Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 37 page

- Dwie rzeczy. Po pierwsze, że cię kocham. Po drugie, że nie robię nic, czego bym się

wstydził. Aha, i dwa a: nic, czego ty byś się wstydziła.

- Dobrze. To dobrze. Ja ciebie też kocham, George. Ale coś ci powiem, jeśli mnie

wysłuchasz.

- Zawsze cię wysłucham. - Jednak mnie przerażała.

- Wszystko może zostać tak, jak jest... na razie. Dopóty, dopóki jestem żoną Johna

Claytona, nawet jeśli małżeństwo istnieje tylko na papierze i nie zostało skonsumowane jak

należy, czuję, że są sprawy, o które nie mam prawa cię pytać... i których nie mam prawa od

ciebie wymagać.

- Sadie...

Położyła mi palec na ustach.

- Na razie. Nigdy więcej jednak nie pozwolę, by mężczyzna kładł miotłę w moim

łóżku. Rozumiesz?

Pocałowała mnie szybko w miejsce, gdzie przed chwilą spoczywały jej palce, po czym

pospieszyła do drzwi domu, szukając klucza w torebce.

Tak zaczął się rok 1962 dla człowieka, który przedstawiał się jako George Amberson.

Nowy Rok wstał zimny i bezchmurny. Synoptyk z porannego raportu dla rolników

straszył marznącą mgłą na terenach nizinnych. Lampy z podsłuchem trzymałem w garażu.

Schowałem jedną do samochodu i pojechałem do Fort Worth. Pomyślałem sobie, że jeśli

obskurne wesołe miasteczko na Mercedes Street kiedykolwiek robi sobie przerwę, to właśnie

dziś. Miałem rację. Było cicho jak... cóż, jak w mauzoleum Trackerów, kiedy wciągałem do

niego ciało Franka Dunninga. Na łysiejących trawnikach leżały przewrócone rowerki na

trzech kółkach i kilka zabawek. Jakiś imprezowicz zostawił większą zabawkę -

monstrualnego starego mercury'ego - zaparkowaną obok swojego ganku. Drzwi samochodu

wciąż były pootwierane. Na ubitej gruntowej drodze żałośnie walało się kilka porzuconych

serpentyn z krepy, a w rynsztokach liczne puszki po piwie - głównie Lone Star.

Zerknąłem przez ulicę na dom pod numerem 2706 i nie zauważyłem nikogo w dużym

oknie od frontu, ale Ivy miała rację: stojąc tam, miało się idealny widok na salon domu pod

Zaparkowałem na pasach betonu, które robiły za podjazd, jakbym miał wszelkie

prawo przebywać w domu do niedawna zajmowanym przez pechową familię Templetonów.

Wziąłem lampę oraz nowiutką skrzynkę z narzędziami i poszedłem do drzwi wejściowych.

Miałem chwilę zwątpienia, kiedy klucz nie chciał się obrócić, ale to tylko dlatego, że był



nowy. Kiedy zwilżyłem go śliną i trochę nim poruszałem, przekręcił się i wszedłem do

środka.

Były trzy pokoje i łazienka, widoczna za drzwiami, które wisiały na jedynym

sprawnym zawiasie. Największe z pomieszczeń pełniło funkcję salonu połączonego z

kuchnią. Pozostałe dwa służyły jako sypialnie. W większej na łóżku nie było materaca.

Przypomniałem sobie, jak Ivy powiedziała: „Jakby wieźć psa na wakacje, co?”. W mniejszej,

na listwach wyłażących spod odpadającego tynku, Rosette narysowała kredkami dziewczynki.

Wszystkie były w zielonych fartuszkach i wielkich czarnych butach. Miały nieproporcjonalne

w stosunku do reszty ciała warkoczyki, długością dorównujące nogom, wiele z nich kopało

futbolówki. Jedna nosiła na głowie koronę Miss Ameryki i szeroko uśmiechała się

umalowanymi na czerwono ustami. W domu jeszcze pachniało smażonym mięsem, które Ivy

upichciła na ostatni posiłek przed powrotem do Mozelle, gdzie miała mieszkać z mamą, swoją

małą diablicą i przetrąconym mężem.

To tu Lee i Marina mieli rozpocząć amerykański etap swojego małżeństwa. W

większej z dwóch sypialni będą się kochać i on będzie ją bił. Tam też Lee będzie leżał z

otwartymi oczami po długich dniach spędzanych na składaniu drzwi zabezpieczających i

zastanawianiu się, dlaczego, u licha, nie jest sławny. Czy nie próbował? Czy nie próbował ze

wszystkich sił?

