Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






O: Czy odczuł Pan kiedyś zmęczenie Autostopem przez Galaktykę?

 

DA: Był taki okres, kiedy miałem go serdecznie dość, naprawdę nie miałem ochoty więcej o nim słyszeć i niemal krzyczałem na każdego, kto w mojej obecności użył tych słów. Potem jednak oderwałem się i zacząłem robić inne rzeczy. Napisałem powieści z Dirkiem Gentlym. Moją ulubioną rzecz zrobiłem mniej więcej dziesięć lat temu: objechałem świat z zaprzyjaźnionym zoologiem, szukając rzadkich i zagrożonych gatunków zwierząt, po czym napisałem książkę Ostatnią okazja, by ujrzeć, która jest moją ulubioną. Autostopem jest obecnie czymś z przeszłości, co bardzo lubię, było wspaniałe, było niesamowite i było bardzo dobre dla mnie. Jakiś czas temu rozmawiałem z Pete’em Townsendem z The Who i stwierdziłem wtedy coś w tym stylu: „Boże, mam nadzieję, że nie będzie się mnie pamiętać jedynie jaka tego, kto napisał Autostopem przez Galaktyką. Trochę mnie skarcił. Odparł: „Wiesz, miałem to samo z Tommym i przez jakiś czas myślałem podobnie. Sprawa w tym, że jeśli masz w swojej historii coś podobnego, otwiera to mnóstwo drzwi. Pozwala ci robić dużo innych rzeczy. Ludzie to pamiętają. Należy być za to wdzięcznym”. Pomyślałem, że ma dużo racji.

 

O: Odłożył Pan na bok Dirka Gently’ego?

 

DA: Zacząłem pisać kolejną książkę z nim, ale przestałem. Z jakiegoś powodu nie posuwała się do przodu i musiałem przerwać pisanie. Nie wiem, co z tym fantem zrobić. Mniej więcej po roku obejrzałem ponownie materiał i nagle przyszło mi do głowy: „W zasadzie powodem jest to, że pomysły i postać do siebie nie pasują. Próbowałem rozwijać nieodpowiedni rodzaj pomysłów, znacznie lepiej pasowałyby do książki z Autostopem, ale nie chcę w tej chwili pisać kolejnej jej części”. Więc jak gdyby odłożyłem ją na bok. Może któregoś dnia napiszę kolejną część Autostopem, bowiem siedzi wokół mnie straszne mnóstwo materiału i czeka na umieszczenie w niej. Dwa albo trzy miesiące temu w Oksfordzie studenci wystawiali sztukę pod tytułem Dirk Gently, holistyczny detektyw, więc poszedłem obejrzeć. To strasznie skomplikowana fabuła… co po części wynika z tego, że trzeba ukryć, iż jest raczej niespójna… Oglądanie tego na scenie było zabawne, bowiem nagle znów zacząłem się nad sprawą zastanawiać i pomyślałem: „Hm, nieźle wszystko zrobili, ale tak naprawdę powinni byli zrobić to, a z tamtego zrezygnować”. Coś takiego powoduje, że kulka w głowie znów zaczyna się toczyć. Ciekawe i zaskakujące było dla mnie też, że choć sam byłem dość krytycznie nastawiony do przedstawienia, widownia świetnie się bawiła. Sytuacja była osobliwa. Nagle pomyślałem sobie: „Chętnie zobaczyłbym to jako film, widzę bowiem teraz, przemyślawszy wszystko w nowym kontekście, co za film by z tego mógł wyjść, a mógłby być naprawdę świetny”. Może więc kiedy film Autostopem dojdzie do fazy, w której będę mógł skierować uwagę na coś innego, zabiorę się za kolejny. Poza tym mam nadzieję, że wejście filmu do produkcji otworzy więcej drzwi związanych z robieniem filmów. Uwielbiałbym robić filmy, mówi to jednak z niewinnością człowiek, który nigdy żadnego nie zrobił.



 

Wywiad przeprowadzony przez

Keitha Phippsa, 1998

 

*

 

14 kwietnia 1999

 

David Vogel Walt Disney Pictures

 

Drogi Davidzie!

 

Próbowałem kilka razy złapać Cię przez telefon. Pewnie pomoże, jeżeli wyjaśnią, dlaczego dzwoniłem: byłem przez kilka dni w Stanach i pomyślałem sobie, że może by coś dało, gdybym wpadł do L.A., abyśmy mogli się spotkać. Nie miałem od Ciebie żadnej wiadomości, siedzę więc w samolocie do Anglii, gdzie piszę te słowa.

Wygląda na to, że dotarliśmy do punktu, w którym problemy zaczynają przesłaniać możliwości. Nie wiem, czy się w tym zakresie nie mylę, ale panuje u mnie stale głucha cisza, co jest kiepskim źródłem informacji.

Mam wrażenie, że możemy albo wejść w tradycyjny stereotyp – ty będziesz dyrektorem studia, który musi się głowić nad milionem prawdziwych problemów, a ja pisarzem martwiącym się jedynie doprowadzeniem do realizacji swojej wizji bez względu na koszty i konsekwencje – albo możemy uznać, że mamy ten sam cel, czyli zrobienie najbardziej udanego filmu, jaki się da. Fakt, że być może mamy odmienne spojrzenia, jak do tego najlepiej doprowadzić, powinien być żyznym źródłem dyskusji i iteracyjnego rozwiązywania problemów. Nie dociera do mnie, że dobrym tego zastępstwem jest jednostronny ruch pisemnych „notatek”, przeplatany okresami długiego, okropnego milczenia.

Masz wielkie doświadczenie w sprawianiu, aby doszło do powstania filmu długometrażowego. Ja mam wielkie doświadczenie w sprawianiu, aby „Autostopem przez Galaktykę „ powstało we wszelkich środkach przekazu poza filmowym. Na pewno musi być dla Ciebie frustrujące, że najwyraźniej nie rozumiem skali problemów, z którymi musisz sobie radzić – tak samo, jak ja czuję się sfrustrowany tym, że jak na razie nie miałem z Disneyem żadnej kreatywnej rozmowy na temat tego projektu. Chciałbym coś zasugerować: może się spotkamy i pogadamy?

Mógłbym być w L.A. w następny poniedziałek (19.04.) albo na początku następnego tygodnia. Prosiłbym Disneya o poniesienie kosztów tej dodatkowej podróży. Załączyłem listę telefonów, pod którymi można mnie łapać. Jeżeli nie uda Ci się do mnie dodzwonić, będę wiedział, że bardzo, bardzo się o to starasz.

