Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 6 page

Grzebano najpierw pod murem, przesuwając się stopniowo, w miarę napływu ciał, w głąb cmentarza, aż zajęto całe pole.

Nad grobami Michała Klepfisza, Abraszy Bluma i tych z Zielonki — stoi pomnik. Wyprostowany mężczyzna z karabinem w jednej i granatem w drugiej, wzniesionej ręce, u pasa ma ładownicę, u boku torbę z mapami, a przez pierś rzemień. Żaden z nich nigdy tak nie wyglądał, nie mieli karabinów, ładownic ani map, poza tym byli czarni i brudni, ale na pomniku jest tak, jak pewnie być powinno. Na pomniku jest jasno i pięknie.

Koło Abraszy Bluma leży jego żona, Luba, ta, która prowadziła w getcie szkołę pielęgniarek. Dla swojej szkoły Luba Blumowa dostała piec" numerków na życie, a uczennic było sześćdziesiąt, wiec powiedziała — dostaną te, które mają najlepsze stopnie z pielęgniarstwa — i kazała im odpowiedzieć na pytanie: „Jak wygląda opieka pielęgniarska w pierwszych dniach świeżego zawału serca." Uczennice, które odpowiedziały najlepiej, dostały numerki.

Po wojnie Luba Blumowa prowadziła dom dziecka. Do tego domu przywożono dzieci odnalezione w szafach, klasztorach, skrzyniach na węgiel i grobowcach cmentarnych, te dzieci następnie golono do gołej skóry, ubierano w unrowskie rzeczy, uczono gry na fortepianie i że nie należy przy jedzeniu mlaskać. Jedna z dziewczynek urodziła się po tym, jak jej matkę zgwałcili Niemcy, więc dzieci nazywały ją Szwabką. Druga była całkiem łysa, bo włosy jej wyszły z braku witamin, a trzecią, która ukrywała się na wsi, pani wychowawczyni musiała kilkakrotnie prosić, żeby nie opowiadała nikomu, co chłopi robili z nią na strychu, bo dobrze wychowane panienki o takich rzeczach w towarzystwie nie opowiadają.

Luba Blumowa — która w getcie pilnowała, żeby uczennice szkoły pielęgniarskiej miały czepki czyściutkie i sztywno nakrochmalone, a w domu dziecka przypominała, że trzeba odpowiadać grzecznie i pełnymi zdaniami wszystkim panom pytającym, jak zginął tatuś, ponieważ panowie ci wrócą do Ameryki i będą przysyłali paczki, dużo paczek z sukienkami i chałwą -a więc Luba Blumowa leży w głównej, uporządkowanej alei. Kiedy zboczyć w głąb cmentarza — plątanina gałęzi, zwalone kolumny, zarośnięte groby, tablice — tysiąc osiemset... tysiąc dziewięćset trzydzieści... obywatel Pragi... doktor praw... nieutulona w żalu... — ślady świata, który widocznie istniał kiedyś naprawdę.



W bocznej alejce — „Inżynier Adam Czerniaków, Prezes Getta Warszawskiego, zmarł 23 lipca 1942" -i fragment wiersza Norwida, kończący się słowami:

.....Więc mniejsza o to, w jakiej spoczniesz urnie, bo grób twój jeszcze odemkną powtórnie, inaczej głosić będą twe zasługi..." („Tylko o to mamy do niego pretensję — że uczynił swoją śmierć własną, prywatną sprawą").

Pogrzeb. Idzie uporządkowaną, uczęszczaną aleją, dużo ludzi, wieńców, szarf — od koła emerytów, od rady zakładowej... Jakiś starszy pan podchodzi do każdego z obecnych i pyta dyskretnie, szeptem: „Przepraszam, czy pan jest może Żydem?" — i idzie dalej — „Przepraszam, czy pan..." Musi mieć dziesięciu Żydów, żeby zmówić Kadysz nad trumną, a naliczył siedmiu.

— W takim tłumie?

— Sama pani widzi, pytam każdego i ciągle wychodzi mi siedem.

