po czym przychodzi Mściciel i ma swoją ofiarę na talerzu podaną przez tajemniczego wyznawcę jego filozofii. Uczeń odgadujący intencje mistrza.

– Super, podoba mi się! – Krzycki klasnął w ręce. – Po co jednak sprowadzał Mroczka do piwnicy?

– To jest do ustalenia. Może technicy coś tam znaleźli? Trzeba zapytać Gargulskiego. Szefie! – Lucek zmienił temat. – Co z tym Gargulskim? Czego on naprawdę chciał od pana?

– Trudno wyczuć. Chyba po prostu sygnalizował swoje odrębne stanowisko. Nie za bardzo mu się podobało odsunięcie mnie od śledztwa.

– Mnie się także nie podoba. Ale nie umawiam się pokątnie w knajpie, żeby o tym opowiadać.

– Nie, ty robisz jeszcze lepiej. – Wskazał kciukiem brytfannę z musaką. – Przekupujesz mnie w swoim domu.

– Jasne. Tylko jeszcze nie zdefiniowałem sobie potencjalnych korzyści. Najbardziej zależy mi na... szybkim awansie!

– Masz jak w banku. – Tym razem wskazał kciukiem okno, jakby tam się mieściło dowództwo krakowskiej policji. – Najpierw jednak musisz mi pomóc.

Lucek łypnął na Krzyckiego i jakieś chochliki błysnęły mu w oczach.

– To co na początek?

– Poszukajmy Młodego. Zakres jego możliwych ruchów nie tak trudno wyznaczyć. Znajdź tych pozostałych z warsztatu, może uda się nakryć kogoś w świniarni. Ci Ukraińcy też gdzieś zniknęli. Dowiedz się, czy ktoś w ogóle się pojawia w pobliżu chlewni. Przy warsztacie samochodowym siedzi w szopie stary stróż, przyciśnij go. Wszystko, Lucek, jest ważne. Każdy najdrobniejszy sygnał o Młodym jest cholernie potrzebny. Po nim dojdziemy do Mściciela.

„I do Izy” – dodał w myślach.

– Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, to się pośpiesz. Ja spróbuję się zasadzić w jednym miejscu. Nie w


Date: 2016-01-05; view: 394


<== previous page | next page ==>
ROZDZIAŁ ÓSMY 7 page | Read the text and answer the questions about it.
doclecture.net - lectures - 2014-2019 year. Copyright infringement or personal data (0.033 sec.)