Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 7 page

I oto mamy ścisłą chronologię. Teraz wiemy już, że najpierw zginął Michał Klepfisz, potem tych sześciu chłopców, a potem Stasiek, a potem Adam, a potem chłopiec, którego trzeba było zasypać. A jeszcze kilkaset osób ze schronu, ale to już nieco później, kiedy paliło się całe getto i wszyscy przenieśli się do piwnic. Było tam gorąco i jakaś kobieta wypuściła na chwilę dziecko na powietrze. Niemcy dali mu cukierka, zapytali: „A gdzie twoja mamusia”, dziecko zaprowadziło ich i Niemcy wysadzili cały schron, kilkaset osób. „Mówiliśmy potem — trzeba było tego dzieciaka, jak tylko wyszedł, zastrzelić. Ale to też nic by nie pomogło, bo Niemcy mieli aparaty podsłuchowe i wykrywali nimi ludzi w piwnicach."

No i to jest właśnie chronologia wydarzeń.

Porządek historyczny okazuje się tylko porządkiem umierania.

Historia powstaje po drugiej stronie murów, tam gdzie pisze się raporty, wysyła w świat meldunki radiowe i żąda się od świata pomocy, Każdy specjalista zna dzisiaj teksty depesz i noty rządów. Ale kto wie o chłopcu, którego trzeba było zasypać, bo do piwnicy przedostawał się czad? Kto dzisiaj wie o chłopcu?

Te meldunki o getcie pisze po aryjskiej stronie „Wacław". Na przykład: „Komunikat nr 3 Wac, A/9, 21 kwietnia: Żydowska Organizacja Bojowa kierująca walką getta warszawskiego odrzuciła ultimatum niemieckie złożenia broni we wiórek do godziny 10 rano... Niemcy wprowadzili do walki artylerię polową, czołgi i oddziały pancerne. Oblężenie getta i walki żydowskich bojowców to niemal jedyny temat rozmów milionowego miasta..."

Przedtem „Wacław" nadawał wiadomości o akcji likwidacyjnej getta — i to od niego właśnie świat dowiedział się o istnieniu Umschlagplatzu, transportach, komorach gazowych i o Treblince. „Wacław" — Henryk Woliński — wymieniany w każdej książce, w każdym opracowaniu naukowym na temat getta, kierował referatem żydowskim w Głównej Komendzie AK. Pośredniczył między ŻOB-em i Główną Komendą, m.in. przekazał dowódcy AK pierwszą deklarację o utworzeniu ŻOB-u, a Jurkowi Wilnerowi rozkaz gen. Grota-Roweckiego, podporządkowujący ŻOB Armii Krajowej. Skontaktował Żydów z gen. Monterem i oficerami, którzy później dostarczali im broni i uczyli posługiwać się nią. Najczęściej uczył ich Zbigniew Lewandowski, „Szyna”, zastępca dowódcy warszawskiego Kedywu i szef Biura Badań Technicznych AK. Opowiada, że na „lekcje" przychodziły z getta tylko dwie osoby, kobieta i mężczyzna, co z początku martwiło go, ale okazało się, że mężczyzna był chemikiem, orientował się szybko i instrukcje „Szyny" przekazywał kolegom w getcie. Oprócz instrukcji otrzymali jeszcze chloran potasu i sami dodawali do tego kwas siarkowy, benzynę, papier, cukier i klej, i robili butelki zapalające. „Koktajle Mołotowa?" upewniam się, ale docent Lewandowski się obrusza: „Nawet porównania nie ma. Nasze butelki były finezyjne, delikatne, obłożone tym chloranem i oblepione papierem, i punkty zapłonowe miały na obwodzie całej powierzchni. Naprawdę — finezyjna, elegancka rzecz. Najnowsza zdobycz Biura Badań Technicznych AK." „Wszystko w ogóle, co ŻOB-owi dawaliśmy”, mówi „Szyna”, „i butelki, i ludzi, i broń, było najlepsze ze wszystkiego, co mogliśmy wtedy dać."



Docent Lewandowski do dzisiaj nie zna nazwiska mężczyzny, który przychodził na Marszałkowską 62 (parter, oficyna na lewo). „Był to wysoki, szczupły szatyn”, mówi. „Nie z tych bojowych pistoletów, tylko cichy i spokojny. Ale”, dodaje docent, „w szczególnie niebezpiecznych akcjach wcale nie «pistolety» były najlepsze, tylko ci niepozorni."

— Człowiek, którego pan uczył, nazywał się Michał Klepfisz — mówię docentowi.