A w tym salonie z pofałdowaną podłogą i wytartym zgniłozielonym dywanem Lee

pozna człowieka, któremu miałem nie ufać, który był główną, jeśli nie jedyną przyczyną

drobnych wątpliwości Ala co do tego, czy Oswald rzeczywiście działał sam. Człowiek ten

nazywał się George DeMohrenschildt i bardzo chciałem usłyszeć, co on i Oswald będą mieli

sobie do powiedzenia.

Blisko kuchni w salonie stała stara komoda. Szuflady zawierały mieszaninę sztućców

nie do kompletu i marnych przyborów kuchennych. Odsunąłem komodę od ściany i

zobaczyłem gniazdko elektryczne. Doskonale. Postawiłem lampę na komodzie i podłączyłem

ją do prądu. Wiedziałem, że ktoś tu pewnie trochę pomieszka przed Oswaldami, ale nie

sądziłem, by ewakuując się, chciał zabrać na pamiątkę Krzywą Lampę z Pizy. Jeśli nawet, w

garażu miałem zapasową.

Wywierciłem najmniejszym wiertłem otwór w ścianie, wsunąłem komodę na miejsce i

wypróbowałem lampę. Działała. Spakowałem się i wyszedłem, pamiętając o zamknięciu

drzwi na klucz. Potem wróciłem do Jodie.

Zadzwoniła Sadie i spytała, czy przyjdę na kolację. Sama wędlina, powiedziała, ale na

deser jest keks, jeśli mam ochotę. Pojechałem do niej. Deser był cudowny jak zawsze, ale nie

było już tak jak przedtem. Miała bowiem rację. W łóżku była miotła. Niewidzialna jak jimla,

którego Rosette widziała na tylnym siedzeniu mojego samochodu... ale rzeczywista. Rzucała

cień.

Czasem mężczyzna i kobieta docierają na rozdroże i tam już zostają, nie chcąc wybrać

żadnej z dróg, świadomi, że błędna decyzja będzie oznaczać koniec... i że tyle jest rzeczy

wartych uratowania. Tak właśnie było ze mną i Sadie tej niemiłosiernie szarej zimy 1962

roku. Nadal raz albo dwa razy w tygodniu chodziliśmy na kolację i w niektóre soboty

jeździliśmy do Candlewood Bungalows. Sadie uwielbiała seks i między innymi to

podtrzymywało nasz związek przy życiu.

Pilnowaliśmy porządku na trzech zabawach szkolnych. Na każdej didżejem był

Donald Bellingham i prędzej czy później pojawiały się prośby, abyśmy powtórzyli naszego

pierwszego lindy hopa. Dzieciaki zawsze biły brawo i gwizdały, kiedy to robiliśmy. I nie

przez grzeczność. Były autentycznie pod wrażeniem, niektóre nawet zaczęły uczyć się

kroków.

Czy byliśmy zadowoleni? Jasne, bo naśladownictwo naprawdę jest wyrazem

najwyższego uznania. Jednak nigdy nie wyszło nam to tak dobrze jak za pierwszym razem, z

tak intuicyjną płynnością. Sadie nie miała już takiej gracji. Raz nie złapała mojej ręki przy

obrocie i wyłożyłaby się, gdyby w pobliżu nie stali dwaj krzepcy futboliści z dobrym

refleksem. Zbyła to śmiechem, ale widziałem w jej twarzy wstyd. I wyrzut. Jakbym to ja był

temu winien. I w pewnym sensie byłem.

Awantura wisiała w powietrzu. Wybuchłaby wcześniej, niż to się faktycznie stało,

gdyby nie „Jodie Jamboree”. To była nasza odwilż, okazja, by trochę pograć na zwłokę i

przemyśleć sprawy, zanim okoliczności miały nas zmusić do podjęcia decyzji, której oboje

chcieliśmy uniknąć.

W lutym przyszła do mnie Ellen Dockerty. Miała dwie prośby: raz, żebym jednak

zmienił zdanie i podpisał nową umowę na rok szkolny 1962/63, i dwa, żebym także w tym

roku wyreżyserował przedstawienie kółka dramatycznego, bo zeszłoroczne było tak wielkim

hitem. Obie odrzuciłem, nie bez żalu.

- Jeśli to z powodu twojej książki, będziesz miał całe lato na pracę nad nią -

namawiała.

