ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 40 page szereg ciągnący się w nieskończoność.
Usiadłem z powrotem i patrzyłem, jak Sadie taszczy walizki na stanowisko Frontier
Airlines. Widać było, że bagaże są ciężkie, ale niosła je con brio, z wyprostowanymi plecami,
jej płaskie obcasy dziarsko stukały w podłogę. Przedstawiciel linii wziął od niej walizki i
położył je na wózku bagażowym. Rozmawiali chwilę; ona podała mu bilet, który przed
dwoma miesiącami kupiła w biurze podróży, on coś na nim napisał. Wzięła bilet z powrotem i
skierowała się do wyjścia. Spuściłem głowę, żeby mnie nie zauważyła. Kiedy znów
podniosłem wzrok, już jej nie było.
Czterdzieści długich, bardzo długich minut później obok restauracji przeszli
mężczyzna, kobieta i dwójka małych dzieci - chłopiec i dziewczynka. Chłopiec trzymał ojca
za rękę i trajkotał jak najęty. Ojciec patrzył na niego z góry, uśmiechał się i kiwał głową.
Ojcem tym był Robert Oswald.
Głośnik zagrzmiał:
- Samolot linii Delta numer 194 z Newark i Atlanty podchodzi do lądowania.
Oczekujących prosimy o przejście do wyjścia numer 4. Samolot linii Delta numer 194
podchodzi do lądowania.
Żona Roberta - Vada, według notatek Ala - wzięła dziewczynkę na ręce i
przyspieszyła kroku. Nigdzie nie było Marguerite.
Dłubałem w sałatce, żułem, ale nie czułem smaku. Serce biło mi mocno.
Usłyszałem zbliżający się ryk silników i zobaczyłem biały dziób DC-8
podjeżdżającego do terminalu. Witający skupili się wokół drzwi. Kelnerka postukała mnie w
ramię i mało nie krzyknąłem.
- Przepraszam pana - powiedziała z teksaskim akcentem tak mocnym, że uderzał do
głowy. - Chciałam ino spytać, czy co jeszcze podać.
- Nie, dziękuję.
- Proszę bardzo.
Pierwsi pasażerowie przecięli terminal. Sami mężczyźni w garniturach, porządnie
ostrzyżeni. Oczywiście. Pierwsza klasa wysiada najpierw.
- Na pewno nie chce pan kawałka placka brzoskwiniowego? Dzisiaj świeży.
- Nie, dzięki.
- Pewien jesteś, skarbie?
Teraz wylał się tłum pasażerów klasy turystycznej. Były i kobiety, i mężczyźni,
wszyscy obwieszeni torbami podręcznymi. Usłyszałem pisk kobiety. Czy to Vada wita
szwagra?
- Jestem pewien - powiedziałem i podniosłem mego „Time'a”.
Złapała aluzję. Mieszałem resztki sałatki w pomarańczowej zupie sosu winegret i
patrzyłem. Nadeszli mężczyzna i kobieta z małym dzieckiem, za dużym jednak, by była to
June. Pasażerowie mijali restaurację, gawędząc z krewnymi i znajomymi, którzy po nich
wyszli. Zobaczyłem, jak młody mężczyzna w mundurze wojskowym klepie swoją
dziewczynę po tyłku. Zaśmiała się, odtrąciła jego dłoń, po czym wspięła się na palce, żeby go
pocałować.
Przez jakieś pięć minut terminal był prawie pełny. Potem tłum zaczął się przerzedzać.
Nigdzie śladu Oswaldów. Ogarnęła mnie szalona pewność: nie było ich w tym samolocie. Nie
tylko przeniosłem się w czasie, ale i wpadłem do jakiegoś równoległego wszechświata. Może
Człowiek z Żółtą Kartką miał czemuś takiemu zapobiec, ale Człowiek z Żółtą Kartką nie żył,
a ja tym samym byłem wolny. Nie ma Oswalda? W porządku, a zatem nie ma misji. Kennedy
umrze w jakiejś innej wersji Ameryki, ale nie w tej. Mogłem dogonić Sadie i żyć długo i
szczęśliwie.
Ledwie ta myśl przebiegła mi przez głowę, a już po raz pierwszy zobaczyłem mój cel.