 

Pozdrawiam

Douglas Adams

 

E-mail: dna@tdv.com

Asystentka (Sophie Astin) (i poczta głosowa): 555 171 555 1700 (między 10:00 a 18:00 brytyjskiego czasu letniego)

Faks biurowy: 555 171 555 1701 Dom (bez poczty głosowej): 555 171 555 3632

Faks domowy: 555 171 555 5601

Telefon komórkowy WB (i poczta głosowa): 555 410 555 098

Telefon komórkowy USA ( ipoczta głosowa): (310) 555 555 6769

Drugi dom (Francja): 555 4 90 72 39 23

Jane Belson (żona) (biuro): 555 171 555 4715

Agent filmowy (USA) Bob Bookman: (310) 555 4545

Agent literacki (WB) Ed Victor (biuro): 555 171 555 4100 (brytyjskie godziny urzędowania)

Agent literacki (WB) Ed Victor (biuro): 555 171 555 4112

Agent literacki (WB) Ed Victor (dom): 555 171 555 3030

Producent: Roger Birnbaum: (818) 555 2637

Reżyser: Jay Roach (Everyman Pictures): (323) 555 3585

Jay Roach (dom): 555 5903

Shauna Robertson (Everyman Pictures): (323) 555 3585

Shauna Robertson, dom: (310) 555 7352

Shauna Robertson, telefon komórkowy: (310) 555 8357

Robbie Stamp, producent wykonawczy (WB) (biuro): 555 171 555 1707

Robbie Stamp, producent wykonawczy (WB) (dom): 555 181 555 1672

Robbie Stamp, producent wykonawczy (WB) (telefon komórkowy): 555 7885 55 8397

Janet Thift (matka) (WB): 555 19555 62527

Jane Garnier (siostra) (WB) (praca): 555 1300 555 684

Jane Garnier (siostra) (WB) (dom): 555 1305 555 034

Jakki Kelloway (niania córki) (WB): 555 171 555 5602

Angus Deayton & Lise Meyer (sąsiedzi, którzy mogą przekazać wiadomość) (WB): praca: 555 (145) 555 0464, dom: 555 (171) 555 0855

Restauracje, w których mogę być uchwytny:

The Ivy (WB): 555 171 555 4751

The Groucho Club (WB): 555 171 555 4685

Granita (WB): 555 171 555 3222

Sainsbury ‘s (supermarket, w którym robię zakupy; zawsze mogą mnie wywołać): 555 171 555 1789

Forum internetowe www.douglasadams.com/forum

 

* * *

 

[Uwaga od wydawcy: powyższy list osiągnął pożądany efekt. David Vogel zareagował, czego efektem było produktywne spotkanie, które pchnęło do przodu sprawę filmu.]

 

*

 

Prywatne życie Czyngis-chana

 

Ostatni jeździec zniknął w dymie, a tętent podków koni ucichł w szarej dali.

Dym wisiał nad ziemią. Przesuwał się powoli przez tarczę zachodzącego słońca ciążącego na zachodnim niebie jak otwarta rana.

W dzwoniącej ciszy, jaka zapadła po bitwie, z krwawych, posplatanych ze sobą szczątków dolatywały jedynie nieliczne, pojedyncza, bezlitośnie rzadkie krzyki.

Spomiędzy drzew wychynęły przepełnione przerażeniem, przypominające duchy postacie, zatrzymały się z wahaniem, po czym runęły biegiem do przodu – płaczące kobiety szukające mężów, braci, ojców, kochanków, najpierw między umierającymi, a potem wśród zabitych. Źródłem migoczącego światła, które pozwalało cokolwiek dostrzec,; były ognie szalejące w płonącej wiosce, która tego wieczoru stała się oficjalną częścią Mongolskiego Imperium.

Mongołowie.

Przybyli z dalekich pustkowi Azji Środkowej – dzika siła, na którą świat zupełnie nie był przygotowany. Sunęli jak wściekle machająca na boki kosa – rąbiąc, tnąc, równając z ziemią wszystko, co stanęło na drodze i nazywając to podbojem.

W krainach, które już czuły przed nimi strach oraz tych, które dopiero go miały poczuć, żadne imię nie wywoływało większego prze – 5 rażenia od imienia ich wodza – Czyngis-chana. Czczony przez żołnierzy jak bóg, największy z azjatyckich wojowników był kimś wyjątkowym, a wyróżniało go zimne światło bijące z szarozielonych oczu, wściekłe marszczenie czoła i fakt, że każdemu ze swoich ludzi mógł skopać dupsko. ;;

W nocy wzeszedł księżyc, a w jego świetle z mongolskiego obozu, 4 rozłożonego na pobliskim wzgórzu, cicho wyjechała grupka jeźdźców z pochodniami. Przypadkowy obserwator nie dostrzegłby niczego niezwykłego w jadącym pośrodku mężczyźnie – owiniętym grubą szatą, napiętym, pochylonym na koniu, jakby przygniatał go wielki ciężar – bowiem przypadkowy obserwator dawno by nie żył.

Oddział przejechał kilka kilometrów przez oświetlony światłem księżyca las, starannie trzymając się wydeptanych ścieżek, dotarł do niewielkiej polany, po czym żołnierze ściągnęli koniom cugle i czekali na to, co zrobi przywódca.

Powoli wysunął się do przodu, obserwując grupkę wiejskich chat, skupionych pośrodku polany i bardzo starających się wyglądać na opuszczone.

Z prymitywnych kominów nie unosił się dym, w oknach nie było ani jednego światła, z żadnej chaty nie dolatywał najmniejszy odgłos – z wyjątkiem głosu dziecka, które zrobiło:

– Ciiiiiii…

Przez chwilę z oczu mongolskiego dowódcy zdawał się wypływać dziwny zielony ogień. Jego rzadką, strąkowatą brodę zniekształciło ponure, śmiertelnie groźne skrzywienie twarzy, które trudno by nazwać uśmiechem. Każdemu, kto byłby na tyle głupi, aby patrzeć, dziwaczny uśmieszek dałby do zrozumienia (na krótko), że mongolski wódz po dniu rąbania ludzi na kawałki niczego bardziej nie lubi od nocnych rozrywek.

Drzwi gwałtownie się otwarły. Do chaty wpadł niczym groźny wicher mongolski wojownik. Dwójka dzieci podbiegła z wrzaskiem do matki, która z szeroko wybałuszonymi oczami kuliła się w kącie maleńkiego pomieszczenia. Zawył pies.

Wojownik cisnął trzymaną w ręku pochodnię na jeszcze nie wygasłe palenisko, po czym rzucił na nie psa. Nauczy to go być psem. Odważnie, z błyskiem w oku, wyszedł naprzód ostatni w tej rodzinie mężczyzna – siwy i stary dziadek. Jednym, szybkim jak błysk, ciosem miecza, Mongoł ściął staremu głowę, która spadła z ramion i poturlała się po podłodze, by uderzyć w nogę stołu i zamrzeć przechylona na bok. Ciało starca przez chwilę stało naprężone, nie wiedząc, co myśleć. Kiedy zaczęło się powoli, majestatycznie przewracać do przodu, chan podszedł i szorstko odepchnął je na bok. Rozejrzał się po promieniującej szczęściem rodzinnej scenerii i obdarzył ją ponurym niby – uśmiechem. Potem podszedł do dużego krzesła i usiadł na nim, badając, czy jest wygodne. Kiedy sprawdzanie go zadowoliło, ciężko westchnął i oparł się, patrząc na ogień, na którym wesoło smażył się pies.

Wojownik chwycił przerażoną kobietę, brutalnie odepchnął dzieci na bok i roztrzęsioną ze strachu zaprowadził przed oblicze potężnego chana.

Kobieta była młoda i ładna, miała długie, poczochrane włosy. Piersi ciężko jej się unosiły, a twarz skamieniała przerażeniem. Chan spojrzał na nią powoli, pogardliwie.

– Czy… ona… wie… – powiedział powoli, niskim, głuchym głosem – kim… jestem?