I trzyma zagięte skrupulatnie palce: siedmiu, na całym cmentarzu, nie można nawet zmówić Kadysz.

Żydzi są na Umschlagplatzu, w tym mieszkaniu Strońskiej, na rampie.

Brodaci, w chałatach, jarmułkach, niektórzy w czapach otoczonych rudym lisem, dwóch nawet w maciejówkach... Tłumy, dosłownie tłumy Żydów: na półkach, stolikach, nad tapczanem, wzdłuż ścian...

Moja koleżanka Anna Strońska zbiera sztukę ludową, a ludowi artyści chętnie odtwarzają przedwojennych sąsiadów.

Strońska przywozi swoich Żydów zewsząd, z całej Polski, z Przemyśla, gdzie jej sprzedają najtaniej i najładniejsze rzeczy, bo ojciec jej był przed wojną starostą, z Kielecczyzny, ale najcenniejsi są ci z Krakowa. W drugi dzień Wielkanocy, przed kościołem Norbertanek, na Salwatorze, odbywa się odpust i tylko jeszcze tam można znaleźć Żydów w czarnych chałatach i białych atłasowych tałesach, z tefilim na głowie — wszystko uszyte porządnie, przepisowo, jak powinno być.

Stoją grupami.

Jedni rozmawiają z ożywieniem, gestykulując -obok ktoś czytał gazetę, ale tamci widać rozmawiali głośno, bo podniósł znad niej wzrok i się przysłuchuje. Paru się modli. Dwaj, w rudych chałatach, zaśmiewają się z czegoś do rozpuku — przechodzi obok starszy pan z laską i małą walizką. Czy nie lekarz?

Wszyscy są zajęci czymś, zaaferowani.

Bo to są TAMCI Żydzi, sprzed wszystkiego.

Przyprowadzam więc do Strońskiej Edelmana, żeby sobie popatrzał na tamtych normalnych Żydów, a kiedy już mamy wyjść, Strońska mówi, że sąsiadka, która mieszka parę domów stąd, na Miłej, opowiedziała jej dziwny sen

Sen sąsiadki jest zawsze taki sam. od dnia, w którym się wprowadziła do nowego mieszkania Właściwie nie wiadomo na pewno, czy jest to sen, bo jej się śni, że nie śpi i że leży w swoim pokoju, który wcale nie jest jej pokojem. Stoją w nim stare meble, jest wielki kaflowy piec, okno w ślepej ścianie — ponieważ co noc jest tutaj, przyzwyczaiła się już do sprzętów i zaczyna rozpoznawać drobiazgi pozostawione w fotelach i na kredensie Czasami wydaje jej się, że za drzwiami pokoju ktoś jest — wrażenie czyjejś obecności w mieszkaniu bywa tak silne, że wstaje z łóżka i sprawdza, czy nie zakradł się złodziej, ale nie, nikogo nie ma.

Którejś nocy znowu widzi siebie w tym swoim — nie swoim pokoju. Wszystko na zwykłym miejscu — piec, bibeloty na kredensie — i naraz otwierają się drzwi i do pokoju wchodzi młoda dziewczyna, Żydówka. Zbliża się do łóżka Staje.

Przyglądają się sobie uważnie. Żadna nie mówi mc, ale dokładnie wiadomo, co chcą powiedzieć. Dziewczyna patrzy „Aha, więc to pani tutaj" a tamta zaczyna się usprawiedliwiać, że nowy dom, że dali jej to mieszkanie. Dziewczyna robi uspokajający gest — ależ wszystko w porządku, chciała po prostu zobaczyć, kto tutaj jest teraz, zwykła ciekawość.. Po czym zbliża się do okna. otwiera je i wyskakuje z czwartego piętra na ulicę.

Od tego dnia sen się nie powtórzył i zniknęło poczucie czyjejś obecności.

No i w takich właśnie, i w wielu innych jeszcze miejscach mógłby Wajda kręcić swój film, ale Edelman oświadcza, że nie będzie mówił niczego do kamery. Mógł to wszystko opowiedzieć jeden raz i już opowiedział.

