Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 36 page

Otworzyłem drzwi. Był w wytartym szlafroku kąpielowym. Włosy miał skotłowane

od snu. W jednej dłoni trzymał kartkę.

- Jaka pani?

- Ellen Dockerty.

Podziękowałem mu za fatygę, zamknąłem drzwi, rozłożyłem kartkę i przeczytałem

wiadomość.

Sadie wyszła z łazienki, wciąż owinięta prześcieradłem. Jej oczy były szeroko otwarte,

wystraszone.

- Co się stało?

- Zdarzył się wypadek - powiedziałem. - Vince Knowles dachował pod miastem. Byli

z nim Mike Coslaw i Bobbi Jill. Mike'a wyrzuciło z samochodu. Ma złamaną rękę. Bobbi Jill

ma paskudnie rozciętą twarz, ale Ellie pisze, że nic poza tym jej się nie stało.

- A Vince?

Przypomniało mi się, co wszyscy mówili o Vinsie jako kierowcy - że jeździ, jakby

jutro miało nigdy nie nadejść. I teraz nie nadejdzie. Nie dla niego.

- Nie żyje, Sadie.

Rozdziawiła usta.

- Niemożliwe! Ma dopiero osiemnaście lat!

- Wiem.

Prześcieradło wysunęło się z jej rąk i rozłożyło wokół jej nóg. Ukryła twarz w

dłoniach.

Moja przeróbka „Dwunastu gniewnych ludzi” została odwołana. Jej miejsce zajęła

„Śmierć ucznia”, sztuka w trzech aktach: czuwanie w domu pogrzebowym, nabożeństwo w

Metodystycznym Kościele Łaski i pogrzeb na cmentarzu West Hill. Na ten smutny spektakl

przyszło całe miasto, a właściwie prawie całe, ale w sumie co za różnica.

Główne role podczas czuwania grali rodzice i oszołomiona młodsza siostra Vince'a,

siedzący na składanych krzesłach przy trumnie. Kiedy podszedłem do nich z Sadie u boku,

pani Knowles wstała i objęła mnie. Mało się nie udusiłem od zapachów perfum White

Shoulders i dezodorantu Yodora.

- Zmienił pan jego życie - szepnęła mi na ucho. - Tak mi powiedział. Pierwszy raz

miał dobre oceny, bo chciał być aktorem.

- Pani Knowles, tak bardzo, bardzo mi przykro - powiedziałem. W tej chwili straszne

podejrzenie przebiegło mi przez głowę: Może to efekt motyla. Może Vince zginął dlatego, że

przyjechałem do Jodie.

Po bokach trumny ustawiono fotografie przedstawiające zbyt krótkie życie Vince'a.

Na sztaludze z przodu, oddzielnie od pozostałych, było zdjęcie przedstawiające go w

kostiumie z „Myszy i ludzi” i tym sfatygowanym starym filcowym kapeluszu z rekwizytorni.

Spod ronda wyglądała jego szczurza, inteligentna twarz. Vince tak naprawdę aktorem był

marnym, ale to zdjęcie uchwyciło go z absolutnie idealnym cwaniackim uśmiechem. Sadie



zaczęła szlochać i wiedziałem dlaczego. Życie zmienia się w mgnieniu oka. Czasem coś nam

daje, ale częściej odbiera - żegnaj, kochanie, było miło, ale się skończyło.