– Jesteś… jesteś, Panie, potężnym chanem! – zawyła kobieta.

– Czy… wie… – wysyczał – czego od niej… chcę?

– Zrobię… zzz…robię dla ciebie www…szystko, chanie – wyjąkała kobieta. – Ale oszczędź moje dzieci…

– Więc zaczynaj – cicho powiedział chan. Na chwilę spuścił wzrok, po czym wbił nic nie widzące spojrzenie w ogień.

Nerwowo, drżąc ze strachu, kobieta podeszła i niepewnie połóż; mu bladą dłoń na ramieniu.

Stojący przy chanie żołnierz potężnym uderzeniem odtrącił jej dłoń.:

– Nie to! – warknął.

Kobietą nerwowo szarpnęło i zrobiła krok do tyłu. Pojęła, że musi się bardziej postarać. Cały czas drżąc, uklękła na podłodze i zaczęła delikatnie rozsuwać chanowi kolana.

– Przestań! – ryknął żołnierz i brutalnie pchnął ją do tyłu. W oczach kobiety, która natychmiast skuliła się na podłodze, do przerażenia dołączyło zdziwienie. – Szybko! – rzucił żołnierz. – Spytaj go, jaki miał dzień.

– Ccco? – wyjęczała kobieta. – Nie… nie rozumiem, co mam…

Żołnierz złapał kobietę, zacisnął wokół jej szyi coś na kształt pół-nelsona i czubek miecza przytknął do gardła nieszczęsnej. !

– Powiedziałem, że… masz go… zapytać… – wysyczał – jaki miał dzień! – Kobieta jęknęła z bólu. Nic nie rozumiała. Miecz znów dźgnął ją w szyję. – Pytaj!

– Ee… jaki… miałeś… eee… jaki miałeś… – powiedziała z wahaniem, wydając z siebie wymęczony skrzek – dzień? ?

– „Mój drogi”! – wysyczał żołnierz. – Powiedz: „mój drogi”!

Nacisk miecza sprawiał, że z przerażenia kobiecie omal nie wypadły oczy.

– Jaki miałeś dzień… mój drogi? – spytała płaczliwie. Chan, jakby był bardzo zmęczony, na chwilę podniósł głowę.

– Och, jak zwykle – odparł. – Pełen przemocy.

Ponownie wbił wzrok w ogień.

– Dobrze – powiedział do kobiety żołnierz. – Dalej! – Kobieta odrobinę się rozluźniła. Wyglądało na to, że zdała swego rodzaju egzamin. Być może od tej chwili reszta pójdzie gładko i jakoś sobie poradzi. Zrobiła nerwowo krok naprzód i dotknęła chana, aby go pogłaskać. Żołnierz z całą gwałtownością odepchnął ją, aż poleciała na ścianę, potem ją kopnął, a na koniec poderwał na nogi. – Powiedziałem, że masz tego nie robić! – wyszczekał.

Przyciągnął jej głowę tuż do siebie, chuchnął odorem taniego wina i spleśniałego od tygodnia koziego tłuszczu, co niezbyt ją rozweseliło, przypomniało jej bowiem dopiero co zabitego męża, który robił to samo co noc. Chlipnęła.

– Bądź dla niego miła! – warknął i splunął na nią jednym z niepotrzebnych zębów. – Spytaj go, co w pracy! – Wbiła w swego oprawcę zdumiony wzrok. Koszmar trwał. Na jej policzku wylądował piekący cios. – Po prostu spytaj… – ponowił warczenie żołnierz. – „Co w pracy, mój drogi?”. – Pchnął ją w kierunku chana.

– Co… co w pracy… mój drogi? – zapiszczała mizernie.

Żołnierz potrząsnął nią.

– Włóż w to nieco uczucia! – ryknął.

Kobieta znów chlipnęła.

– Co… co w pracy… mój drogi? – powtórzyła nie mniej mizernie, tym razem jednak zakończyła żałosnym wydęciem warg.

Potężny chan westchnął.

– Nie najgorzej… – odparł tonem świadczącym, że świat go męczy. – Poszaleliśmy trochę po Mandżurii i rozlaliśmy tam masę krwi. To było rano, po południu głównie grabiliśmy, choć jakieś wpół do czwartej doszło do krwawej jatki. A ty jaki miałaś dzień?

Powiedziawszy to, wyciągnął zza poły kożucha zwój map i zaczął je oglądać w świetle dopalającego się psa.

Mongolski żołnierz wyjął z paleniska rozżarzony pogrzebacz i pomachał nim kobiecie przed nosem.

– Powiedz mu! Szybko! – Odskoczyła z piskiem. – Powiedz mu!

– Eee… zabito mi męża i ojca!

– Naprawdę, moja droga? – powiedział nieobecny duchem chan, nie podnosząc wzroku znad map.

– Spalono mi psa!

– Czyżby?

– No tak… chodzi o to, że… eee… – Żołnierz znów pomachał pogrzebaczem. – I trochę mnie torturowano! – zawyła kobieta.

Chan spojrzał na nią.

– Słucham? – powiedział, jakby nie dosłyszał. – Przepraszam moja droga, ale studiowałem te mapy i…

– Świetnie – powiedział żołnierz. – Zrzędź!

– Co?

– Powiedz: „Posłuchaj, Czyngis, odłóż to, kiedy do ciebie mówię,! Siedzę w domu, cały dzień spędzam nad rozpalonym…”.

– Zabije mnie!

– Ja cię zabiję, jeśli tego nie powiesz.

– Nie wytrzymam tego! – zawyła kobieta i padła na podłogę: Chwyciła potężnego chana za nogi. – Nie dręcz mnie… – wyjęczała. – Jeżeli chcesz mnie zgwałcić, to gwałć, ale nie…

Wielki chan wstał i wbił wzrok w kobietę.

– Nie… – mruknął ostro. – Tylko byś się bawiła – jesteś taka sama jak wszystkie inne.

Wypadł z chaty i odjechał w noc – tak rozwścieczony, że o mało nie zapomniał spalić wioski.

 

* * *

 

Po kolejnym szczególnie brutalnym dniu ostatni z jeźdźców zniknął w kłębach dymu, a tętent podków koni ucichł w szarej dali.

Dym wisiał nad ziemią. Przesuwał się powoli przez tarczę zachodzącego słońca ciążącego na zachodnim niebie jak otwarta rana.

W dzwoniącej ciszy, jaka zapadła po bitwie, z krwawych, posplatanych ze sobą szczątków dolatywały jedynie nieliczne, pojedyncze, bezlitośnie rzadkie krzyki.

Spomiędzy drzew wychynęły przepełnione przerażeniem, przypominające duchy postacie, zatrzymały się z wahaniem, po czym runęły biegiem do przodu – płaczące kobiety, szukające mężów, braci, ojców, kochanków, najpierw między umierającymi, a potem wśród zabitych.

Daleko, za zasłoną dymu, do rozległego obozu dotarły tysiące jeźdźców, wojsko zsiadło, robiąc mnóstwo klekotu, wrzeszcząc i wymieniając się zadawanymi grzbietem ręki razami, po czym natychmiast zabrało się za tanie wino i spleśniały kozi tłuszcz.

