Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 38 page

końcem godzin pracy. Gabinet, którego szukaliśmy, znajdował się na Harry Hines Boulevard,

nieopodal szpitala Parkland. Tam zadaliśmy masę pytań, a Sadie w uproszczeniu

zademonstrowała, o co nam chodzi. Odpowiedzi były więcej niż zadowalające i dwa dni

później przystąpiłem do mojego przedostatniego showbiznesowego przedsięwzięcia, jako

reżyser „Jodie Jamboree, Nowego, Przezabawnego Wodewilowego Widowiska Taneczno-

Muzycznego”. I wszystko to w Zbożnym Celu. Nie powiedzieliśmy, co to za cel, i nikt nie

pytał.

Dwa spostrzeżenia odnośnie do Krainy Przeszłości: jest dużo mniej roboty

papierkowej i o wiele więcej zaufania.

Rzeczywiście przyszło całe miasto i Deke Simmons miał rację co do jednego: te

kiepskie żarty nigdy się nie starzały. Przynajmniej dwa i pół tysiąca kilometrów od

Broadwayu.

Za sprawą Jima LaDue (który nie był zły i całkiem przyzwoicie śpiewał) i Mike'a

Coslawa (który był wprost przekomiczny) nasz show miał w sobie więcej z występów Deana

Martina i Jerry'ego Lewisa niż wygłupów Mr. Bonesa i Mr. Tambo. Skecze były slapstickowe

i w wykonaniu pary sportowców wypadły lepiej, niż prawdopodobnie na to zasługiwały.

Widzowie klepali się po kolanach, strzelały guziki, pewnie nawet pękło kilka gorsetów.

Ellen Dockerty odkurzyła swoje zapomniane banjo; jak na damę o niebieskich

włosach, nieźle wymiatała. I jednak było machanie tyłkami. Mike i Jim namówili resztę

drużyny futbolowej, żeby odtańczyli żywego kankana, ubrani w halki i pantalony od pasa w

dół i nic od pasa w górę. Jo Peet znalazła dla nich peruki i to oni zebrali największe oklaski.

Zwłaszcza panie oszalały na punkcie tych półnagich młodych mężczyzn, co tam, że w

perukach.

W finale obsada dobrała się w pary i zatańczyła na scenie ognistego swinga, podczas

gdy w głośnikach huczał „In the Mood”. Fruwały spódniczki; śmigały nogi; futboliści (teraz

w garniturach z wywatowanymi ramionami i kapeluszach ze skąpym rondem) kręcili gibkimi

dziewczynami. Te ostatnie w większości były czirliderkami, które juz to i owo o tańcu

wiedziały.

Muzyka ucichła; roześmiana, zdyszana obsada wyszła na przód sceny, by ukłonić się

publiczności; a gdy widownia zerwała się na nogi po raz trzeci (a może czwarty), odkąd

podniesiono kurtynę, Donald znów włączył „In the Mood”. Tym razem chłopcy i dziewczęta



rozbiegli się na lewo i prawo, złapali dziesiątki ciast z kremem czekających na stołach za

kulisami i zaczęli się nimi obrzucać. Publiczność zareagowała gromkim aplauzem.

O tej części widowiska nasza obsada wiedziała i nie mogła się jej doczekać. Jako że na

próbach nie poleciało nawet jedno ciasto, nie byłem pewien, jak to wyjdzie. Oczywiście

wyszło znakomicie - tak z walkami na ciasta zwykle bywa. Dzieciaki były przekonane, że to

punkt kulminacyjny, ja jednak jeszcze miałem coś w zanadrzu.