A w Jodie było miło - dla mnie. W Derry byłem outsiderem, za to w Jodie czułem się

jak w domu. Oto mój dom: zapach szałwii i wzgórza, które latem robiły się pomarańczowe od

gailardii. Słaby smak tytoniu na języku Sadie i skrzypienie olejowanych drewnianych desek w

mojej klasie. Troskliwość Ellie Dockerty, która wysłała nam wiadomość w środku nocy,

może żebyśmy mogli niepostrzeżenie wrócić do miasta, a prawdopodobnie po to tylko, by nas

poinformować, co się stało. Niemal dusząca mieszanka perfum i dezodorantu ściskającej mnie

pani Knowles. Mike obejmujący mnie ramieniem - tym bez gipsu - na cmentarzu, a potem

wciskający twarz w mój bark, dopóki się nie opanował. Brzydka czerwona rana na twarzy

Bobbi Jill to też mój dom, jak i myśl, że jeśli nie przejdzie operacji plastycznej (na którą jej

rodziny nie było stać), zostanie blizna, która do końca życia będzie jej przypominać o tym,

jak widziała kolegę z sąsiedztwa martwego na poboczu drogi, z głową prawie oderwaną z

karku. Mój dom to czarna opaska, którą nosiła Sadie, którą nosiłem ja, którą nosiła cała kadra

przez następny tydzień. I Al Stevens wystawiający zdjęcie Vince'a w witrynie baru. I łzy

Jimmy'ego LaDue, gdy stał przed całą szkołą i dedykował zakończony bez porażki sezon

Vince'owi Knowlesowi.

A także inne rzeczy. Ludzie pozdrawiający mnie na ulicy, machający do mnie z

samochodów, Al Stevens prowadzący mnie i Sadie do stolika na tyłach, który zaczął nazywać

„naszym”, gra w cribbage w piątkowe popołudnia w pokoju nauczycielskim z Dannym

Lavertym za centa od punktu, dyskusje ze starszą panią Mayer o tym, kto lepiej prowadzi

wiadomości, Chet Huntley i David Brinkley czy Walter Cronkite. Moja ulica, mój mały

domek, przyzwyczajanie się od nowa do pisania na maszynie. Spotkania z dziewczyną,

zielone kupony S&H, które dostawałem razem z zakupami, prawdziwe masło na kinowym

popcornie.

Dom to oglądanie księżyca wschodzącego nad szałwią i towarzystwo kogoś, kogo

można przywołać do okna, żebyście obejrzeli to razem. Dom jest tam, gdzie tańczysz z

innymi, a taniec to życie.

Rok Pański 1961 miał się ku końcowi. W dżdżysty dzień jakieś dwa tygodnie przed

świętami wróciłem po szkole do domu, znowu opatulony ocieplaną kurtką z niewyprawionej

skóry, i usłyszałem dzwonek telefonu.

- Tu Ivy Templeton - powiedziała kobieta. - Pewnie nawet mnie pan nie pamięta, co?

- Pamiętam panią doskonale, pani Templeton.

- Nie wiem, po co w ogóle dzwonię, te cholerne dziesięć dolców już dawno poszło. Z

jakiegoś powodu zapadł mi pan w pamięć. Rosette też. Nazywa pana „facetem, co złapał moją

piłkę”.

- Wyprowadzacie się, pani Templeton?

- Jak amen w pacierzu. Mama przyjeżdża jutro furą z Mozelle.

- Nie macie własnego samochodu? A może się zepsuł?

- Samochód trzyma się nieźle jak na takiego gruchota, ale Harry ani nim nie pojedzie,

ani go więcej nie poprowadzi. W zeszłym miesiącu robił na jednej z tych cholernych fuch od

Manpower. Wpadł do rowu i przejechała go cofająca się ciężarówka z żwirem. Złamała mu

kręgosłup.

Zamknąłem oczy i zobaczyłem rozbity wrak pikapa Vince'a, ciągnięty w dół Main

Street przez wóz pomocy drogowej z Gogie's Sunoco. Roztrzaskaną przednią szybę całą we

krwi.

- Przykro mi to słyszeć, pani Templeton.

- Będzie żył, ale chodzić już nie będzie nigdy. Będzie siedział w wózku i szczał do

worka, oto co go czeka. Ale najpierw pojedzie do Mozelle na platformie fury mojej mamuśki.

Ukradniemy materac z sypialni, żeby miał na czym leżeć. Jakby wieźć psa na wakacje, co?