Przed wspaniale udrapowanym, królewskim namiotem, zsiadł z konia pokryty krwią i zmęczony bitwą chan.

– Co to była za bitwa? – spytał syna Ögödeja, który przyjechał wraz z nim. Ögödej był młodym i ambitnym generałem, bardzo interesującym się wszelkiego rodzaju przemocą. Miał nadzieję poprawić rekord Znanego Świata w ilości wieśniaków nabitych na miecz za jednym pchnięciem i zamierzał w nocy trochę poćwiczyć.

Podszedł wolnym krokiem do ojca.

– To była bitwa o Samarkandę, chanie! – oznajmił i w straszliwie efektowny sposób potrząsnął mieczem.

Chan splótł ramiona, oparł się o konia i zaczął oglądać skutki okropnej jatki, jaką zrobili w dolinie.

– Nie jestem już w stanie ich od siebie odróżnić – stwierdził z westchnieniem. – Zwyciężyliśmy?

– O tak! Tak! Tak! – wyrzucił z siebie Ögödej z dziką dumą. – To było ogromne zwycięstwo! W samej rzeczy! – dodał i ponownie potrząsnął mieczem. Z podnieceniem wyszarpnął go z pochwy i zrobił kilka ćwiczebnych pchnięć. „O tak” – pomyślał. „Dziś w nocy dojdzie do sześciu!”.

Chan skrzywił się w gęstniejącym mroku.

– O rany… – westchnął. – Wiesz, po dwudziestu latach tych dwugodzinnych bitew zaczynam mieć wrażenie, że w życiu musi istnieć coś jeszcze. – Odwrócił się, podniósł przód porwanej, zakrwawionej, haftowanej złotem szaty i popatrzył na owłosione brzuszysko. – No tak.. .popatrz na to. Nie sądzisz, że tyję?

Ögödej wbił wzrok w brzuch wielkiego chana z mieszanką zachwytu i niecierpliwości.

– Eee… nie – odparł. – Wcale nie. – Pstryknięciem palców kazał służącemu podać mapy, przebił go mieczem, a kiedy służący padał, wyjął mu z pozbawionych czucia, ale nie całkiem zaskoczonych palców plany wielkiej kampanii. – Teraz, chanie – powiedział, rozkładając mapy na plecach kolejnego służącego, który specjalnie w tym celu się pochylił – musimy podążać na Persję, a potem powinniśmy się przygotować do opanowania całego świata!

– No nie, popatrz na to, pomacaj… – powiedział chan, ściskąjąc między palcami fałd skóry. – Nie sądzisz…

– Chanie! – natarczywie przerwał Ögödej. – Jesteśmy u wrót podboju świata! – Dźgnął mapę nożem, paskudnie nadcinając znajdującemu się pod nią służącemu lewe płuco.

– Kiedy? – spytał chan, marszcząc czoło.

Ögödej w rozpaczy wyrzucił w górę ręce.

– Jutro! Zaczynamy jutro!

– Eee… jutro może być pewien problem – odparł chan. Wydął policzki i chwilę się zastanawiał. – W przyszłym tygodniu mam w Bucharze wykład o metodach prowadzenia rzezi i pomyślałem sobie, że wykorzystam jutrzejszy dzień na przygotowanie.

Ögödej wbił w ojca zdumiony wzrok. Podpierający mapy służący powoli opadł mu na nogę.

– Nie możesz tego przenieść?

– No wiesz, sporo mi zapłacili i mam nieco związane ręce.

– To co, w środę?

Chan wyjął z szaty zwój i przejrzawszy go, powoli pokręcił głową.

– Nie wiem, czy będę mógł w środę…

– Czwartek?

– Nie, czwartek odpada. W czwartek przychodzi do nas na kolację Ögödej z żoną i w zasadzie obiecałem…

– Ale Ögödej to ja!

– A, więc tu jesteś… Więc też nie będziesz miał w czwartek czasu.

Milczenie Ögödeja zakłócane było jedynie odgłosami, wydawanymi przez tysiące zarośniętych Mongołów – wrzeszczących, bijących się ze sobą i coraz bardziej wkurzonych.

– Posłuchaj mnie… – powiedział cicho. – Byłbyś gotów podbić świat… w piątek?

Chan westchnął.

– W piątki rano przychodzi sekretarka.

– Przychodzi.

– Trzeba odpowiedzieć na tyle listów… nie uwierzyłbyś, czego ludzie ode mnie wymagają. – Zmarkotniał, jakby oklapł. – Czy mógłbym podpisać to, pojawić się tam? Czy mógłbym dokonać sponsorowanej masakry na cele dobroczynne? Zazwyczaj trwa to przynajmniej do trzeciej, a miałem nadzieję wyjechać wcześniej na długi weekend. Ale w poniedziałek… w poniedziałek… – Znów zajrzał do zwoju. – Obawiam się, że poniedziałek odpada, odpoczynek i powrót do zdrowia, przy tym będę się upierał. Sprawdźmy, co z wtorkiem.

Dziwaczny przenikliwy odgłos, który dolatywał z oddali, brzmiał jak zwykły codzienny szloch kobiet i dzieci nad zwłokami zaszlachtowanych mężczyzn i chan nie zwracał na niego uwagi. Na horyzoncie skakało światełko.

– Wtorek… rano jestem wolny, nie, sekundę, właściwie to się umówiłem z tym niezwykle ciekawym gościem, który wie naprawdę wszystko o tym, jak rozumieć różne rzeczy, a jestem w tym strasznie mizerny. Wielka szkoda, bo to mój jedyny wolny dzień w przyszłym tygodniu. Nad następnym wtorkiem moglibyśmy się konkretnie zastanowić, ale… czy to nie dzień, w którym… – Przenikliwy odgłos cały czas trwał, tak naprawdę narastał, wieczorny wiatr niósł go jednak tak słabo, że nie przebił się jeszcze do zmysłów chana. Zbliżające się światełko lśniło tak blado, że było prawie nie do odróżnienia od światła księżyca, który tej nocy świecił szczególnie jasno. – …więc mniej lub bardziej zamykałoby to marzec – stwierdził chan. – Niestety.

– Kwiecień? – spytał Ögödej słabo. Mimochodem wyciął przechodzącemu wieśniakowi wątrobę, ale zwykła w takich razach satysfakcja gdzieś odeszła. Apatycznie odrzucił ochłap w ciemność. Skoczył nań pies, który w ciągu kilku ostatnich lat niezwykle się roztył, ciągle bowiem przebywał w pobliżu Ögödeja. Czasy nie były przyjemne.

– Nie, kwiecień odpada – stwierdził chan. – W kwietniu jadę do Afryki, od dawna już to sobie obiecuję.

Zbliżające się przez nocne niebo światełko wreszcie ściągnęło uwagę znajdujących się w pobliżu dwóch wysokiej rangi Mongołów, którzy cudownym sposobem przestali się okładać i dźgać, co popadnie. Podeszli.

– ojcze… – powiedział Ögödej, ciągle jeszcze nieświadom, co się szykuje – moglibyśmy ustalić, że w takim razie podbijemy świat w maju?

Potężny chan kilka razy cmoknął.