Razem ze Stanisławem Herbstem „Wacław" opisał przebieg pierwszej wielkiej akcji likwidacyjnej w getcie i raport w postaci mikrofilmu kurier przewiózł przez Paryż i Lizbonę (na Boże Narodzenie 1942 roku tuż przed Wigilią gen. Sikorski potwierdził odbiór raportu). Jurek Wilner. przedstawiciel ŻOB-u po aryjskiej stronie, codziennie przynosił z getta wiadomości, dzięki czemu meldunki były aktualne i nadawano je do Londynu na bieżąco. Na przykład:

...Nastrój obłędnej paniki: od 6.30 zaczyna się akcja, każdy jest przygotowany na to, że go mogą zabrać o każdej porze, z każdego miejsca...

...Ostatnia faza likwidacji zaczęła się w niedzielę. Tego dnia wszyscy Żydzi obowiązani byli stawić się o godzinie 10 przed siedzibą Gminy. Tutaj rozpoczęto wydawanie numerków na życie, które każdy obowiązany jest nosić na piersi. Są to żółte kartki, ręcznie wypisanym numerem, zaopatrzone pieczęcią Gminy i podpisem. Numerki są bezimienne...

...W ub. tygodniu na Umschlagplatzu płacono za i kg chleba 1000 (tysiąc) złotych, za jednego papierosa 3 zł.

...Seweryn Majde, gdy przybyli po niego żandarmi, ciężką popielnicą cisnął celnie w głowę jednego z nich. Majdego oczywiście rozstrzelano. Jest to jedyny znany wypadek celowej samoobrony....

...Podróżni przejeżdżający przez Treblinkę stwierdzają, że na tej stacji pociągi się nie zatrzymują.

I tak codziennie: Wilner przynosi z getta informacje — „Wacław" sporządza raporty — radiotelegrafiści przekazują je do Londynu, a radio londyńskie, wbrew dotychczasowym zwyczajom, nie nadaje w swoich audycjach żadnych wiadomości na ten temat. Radiotelegrafiści na polecenie swych szefów pytają o powód, ale BBC nadal milczy. Dopiero po miesiącu daje w serwisie informacyjnym pierwszą wiadomość o dziesięciu tysiącach codziennie i o Umschlagplatzu. Bowiem, jak się okazało później, Londyn przez cały czas nie wierzył w raporty „Wacława". „Myśleliśmy, żeście przesadzili trochę w propagandzie antyniemieckiej..." wyjaśniali, kiedy mieli już potwierdzenie 2 własnych źródeł... Więc Jurek Wilner przynosił z getta, poza wiadomościami, także i teksty depesz, jak na przykład tę do Kongresu Żydowskiego w USA, kończącą się słowami: „Bracia! Resztki Żydów w Polsce żyją w przeświadczeniu, że w najstraszniejszych dniach naszej historii wy nie udzieliliście nam pomocy. Odezwijcie się. Jest to nasz ostatni do was apel."

W kwietniu 1943 roku „Wacław" wręcza Antkowi z komendy ŻOB-u rozkaz gen. Montera, „witający zbrojny czyn Żydów warszawskich”, a później zawiadamia, że AK będzie forsować mury getta od Bonifraterskiej i od Powązek.

„Wacław" nie wie do dziś, czy ta ostatnia wiadomość w ogóle do getta dotarła, ale chyba tak, bo przecież Anielewicz mówił coś o spodziewanym ataku. Nawet posłali tam chłopca, który nie doszedł (spalili go na Miłej, przez cały dzień słychać było jego krzyk), a chwila, w której Anielewicz dostał wiadomość, to była ta jedyna chwila, gdy odzyskał nadzieję, choć przecież od razu mówili mu, że nic z tego nie może wyjść, że się tam nikt nie przedostanie.

Na Miłej krzyczał płonący chłopiec, a po drugiej stronie muru, na jezdni, leżeli dwaj chłopcy, którzy mieli umieścić 50 kilo wybuchowego ładunku na murze getta. Zbigniew Młynarski — pseudonim „Kret11 — mówi, że to było właśnie fatalne. To, że od razu zginęli ci dwaj. i nie było już komu przedrzeć się z ładunkiem do muru.

— Ulica była pusta, Niemcy strzelali do nas ze wszystkich stron, karabin maszynowy z dachu szpitala, który przedtem ostrzeliwał getto, teraz zaczął strzelać do nas. Za nami, na placu Krasińskich, stała kompania SS, wiec Pszenny odpalił minę, która miała wysadzić mur. Wybuchła na ulicy i rozszarpała ciała tych dwóch naszych chłopców, i zaczęliśmy się wycofywać.