Rozpłakała się.

- Uciekam z niezapłaconym czynszem za dwa miesiące, ale to mi nie wadzi. Wadzi mi

co innego, wie pan co, panie Stary Ramol, Spytaj Znowu, Odpowiem Tak Samo? To, że mam

trzydzieści pięć dolarów i na tym koniec. Stary pierdoła Harry, gdyby mógł stanąć na nogach,

nie byłoby tego kłopotu. Myślałam, że wcześniej było ciężko, ale co mam powiedzieć teraz?

Usłyszałem przeciągłe, mokre smarknięcie.

- Wie pan co? Listonosz robi do mnie maślane oczy i tak sobie myślę, że za

dwadzieścia dolców dałabym mu dupy na podłodze dużego pokoju. O ile cholerni sąsiedzi z

naprzeciwka by nie patrzyli. Do sypialni go przecież nie wezmę, nie? Tam leży mój

przetrącony mężulo. - Zaśmiała się chrapliwie. - Albo jeszcze lepiej, niech pan tu przyjedzie

tym swoim eleganckim kabriolecikiem. Zabierze mnie pan do jakiegoś motelu. Jak pan

dorzuci parę dolców, dadzą nam apartament z salonem. Rosette będzie sobie oglądać

telewizję, a pan mnie wydupczy. Wyglądał pan na takiego, któremu się dobrze powodzi.

Nie odpowiedziałem. W głowie zapaliła mi się żarówka.

„O ile cholerni sąsiedzi z naprzeciwka by nie patrzyli”.

A ja przecież miałem wypatrywać pewnego człowieka. Oprócz samego Oswalda,

rzecz jasna. Człowieka, który, traf chciał, też miał na imię George i który zostanie jedynym

przyjacielem Oswalda.

„Nie ufaj mu”, napisał Al w swoich notatkach.

- Jesteś pan tam jeszcze, panie Stary Ramol? Nie? Jeśli nie, to pierdol się i żegna...

- Niech pani nie odkłada słuchawki, pani Templeton. A gdybym zapłacił za panią

zaległy czynsz i dorzucił jeszcze stówę? - To była zbyt wysoka cena za to, czego chciałem,

ale ja miałem pieniądze, a ona ich potrzebowała.

- Panie, za dwieście dolców dałabym panu dupy na oczach rodzonego ojca.

- Nie ma takiej potrzeby, pani Templeton. Musi pani tylko spotkać się ze mną na tym

parkingu na końcu ulicy. I coś mi przynieść.

Było już ciemno, kiedy dotarłem na parking magazynu Montgomery Ward, i deszcz

nieco zgęstniał, jak zawsze, gdy próbuje przejść w deszcz ze śniegiem. Rzadko się to zdarza

wśród wzgórz na południe od Dallas, ale rzadko nie znaczy nigdy. Miałem nadzieję, że w

drodze powrotnej do Jodie nie wypadnie ze śliskiej szosy.

Ivy czekała za kierownicą żałosnego starego sedana z zardzewiałymi progami i

popękaną tylną szybą. Przesiadła się do mojego forda I natychmiast nachyliła się nad

wylotem ogrzewania, które było odkręcone do maksimum. Miała na sobie dwie flanelowe

koszule zamiast kurtki i drżała.

- Ale przyjemnie. W tym chevy zamarznąć można. Ogrzewanie siadło. Ma pan

pieniądze, panie Stary Ramol?

Dałem jej kopertę. Otworzyła ją i przewertowała dwudziestki, część wygranej z

zakładu na World Series postawionego rok wcześniej w Faith Financial, którą przez cały ten

czas trzymałem na górnej półce szafy. Dźwignęła pokaźny tyłek z fotela, wsunęła kopertę do

tylnej kieszeni dżinsów, po czym sięgnęła do kieszeni na piersi koszuli bliższej ciała. Wyjęła

klucz i położyła go z rozmachem na mojej dłoni.