– Hm, nie chciałbym zobowiązywać się z tak dużym wyprzedzeniem. Jeżeli życie jest z góry zaplanowane, człowiek czuje się jak spętany. Na boga, powinienem więcej czytać, ale skąd mam wziąć na i czas? No, ale… – Westchnął i zaczął pisać w zwoju. „Maj… ewentualne podbicie świata”. – Wpisałem ołówkiem, więc nie traktuj tego jako ostatecznej decyzji – przypomnij mi jednak o sprawie i zobaczymy, jak wyjdzie. Hej, a to co?

Powoli, z gracją wchodzącej do wanny pięknej kobiety, na ziemi delikatnie osiadł długi, smukły, srebrny pojazd. Wypłynęło z niego łagodne światło. Z otwartego luku wyszła wysoka, elegancka istota o przedziwnie delikatnej, szarozielonej karnacji. Podeszła powoli.

Na jej drodze leżała ciemna postać wieśniaka, który popłakiwał pod nosem od chwili, gdy ujrzał, że pies Ögödeja zjada jego wątrobę, zdawał sobie bowiem sprawę z tego, że nie ma sposobu na jej odzyskanie i zastanawiał się, jak poradzi sobie teraz jego biedna żona. Wybrał tę chwilę na ostateczne przejście do lepszego świata.

Wysoki Obcy przeszedł nad nim z niesmakiem i – choć, aby stwierdzić, trzeba by bardzo blisko przyjrzeć się jego twarzy – z niejaką zazdrością. Krótko skinął głową każdemu z zebranych wokół mongolskich przywódców i spod ciężkiej metalowej tuniki wyciągnął niewielki notatnik.

– Dobry wieczór – powiedział słabym, uniżonym głosikiem. – Nazywam się Wowbagger, zwany jestem także Nieskończenie Przedłużonym, nie będę jednak kłopotał panów wyjaśnianiem, dlaczego. Pozdrawiam.

– Odwrócił się do potężnego chana stojącego z wywalonymi na wierzch gałami. – Jesteś Czyngis-chan? Czyngis Temüdżin chan, syn Jesugeja?

– Zwój, który chan trzymał, wyślizgnął mu się z palców i spadł na ziemię. Blada luminescencja ze statku Wowbaggera otaczała jego przepełnione zdumieniem, ogłupieniem i niepokojem żółte rysy. Jakby we śnie, wielki imperator zrobił potwierdzający krok do przodu. – Mogę sprawdzić, czy pisownia jest prawidłowa? – spytał Obcy i podsunął mu notes.

– Naprawdę bardzo bym nie chciał w tej fazie się pomylić i zaczynać wszystko od nowa. – Chan resztką sił skinął głową. – Wszystko się zgadza? – spytał Obcy. Przemieniony do niepoznaki imperator znów pochylił głowę. Wytrzeszcz oczu nie osłabł mu na sekundę. – To dobrze – uznał Wowbagger i postawił w notesie ptaszka. Podniósł wzrok. – Czyngis-chanie, jesteś onanistą, jesteś pijaczyną, jesteś drobnym kawałkiem gówna. Dziękuję.

Powiedziawszy to, wrócił do swojego statku i odleciał.

Zapadła paskudna cisza.

Kilka miesięcy później Czyngis-chan wpadł do Europy – tak rozwścieczony, że o mało nie zapomniał spalić Azji.

 

Oparte w części na oryginalnym skeczu Grahama Chapmana

i napisane przez Grahama Chapmana oraz Douglasa Adamsa

do show telewizyjnego Grahama Chapmana Out of the Trees, 1975.

Z: The Utterly Utterly Merry Comic,

Relief Christmas Book, 1986

 

*

 

Młody Zaphod zabezpiecza

 

Nad powierzchnią zadziwiająco pięknego oceanu łagodnie unosił się wielki latający statek. Od wczesnego przedpołudnia zataczał szerokie zakola i w końcu ściągnął na siebie uwagę wyspiarzy – pokojowo nastawionych, uwielbiających owoce morza istot, które zebrały się na plaży i zezowały w oślepiające słońce, usiłując zobaczyć, co też im lata nad głowami.

Każda co inteligentniejsza wykształcona osoba, która obijała się tu i tam oraz to i owo widziała, zwróciłaby zapewne uwagę na fakt, że statek bardzo przypomina szafę na akta – wielką, dopiero co okradzioną szafę na akta: przewróconą, z powysuwanymi szufladami, szybującą w powietrzu.

Wyspiarze, mający doświadczenie w nieco innych sprawach, byli zaskoczeni tym, iż rzecz unosząca się w górze wcale nie przypomina homara.

Szczebiotali podnieceni o całkowitym braku szczypiec, prostych i sztywnych plecach oraz fakcie, że latające coś najwyraźniej nie umie stać na twardym gruncie. Szczególnie zabawne wydało im się to ostatnie. Podskakiwali więc w miejscu raz za razem, by zademonstrować głupiemu tworowi, że stanie na ziemi to najłatwiejsza rzecz na świecie:

Wkrótce przedstawienie zaczęło ich nudzić. Stało się absolut jasne, iż twór nie jest homarem, a że ich świat został hojnie obdarzony homarami (dobre pół tuzina właśnie żwawo maszerowało ku nim plażą), zatem nie widzieli powodu, by dalej marnować czas i postanowili udać się czym prędzej na późny homarowy obiad.

W tym momencie statek nagle zawisł w powietrzu, ustawił się w pionie i z wielkim pluskiem, wzbijając potężną fontannę, zanurkował do oceanu. Wyspiarze rzucili się z krzykiem do lasu, poganiani strugami wody.

Kiedy kilka minut później wyszli rozdygotani spomiędzy drzew, widać było jedynie rozchodzące się łagodnie kręgi na wodzie i nieliczne bulgoczące bąbelki.

Między jednym a drugim kęsem najlepszego w zachodniej części Galaktyki homara kiwali do siebie nawzajem głowami, mówiąc: „Jakie to dziwne, jakie to bardzo dziwne, że coś takiego zdarza się drugi raz w roku”.

 

Nie będący homarem statek zanurzył się na głębokość sześćdziesięciu metrów i zamarł w bezruchu, otoczony soczystym turkusem koszących się nad nim potężnych mas wody. Daleko w górze, gdzie woda była czarownie przezroczysta, rozpierzchła się na boki chmura błyszczących ryb. Poniżej, dokąd światło dochodziło z trudnością, barwa wody przechodziła w ciemny i nieokiełznany granat.

Tu, na głębokość sześćdziesięciu metrów, docierały jedynie resztki słonecznych promieni. Leniwie przepłynął obok wielki morski ssak o jedwabistej skórze, zlustrował statek z odrobiną zainteresowania – jakby po trosze spodziewał się coś podobnego ujrzeć – i odpłynął w górę ku migoczącym jaśniejszym plamkom.

Minutę lub dwie statek wisiał w bezruchu, analizując wskazania; przyrządów, potem opadł kolejne trzydzieści metrów. Na tej głębokości panował niezwykle dostojny mrok. Po chwili wewnętrzne światła statku zgasły i przez sekundę lub dwie, nim gwałtownie wystrzeliły promienie skierowanych na zewnątrz reflektorów, jedyną jaśniejszą plamą był niewielki (słabo oświetlony), różowy emblemat z napisem: SPÓŁKA RATOWNICTWA I ZAPRAWDĘ PORONIONYCH POMYSŁÓW BEEBLEBROXA.