Dlaczego zostałeś lekarzem''

— Bo musiałem nadal robić to, co wtedy robiłem Co robiłem w getcie W getcie za czterdzieści tysięcy ludzi — tylu było w kwietniu 1943 roku — podjęliśmy decyzję Postanowiliśmy, że nie pójdą dobrowolnie na śmierć Jako lekarz mogłem odpowiadać za życie przynajmniej jednego człowieka — więc zostałem lekarzem

Chciałabyś, żebym tak odpowiedział, prawda? To by zabrzmiało dobrze? Ale wcale tak nie było. Było tak, że skończyła się wojna. Wojna — dla wszystkich wygrana Ale dla mnie to była przegrana wojna i wciąż mi się zdawało, że jeszcze coś muszę zrobić, gdzieś iść, że ktoś na mnie czeka i trzeba go ratować Gnało mnie z miasta do miasta i z kraju do kraju, ale jak przyjeżdżałem, okazywało się, że nikt nie czeka i nie ma już komu pomóc i nie ma nic do zrobienia Wróciłem (mówili mi „I ty chcesz patrzeć na te mury, na bruki, na puste ulice”, a ja wiedziałem, że muszę tutaj być, żeby na to patrzeć), wróciłem więc, położyłem się na łóżku i tak zostałem Spałem Przesypiałem dnie i tygodnie. Od czasu do czasu budzili mnie i mówili, że przecież coś muszę z sobą zrobić -przyszła mi na myśl ekonomia, już nie pamiętam dlaczego, wreszcie Ala zapisała mnie na medycynę Więc poszedłem uczyć się medycyny.

Ala była już wtedy moją żoną. Poznałem ją, kiedy przyszła z patrolem zorganizowanym przez doktora Świtała z AK, żeby nas wyprowadzić z bunkra na Żoliborzu Zostaliśmy tam, na Promyka, po powstaniu warszawskim, m.in. Antek, Celina, Tosia Gobborska, ja — i w listopadzie przysłano po nas ten patrol (Ulica Promyka jest tuz nad Wisłą, była to jeszcze linia frontu, wszystko zaminowane, więc Ala zdjęła pantofle i przeszła przez pole minowe boso, bo myślała, że jak pójdzie po minach boso, to nie wybuchną).

Ala zapisała mnie na medycynę Zacząłem tam chodzić, ale mnie to nic a mc nie interesowało Kiedy wracaliśmy do domu, znowu kładłem się na łóżku Wszyscy się pilnie uczyli, a ponieważ ja leżałem twarzą do ściany — zaczęli mi rysować na tej ścianie różne rzeczy, żebym chociaż coś zapamiętał To żołądek mi rysowali, to serce, bardzo starannie zresztą, z komorami, przedsionkami, aorta...

Trwało to ze dwa lata — przez ten czas sadzano mnie od czasu do czasu w jakimś prezydium.

— Już byłeś na statusie bohatera?

— Coś w tym rodzaju Albo mówili— „Niech pan opowie, mech pan opowie, jak było " Ale ja byłem raczej powściągliwy i w tych prezydiach wypadałem słabo

Czy wiesz, co najlepiej z tego okresu pamiętam?

Śmierć Mikołaja Tego, który był członkiem „Żegoty" (Rady Pomocy Żydom) jako przedstawiciel naszego podziemia.

Mikołaj chorował i umarł.

Umarł, rozumiesz Zwyczajnie, w szpitalu, na łóżku1 Pierwszy ze znanych mi ludzi umarł, a nie został zabity. Dzień wcześniej odwiedziłem go w szpitalu, a on powiedział „Panie Marku, gdyby coś się ze mną miało stać, to tu, pod poduszka, mam zeszyt i wszystko wyliczone, co do grosza Mogą kiedyś jeszcze o to zapytać, wiec niech pan pamięta, że saldo się zgadza, a nawet została reszta”

Czy wiesz, co to było?