- To wystarczy?

Wystarczyło, zdecydowanie. Teraz, kiedy miałem ten klucz, nie będę musiał wynająć

domu pod numerem 2703; w okresach, gdy będzie stał pusty, będę mógł wejść, kiedy zechcę.

W starych spodniach i dżinsowej kurtce nie powinienem się rzucać w oczy.

- Wystarczy - powiedziałem. - To duplikat, zgadza się?

- Tak jak pan kazał. Zrobiony w sklepie żelaznym na McLaren Street. Po cholerę panu

klucz do tego sracza? Za dwie stówy wynająłby go pan na cztery miesiące.

- Mam swoje powody. Proszę opowiedzieć o sąsiadach z naprzeciwka. Tych, co

mogliby patrzeć, jak robi to pani z listonoszem na podłodze dużego pokoju.

Poruszyła się niespokojnie i nieco ciaśniej opatuliła koszulami pierś, równie pokaźną

jak jej tyłek.

- To był tylko żart.

- Wiem. - Nie wiedziałem i miałem to gdzieś. - Interesuje mnie tylko, czy sąsiedzi

naprawdę mogą zaglądać do pani dużego pokoju.

- Pewnie, a ja mogłabym zaglądać do nich, gdyby nie mieli zasłon. Sama też bym

takie kupiła, gdyby mnie było stać. Jeśli chodzi o prywatność, wszyscy równie dobrze

moglibyśmy mieszkać na dworze. Pewnie mogłabym rozwiesić kawałek juty, tam na pewno

by się jaki znalazł... - Wskazała rząd kontenerów ze śmieciami pod wschodnią ścianą

magazynu. - Ale to tak obskurnie wygląda.

- Sąsiedzi z widokiem mieszkają pod którym numerem? 2704?

- 2706. Przedtem mieszkał tam Slider Burnett z rodziną, ale zaraz po Halloween się

wynieśli. Był rezerwowym klownem na rodeo, uwierzy pan? Kto by pomyślał, że taka robota

w ogóle istnieje? Po nim nastał Hazzard z dwójką dzieci i chyba matką. Rosette nie bawi się z

tymi dzieciakami, mówi, że są brudne. W ustach takiego kocmołucha to nie lada zarzut. Stara

babunia próbuje mówić, ale wychodzi z tego tylko bełkot. Nie może ruszać jedną stroną

twarzy. Nie wiem, co on z niej ma za pożytek, kobiecina nic, tylko snuje się z kąta w kąt. Jeśli

kiedyś tak samo będzie ze mną, już lepiej niech mnie zastrzelą. Chooo-robcia! - Potrząsnęła

głową. - Powiem panu jedno, długo tu nie pomieszkają. Nikt nie zostaje na Mercedes Street.

Ma pan papierosa? Musiałam rzucić. Kiedy nie stać cię na ćwierć dolara na fajki, wiesz, że

naprawdę z tobą krucho.

- Nie palę.

Wzruszyła ramionami.

- A co tam. Teraz stać mnie na własne, nie? Bogata jestem, kurde. Pan nieżonaty, co?

- Nie.

- Ale dziewczynę pan ma. Po tej stronie samochodu czuć perfumami. Porządnymi.

Uśmiechnąłem się.

- Tak, mam dziewczynę.

- I bardzo dobrze. Wie, że kręci się pan po południowym Fort Worth po zmroku i coś

kombinuje?

Nie odpowiedziałem, ale milczenie to czasem wystarczająca odpowiedź.

- Nieważne. To sprawa między panem a nią. Już się ogrzałam, więc sobie pójdę. Jeśli

jutro dalej będzie tak deszczowo i zimno, nie wiem, jak przewieziemy Harry'ego na

platformie wozu mamy.