Potężne snopy światła pomknęły w dół, płosząc olbrzymią ławicę srebrnych ryb, które w niemym przerażeniu rozprysnęły się na wszystkie strony.

W mrocznej centrali dowodzenia, opasującej szerokim łukiem tępy przód pojazdu, cztery głowy niemal się stuknęły nad monitorem komputera, analizującego bardzo słabe i zanikające sygnały, dochodzące z leżącego w otchłani dna.

– Mamy go – odezwał się właściciel jednej z głów.

– Na pewno? – spytał właściciel drugiej głowy.

– Na tysiąc procent – odparł właściciel pierwszej.

– Jesteście pewni na tysiąc procent, że rozbity statek spoczywający na dnie tego oceanu, to ten sam statek, o którym twierdziliście, iż jesteście na tysiąc procent pewni, że na tysiąc procent się nigdy nie rozbije? – spytał właściciel obu pozostałych głów. – Momencik… – Podniósł dwie ze swych rąk w obronnym geście. – Tylko pytam.

Obaj urzędnicy Wydziału Ubezpieczeń i Reasekuracji zareagowali na to wrogimi spojrzeniami, istota z dziwną – czy raczej należałoby powiedzieć – parzystą liczbą głów nie zwróciła jednak na to uwagi. Rozwaliła się w fotelu kapitańskim, otworzyła dwie puszki piwa – jedną dla siebie, drugą też dla siebie – położyła nogi na pulpicie sterowniczym i rzuciła przez iluminator do przepływającej ryby:

– Cześć, mała!

– Panie Beeblebrox… – zaczął cicho urzędnik, niższy zarówno wzrostem, jak i umiejętnościami w zakresie reasekuracji.

– Tak?! – wrzasnął Zaphod, waląc puszką, która nieoczekiwanie okazała się pusta, w któryś z wrażliwszych instrumentów pokładowych. – Gotowi do nurkowania? No to jazda!

– Panie Beeblebrox, wyjaśnijmy sobie na początek jedną sprawę…

– Jasne, że wyjaśnijmy – odparł Zaphod. – Mam na początek propozycję. Może powiecie mi, co jest naprawdę na pokładzie tamtego statku.

– Już mówiliśmy – powiedział urzędnik. – Produkty uboczne. Głowy Zaphoda spojrzały po sobie ze znudzeniem.

– Produkty uboczne… Produkty uboczne czego?

– Procesów produkcyjnych.

– Jakich?

– Całkowicie bezpiecznych procesów produkcyjnych.

– Święty Zarkwonie! – wyrzuciły z siebie chórem obie głowy Zaphoda. – Tak bezpiecznych, że musieliście zbudować zarkwolerną fortecę, by przewieźć ich produkty uboczne do najbliższej czarnej dziury i je tam wrzucać Tyle tylko, że dostały się tutaj, ponieważ pilot zboczył nieco z drogi – zgadza się? – bo chciał kupić trochę homarów! W porządku, ten facet to zupełny luzak, ale… cóż, przyznaję otwarcie, każdy ma prawo do rozłupania kilku skorup, potem do wielkiego obiadu, następnie do zbliżającego się do masy krytycznej stolca, ale to… to… to przerasta wszelkie wyobrażenia!!

– Zamknij się! – wrzasnęła prawa głowa na lewą. – Nosem nam to wychodzi!

Na szczęście dotyk drugiej puszki z piwem nieco uspokoił Zaphoda.

– Słuchajcie, chłopaki – zaczął po chwili ciszy i kontemplacji!

Obaj urzędnicy nie wypowiedzieli nawet słowa, nie czuli się bowiem na siłach, by brać udział w konwersacji na takim poziomie abstrakcji.

– Chciałbym jedynie wiedzieć, w co mnie pakujecie – zażądał Zaphod, dźgając palcem ekran komputera, na którym pojawiały się i znikały strumienie danych. Nic mu nie mówiły, ale nie podobał mu się sam ich widok – zawierały mnóstwo długich liczb i pokrętnych symboli! – Statek się rozpada, prawda?! – wrzasnął. – Znajduje się na nim pełno epsilonicznieaktywnych prętów czy czegoś podobnego, co może; skazić ten sektor na biliony lat, i właśnie się rozpada! Taka jest prawda? Czegoś takiego idziemy szukać? Wyjdę z wraku z jeszcze większą ilością głów?

– Niemożliwe, by statek był wrakiem, panie Beeblebrox – zapewnił urzędnik. – Ma gwarancję pełnego bezpieczeństwa. Nie ma możliwości, by się rozpadł.

– W takim razie dlaczego tak wam zależy, by go obejrzeć?

– Lubimy rzucać okiem na w pełni bezpieczne rzeczy.

– Juhhhuuu!

– Panie Beeblebrox – spokojnie mówił urzędnik – czy mogę przypomnieć, że ma pan do wykonania robotę?

– Tjaaa, ale może nagle poczułem, iż nie zależy mi aż tak bardzo, by rwać się do jej wykonania. Naprawdę uważacie, że jestem całkowicie pozbawiony tych moralnych jakimtam… no, jak się nazywają te moralne dyngsy?

– Skrupuły?

– Skrupuły, dziękuję. Pozbawiony skrupułów?

Obaj urzędnicy spokojnie czekali. Dyskretnie odkaszlnęli, by pomóc mijać czasowi. Zaphod westchnął w stylu: ,JDo czego to doszło na tym świecie”, by rozgrzeszyć się z wszelkiej winy i obrócił fotel.

– Statek! – zawołał.

– Hę? – odpowiedział statek.

– Rób to, co ja bym zrobił.

Statek przez kilka milisekund analizował rozkaz, dwa razy sprawdził szczelność swych wzmacnianych luków i iluminatorów i powoli, acz nieubłaganie, podążając za oślepiającym światłem reflektorów, zaczął opadać.

 

Sto pięćdziesiąt metrów.

Trzysta.

Sześćset metrów.

Tu, gdzie ciśnienie wynosi prawie siedemdziesiąt atmosfer, w przerażających głębiach, do których nie dociera najmniejszy promień światła, natura ukrywa popełnione przez siebie w amoku prototypy. W krąg światła wpadły dwa półmetrowe koszmary, ziewnęły i zniknęły w czerni.

Siedemset pięćdziesiąt metrów.

Na granicy oświetlonej przestrzeni przemykały, machając ślepiami na szypułkach, grzeszne tajemnice.

Stopniowo na ekranach komputerów zarysowywały się coraz wyraźniej dalekie kontury dna, wkrótce też odciął się od nich nie pasujący do otoczenia kształt. Przechylony obiekt przypominał gigantyczny statek – fortecę. Z jednego końca był cylindryczny, w połowie długości rozszerzał się w obłożony płytkami ultrawzmacnianego tworzywa stożek. To właśnie tam znajdowały się rewolucyjnej konstrukcji ładownie i budowniczowie pojazdu uważali, że jeszcze nigdy nie stworzono czegoś tak bezpiecznego i niedostępnego. Przed wystrzeleniem statku w kosmos sekcję tę bombardowano, poddawano próbom zderzeniowym, ostrzeliwano z miotaczy i wystawiano na działanie wszelkich możliwych agresywnych czynników, jakie wedle wiedzy konstruktorów mogła wytrzymać – dla zademonstrowania, że jest w stanie wytrzymać ich działanie.