To był gruby zeszyt w czarnej okładce, w którym on przez całą wojnę zapisywał, na co wydajemy dolary. Te, które ze zrzutów dostawaliśmy na broń. Jeszcze kilkadziesiąt zostało i też były w tym zeszycie.

— Czy wręczyłeś resztę i zeszyt tym przywódcom związkowym w Ameryce, którzy cię, wzruszeni, gościli?

— Wiesz — że w ogóle nie zabrałem go ze szpitala Opowiedziałem o nim Antkowi i Celinie i — pamiętam — strasznie żeśmy się z tej historii śmiali. Z zeszytu, i że Mikołaj tak jakoś dziwnie umiera, leżąc w czystej pościeli na łóżku. Dosłownie pękaliśmy ze śmiechu, aż Celina musiała nam przypomnieć, że przecież to nie wypada.

— Czy przestali ci w końcu rysować serca na ścianie?

— Tak

Któregoś dnia wpadłem na wykład — pewnie żeby tylko indeks podpisać — i usłyszałem, że profesor mówi „Kiedy lekarz wie, jak wygląda oko chorego, jak wygląda skóra, jak język, to powinien wiedzieć, co temu choremu jest " Spodobało mi się to Pomyślałem, że choroba człowieka jest rozsypaną łamigłówką, i jak się ją dobrze złoży, to się wie, co jest w człowieku, w środku.

Od tej pory zająłem się medycyną, a dalej już może być to, od czego chciałaś zacząć, a co zrozumiałem znacznie, znacznie później Ze jako lekarz mogę nadal odpowiadać za życie ludzkie

— Dlaczego właściwie musisz odpowiadać za życie ludzkie?

— Pewnie dlatego, że wszystko inne wydaje mi się mniej ważne.

— Może chodzi o to, że miałeś wtedy dwadzieścia lat? Jak się przezywa najważniejsze chwile życia w wieku lat dwudziestu, to później dość trudno o równie sensowne zajęcie.

— W klinice, w której potem pracowałem, była wielka palma. Stawałem czasem pod ni4 — i widziałem sale, na których leżeli moi pacjenci To były dawne czasy, kiedy nie mieliśmy dzisiejszych lekarstw ani zabiegów, ani aparatów, i większość ludzi w owych salach skazana była na śmierć. Moje zadanie polegało na tym, żeby możliwie najwięcej spośród nich ocalić — i uprzytomniłem sobie kiedyś pod palmą, że właściwie to jest to samo zadanie, co tam. Na Umschlagplatzu. Wtedy też stałem przy bramie i wyciągałem jednostki z tłumu skazanych

— I tak stoisz przy te| bramie przez całe życie?

— Właściwie tak. A kiedy nic już nie mogę zrobić, pozostaje mi jedno zapewnić im komfortową śmierć żeby nie wiedzieli, nie cierpieli, nie bali Nie żeby się nie poniżali

Trzeba dać im taki sposób umierania, żeby nie zamienili się w TAMTYCH W tych z trzeciego piętra na Umschlagplatzu

— Mówiono mi, że kiedy leczysz przypadki banalne i niegroźne — robisz to niejako z obowiązku, ożywiasz się prawdziwie, kiedy zaczyna się gra. Kiedy zaczyna się wyścig ze śmiercią.

— Na tym polega przecież moja rola

Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył.

To jest ważne On nie jest za bardzo sprawiedliwy To jest również przyjemne, bo jeżeli się cos uda — to bądź co bądź Jego wywiodło się w pole

— Wyścig z Panem Bogiem! Cóż to za pycha!