Robert i Lee szli obok siebie i rozmawiali z ożywieniem. Lee wymachiwał czymś, co było
albo dużą aktówką, albo małą torbą na ramię. Robert miał w ręku różową walizkę z
zaokrąglonymi rogami, która wyglądała, jakby pochodziła z szafy Barbie. Vada i Marina szły
za nimi. Vada niosła jedną z dwóch toreb pozszywanych z kawałków materiału; Marina miała
drugą przewieszoną przez ramię. Trzymała też na rękach czteromiesięczną June i z trudem
dotrzymywała kroku pozostałym. Dwoje dzieci Roberta i Vady szło po obu jej bokach,
patrząc na nią z nieskrywaną ciekawością.
Vada zawołała mężczyzn i zatrzymali się prawie przed samą restauracją. Robert
wyszczerzył się radośnie i wziął torbę od Mariny. Lee był... rozbawiony? Złośliwy? Może
jedno i drugie. Po jego twarzy przemknął ledwo dostrzegalny cień uśmiechu, od którego
zrobiły mu się dołki w kącikach ust. Nijakie ciemne włosy miał starannie uczesane. Ogólnie
wyglądał jak wzorcowy porządniś w wyprasowanej białej koszuli, spodniach khaki i
wypastowanych butach. Nikt by się nie domyślił, że dopiero co przebył pół świata; na jego
ubraniach nie było ani jednego zagięcia, na policzkach ani śladu zarostu. Miał zaledwie
dwadzieścia dwa lata, a wyglądał młodziej - jak jeden z nastolatków, których uczyłem
literatury amerykańskiej.
Marina, której jeszcze miesiąca brakowało do tego, by mogła legalnie kupować
alkohol, była wyczerpana, oszołomiona, gapiła się na wszystko wokół. Była też piękna, z
kłębami ciemnych włosów i smutnymi niebieskimi oczami.
June była cała opatulona pieluchami z materiału. Nawet szyję miała czymś owiniętą i
choć nie płakała, jej twarz była czerwona i spocona. Lee wziął dziecko na ręce. Marina
uśmiechnęła się z wdzięcznością i kiedy rozchyliła usta, zobaczyłem, że brakuje jej jednego
zęba. Pozostałe były odbarwione, jeden prawie czarny. Kontrast z jej mleczną skórą i
pięknymi oczami był rażący.
Oswald nachylił się blisko niej i powiedział coś, co starło uśmiech z jej twarzy.
Spojrzała na niego niepewnie. Powiedział coś jeszcze, dźgając ją palcem w ramię.
Przypomniałem sobie opowieść Ala i ciekaw byłem, czy teraz Oswald mówi swojej żonie to
samo: pachoda, suka - chodźże, suko.
Ale nie. To te pieluchy tak go poirytowały. Zerwał je - najpierw z rąk, potem z nóg
dziecka - i cisnął nimi w Marinę, która niewprawnie je złapała. Rozejrzała się, czy nikt nie
patrzy.
Vada wróciła i dotknęła ramienia Lee. Nie zwrócił na nią uwagi, tylko odwiązał
prowizoryczny bawełniany szalik z szyi June i rzucił nim w żonę. Upadł na podłogę
terminalu. Marina schyliła się i podniosła go bez słowa.
Robert dołączył do nich i żartobliwie uderzył brata w ramię. W terminalu zrobiło się
pusto - ostatni wysiadający pasażerowie ominęli rodzinę Oswaldów - i wyraźnie usłyszałem,
co powiedział.
- Daj jej spokój, dopiero przyjechała. Nawet jeszcze nie wie, gdzie jest.
- Spójrz na to dziecko. - Lee podniósł June. Dopiero wtedy się rozpłakała. - Opatuliła
ją jak cholerną mumię egipską. Bo tak to się u nich robi. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać.
Staraja baba! - Odwrócił się do Mariny z ryczącym dzieckiem w ramionach. - Staraja baba!
Spojrzała na niego z lękiem. Próbowała się uśmiechnąć, tak jak robią to ludzie, gdy
wiedzą, że są obiektem drwin, ale nie rozumieją dlaczego. Pomyślałem przelotnie o Lenniem
z „Myszy i ludzi”. Wtedy twarz Oswalda rozjaśnił uśmiech, buńczuczny i trochę krzywy. Z
tym uśmiechem Lee Oswald był prawie przystojny. Delikatnie pocałował żonę, najpierw w
jeden policzek, potem w drugi.
- USA! - powiedział i pocałował ją znowu. - USA, Rina! Kraj wolnych, ojczyzna
obsranych!