Kiedy stało się jasne, że właśnie ta część statku pękła na pół, cisza w kokpicie poważnie się zagęściła.

– W rzeczywistości statek jest w pełni bezpieczny – odezwał się jeden z urzędników. – Został tak zbudowany, że nawet jeśli popęka, ładownie pozostaną nienaruszone.

 

Tysiąc sto sześćdziesiąt pięć metrów.

Z luku statku ratowniczego wyszły powoli cztery wysokociśnienioodporne superkombinezony i zaczęły brnąć przez ścianę światła w kierunku monstrualnego kształtu, majaczącego ciemno w jeszcze ciemniejszej wodzie. Kombinezony poruszały się z niezdarną gracją, a choć przyciskane były milionami ton, sprawiały wrażenie nieważkich.

Zaphod wbił wzrok prawej głowy w czarną nieskończoność w górze i jego umysł wydał z siebie niemy okrzyk przerażenia. Spojrzał w lewo i z ulgą stwierdził, że druga głowa zajęta jest śledzeniem odbieranej na ekranie wewnątrz hełmu transmisji z meczu brokiańskiego ultrakrykieta i nie zwraca uwagi na to, co dzieje się wokół. Nieco z tyłu, po lewej, szli urzędnicy Wydziału Ubezpieczeń i Reasekuracji, nieco z przodu i z prawej maszerował pusty kombinezon, niosąc sprzęt i badając drogę.

Dotarli do potężnego pęknięcia w kadłubie przewróconego pancernika międzygwiezdnego o niezwykłej nazwie: „Wytrzyma wszystko bilion lat” i zaświecili do środka szperaczami. Między poszarpanymi i poskręcanymi resztkami ponadpółmetrowej grubości przegród majaczyły kontury strzaskanych maszyn. Mieszkała tu teraz rodzina olbrzymich przezroczystych węgorzy i najwyraźniej im się tutaj podobało.

Pusty kombinezon szedł przodem wzdłuż gigantycznego kadłuba i sprawdzał śluzy powietrzne. Dopiero luk trzeciej otworzył się bez trudu. Wcisnęli się do środka i przeczekali długie minuty, w czasie których pompy mozolnie walczyły z ogromnym ciśnieniem wody i zastępowały ją mieszanką tlenu oraz odpowiednio dobranych gazów o tak samo ogromnym ciśnieniu. W końcu odsunął się wewnętrzny luk i przybysze zostali wpuszczeni do wypełnionej mrokiem strefy zewnętrznych ładowni pancernika międzygwiezdnego „Wytrzyma wszystko bilion lat”.

Musieli przejść szereg superbezpiecznych tytanowytrzymałych włazów – każdy z nich urzędnicy Wydziału otwierali skomplikowanym zestawem kluczy kwarkowych. Wkrótce zeszli tak daleko w głąb hiperzabezpieczonych stref, że zaczęła zanikać transmisja brokiańskiego ultrakrykieta i Zaphod musiał przełączyć się na odbiór którejś ze stacji nadającej wideoklipy rockowe – nigdzie we wszechświecie nie można przed nimi uciec.

W końcu rozwarły się ostatnie drzwi i wkroczyli do wielkiej sali przypominającej grobową kryptę. Zaphod skierował szperacz na ścianę przed sobą, a wtedy pojawił się na niej obraz przeraźliwie krzyczącej twarzy o wypełnionych szaleństwem oczach. Zaphod wrzasnął, w chwilę później jego ryk przeszedł w zakończony kwintą pisk, po czym opuścił reflektor i ciężko usiadł na podłodze, a dokładniej mówiąc, na leżącym tam w spokoju od pół roku ciele, które zareagowało gwałtownym wybuchem. Zaphod nie bardzo wiedział, jak się zachować, więc po krótkiej, acz gwałtownej dyskusji z samym sobą postanowił, że najlepszym wyjściem będzie udawać trupa.

Przyszedł do siebie kilka minut później, usiłując przekonać pozostałych członków misji, że nie wie, kim jest, gdzie jest ani jak się tu dostał – nie był jednak wystarczająco wiarygodny. Udał więc, że nagle wróciła mu pamięć, a wywołany tym szok spowodował kolejną utratę przytomności. Kiedy ponownie zamierzał upaść, podtrzymał go pusty kombinezon, który zaczynał mieć tego wszystkiego dość i postanowił wreszcie zorientować się w sytuacji.

Sytuacja zaś przedstawiała się następująco: było ciemno i z wielu względów nieprzyjemnie, przy czym najbardziej rzucające się w oczy ohydztwo stanowiła kolorowa mozaika z fragmentów gwałtownie rozsadzonego nawigatora, poprzyklejanych do podłogi, ścian i sufitu, szczególnie zaś do dolnej części kombinezonu Zaphoda. Sprawiało to tak paskudne wrażenie, że nie będziemy więcej do tego wracać i jedynie nadmienimy, iż na sam widok Zaphod zwymiotował do kombinezonu. Musiał go zdjąć i – oczywiście po stosownych dopasowaniach hełmu – założyć kombinezon dotychczas pusty. Niestety fetor zużytego powietrza i widok własnego kombinezonu upaćkanego gnijącymi wnętrznościami nawigatora wystarczyły, by zwymiotował także do nowego kombinezonu; ale to już problem, z którym Zaphod i jego nowy kombinezon musieli sami się uporać.

Koniec. Wystarczy. Żadnych obrzydliwości więcej.

Przynajmniej tego typu.

Właściciel przeraźliwie krzyczącej twarzy odrobinę się uspokoił i bełkotał teraz bez ładu i składu – znajdował się nie w ścianie, a w wielkim, wypełnionym żółtym płynem pojemniku, czyli napełnionym gęstą zawiesiną zbiorniku ratunkowym.

– To było szaleństwo – bełkotał. – Kompletne szaleństwo! Powiedziałem mu, że możemy wpaść po homary w drodze powrotnej,; on oszalał. Opętało go! Byliście kiedyś opętani żądzą homara? Ja nie. Mają za dużo pancerza i gumowatych części, by warto je jeść, w dodatku mięso – co to za smak? Znacznie bardziej wolę przegrzebki, i mu to powiedziałem. Na Zarkwona – dokładnie tak powiedziałem!

Zaphod wpatrywał się w niezwykłą istotę w zbiorniku, machającą ramionami jak wiatrak. Była podłączona do wszelkich możliwych systemów utrzymywania życia, jej głos dobiegał z głośników, rozchodził się echem po statku i wracał z odległych korytarzy niby pojękiwania potępieńca.