- To za mało - odparłem, chociaż w tym momencie miałem „Miasto zbrodni” głęboko

gdzieś.

- Sadie Dunhill mówi, że jej zdaniem ta powieść nic a nic cię nie obchodzi.

Nie podzieliła się ze mną tym spostrzeżeniem. Byłem wstrząśnięty, ale starałem się

tego nie okazywać.

- El, Sadie nie wie wszystkiego.

- W takim razie przedstawienie. Przygotuj choć przedstawienie. Jeśli tylko nie będzie

w nim golizny, zgodzę się na każdy twój wybór. Zważywszy na obecny skład rady szkolnej i

fakt, że sama mam tylko dwuletni kontrakt jako dyrektor, to nie byle jaka obietnica. Możesz

zadedykować je Vince'owi Knowlesowi, jeśli chcesz.

- Pamięci Vince'a poświęcili już cały sezon futbolowy, Ellie. Myślę, że to wystarczy.

Odeszła z kwitkiem.

Drugi po prośbie przyszedł Mike Coslaw, który w czerwcu miał skończyć szkołę i

powiedział mi, że na studiach zamierza wybrać specjalizację teatralną.

- Ale naprawdę chciałbym zagrać tu w jeszcze jednej sztuce. Z panem, panie

Amberson. Bo pan wskazał mi drogę.

W odróżnieniu od Ellie Dockerty, przyjął wymówkę o mojej niby-powieści bez

zastrzeżeń, co przyprawiło mnie o wyrzuty sumienia. Okropna sprawa. Jak na człowieka,

który nie lubił kłamać - którego małżeństwo rozpadło się z powodu wszystkich kłamstw

słyszanych od żony, z „mogę przestać, kiedy tylko zechcę” na czele - łgałem ostatnio jak

opętany, jak się mówiło w tamtych czasach w Jodie.

Odprowadziłem Mike'a na parking dla uczniów, gdzie czekał jego największy skarb

(stary buick sedan z osłonami kół tylnych) i spytałem, czy po zdjęciu gipsu wszystko w

porządku z jego ręką. Powiedział, że tak i że na pewno będzie gotowy na treningi futbolowe

w lecie.

- Chociaż - stwierdził - nie rozpaczałbym, gdybym się nie załapał. Wtedy może

mógłbym zagrać w jakimś lokalnym teatrze, nie tylko na uczelni. Chcę się nauczyć

wszystkiego... o scenografii, oświetleniu, nawet kostiumach. - Zaśmiał się. - Ludzie zaczną

mnie od ciot wyzywać.

- Na pierwszym semestrze skup się na futbolu, ocenach i na tym, żeby za bardzo nie

tęsknić za domem - powiedziałem. - Proszę. Żadnych wygłupów.

Przybrał głos ni to zombi, ni to monstrum Frankensteina.

- Tak... panie...

- Jak się miewa Bobbi Jill?

- Lepiej - powiedział. - Oto i ona.

Bobbi Jill czekała przy buicku Mike'a. Pomachała do niego i na mój widok

natychmiast się odwróciła, jakby zainteresowana pustym boiskiem futbolowym i

rozciągającymi się dalej łąkami. To był gest, do którego przywykli wszyscy w szkole.

Powypadkowa szrama zagoiła się w tłustą czerwoną krechę. Bobbi Jill próbowała ją tuszować

kosmetykami, co tylko uwydatniało bliznę jeszcze bardziej.

- Powiedziałem jej, żeby darowała sobie ten puder, bo wygląda w nim jak żywa

reklama zakładu pogrzebowego Soamesa - wyjaśnił Mike - ale mnie nie słucha. Mówię jej

też, że nie spotykam się z nią z litości ani po to, żeby znowu nie łyknęła jakich prochów.

Twierdzi, że mi wierzy, i może nie kłamie. W słoneczne dni.

Patrzyłem za nim, kiedy pospieszył do Bobbi Jill, objął ją w pasie i odwrócił ku sobie.

Westchnąłem. Było mi trochę głupio, ale mój upór był silniejszy. Po trosze nawet chciałem

wyreżyserować to cholerne przedstawienie. Miałbym się czym zająć w oczekiwaniu na

początek mojego własnego spektaklu, „Lee i Jake w Dallas”. Nie chciałem jednak splatać

moich losów z Jodie bardziej, niż już to zrobiłem. Podobnie jak wszelkie perspektywy

wspólnej przyszłości z Sadie, mój związek z miastem musiał na razie zejść na dalszy plan.