Rozpromieniła się. Lee zaczął mówić do niej po rosyjsku i oddał jej dziecko. Objął ją
ramieniem, kiedy uspokajała June. Wciąż jeszcze się uśmiechała, kiedy opuszczali moje pole
widzenia, i przełożyła sobie dziecko na ramię, by móc wziąć męża za rękę.
Wróciłem do domu - jeśli mogłem tak nazywać Mercedes Street - i próbowałem się
zdrzemnąć. Nieświadomość nie przychodziła, leżałem więc z rękami pod głową i wsłuchany
w niespokojne dźwięki ulicy rozmawiałem z Alem Templetonem. Teraz, kiedy zostałem sam,
robiłem to dość często. Jak na nieboszczyka, miał dużo do powiedzenia.
- Głupio zrobiłem, że przyjechałem do Fort Worth - powiedziałem mu. - Jeśli spróbuję
podłączyć pluskwę do magnetofonu, ktoś na pewno mnie zauważy. Może nawet sam Oswald,
a to zmieniłoby wszystko. On już jest paranoikiem, tak napisałeś w swoich notatkach.
Wiedział, że KGB i MSW obserwowały go w Mińsku, i będzie się bał, że FBI i CIA
obserwują go tutaj. I FBI rzeczywiście będzie go obserwować, przynajmniej przez pewien
czas.
- Tak, musisz być ostrożny - przytaknął Al. - Nie będzie łatwo, ale wierzę w ciebie,
przyjacielu. Dlatego się do ciebie zwróciłem.
- Nie chcę się nawet do niego zbliżać. Na lotnisku ciarki mnie przeszły na sam jego
widok.
- Wiem, że nie chcesz, ale nie masz wyjścia. Jako ktoś, kto spędził prawie całe życie w
kuchni, mogę cię zapewnić, że nikt nigdy jeszcze nie zrobił omletu, nie rozbijając przy tym
jaj. I błędem byłoby przecenianie tego faceta. To nie jakiś superprzestępca. Poza tym teraz
będzie zaprzątnięty innymi sprawami, głównie swoją porąbaną matką. Do niczego się nie
nada w najbliższym czasie oprócz krzyczenia na żonę i tłuczenia jej, kiedy będzie tak
wkurzony, że krzyk nie wystarczy.
- Myślę, że zależy mu na niej, Al. Chociaż trochę, a może bardzo. Mimo tego
krzyczenia.
- Taa, i tacy jak on najczęściej wykańczają swoje kobiety. Weź takiego Franka
Dunninga. Po prostu rób, co do ciebie należy, przyjacielu.
- I co mi to da, że podłączę pluskwę? Będę miał nagrania kłótni? Kłótni po rosyjsku?
Bardzo mi to pomoże.
- Nie o to chodzi, żebyś zgłębiał życie rodzinne tego człowieka. Przede wszystkim
musisz dowiedzieć się jak najwięcej o George'u DeMohrenschildcie. Upewnić się, że
DeMohrenschildt nie jest zamieszany w zamach na generała Walkera. Kiedy tego dokonasz,
wyeliminujesz margines niepewności. No i spójrz na to bardziej optymistycznie. Jeśli Oswald
przyłapie cię na tym, że go szpiegujesz, może odstąpić od swego planu. Może mimo wszystko
nie spróbuje zabić Kennedy'ego.
- Naprawdę w to wierzysz?
- Nie. Szczerze mówiąc, nie.
- Ja też nie. Przeszłość jest nieustępliwa. Nie chce, żeby ją zmieniać.
- Przyjacielu, nareszcie dobrze...
- ...kombinuję - usłyszałem swoje mruknięcie. - Nareszcie dobrze kombinuję.
Otworzyłem oczy. A jednak zasnąłem. Późne światło wpadało przez zaciągnięte
zasłony. Gdzieś niedaleko, na Davenport Street w Fort Worth, bracia Oswald i ich żony
siadali do kolacji - pierwszego posiłku Lee po powrocie na stare śmiecie.
Za moim oknem dziewczynki skaczące na skakance recytowały wierszyk. Brzmiał
bardzo znajomo. Wstałem, przeszedłem przez pogrążony w półmroku salon (umeblowany
dwoma fotelami ze sklepu z rzeczami używanymi i niczym więcej) i ostrożnie odchyliłem
zasłonę. Od tych zasłon zacząłem urządzanie domu. Chciałem widzieć; nie chciałem być
widziany.