– I tu właśnie popełniłem błąd! – wył szaleniec. – Powtarzałem, że wolę małże, na co odparł, że to dlatego, iż nigdy nie jadłem prawdziwego homara, pochodzącego z miejsca, skąd pochodzą jego przodkowie, czyli stąd, i mi to zaraz udowodni. Twierdził, że to żaden problem, tutejsze homary są wręcz warte osobnej wycieczki, nie ma wiec; co robić rabanu z powodu niewielkiego zboczenia z kursu i przysiągł, że poradzi sobie ze sterowaniem w tutejszej atmosferze, ale to było szaleństwo! Szaleństwo! – wykrzyknął, i przewrócił oczami, jakby słowo to wywołało w nim jakieś skojarzenia. – Oczywiście stracił kontrolę nad statkiem! Nie mogłem uwierzyć, co wyprawiamy, tylko po to, by sprawdzić jakiś drobiazg związany z przecenianymi jako danie homarami – przepraszam, że tyle gadam o homarach, zaraz wezmę się; w garść i spróbuję przestać, ale nie mogę o nich zapomnieć, odkąd trafiłem do tego zbiornika, i nawet nie wiecie, jak to jest siedzieć miesiącami z tymi samymi gębami, jeść mrożonki i puszki, podczas gdy ktoś gada bez przerwy o homarach, a potem pływać pół roku w zbiorniku i myśleć o homarach. Obiecuję, że zaraz wezmę się w garść i przestanę gadać o homarach! Naprawdę! Homary, homary, homary – dość o homarach! Chyba jestem jedynym, który przeżył. Jedynym, któremu udało się dostać do zbiornika ratunkowego przed uderzeniem w planetę. Wysłałem SOS i zaraz potem walnęliśmy. Niezła katastrofa, co? Totalna katastrofa, a to tylko dlatego, że gość lubił homara. Czy to, co mówię, ma sens? Samemu trudno mi ocenić…

Wbijał w nich błagalnie wzrok, a poziom jego inteligencji zdawał się powoli opadać – niczym liść z drzewa. Zamrugał, a po chwili gapił się już tylko zdziwiony niby zapatrzona w cudaczną rybę małpa. Podrapał palcami wewnętrzną stronę szklanej ścianki zbiornika. Z ust i nosa wyleciała mu chmura drobnych żółtych bąbli, które wpłynęły między splątane włosy, chwilę tam się zatrzymały, a potem uniosły się w górę.

– Święty Zarkwonie… O nieba! – mruknął patetycznie pod nosem. – Zostałem odnaleziony. Jestem uratowany…

– Cóż – dziarsko rzucił jeden z urzędników. – Odnaleziony na pewno. – Podszedł do konsoli głównego komputera i zaczął przeglądać dane o zniszczeniach statku. – Komory z epsilonicznieaktywnymi prętami są całe – powiedział.

– Niech mnie jasna ciasna… – parsknął Zaphod. – A więc na pokładzie są pręty!

Pręty epsilonicznieaktywnego materiału służyły do uzyskiwania energii w sposób, którego na szczęście już zaprzestano. Kiedy pogoń za nowymi źródłami energii zrobiła się całkiem szalona, pewien młody bystry gość wpadł na pomysł, że miejscem, gdzie nigdy nie wykorzystywano całej energii, była przeszłość. Ponieważ tego typu pomysły powodują zwykle potężny dopływ krwi do mózgu, tej samej nocy odkrył sposoby praktycznej eksploatacji złóż, i w ciągu roku olbrzymie połacie przeszłości zostały poddane rabunkowej eksploatacji i wyjałowione. Ci, którzy upierali się, że nie wolno ingerować w przeszłość, zostali oskarżeni o poddawanie się szczególnie nieekonomicznej formie sentymentalizmu. Przeszłość okazała się tanim, obfitym i czystym źródłem energii; jeżeli ktoś chciał płacić za to, by nie została wyeksploatowana, mógł w każdej chwili utworzyć Byłe Rezerwy Naturalne, jeśli zaś chodzi o twierdzenie, że rabunkowa eksploatacja przeszłości zubaża teraźniejszość, może i coś w tym było, tyle że tak nieistotnego, iż niemierzalnego, a przecież zawsze należy pamiętać o zachowaniu odpowiednich proporcji.

Dopiero kiedy zauważono, że teraźniejszość jest rzeczywiście zubożana i to dlatego, że egoistyczne niszczycielskie łobuzy z dalekiej przyszłości też korzystają z energii swej przeszłości, wszyscy doszli do wniosku, że natychmiast i na zawsze powinny zostać zniszczone co do jednego wszystkie epsilonicznieaktywne pręty oraz tajemnica ich wyrobu. Zapewniano, że celem jest zapewnienie bezpieczeństwa dziadów i wnuków, choć oczywiste, że celem było zapewnienie bezpieczeństwa wnuków własnych dziadów oraz dziadów własnych wnuków. Urzędnik z Wydziału Ubezpieczeń i Reasekuracji wzruszył ramionami.

– Są absolutnie bezpieczne – stwierdził. Popatrzył na Zaphoda i dodał z nietypową dla siebie szczerością: – Na pokładzie znajduje się coś znacznie gorszego. Przynajmniej – postukał w jeden z ekranów – mam nadzieję, że tu jeszcze jest…

Drugi urzędnik gwałtownie się ku niemu odwrócił.

– Co ty, do diabła, gadasz? – rzucił ostro.

Pierwszy ponownie wzruszył ramionami.

– To i tak bez znaczenia. Będzie mógł gadać, co chce i tak nikt mu nie uwierzy. Przecież dlatego go wybraliśmy, nie? Im bardziej niezwykłą opowie historię, tym bardziej będzie brzmiał jak snujący niestworzone bujdy hipisowaty awanturnik. Powtórzy słowo w słowo, to co właśnie mówię i wyjdzie na paranoika. – Obdarzył przemiłym uśmiechem Zaphoda, który właśnie się gotował w splugawionym kombinezonie. – Możesz z nami iść… jeśli sobie życzysz…

 

– Widzisz? – powiedział urzędnik, sprawdzając ultratytanowe plomby na komorach z epsilonicznieaktywnymi prętami. – Idealnie pewne, absolutnie bezpieczne.

To samo powiedział, gdy mijali komory z bronią chemiczną o tak wielkiej mocy, że zawartość łyżeczki do herbaty mogłaby zarazić planetę.

To samo powiedział, gdy mijali komory z zetaaktywnymi materiałami o tak wielkiej mocy, że zawartość łyżeczki do herbaty mogłaby wysadzić planetę.

To samo powiedział, gdy mijali komory z tetaaktywnymi materiałami o tak wielkiej mocy, że zawartość łyżeczki do herbaty mogłaby napromieniować planetę.

– Co za szczęście, że nie jestem planetą – mruknął pod nosem Zaphod.

– Nie masz się czego obawiać – zapewnił urzędnik – planety to bardzo bezpieczne twory. Pod warunkiem, że… – Zbliżali się do komory, która znajdowała się najbliżej miejsca, gdzie pękł tył pancernika międzygwiezdnego „Wytrzyma wszystko bilion lat”. Korytarz poskręcał się i zdeformował, a podłoga była miejscami spryskana czymś kleistym i lepkim.

– Hom hum! – wyhumkał urzędnik – Hom niech to hum!

– Co jest w tej komorze?

– Produkty uboczne – zdawkowo odparł urzędnik.

– Produkty uboczne… – nie zamierzał zrezygnować Zaphod – …czego?


Date: 2015-12-18; view: 370


<== previous page | next page ==>
O: Ma Pan też film. Słyszałem pogłoski że film Autostopem snuje się jak duch od dziesięcioleci. | READING 2) Camp Hideaway
doclecture.net - lectures - 2014-2019 year. Copyright infringement or personal data (0.029 sec.)