Przy dobrych układach była szansa, że na koniec zdobędę dziewczynę, pamiątkowy

złoty zegarek i całą resztę. Nie mogłem jednak na to liczyć, choćbym nie wiadomo jak

starannie wszystko zaplanował. Nawet gdyby mi się powiodło, zapewne musiałbym uciekać,

inaczej istniało spore prawdopodobieństwo, że nagrodą za mój dobry uczynek dla świata

byłoby dożywocie za kratkami. Albo krzesło elektryczne w Huntsville.

Ostatecznie to Deke Simmons podstępem skłonił mnie do wyrażenia zgody. Dokonał

tego, mówiąc mi, że musiałbym być stuknięty, żeby w ogóle brać to pod uwagę. Powinienem

był rozpoznać ten stary numer rodem z „Kruka i lisa”, ale podszedł mnie bardzo sprytnie.

Bardzo subtelnie. Jak lis, można by rzec.

To było w sobotnie popołudnie. Siedzieliśmy u mnie w salonie i piliśmy kawę,

podczas gdy w moim śnieżącym telewizorze leciał jakiś stary film - kowboje w Fort

Hollywood odpierali ataki chyba ze dwóch tysięcy Indian. Na dworze znowu padało. Zimą

sześćdziesiątego drugiego musiało być przynajmniej kilka słonecznych dni, ja jednak takich

sobie nie przypominam. Pamiętam tylko zimne palce mżawki zawsze dosięgające mojego

wygolonego karku mimo postawionego kołnierza kożucha, który kupiłem na miejsce

ocieplanej kurtki z niewyprawionej skóry.

- Nie przejmuj się cholernym przedstawieniem tylko dlatego, że Ellen Dockerty ma

hopla na tym punkcie - powiedział Deke. - Dokończ książkę, a jak zostanie bestsellerem,

będziesz mógł machnąć na wszystko ręką. Żyć jak król w Nowym Jorku. Pić z Normanem

Mailerem i Irwinem Shawem w White Horse Tavern.

- Mhm - mruknąłem. John Wayne zadął w trąbkę. - Nie sądzę, żeby Norman Mailer

miał powód się mnie obawiać. Irwin Shaw też.

- Poza tym „Myszy i ludzie” było tak świetne - ciągnął - że cokolwiek byś teraz zrobił,

zapewne ludzie by się rozczarowali... o rany, widziałeś? John Wayne dostał strzałą w

kapelusz! Szczęście, że włożył taki wysoki!

Sugestia, że za drugim razem mogłem zawieść oczekiwania, dotknęła mnie bardzo.

Przypomniała mi o tym, jak mimo usilnych starań nie udało nam się z Sadie powtórzyć

naszego pierwszego popisu na parkiecie.

Deke, na pozór całkowicie zaabsorbowany filmem, powiedział:

- Poza tym przedstawienie ma ochotę wyreżyserować Szczurek Sylvester. Mówi o

„Arszeniku i starych koronkach”. Podobno dwa lata temu oglądał to z żoną w Dallas i ze

śmiechu mało z krzeseł nie pospadali.

Dobry Boże, ten staroć! I z Fredem Sylvestrem, nauczycielem przedmiotów ścisłych,

w roli reżysera? Nie dałbym Szczurkowi wyreżyserować próbnego alarmu

przeciwpożarowego w podstawówce. Gdyby utalentowany, ale jeszcze nieopierzony aktor jak

Mike Coslaw trafił pod skrzydła Szczurka, mogłoby to cofnąć go w rozwoju o pięć lat.

Szczurek i „Arszenik i stare koronki”. Jezu!

- Tak czy tak, za mało czasu, żeby wystawić coś dobrego - ciągnął Deke. - Dlatego

moja rada jest taka, żebyś dał Szczurkowi wpakować się na tę minę. I tak nigdy nie lubiłem

tego wiercidupy.

Nie lubił go nikt, może poza panią Szczurkową, która przydreptywała u jego boku na

każdą szkolną i nauczycielską imprezę, owinięta kilometrami organdyny. Ale to nie on by się

wpakował na tę minę, tylko dzieciaki.

- Można by wystawić rewię - powiedziałem. - Na to starczyłoby czasu.

- Chryste, George! Wallace Beery dostał strzałą w ramię! Chyba już po nim!

- Deke?

- Nie, John Wayne odciąga go w bezpieczne miejsce. W tej starej strzelance nie ma

krzty sensu, ale mnie się podoba, a tobie?