Dom pod 2703 wciąż stał pusty, z tabliczką DO WYNAJĘCIA przyczepioną dwiema
pinezkami do balustrady rozpadającego się ganku. Na trawniku dwie dziewczynki kręciły
skakanką, trzecia przez nią skakała. Oczywiście, że to nie były te same dziewczynki, które
widziałem na Kossuth Street w Derry - te trzy, ubrane w połatane i sprane dżinsy zamiast
nowiutkich szortów, wyglądały na zabiedzone i niedożywione - ale wierszyk był ten sam, tyle
że recytowany z teksaskim akcentem.
- Charlie Chaplin do Francji wyskoczył! Tancerki oglądać na własne oczy! Salutuj
kapitanowi! Królowej też! Mój stary w łodzi podwodnej jest!
Dziewczynka, która skakała przez skakankę, potknęła się i runęła na zaniedbany
trawnik przed domem numer 2703. Koleżanki rzuciły się na nią i cała trójka zaczęła tarzać się
po ziemi. Potem wstały i czmychnęły.
Odprowadziłem je wzrokiem, myśląc: Ja je widziałem, one mnie nie. To już coś. Jakiś
początek. Jaki będzie koniec, Al?
DeMohrenschildt był kluczem do całej sprawy, jedynym powodem, dla którego nie
mogłem zabić Oswalda, jak tylko wprowadzi się do domu naprzeciwko. George
DeMohrenschildt, geolog naftowy, spekulant koncesjami na ropę. Człowiek, który wiódł
żywot playboya, głównie dzięki pieniądzom żony. Podobnie jak Marina, był rosyjskim
emigrantem, ale, w odróżnieniu od niej, pochodził z arystokratycznej rodziny - ściśle mówiąc,
był baronem DeMohrenschildtem. Człowiek, który miał zostać jedynym przyjacielem Lee
Oswalda w ciągu kilku ostatnich miesięcy jego życia. Człowiek, który miał zasugerować
Oswaldowi, że świat byłby dużo lepszy bez pewnego rasistowskiego, prawicowego generała
w stanie spoczynku. Gdyby się okazało, że DeMohrenschildt uczestniczył w zamachu
Oswalda na Edwina Walkera, moja sytuacja mocno by się skomplikowała; wtedy wszystkie
zwariowane teorie spiskowe zaczęłyby wchodzić w grę. Al jednak uważał, że jedyne, co
rosyjski geolog zrobił (czy i co zrobi; jak wspominałem, życie w przeszłości jest
zagmatwane), to podjudził człowieka, który i bez tego był obsesyjnie żądny sławy i
niezrównoważony psychicznie.
Al zanotował: Jeśli Oswald był sam wieczorem 10 kwietnia 1963,
prawdopodobieństwo, że w zamachu na Kennedy'ego siedem miesięcy później uczestniczył
drugi snajper, maleje do jednego procentu, może nawet bardziej.
Pod spodem, wielkimi literami, dodał swój końcowy werdykt: TO WYSTARCZY,
ŻEBY SUKINSYNA SPRZĄTNĄĆ.
To, jak zobaczyłem dziewczynki, które nie zobaczyły mnie, przypomniało mi ten stary
thriller z Jimmym Stewartem, „Okno na podwórze”. Człowiek mógł dużo widzieć, nie
ruszając się z własnego salonu. Zwłaszcza gdy miał odpowiedni sprzęt.
Nazajutrz poszedłem do sklepu sportowego i kupiłem lornetkę Bausch & Lomb,
notując sobie w pamięci, by uważać na odbłyski słońca w soczewkach. Jako że dom numer
2703 był po wschodniej stronie Mercedes Street, uznałem, że po południu nie będzie z tym
problemu. Wsunąłem lornetkę w szparę między zasłonami i kiedy wyregulowałem ostrość,
obskurna salonokuchnia naprzeciwko stała się tak jasna i wyraźna, jakbym w niej stał.