Kiedy aktorzy z twarzami i kostiumami upaćkanymi kremem wystąpili naprzód, by

znów się pokłonić, „In the Mood” rozbrzmiało po raz trzeci. Większość dzieciaków rozejrzała

się ze zdumieniem, dlatego nie zauważyli, że całe grono pedagogiczne wstało, trzymając

ciasta z kremem, które Sadie i ja schowaliśmy pod ich siedzeniami. Ciasta poleciały i obsada

została zbryzgana po raz drugi. Trener Borman miał dwa talerze i rzucał z zabójczą precyzją;

trafił i swojego rozgrywającego, i najlepszego obrońcę.

Mike Coslaw, z twarzą ociekającą kremem, zaczął ryczeć:

- Pan A! Pani D! Pan A! Pani D!

Podchwyciła to reszta obsady, a za nią rytmicznie klaszcząca publiczność. Weszliśmy

na scenę, trzymając się za ręce. Bellingham znów puścił tę cholerną płytę. Dzieciaki ustawiły

się w szeregach po naszych obu stronach i skandowały: „Tańczyć! Tańczyć! Tańczyć!”.

Nie mieliśmy wyboru i choć byłem święcie przekonany, że moja dziewczyna pośliźnie

się na całym tym kremie i złamie sobie kark, zatańczyliśmy perfekcyjnie pierwszy raz od

Sadie Hawkins Dance. Na koniec ścisnąłem obie dłonie Sadie, zobaczyłem, że lekko skinęła

głową - dawaj, śmiało, ufam ci - i wpuściłem ją sobie między nogi. Jej buty poleciały w

pierwszy rząd, spódniczka podjechała zachwycająco do ud... i Sadie jakimś cudem podniosła

się na nogi w jednym kawałku, z dłońmi najpierw wyciągniętymi do publiczności - która

dosłownie oszalała - a potem opuszczonymi do boków wymazanej kremem spódniczki w

wytwornym dygnięciu.

Okazało się, że dzieciaki też miały jeszcze coś w zanadrzu, prawie na pewno za

podpuszczeniem Mike'a Coslawa, choć nigdy się do tego nie przyznał. Zachowały za kurtyną

trochę ciast i kiedy staliśmy we dwoje na scenie i upajaliśmy się aplauzem, trafiło nas co

najmniej tuzin talerzy nadlatujących ze wszystkich stron. A na widowni, jak to mówią,

euforia sięga zenitu.

Sadie przyciągnęła moje ucho do swoich ust, małym palcem starła z niego krem, i

szepnęła:

- Jak mógłbyś to wszystko zostawić?

A to jeszcze nie był koniec.

Deke i Ellen wyszli na środek sceny, niemal magicznie omijając wszystkie bryzgi,

plamy i grudki kremu. Nikomu nawet przez myśl nie przeszło, by rzucić w nich ciastem.

Deke uniósł dłonie, nakazując milczenie, i Ellen Dockerty wystąpiła naprzód. Mówiła

wyraźnym, belferskim głosem, który bez trudu przebijał przez szepty i cichnące śmiechy.

- Panie i panowie, „Jodie Jamboree” zostanie wystawione jeszcze trzy razy.

To wywołało kolejną burzę braw.

- Przedstawienia te będą miały charakter dobroczynny - ciągnęła Ellie, kiedy aplauz

przycichł - i z wielką, naprawdę wielką przyjemnością pragnę państwa powiadomić, na jaki

cel pójdą uzyskane z nich dochody. Ostatniej jesieni straciliśmy cenionego ucznia. Wszyscy

opłakiwaliśmy śmierć Vincenta Knowlesa, która nadeszła dużo, dużo, dużo za wcześnie.

Na widowni zapadła martwa cisza.

- W tym samym wypadku poważnie oszpecona została uczennica, którą wszyscy

znacie, jedna z wiodących postaci naszej szkolnej społeczności. Pan Amberson i pani Dunhill

zapisali Robertę Jillian Allnut na operację plastyczną twarzy w czerwcu w Dallas. Państwa

Allnut nie będzie to nic kosztować; jak powiadomił mnie pan Sylvester, który pełni funkcję

księgowego „Jodie Jamboree”, koledzy i koleżanki Bobbi Jill... i całe miasto... zapewnili, że

w całości pokryją koszty zabiegu.