- Słyszałeś, co powiedziałem?

Zaczęła się reklama. Keenan Wynn gramolił się z buldożera, założył kask i powiedział

światu, co by dla camela mógł zrobić. Deke odwrócił się do mnie.

- Nie, musiało mi umknąć.

Stary, chytry lis.

- Powiedziałem, że jest dość czasu, żeby przygotować rewię. Piosenki, tańce, dowcipy

i kilka skeczy.

- Wszystko oprócz dziewczyn machających tyłkami? A może o tym też myślałeś?

- Nie bądź osioł.

- Czyli chodzi o wodewil. Zawsze lubiłem wodewile. Program Jimmy'ego Durante'a i

tym podobne.

Wyciągnął fajkę z kieszeni rozpinanego swetra, nabił ją tytoniem Prince Albert i

zapalił.

- Wiesz, kiedyś robiliśmy coś podobnego w Grange. Show nosił tytuł „Jodie

Jamboree”. Ale pod koniec lat czterdziestych przestaliśmy. Wypadało to trochę żenująco,

choć nikt tego głośno nie powiedział. I nie nazywaliśmy tego wodewilem.

- O czym ty mówisz?

- To był minstrel show, George. Uczestniczyli w tym wszyscy kowboje i robotnicy

rolni. Malowali twarze na czarno, śpiewali i tańczyli, opowiadali dowcipy murzyńskim w ich

mniemaniu dialektem. Opartym głównie na tym, co słyszeli w „Amos and Andy”.

Zaśmiałem się.

- Ktoś grał na banjo?

- A owszem, przy paru okazjach robiła to nasza aktualna dyrektorka.

- Ellen grała na banjo w minstrel show?

- Uważaj, zaczynasz mówić pentametrem jambicznym. To może prowadzić do manii

wielkości, przyjacielu.

Wychyliłem się do przodu, choć raz nie myśląc ani o Oswaldzie, ani o moim

skomplikowanym związku z Sadie.

- Opowiedz mi jeden z tych dowcipów.

Deke odchrząknął i zaczął mówić dwoma różnymi grubymi głosami.

- „Tambo, bracie, a tę wazelinę to tyś po co kupił?”. „A po czterdzieści dziewińć

cyntów!”.

Spojrzał na mnie wyczekująco i zrozumiałem, że to była puenta.

- Śmiali się? - Prawie bałem się odpowiedzi.

- Zrywali boki i chcieli jeszcze. Potem słyszało się te kawały w mieście przez wiele

następnych tygodni. - Spojrzał na mnie z powagą, ale jego oczy skrzyły się jak lampki

choinkowe. - To mała mieścina. Nasze potrzeby, jeśli chodzi o humor, są skromne. Tutaj

szczyt rabelaisowskiego dowcipu to ślepiec wywracający się na skórce od banana.

Siedziałem zamyślony. Zaczął się dalszy ciąg westernu, ale Deke już nie był nim

zainteresowany. Przyglądał mi się.

- To i teraz mogłoby się udać - powiedziałem.

- George, to zawsze się udaje.

- I nie musielibyśmy się zdawać na dowcipy o Murzynach.

- Teraz to by już nawet nie przeszło. Może w Luizjanie czy Alabamie, ale nie po

drodze do Austin, które w „Szajs Heraldzie” nazywają SympKom City. Poza tym nie

chciałbyś tego, dobrze mówię?

- Nie. Może jestem zgniłym liberałem, ale na samą myśl o tym mnie odrzuca. I czy to

w ogóle potrzebne? Garść oklepanych dowcipów... chłopcy w obszernych garniturach z

wywatowanymi ramionami zamiast wieśniackich ogrodniczków... dziewczyny w

spódniczkach po kolana z mnóstwem frędzli... strasznie jestem ciekaw, jak Mike Coslaw

poradziłby sobie z grą w skeczu...

- Och, zrobiłby furorę - powiedział Deke, jakby to było z góry przesądzone. - Niegłupi

pomysł. Szkoda, że nie masz czasu wcielić go w życie.

Zacząłem coś mówić, ale wtedy znowu przeszyła mnie błyskawica. Była tak jasna jak

ta, która rozświetliła mi umysł, kiedy Ivy Templeton powiedziała, że sąsiedzi z naprzeciwka

mogą zaglądać do jej salonu.

- George? Masz otwarte usta. Widok jest dobry, ale nieapetyczny.

- Mógłbym znaleźć czas - powiedziałem. - Jeśli przekonasz Ellie Dockerty, żeby

spełniła jeden warunek.