Krzywa Lampa z Pizy wciąż była na starej komodzie z przyborami kuchennymi i
czekała, aż ktoś ją zapali i uruchomi pluskwę. Ta jednak na nic się nie zda, dopóki nie
podłączę jej do sprytnego małego japońskiego magnetofonu, który przy najniższej prędkości
obrotów mógł nagrywać do dwunastu godzin. Przetestowałem go ni mniej, ni więcej, tylko
mówiąc do zapasowej lampy z podsłuchem (czułem się przy tym jak postać z komedii
Woody'ego Allena) i choć dźwięk przy odtwarzaniu był spowolniony - brzmiał jak jedna z
czterdziestekpiątek Richiego-z-dziczy puszczonych z prędkością szesnastu obrotów - słowa
dało się zrozumieć. Wszystko to oznaczało, że w każdej chwili mogę przystąpić do działania.
Jeśli się odważę.
Czwartego lipca Mercedes Street tętniła życiem. Mężczyźni, korzystając z wolnego
dnia, podlewali trawniki, których nic już nie mogło uratować - pomijając kilka
popołudniowych i wieczornych burz, było upalnie i panowała susza - po czym zwalali się na
krzesła ogrodowe, słuchali transmisji baseballu w radiu i pili piwo. Gangi podrostków rzucały
petardami w bezpańskie psy i nieliczne wałęsające się kury. Jedna z nich trafiona
eksplodowała w chmurze krwi i piór. Matka dzieciaka, który rzucił petardę, ubrana tylko w
halkę i baseballówkę Farmall, zaciągnęła go siłą do stojącego dalej domu. Sądząc po jej
niepewnym chodzie, wlała już w siebie kilka browarków. Swoisty pokaz fajerwerków nastąpił
zaraz po dziesiątej, kiedy ktoś, może ten sam małolat, który przeciął opony mojego kabrioleta,
podpalił starego studebakera, który od jakiegoś tygodnia stał porzucony na parkingu
magazynu Montgomery Ward. Straż pożarna przyjechała go ugasić i wszyscy wylegli z
domów popatrzeć.
Szczęśliwego Święta Niepodległości.
Następnego ranka poszedłem obejrzeć wypalony wrak, który stał żałośnie na
stopionych szczątkach opon. Przy jednej z ramp załadowczych magazynu dostrzegłem budkę
telefoniczną i pod wpływem impulsu zadzwoniłem do Ellie Dockerty. Poprosiłem
telefonistkę, żeby znalazła właściwy numer i mnie połączyła. Zrobiłem to po części z
samotności i tęsknoty, głównie jednak dlatego, że chciałem się dowiedzieć, co u Sadie.
Ellie odebrała po drugim sygnale i wyraźnie się ucieszyła, słysząc mój głos.
Uśmiechnąłem się w tej już nagrzanej budce telefonicznej, z Mercedes Street odsypiającą
święto narodowe za moimi plecami i smrodem spalonego auta w nozdrzach.
- Z Sadie wszystko w porządku. Przysłała mi dwie pocztówki i list. Pracuje w Harrah's
jako kelnerka. - Zniżyła głos. - Zdaje się, że roznosi drinki, ale rada szkolna nigdy nie usłyszy
tego ode mnie.
Wyobraziłem sobie długie nogi Sadie w krótkiej spódniczce kelnerki roznoszącej
drinki. Wyobraziłem sobie biznesmenów zaglądających pod jej spódniczkę i w dolinę
dekoltu, gdy schylała się, by postawić drinki na stoliku.
- Pytała o ciebie - powiedziała Ellie i to znów wywołało mój uśmiech. - Nie chciałam
jej mówić, że w Jodie wiemy tylko, że zapadłeś się pod ziemię, więc powiedziałam, że
pracujesz nad książką i masz się dobrze.
Od jakiegoś miesiąca nie dodałem do „Miasta zbrodni” ani słowa. Przy dwóch
okazjach, kiedy sięgnąłem po rękopis i próbowałem go czytać, miałem wrażenie, że napisany
jest trzeciowiecznym punickim.
- Cieszę się, że wszystko u niej w porządku.
- Pod koniec miesiąca może dostać stałe zameldowanie, ale postanowiła zostać do
końca wakacji. Mówi, że napiwki są bardzo przyzwoite.
- Prosiłaś ją o zdjęcie jej już prawie byłego męża?
- Zaraz przed jej wyjazdem. Mówiła, że nie ma żadnego. Sądzi, że jej rodzice mają
kilka, ale nie chciała do nich pisać w tej sprawie. Podobno nigdy nie przestali wierzyć w to
małżeństwo i w ten sposób tylko dałaby im złudną nadzieję. Mówiła też, że jej zdaniem
przesadzasz. „Mocno przesadza”, tak to dokładnie ujęła.