Nastąpiła chwila ciszy i kiedy wreszcie do wszystkich dotarło, co to znaczy, porwali

się na nogi. Aplauz był jak letnia burza. Zobaczyłem Bobbi Jill na trybunie. Płakała z twarzą

ukrytą w dłoniach. Rodzice obejmowali ją ramionami.

To był jeden wieczór w małej mieścinie, jednej z tych dziur daleko od szosy, które

właściwie nie obchodzą nikogo oprócz mieszkających tam ludzi. Ale to nic, bo ich one

obchodzą. Spojrzałem na Bobbi Jill, szlochającą w dłonie. Spojrzałem na Sadie. Miała krem

we włosach. Uśmiechnęła się. Ja też. Powiedziała bezgłośnie: „Kocham cię, George”.

Odpowiedziałem: „Ja ciebie też”. Tego wieczora kochałem ich wszystkich i siebie samego za

to, że z nimi byłem. Nigdy przedtem nie czułem się tak pełen życia ani tak szczęśliwy, że

żyję. Rzeczywiście, jak mogłem to wszystko zostawić?

Awantura wybuchła dwa tygodnie później.

To była sobota, dzień zakupów. Sadie i ja mieliśmy w zwyczaju robić je razem w

sklepie Weingarten's przy drodze numer 77. Chodziliśmy z wózkami obok siebie, cieszyliśmy

się swoim towarzystwem i przy płynących z góry dźwiękach Mantovaniego przebieraliśmy w

owocach i szukaliśmy najlepszych okazji w dziale mięsnym. Można było dostać praktycznie

każdą część mięsa, jaką się chciało, byle była to wołowina albo kurczak. Mnie to

odpowiadało; nawet po prawie trzech latach wciąż byłem pod wrażeniem śmiesznie niskich

cen.

Poza tym tego dnia moje myśli zaprzątało coś innego: rodzina Hazzardów mieszkająca

na Mercedes 2706, po drugiej stronie ulicy i nieco na lewo od rozpadającego się

dwupoziomowego domu, do którego wkrótce miał się wprowadzić Lee Oswald. „Jodie

Jamboree” zabrało mi mnóstwo czasu, ale tej wiosny zdołałem trzy razy odwiedzić Mercedes

Street. Zostawiałem forda na parkingu w centrum Fort Worth i przesiadałem się do jadącego

Winscott Road autobusu, który miał przystanek paręset metrów dalej. Na te wyprawy

przebierałem się w dżinsy, zdarte buty i spraną kurtkę dżinsową, którą kupiłem na

wyprzedaży rzeczy używanych. Moje wytłumaczenie, gdyby ktoś go zażądał: szukam taniego

lokum do wynajęcia, bo właśnie dostałem robotę nocnego stróża w Texas Sheet Metal w

zachodnim Fort Worth. To czyniło mnie osobą godną zaufania (pod warunkiem że nikt tego

nie sprawdzi) i wyjaśniało, dlaczego za dnia w domu będzie cicho, a okna będą pozasłaniane.

Podczas moich przechadzek Mercedes Street do magazynu Montgomery Ward i z

powrotem (zawsze z gazetą otwartą na ogłoszeniach o mieszkaniach do wynajęcia),

widywałem pana Hazzarda, olbrzyma po trzydziestce, dwójkę dzieci, z którymi nie chciała się

bawić Rosette, i starą kobietę o zastygłej twarzy, powłóczącą nogą. Przy jednej okazji mama

Hazzarda - stała wtedy obok skrzynki na listy - przyglądała mi się podejrzliwie, gdy

niespiesznie szedłem obok niej w wyżłobieniu w ziemi, które służyło za chodnik, ale nic nie

powiedziała.