Wstał i wyłączył telewizor, nawet nie zerkając na ekran, choć bój między Dukiem

Wayne'em a plemieniem Paunisów właśnie osiągnął punkt kulminacyjny, podczas gdy w tle

Fort Hollywood płonął w najlepsze.

- Powiedz jaki.

Powiedziałem i dodałem:

- Muszę pogadać z Sadie. Już, teraz.

Z początku była śmiertelnie poważna. Potem zaczęła się uśmiechać. Uśmiech stał się

szeroki. A kiedy zdradziłem jej pomysł, na który wpadłem pod koniec rozmowy z Dekiem,

zarzuciła mi ręce na szyję. To jej jednak nie wystarczyło, więc wdrapała się wyżej i objęła

mnie też nogami. Tego dnia nie było między nami miotły.

- Świetna sprawa! Jesteś genialny! Napiszesz scenariusz?

- A żebyś wiedziała. I nie zajmie mi to dużo czasu. - Stare, wyświechtane dowcipy już

latały mi po głowie: Trener Borman otworzył sok pomarańczowy w sklepie, bo przeczytał na

puszce „Tu otwierać”. Nasz pies miał wrośnięty ogon, musieliśmy robić mu prześwietlenie,

żeby sprawdzać, czy jest zadowolony. Leciałem samolotem tak starym, że na jednej toalecie

napisane było Orville, a na drugiej Wilbur. - Ale będę potrzebował dużo pomocy z całą

resztą. Krótko mówiąc, potrzeba mi producenta. Mam nadzieję, że weźmiesz to na siebie.

- Pewnie. - Zsunęła się na podłogę, wciąż przywierając do mnie całym ciałem.

Spódniczka podjechała jej do góry, odsłaniając, niestety tylko na chwilę, nagą nogę. Sadie

zaczęła chodzić po salonie, paląc zawzięcie. Potknęła się o fotel (chyba szósty czy nawet

ósmy raz, odkąd się spotykaliśmy) i złapała równowagę tak, jakby niczego nie poczuła, choć

do wieczora miał jej się zrobić spory siniak. - Jeśli potrzebne będą spódniczki w stylu lat

dwudziestych, mogę poprosić Jo Peet, żeby uszyła kostiumy. - Jo była nową kierowniczką

działu gospodarstwa domowego, na które to stanowisko awansowała po tym, jak Ellen

Dockerty oficjalnie została dyrektorką szkoły.

- To super.

- Większość dziewczyn od gospodarstwa domowego uwielbia szyć... i gotować.

George, trzeba będzie przygotowywać jakieś wieczorne posiłki, nie? Jeśli próby będą się

przeciągać? A będą na pewno, bo czasu jest strasznie mało.

- Tak, ale wystarczą kanapki...

- Nie, stać nas na coś lepszego. Dużo lepszego. I muzyka! Będzie potrzebna muzyka!

Trzeba będzie puścić coś z płyty, bo orkiestra nie zdąży w porę nic przygotować. - I wtedy

oboje powiedzieliśmy jednym głosem: „Donald Bellingham!”.

- Co z ogłoszeniami? - spytałem. Zaczynaliśmy rozmawiać jak Mickey Rooney i Judy

Garland przygotowujący widowisko w stodole cioci Milly.

- Carl Jacoby i jego kółko graficzne. Plakaty nie tylko tutaj, ale i w całym mieście. Bo

chcemy, żeby przyszło całe miasto, nie same rodziny aktorów. Miejsca stojące.

- Otóż to - powiedziałem i pocałowałem ją w nos. Podobał mi się jej entuzjazm. Był

zaraźliwy.

- Co powiemy o celu imprezy? - spytała Sadie.

- Nic, dopóki nie będziemy pewni, że zbierzemy dość pieniędzy. Nie ma co

przedwcześnie rozbudzać nadziei. Pojedziesz jutro ze mną do Dallas zasięgnąć języka?

- Jutro niedziela, kochanie. Po szkole w poniedziałek. Może nawet przed końcem

lekcji, jeśli dasz radę się urwać.

- Poproszę Deke'a, żeby wrócił z emerytury i poprowadził zajęcia wyrównawcze z

angielskiego - powiedziałem. - Jest mi to winien.

W poniedziałek pojechaliśmy z Sadie do Dallas, pełnym gazem, żeby zdążyć przed


Date: 2015-12-17; view: 140


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 36 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 38 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.02 sec.)