— Wiesz, kiedy człowiek odprowadza innych ludzi do wagonów, to może mieć z Nim później parę spraw do załatwienia. A wszyscy przechodzili koło mnie. Bo stałem przy bramie od pierwszego do ostatniego dnia Wszyscy, czterysta tysięcy ludzi przeszło koło mnie

Oczywiście, każde życie kończy się tym samym, ale chodzi o odroczenie wyroku, o osiem, dziesięć, piętnaście lat To wcale nie jest mało Kiedy córka Tenenbaumowej przeżyła dzięki numerkowi trzy miesiące, uważałem, że to dużo, bo przez te trzy miesiące zdążyła się dowiedzieć, czym jest miłość A dziewczynki, które leczyliśmy na stenozy i na zastawki, zdążyły dorosnąć i kochać się, i urodzić dzieci, więc o ileż więcej zdążyły niż córka Tenenbaumowej.

Miałem dziewięcioletnią dziewczynkę, Urszulę, ze zwężeniem zastawki dwudzielnej płuc, odpluwała różową, pienistą plwociną i dusiła się — ale wtedy nie operowaliśmy jeszcze dzieci. Dopiero zaczynano operować w Polsce wady serca, ale ona już umierała, więc zadzwoniłem do Profesora, że mała zaraz się udusi Przyleciał po dwóch godzinach samolotem i jeszcze tego samego dnia ją zoperował. Szybko się poprawiła, później wyszła ze szpitala, skończyła szkołę Czasem przychodzi do nas, to z mężem, to rozwiedziona, ładna, wysoka, czarna — przedtem szpecił ją trochę zez, ale załatwiliśmy operację u bardzo dobrego okulisty i oczy już też ma w porządku

Potem mieliśmy Teresę z wadą serca, obrzękłą jak beczułka, umierającą Jak tylko zeszły jej obrzęki, powiedziała „Proszę wypisać mnie do domu”, a przez cały czas nikt z domu do mej nie przychodził Poszedłem tam — był to pokój na zapleczu sklepu, z betonową podłogą, mieszkała z chorą matką i dwiema młodszymi siostrami Powiedziała, że musi już iść, bo trzeba się tymi siostrami zająć — miała wtedy dziesięć lat — i poszła Urodziła później dziecko, po porodzie znów trzeba ją było wyciągać z obrzęku płuc, ale jak tylko mogła oddychać, powiedziała, że musi już iść, dziecka pilnować.

Czasami do nas przychodzi i mówi, że ma wszystko, co chciała mieć. dom, dziecko, męża, a najważniejsze, mówi, że wyszła z tego pokoiku za sklepem.

Potem mieliśmy Grażynę z domu dziecka, której ojciec alkoholik zmarł w szpitalu dla psychicznie chorych, a matka na gruźlicę. Mówiłem jej, że nie powinna rodzić, ale urodziła i wróciła do nas z niedomogą krążenia. Jest coraz słabsza, już nie może pracować, już nie może tego dziecka wziąć na ręce, ale chodzi z nim na spacery z wózkiem, dumna, że ma dziecko jak każda normalna kobieta. Mąż bardzo ją kocha i nie zgadza się na zabieg, a my nie mamy odwagi nalegać i Grażyna gaśnie nam powolutku.

Może źle ci opowiadam, ale już ich teraz nie pamiętam dokładnie. To dziwne. Kiedy są, kiedy jest z nimi źle, kiedy im trzeba pomóc — stają ci się najbliżsi na świecie i wiesz o nich wszystko. Wiesz, że mają kamienną podłogę, ojciec pije, a matka jest chora psychicznie, że w szkole są kłopoty z matematyką, a ten mąż wcale się dla niej nie nadaje, a na studiach jest właśnie sesja egzaminacyjna, więc trzeba wziąć taksówkę i posłać ją na egzamin razem z pielęgniarką i lekarstwami, wiesz także wszystko ojej sercu: że ma za wąskie ujście w zastawce albo za szerokie (jak za wąskie, to jest niedokrwienie, a jak za szerokie, to krew zalega i nie wypływa na obwód), patrzysz na nią i kiedy jest taka ładna, wątła, z różową cerą, to znaczy, że krew zalega na obwodzie i nastąpiło rozszerzenie drobnych naczyń podskórnych, a jak jest blada i tętnią jej naczynia na szyi, bo ma za szerokie ujście aortalne...Wszystko o nich wiesz i są ci najbliżsi przez te parę dni śmiertelnego niebezpieczeństwa. Ale potem poprawiają się, wychodzą do domu, zapominasz ich twarze, przywożą kogoś nowego i już tylko ten ktoś jest najważniejszy.