Na moim trzecim zwiadzie zobaczyłem zardzewiałą starą przyczepę doczepioną do

pikapa Hazzarda. On i dzieci ładowali na nią pudła, podczas gdy starsza pani stała w pobliżu

wśród świeżo pozieleniałych paluszników, wsparta na lasce, z twarzą wykrzywioną w

poudarowym grymasie, który maskował wszelkie uczucia. Gotów byłem się założyć, że czuła

tylko obojętność. Ja za to byłem szczęśliwy. Hazzardowie się wyprowadzali. Jak tylko to

zrobią, prosty robol George Amberson wynajmie dom pod numerem 2706. Teraz musiałem

tylko dopilnować, by być pierwszy w kolejce.

I właśnie o tym, jak to załatwić, myślałem, kiedy robiliśmy nasze sobotnie zakupy. Z

pozoru zachowywałem się normalnie, odpowiadałem na uwagi Sadie, czyniłem stosowne

komentarze, żartowałem z niej, kiedy za długo sterczała przy gablocie z nabiałem,

wypchnąłem obładowany zakupami wózek na parking, włożyłem torby do bagażnika forda.

Jednak robiłem to wszystko na autopilocie, bo moje myśli zaprzątała logistyka przygotowań

w Fort Worth, i to mnie zgubiło. Nie uważałem, co mówię, a to niebezpieczne, kiedy

człowiek prowadzi podwójne życie.

Nie uważałem też, co śpiewam, kiedy wiozłem Sadie do jej domu i siedziała cicho (za

cicho) obok mnie. Śpiewałem dlatego, że w fordzie wysiadło radio. W dodatku rzęziły

zawory. Sunliner nadal wyglądał elegancko i z różnych powodów byłem do niego

przywiązany, ale minęło siedem lat, odkąd zjechał z linii montażowej, i miał ponad sto

pięćdziesiąt tysięcy kilometrów na liczniku.

Zaniosłem wszystkie zakupy Sadie do kuchni za jednym podejściem, heroicznie

postękując i chwiejąc się na nogach dla dramatycznego efektu. Nie zauważyłem, że się nie

uśmiechała, i nie miałem pojęcia, że nasza krótka odwilż dobiegła końca. Wciąż myślałem o

Mercedes Street i zastanawiałem się, jakie przedstawienie będę tam musiał odegrać - czy

raczej jak wielkie przedstawienie. To będzie delikatna sytuacja. Chciałem być znajomą

twarzą, bo na znajomych nie zwraca się uwagi, ale nie chciałem się niczym wyróżniać. No i

byli jeszcze Oswaldowie. Ona nie znała angielskiego, on był z natury zimny jak ryba, i

wszystko to pięknie, ale dom pod numerem 2706 to jednak bliskie sąsiedztwo. Przeszłość

może i jest nieustępliwa, ale też delikatna jak domek z kart i musiałem uważać, by jej za

szybko nie zmienić. Dlatego będę musiał...

Wtedy Sadie odezwała się do mnie i wkrótce potem życie, jakie poznałem (i

pokochałem) w Jodie, legło w gruzach.

- George? Mogę cię prosić do salonu? Chcę z tobą porozmawiać.

- Może najpierw schowaj mieloną wołowinę i schabowe do lodówki? I zdaje się, że

lody...

- A niech się roztopią! - krzyknęła i to błyskawicznie wyrwało mnie z zamyślenia.

Odwróciłem się do niej, ale już była w salonie. Wzięła papierosy ze stolika obok

kanapy i zapaliła jednego. Na moje delikatne sugestie próbowała ograniczyć palenie

(przynajmniej przy mnie), więc ten gest Wydawał się jakoś bardziej złowieszczy od jej

podniesionego głosu.

Wszedłem do salonu.

- O co chodzi, kochanie? Coś nie tak?

- Wszystko. Co to była za piosenka?