- Spojrzała na mnie z uśmiechem. - Kiedy byłam mała, myślałam, że wyrosnę na

drugą Kim Novak. Teraz Rosette myśli, że zastąpi Darlene w Myszkieterach. Juhu, kurwa

mać.

Otworzyła drzwi, ale ją zatrzymałem.

- Proszę zaczekać.

Wygrzebałem śmieci z kieszeni - miętusy Life Savers, chusteczki Kleenex, pudełko

zapałek, które schowała tam Sadie, notatki do sprawdzianu z angielskiego dla pierwszej klasy,

który zamierzałem zrobić przed świętami - po czym dałem jej moją kurtkę z niewyprawionej

skóry.

- Niech pani to weźmie.

- Nie chcę pańskiej cholernej kurtki! - Wyglądała na zszokowaną.

- Mam drugą taką w domu. - Nie miałem, ale mogłem ją kupić, a ta kobieta nie.

- Co powiem Harry'emu? Że ją, kurde, w kapuście znalazłam?

Uśmiechnąłem się szeroko.

- Niech mu pani powie, że dała pani dupy listonoszowi i kupiła kurtkę za zarobione

pieniądze. Co zrobi, pogoni panią kijem?

Zaśmiała się ostrym, kraczącym śmiechem, który był dziwnie uroczy. I wzięła kurtkę.

- Proszę pozdrowić Rosette - powiedziałem. - Niech jej pani przekaże, że odwiedzę ją

w snach.

Spoważniała.

- Oby nie, proszę pana. Raz śniła o panu koszmar. Tak krzyczała, że ściany się trzęsły.

Wyrwała mnie z twardego snu o drugiej w nocy. Powiedziała, że facet, co złapał jej piłkę, ma

potwora na tylnym siedzeniu samochodu, i bała się, że ten potwór ją pożre. Przestraszyła

mnie na śmierć tymi swoimi krzykami.

- Czy ten potwór jakoś się nazywał? - Oczywiście, że tak.

- Mówiła, że to był jimla. Pewnie chodziło jej o dżina, jak z tych historii o Aladynie i

Siedmiu Welonach. No dobrze, muszę już lecieć. Pan uważa na siebie.

- Ty też, Ivy. Wesołych świąt.

Znów parsknęła tym swoim kraczącym śmiechem.

- Prawie o tym zapomniałam. Nawzajem. Niech pan nie zapomni dać swojej

dziewczynie prezentu.

Potruchtała do swojego starego samochodu z moją kurtką - teraz już jej kurtką -

narzuconą na ramiona. Nigdy więcej jej nie zobaczyłem.

Deszcz zamarzał tylko na mostach, a wiedziałem z mojego poprzedniego życia - tego

w Nowej Anglii - że na nich trzeba uważać, ale do Jodie i tak jechałem długo. Ledwie

nastawiłem wodę na herbatę, a już zadzwonił telefon. Tym razem to była Sadie.

- Wydzwaniam do ciebie od kolacji, żeby spytać, co z wigilijną bibką u trenera

Bormana. Zaczyna się o trzeciej. Pójdę, jeśli weźmiesz mnie ze sobą, bo wtedy będziemy

mogli się wcześnie wyrwać. Powiedzieć, że mamy zarezerwowany stolik w The Saddle albo

coś. Muszę jednak dać mu odpowiedź.

Zauważyłem moje zaproszenie leżące obok maszyny do pisania i poczułem lekkie

wyrzuty sumienia. Było tam trzy dni i nawet go nie otworzyłem.

- A chcesz do niego iść? - spytałem.

- Nie mam nic przeciwko temu, żeby się pokazać. - Nastąpiła pauza. - Gdzie byłeś

przez tyle czasu?

- W Fort Worth. - Prawie dodałem „na zakupach świątecznych”. Ale tego nie

zrobiłem. Jedyne, co kupiłem w Fort Worth, to informacje. I klucz do domu.

- Na zakupach?

Znowu musiałem powstrzymać się od kłamstwa.