Parę dni temu przywieźli siedemdziesięcioletnią staruszkę z niedomogą. Profesor zoperował ją, była to naprawdę ryzykowna operacja — w ostrej niedomodze krążenia. Zasypiając modliła się: „Panie Boże — mówiła -pobłogosław ręce pana Profesora i myśli lekarzy z Pirogowa." („Lekarze z Pirogowa" — to właśnie my, ja i Aga Żuchowska).

No powiedz, komu, poza moją pacjentką-staruszką, przyszłoby do głowy modlić się o moje myśli?

Czy nie najwyższy już czas na odrobinę porządku? Ludzie przecież będą oczekiwać od nas jakichś liczb, dat, danych o ilości wojsk i stanie uzbrojenia. Ludzie są bardzo przywiązani do powagi faktów historycznych i do chronologii.

Na przykład: powstańców jest 220, Niemców -2090.

Niemcy mają lotnictwo, artylerię, pojazdy pancerne, miotacze min, 82 karabiny maszynowe, 135 pistoletów maszynowych i 1358 karabinów. Na jednego powstańca (według relacji zastępcy Komendanta powstania) przypada l rewolwer, 5 granatów i 5 butelek zapalających. Na każdy teren 3 karabiny. W całym getcie są dwie miny i jeden automatyczny pistolet.

Niemcy wkraczają 19 kwietnia o czwartej. Pierwsze walki: plac Muranowski, Zamenhofa, Gęsia. O drugiej po południu Niemcy się wycofują, nie wyprowadziwszy na Umschlagplatz ani jednego człowieka. („Myśmy wtedy jeszcze uważali to za bardzo ważne, że tego dnia nikogo nie wywieźli. Uważaliśmy to nawet za zwycięstwo").

20 kwietnia: do południa Niemców nie ma (przez całe dwadzieścia cztery godziny nie ma w getcie ani jednego Niemca!), wracają o drugiej. Podchodzą pod teren fabryki szczotek. Próbują otworzyć bramę. Wybucha mina, wycofują się. (To jest jedna z tych dwóch min, które są w getcie. Druga, na Nowolipiu, nie wybuchła). Wdzierają się na strych. Michał Klepfisz zasłania sobą niemiecki automat, grupa się przebija — radiostacja „Świt" nadaje potem wiadomość, że Michał padł na polu chwały, i odczytują rozkaz Sikorskiego o odznaczeniu go Krzyżem Virtuti Militari V klasy.

Teraz jest scena z trzema oficerami SS. Z białymi kokardami i opuszczonym automatem proponują zawieszenie broni i wycofanie rannych. Powstańcy strzelają do oficerów, ale nie trafiają żadnego.

W książce amerykańskiego pisarza, Johna Herseya, The Wall, jest ta scena opisana bardzo dokładnie.

Felix, jeden z wyimaginowanych bohaterów, opowiadał o niej z zakłopotaniem. Drzemie w nim jeszcze -pisze autor — tak typowa dla zachodnioeuropejskiej tradycji tęsknota za regułami gry wojennej i przestrzeganiem zasad fair play w "śmiertelnej walce...

Strzelił do esesmanów Zygmunt. Mieli tylko jeden karabin, a Zygmunt strzelał najlepiej, bo zdążył przed wojną odsłużyć wojsko. Edelman, widząc zbliżających się oficerów z białymi kokardami, powiedział: „Strzelaj" — i Zygmunt strzelił.

Edelman jest jedynym żyjącym człowiekiem spośród tych, którzy uczestniczyli w owej scenie — w każdym razie, którzy uczestniczyli po stronie powstańców. Pytam, czy odczuwał zakłopotanie, naruszając tak typowe dla zachodnioeuropejskiej tradycji reguły wojennego fair play.