To było w stylu mojej Sadie. Tyle że już nie była moja. Teraz była: „Hej, kelnerko,
jeszcze jedną kolejkę... i tym razem schyl się trochę niżej”. Każdy mężczyzna nosi w sobie
strunę zazdrości; moja gwałtownie drgała rankiem piątego lipca.
- George, nie wątpię, że nadal jej na tobie zależy. Może nie jest za późno, żeby
uprzątnąć ten bałagan.
Pomyślałem o Lee Oswaldzie, który dopiero za dziewięć miesięcy miał dokonać
zamachu na generała Edwina Walkera.
- Jeszcze za wcześnie - powiedziałem.
- Słucham?
- Nie, nic. Miło się z tobą rozmawia, Ellie, ale zaraz włączy się telefonistka i zażąda
więcej pieniędzy, a mnie się skończyły ćwierćdolarówki.
- Nie wpadłbyś tu do nas na hamburgera i shake'a? W barze Ala? Jeśli tak, zaproszę
też Deke'a Simmonsa. Prawie co dzień o ciebie pyta.
Chyba tylko wizja powrotu do Jodie i spotkania z przyjaciółmi ze szkoły mogła mnie
pocieszyć tego poranka.
- Bardzo chętnie. Czy dziś po południu to nie za wcześnie? Powiedzmy, o piątej?
- Pora w sam raz. My, wiejskie myszy, jadamy wcześnie.
- W porządku. Przyjadę. I ja płacę.
- A ja dołożę drugie tyle.
Al Stevens zatrudnił dziewczynę, którą znałem z kursu angielskiego dla biznesu, i
byłem wzruszony tym, jak się rozpromieniła, kiedy zobaczyła, kto siedzi z Ellie i Dekiem.
- Pan Amberson! O rany, jak miło pana widzieć! Co słychać?
- Wszystko w porządku, Dorrie - powiedziałem.
- Cóż, niech pan złoży duże zamówienie. Schudł pan.
- To prawda - przytaknęła Ellie. - Trzeba się tobą porządnie zaopiekować.
Meksykańska opalenizna Deke'a zniknęła, z czego wywnioskowałem, że większość
emerytury spędza w domu, a kilogramy, które ja straciłem na wadze, on zyskał. Mocno
uścisnął moją dłoń i powiedział, jak bardzo się cieszy, że mnie widzi. Nie było w nim krzty
sztuczności. W Ellie Dockerty też, nawiasem mówiąc. Zamiana tego miejsca na Mercedes
Street, gdzie obchodzono Święto Niepodległości, wysadzając w powietrze kury, wydawała mi
się coraz większym szaleństwem, bez względu na to, co wiedziałem o przyszłości. Miałem
tylko nadzieję, że Kennedy jest tego wart.
Jedliśmy hamburgery, cienkie frytki skwierczące tłuszczem i szarlotkę z lodami.
Rozmawialiśmy o tym, co kto robi, i obśmialiśmy Danny'ego Laverty'ego, który w końcu
wziął się do pisania swojej długo zapowiadanej książki. Ellie powiedziała, że słyszała od żony
Danny'ego, że pierwszy rozdział nosi tytuł „Ruszam w bój”.
Pod koniec posiłku, kiedy Deke nabił fajkę tytoniem Prince Albert, Ellie wyciągnęła
spod stolika torbę na zakupy i wyjęła z niej dużą księgę, którą podała mi nad tłustymi
resztkami jedzenia.
- Strona osiemdziesiąta dziewiąta. I z łaski swojej odsuń się od tej paskudnej kałuży
keczupu. To rzecz pożyczona i chciałabym odesłać ją w takim stanie, w jakim ją dostałam.
Była to księga pamiątkowa pod tytułem „Tygrysie Ogony”, wydana przez szkołę dużo
bardziej ekskluzywną niż DCHS; oprawiona w skórę zamiast materiału i wydrukowana na
grubym, błyszczącym papierze, a na końcu miała co najmniej sto stron reklam. Instytucją,
którą ta księga upamiętniała - czy raczej wysławiała - była Longacre Day School w Savannah.
Przejrzałem utrzymane w jednolicie waniliowej tonacji zdjęcia absolwentów i pomyślałem, że
może w roku 1990 pojawi się wśród nich jedna czy dwie czarne twarze. Może.
Date: 2015-12-17; view: 1257
|