Miała bladą, zaciętą twarz. Trzymała papierosa przed ustami jak tarczę. Zaczęło do

mnie docierać, że popełniłem jakiś błąd, ale nie miałem pojęcia jaki ani kiedy, i to mnie

przerażało.

- Nie wiem, o czym mó...

- Ta piosenka, którą śpiewałeś w samochodzie, kiedy jechaliśmy do domu. Ta, którą

ryczałeś na całe gardło.

Próbowałem sobie przypomnieć, ale nie mogłem. Pamiętałem tylko, jak myślałem, że

na Mercedes Street zawsze będę się musiał nosić jak ubogi robotnik, żeby pasować do

otoczenia. Jasne, że śpiewałem, ale często to robię, kiedy błądzę myślami - jak chyba

wszyscy, nie?

- Pewnie jakiś nowy przebój. Coś, co utkwiło mi w głowie. Wiesz, że z piosenkami

tak jest. Nie rozumiem, co cię tak zdenerwowało.

- Coś, co słyszałeś przez radio? Z tekstem „Spotkałem w Memphis dżinem

przesiąkniętą królową, na górę mnie zapraszała na to i owo”?

Nie tylko serce we mnie upadło; wydawało się, że wszystko pod moją szyją bardzo się

obniżyło. „Honky Tonk Women”. Tak, śpiewałem piosenkę, która zostanie nagrana za siedem

czy osiem lat, w wykonaniu zespołu, który dopiero za trzy lata będzie miał swój pierwszy hit

w Stanach. Myślami byłem gdzie indziej, ale mimo to - jak mogłem być aż tak głupi?

- „Nos mi wysmarkała i w głowie namieszała”? W radiu? Federalna Komisja

Łączności zamknęłaby stację, która puściłaby coś takiego!

Wtedy powoli ogarnęła mnie złość. Głównie na siebie samego... ale nie tylko. Ja tu,

kurde, balansowałem na linie, a ta darła się na mnie z powodu kawałka Rolling Stonesów.

- Wyluzuj, Sadie. To tylko piosenka. Nie wiem, gdzie ją słyszałem.

- Kłamiesz i oboje dobrze o tym wiemy. - Świrujesz. Może lepiej zabiorę swoje

zakupy i pojadę do domu. - Próbowałem zachować spokojny ton. Brzmiał bardzo znajomo.

Tak właśnie zawsze próbowałem mówić do Christy, kiedy wracała do domu na gazie.

Przekrzywiona spódnica, bluzka do połowy wywleczona na wierzch, włosy każdy w inną

stronę. Nie wspominając o rozmazanej szmince. O brzeg kieliszka czy o usta innej ćmy

barowej?

Na samą myśl o tym wściekłem się jeszcze bardziej. Znowu wszystko nie tak,

pomyślałem. Nie wiedziałem, czy chodzi mi o Sadie, Christy czy o mnie, ale w tej chwili

miałem to gdzieś. Nigdy nie jesteśmy bardziej źli niż wtedy, kiedy dajemy się przyłapać,

prawda?

- Lepiej powiedz, gdzie słyszałeś tę piosenkę, jeśli chcesz tu jeszcze kiedykolwiek

wrócić. I gdzie słyszałeś to, co powiedziałeś do chłopaka w kasie, kiedy zaproponował, że

zapakuje kurczaka w dwie torby, żeby z niego nie ciekło.

- Nie mam pojęcia, co...