Mówi, że nie odczuwał zakłopotania, ponieważ trzej Niemcy to byli dokładnie ci sami, co wywieźli już do Treblinki czterysta tysięcy ludzi, tyle tylko, że przyczepili sobie białe kokardy...

(Stroop wspominał w swoim raporcie o tych parlamentariuszach i o „bandytach”, którzy do nich otworzyli ogień.

Wkrótce po wojnie zobaczył Stroopa.

Prokuratura i Komisja do Badania Zbrodni Hitlerowskich prosiły go, żeby w konfrontacji ze Stroopem ustalić jakieś szczegóły: czy tu był mur, czy tam była brama, takie detale topograficzne.

Siedzieli za stołem — prokurator, przedstawiciel Komisji i on — i do pokoju wprowadzono wysokiego mężczyznę, starannie ogolonego, w wyczyszczonych butach.

— Stanął przed nami na baczność — ja też wstałem. Prokurator powiedział Stroopowi, kim jestem, Stroop wyprężył się, stuknął obcasami i zwrócił głowę w moją stronę. To się w wojsku nazywa „oddawać honory wojskowe" czy coś w tym rodzaju. Zapytano mnie, czy widziałem, jak zabijał ludzi. Powiedziałem, że nigdy na oczy nie widziałem tego człowieka, oglądam go po raz pierwszy. Potem pytano mnie, czy możliwe, że w tym miejscu była brama, a stamtąd szły czołgi, bo Stroop tak zeznaje, i to im się z czymś nie zgadza. Powiedziałem: to możliwe, że w tym miejscu była brania, a stamtąd szły czołgi." Było mi przykro. Ten człowiek stal przede mną na baczność, bez pasa, i miał już jeden wyrok śmierci. Jakie to miało znaczenie, gdzie byt mur. a gdzie brama, chciałem jak najszybciej wyjść z tego pokoju).

Odchodzą parlamentariusze — Zygmunt, niestety, chybił — wieczorem wszyscy schodzą do piwnic.

W nocy przybiega chłopiec z krzykiem, że się pali. Wybucha panika...

Przepraszam. „Przybiega chłopiec z krzykiem..." to nie jest poważna historyczna relacja. Podobnie jak fakt, że w piwnicy po okrzyku chłopca kilka tysięcy ludzi zrywa się w panice, wzbija się piach, świece od tego gasną i chłopca trzeba szybko przywołać do porządku. To zanadto szczegółowe, jak na historię... Po chwili ludzie uspokajają się: widzą, że ktoś rządzi. („Ludzie zawsze powinni myśleć, że ktoś tutaj rządzi"),

A wiec Niemcy zaczynają podpalać getto. Rejon fabryki szczotek stoi już w płomieniach, trzeba się przedrzeć przez płomienie do getta centralnego.

Kiedy pali się dom, to najpierw wypalają się podłogi, a potem spadają z góry płonące belki, ale między jedną belką a drugą mija kilka minut i wtedy właśnie należy przebiec. Jest potwornie gorąco, aż topi się rozsypane szkło i asfalt pod nogami. Biegną między tymi spadającymi belkami przez płomienie. Mur. Wyłom w murze, przy nim reflektor. „My nie pójdziemy”, „To zostańcie..." Strzał w reflektor, biegną. Podwórko, sześciu chłopców, strzały, biegną. Pięciu chłopców, grób, Stasiek, Adam, Międzynarodówka... Jeszcze coś: tego samego dnia, kiedy wykopano grób i cichutko odśpiewano pierwszą zwrotkę, trzeba było przedostać się piwnicami do drugiego domu. Czterech ludzi poszło wybić przejście, a na górze stali Niemcy i wrzucali granaty do piwnicy. Zaczął się przedostawać dym, czad, więc kazał natychmiast zasypać otwór. W otworze jeszcze był jeden z chłopaków, ale ludzie zaczynali się dusić, wiec nie można już było na niego czekać.


Date: 2015-12-24; view: 254


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 5 page | Zdążyć przed Panem Bogiem 7 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.017 sec.)