— Dziś — mówi pan Młynarski — wiem, jak należało zrobić: trzeba było wejść do getta, odpalić ładunek od wewnątrz, a nasi ludzie powinni czekać po drugiej stronie i wyprowadzić powstańców.

Tylko — jak tak dobrze pomyśleć — ilu by wyszło? Kilkunastu, nie więcej. I czy oni w ogóle chcieliby wyjść?

— Dla nich — mówi pan Młynarski — to miało aspekt prestiżowy. Późno, ale zrobili na końcu ten akt bolesny.

I dobrze, że zrobili, bo ten honor przynajmniej uratowali Żydom.

Dokładnie to samo mówi Henryk Grabowski, w którego mieszkaniu Jurek Wilner chował broń i który później wyciągnął Jurka z gestapo:

— Ci ludzie wcale nie chcieli żyć i należy im zaliczyć na plus. że mieli ten zdrowy rozsądek i chcieli zginąć w walce. Bo i tak śmierć, i tak śmierć, to lepiej umrzeć z bronią niż w sposób pogardliwy.

Pan Grabowski sam to zrozumiał — że lepiej zginąć w walce — kiedy go zatrzymano pod gettem, jak wychodził z paczką od „Mordki", „Przepraszam,11 poprawia się pan Henryk, „od Mordechaja, trzeba dać uszanowanie stopniowi i funkcji" i gdy go postawili pod murem, a lufę miał przed sobą, o tak, na wysokości tego kryształu w serwantce. Pomyślał wtedy: Żeby choć ugryźć tego szwaba, żeby mu chociaż te oczy wyjąć... (Na szczęście był wśród nich granatowy policjant, pan Wisłocki, któremu powiedział: „Dobrze, panie Wisłocki, niech pan robi swoje, ale wiedz pan, że ja nie jestem sam, więc żeby pan potem nie miał jakichś nieprzyjemności z tego powodu..." — i pan Wisłocki zrozumiał zaraz i go puścili).

„Mordkę" znał pan Grabowski od lat, sprzed wojny jeszcze.

,,To przecież chłopak od nas. z dołu, z Powiśla. W jednej ferajnie byliśmy, na rozróbkę. na skoki, na mordobicie z chłopcami z Woli albo z Górnego Mokotowa to zawsze razem się szło."

Taka sama bieda była u Anielewiczowej. jak u Grabowskiej, tamta sprzedawała ryby, a ta pieczywo, i jak dziesięć chlebów, czterdzieści kajzerek i trochę włoszczyzny poszło przez dzień — to wszystko.

Już wtedy na Powiślu widać było. że Mordka potrafi się bić, toteż pan Grabowski nawet się nie zdziwił, kiedy spotkał go w getcie już jako Mordechaja — na odwrót, wydało mu się to całkiem naturalne. Któż ma być komendantem, jak nie człowiek od nich z Powiśla (Mordechaj mówił mu wtedy, co ma powiedzieć chłopcom w Wilnie żeby gromadzili pieniądze bron i zdrową zdecydowana, młodzież)

Pan Grabowski byt przed wojna, harcerzem, wszystkich jego kolegów z grupy staroharcerskiej rozstrzelano w Palmirach, wszystkich pięćdziesięciu, a on przeżył i dostał teraz od swoich władz harcerskich polecenie wyjazdu do Wilna i organizowania Żydów do walki

W Kolonu Wileńskiej poznał pan Grabowski Jurka Wilnera W Kolonu był klasztor dominikanek, którego przełożona ukrywała u siebie kilkoro Żydów (Powiedziałam moim siostrom zakonnym.Pamiętajcie, że Chrystus mówił »Nie ma większej miłości do Boga jak wtedy, kiedy się daje życie swoje za przyjacioły swoje «" I one to zrozumiały)

Jurek Wilner był ulubieńcem matki przełożonej -blondyn z niebieskimi oczami, przypominał jej wywiezionego do niewoli brata Rozmawiali więc często — ona mu mówiła o Bogu, on jej o Marksie — d kiedy wyjeżdżał do Warszawy, do getta, z którego miał już nie wrócić, pozostawił jej najcenniejszą rzecz, jaką posiadał' zeszyt z wierszami Zapisywał w nim to co najbardziej lubił i co wydawało mu się ważne Zeszyt w brązowej ceratowej okładce, z pożółkłymi kartkami zapisanymi ręką Jurka (to ona wymyśliła mu polskie imię) — przełożona zachowała do dzisiaj „Dużo przeszła ta książka Wizytę gestapo, obóz, więzienie, chciałabym przed śmiercią oddać ją w jakieś godne ręce "

 


Date: 2015-12-24; view: 138


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 6 page | Z zeszytu Jurka Wilnera
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.006 sec.)