- „Zajebiście”, tak powiedziałeś. Lepiej powiedz mi, gdzieś ty to usłyszał. I „dawać

czadu”. I „fruwa moja marynara”. I „kręcić kuperkiem”. „Wyluzuj” i „świrujesz”, te

wyrażenia też mnie ciekawią. Używasz ich ty i nikt inny. Chcę wiedzieć, dlaczego tak się

wystraszyłeś tego kretyńskiego skandowania „Jimla”, że mówisz o nim przez sen. Chcę

wiedzieć, gdzie leży Derry i dlaczego jest takie jak Dallas. Chcę wiedzieć, czy byłeś żonaty,

bo czasem widzę, jak bawisz się palcem serdecznym lewej dłoni, jakbyś kiedyś nosił tam

obrączkę. Chcę wiedzieć, gdzie byłeś, zanim przyjechałeś na Florydę, bo Ellie Dockerty tego

nie wie, twierdzi, że część twoich referencji jest fałszywa. „Wydają się zmyślone”, tak to

ujęła.

Byłem pewien, że Ellen nie dowiedziała się tego od Deke'a... ale się dowiedziała.

Szczerze mówiąc, nawet mnie to szczególnie nie zaskoczyło, ale byłem wściekły, że

wypaplała to Sadie.

- Nie miała prawa ci tego powiedzieć!

Zgasiła papierosa z rozmachem, po czym otrząsnęła dłoń oparzoną wzbitymi w

powietrze drobinkami żaru.

- Czasem mam wrażenie, że jesteś z... nie wiem... innego wszechświata! Takiego, w

którym śpiewają o rżnięciu pijanych kobiet z M-Memphis! Próbowałam sobie wmówić, że to

bez znaczenia, że m-miłość przezwycięży wszystko, ale to nieprawda. Nie przezwycięży

kłamstw. - Głos jej zadrżał, ale się nie rozpłakała. Patrzyła mi w oczy. Gdybym w jej oczach

widział samą złość, byłoby trochę łatwiej. Ale widziałem też błaganie.

- Sadie, gdybyś mogła tylko...

- Nie. Już nie. Dlatego nie zaczynaj mi tu opowiadać o tym, jak to nie robisz nic,

czego byś się wstydził i czego wstydziłabym się ja. O tym sama muszę zdecydować. Wybór

jest prosty: albo zniknie miotła, albo ty.

- Gdybyś wiedziała, nie mówiłabyś...

- To mi powiedz!

- Nie mogę. - Gniew pękł jak przekłuty balon, pozostawiając tylko otępienie.

Spuściłem oczy z jej zaciętej twarzy i moje spojrzenie przypadkiem padło na biurko. To, co

zobaczyłem, zaparło mi dech w piersi.

Był tam mały stosik podań o pracę na czas jej pobytu w Reno nadchodzącego lata. To

na wierzchu było zaadresowane do Harrah's Hotel and Casino. W pierwszej linijce starannie

wypisała drukowanymi literami swoje dane. Włącznie z drugim imieniem, o które nigdy nie

przyszło mi do głowy jej zapytać.

Bardzo powoli opuściłem dłonie i zasłoniłem kciukami jej pierwsze imię i drugą

sylabę panieńskiego nazwiska. Zostało DORIS DUN.

Pamiętałem dzień, kiedy rozmawiałem z żoną Franka Dunninga, podając się za

spekulanta nieruchomościami zainteresowanego Ośrodkiem Rekreacji West Side. Była

dwadzieścia lat starsza od Sadie Doris Clayton, z domu Dunhill, ale obie kobiety miały

niebieskie oczy, alabastrową skórę, zgrabną sylwetkę i pełne piersi. Obie paliły. To wszystko

mogło być zbiegiem okoliczności, ale nie było. I ja to wiedziałem.

- Co ty robisz? - Oskarżycielski ton oznaczał, że należy to rozumieć jako „dlaczego

ciągle się wykręcasz i unikasz odpowiedzi”, ale nie byłem już zły. Wprost przeciwnie.

- Jesteś pewna, że on nie wie, gdzie jesteś? - spytałem.

- Kto? Johnny? Mówisz o Johnnym? Dlaczego... - Wtedy stwierdziła, że to na nic.

Wyczytałem to z jej twarzy. - George, idź już.

- Przecież może się tego dowiedzieć - powiedziałem. - Bo wiedzą to twoi rodzice, a

oni świata poza nim nie widzą, sama tak mówiłaś.

Zrobiłem krok w jej kierunku. Cofnęła się. Tak jak ludzie cofają się przed

człowiekiem, którego zachowanie wskazuje, że postradał zmysły. Widziałem strach w jej

oczach, widziałem niezrozumienie, a mimo to nie mogłem się powstrzymać. Pamiętajcie, że

sam też byłem przerażony.

- Nawet gdybyś im zabroniła dać mu twój adres, wyciągnąłby go z nich. Bo jest

czarujący. Dobrze mówię, Sadie? Kiedy nie myje obsesyjnie rąk, nie układa alfabetycznie

książek i nie mówi o tym, jak ohydną rzeczą jest dostać erekcji, jest czarujący. Ciebie

oczarował, i to jak.

- Proszę, George, wyjdź. - Głos jej drżał.

Zrobiłem jeszcze jeden krok w jej stronę. Ona cofnęła się, utrzymując dystans między

nami, uderzyła plecami w ścianę... i skuliła się. Ten widok był jak policzek wymierzony

histerykowi albo chluśnięcie zimną wodą w twarz lunatyka. Wycofałem się do łukowatego

przejścia między salonem a kuchnią, z rękami podniesionymi na wysokość twarzy w geście

kapitulacji. I to była kapitulacja.

- Idę. Ale, Sadie...

- Po prostu nie rozumiem, jak mogłeś to zrobić. - Łzy powoli spływały po jej

policzkach. - I dlaczego nie chcesz tego naprawić. Tak dobrze nam było razem.

- Nadal jest.

Pokręciła głową. Powoli, ale stanowczo.

Przeciąłem kuchnię, czując się, jakbym unosił się nad ziemią, wyjąłem kubek lodów

waniliowych z jednej z toreb stojących na blacie i włożyłem go do zamrażalnika lodówki

Coldspot. Jakaś mała cząstka mojego ja myślała, że to tylko zły sen i zaraz się obudzę.

Wszystkie pozostałe nie były tak naiwne.

Sadie stała w łukowatym przejściu i obserwowała mnie. W jednej dłoni trzymała

nowego papierosa, w drugiej podania o pracę. Teraz, kiedy to dostrzegłem, podobieństwo do

Doris Dunning było niesamowite. W związku z tym rodziło się pytanie: dlaczego nie

zauważyłem tego wcześniej? Bo byłem zaprzątnięty innymi sprawami? A może dlatego, że

wciąż jeszcze nie w pełni do mnie docierało, z jak potężnymi siłami igrałem?

Wyszedłem i stanąłem na ganku, patrząc na nią przez siatkę przeciwko owadom.

- Uważaj na niego, Sadie.

- Johnny w wielu sprawach ma nie po kolei, ale nie jest niebezpieczny - stwierdziła. -

A moi rodzice za nic w świecie nie powiedzieliby mu, gdzie jestem. Obiecali.

- Ludzie mogą łamać obietnice i mogą tracić panowanie nad sobą. Zwłaszcza jeśli żyją

w dużym stresie i tak czy tak są niezrównoważeni.

- Idź już, George.

- Pójdę, jeśli obiecasz, że będziesz na niego uważać.

- Obiecuję, obiecuję, obiecuję! - krzyknęła. To, jak papieros drżą - w jej palcach, było

złe; połączenie szoku, poczucia straty, żalu i gniewu w jej przekrwionych oczach było dużo

gorsze. Czułem na sobie ich spojrzenie przez całą drogę do samochodu.

Cholerni Stonesi.

ROZDZIAŁ 17

Na kilka dni przed początkiem sprawdzianów końcowych Ellen Dockerty wezwała

mnie do swojego gabinetu. Kiedy zamknęła drzwi, powiedziała:


Date: 2015-12-17; view: 135


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 37 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 39 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.033 sec.)