- Ja... Sadie, naprawdę nie mogę powiedzieć.

Nastąpiła długa, bardzo długa chwila ciszy. Złapałem się na tym, że mam ochotę

zapalić. Zapewne uzależniłem się od kontaktu z papierosami. Na litość boską, paliłem biernie

dzień w dzień. W pokoju nauczycielskim stale wisiała sina mgła.

- Chodzi o kobietę, George? Inną kobietę? Czy może jestem wścibska?

Cóż, była Ivy, ale nie taką kobietę Sadie miała na myśli.

- Jeśli chodzi o kobiety, jesteś tylko ty.

Kolejna długa, bardzo długa przerwa. W świecie zewnętrznym Sadie potrafiła być

nieuważna; we własnej głowie nigdy. Wreszcie powiedziała:

- Dużo o mnie wiesz. Dużo rzeczy, których nikomu nie powiedziałam i myślałam, że

nigdy nie powiem. A ja o tobie nie wiem prawie nic. Chyba dopiero teraz to do mnie dotarło.

Sadie potrafi być taka głupia, George, nie sądzisz?

- Nie jesteś głupia. I jedno wiesz na pewno: że cię kocham.

- Tak... - W jej głosie brzmiało powątpiewanie. Przypomniał mi się zły sen, który

przyśnił mi się tamtej nocy w Candlewood Bungalows, i ostrożność, jaką widziałem w jej

twarzy, kiedy powiedziałem, że nic z niego nie pamiętam. Czy teraz miała taką samą minę? A

może jej twarz wyrażała coś więcej niż tylko ostrożność?

- Sadie? Wszystko między nami w porządku?

- Tak. - Już z nieco większym przekonaniem. - Pewnie, że tak. Pomijając sprawę

imprezy u trenera. Jak chcesz to rozegrać? Pamiętaj, że będzie cała kadra i że zanim pani

trenerowa przyniesie przekąski, wszyscy urżną się w sztok.

- Pójdźmy tam - powiedziałem zbyt jowialnie. - Rozerwijmy się, dajmy czadu.

- Dajmy czego?

- Zabawmy się. O to mi chodzi. Posiedzimy godzinę, może półtorej, i się ulotnimy. Na

kolację w The Saddle. Może być?

- W porządku. - Byliśmy jak para umawiająca się na drugą randkę po średnio udanej

pierwszej. - Zabawimy się.

Pomyślałem o tym, jak Ivy Templeton poczuła ślad zapachu perfum Sadie i zapytała,

czy moja dziewczyna wie, że kręcę się po południowym Fort Worth po zmroku i coś

kombinuję. Pomyślałem o słowach Deke'a Simmonsa, że jedna osoba zasługuje na to, by

poznać prawdę o tym, gdzie byłem i co robiłem. Ale czy miałem powiedzieć Sadie, że

zabiłem Franka Dunninga z zimną krwią, żeby nie zamordował żony i trojga z czworga

swoich dzieci? Że przyjechałem do Teksasu, by zapobiec zamachowi i zmienić bieg dziejów?

Że wiedziałem że mogę tego dokonać, bo pochodziłem z przyszłości, w której moglibyśmy

prowadzić tę rozmowę za pomocą komunikatora internetowego?

- Sadie, wszystko będzie dobrze. Obiecuję.

- W porządku - powiedziała znowu. A potem dodała: - Do zobaczenia jutro, George, w

szkole. - I odłożyła słuchawkę, bardzo delikatnie i grzecznie.

Przez kilka sekund trzymałem telefon w dłoni, wpatrzony w pustkę po czym zrobiłem

to samo. Coś zaczęło bębnić w okna wychodzące na podwórko. A jednak deszcz przeszedł w

deszcz ze śniegiem.

ROZDZIAŁ 16

Wigilijna bibka u trenera Bormana zakończyła się klapą i duch Vince'a Knowlesa nie

był jedyną tego przyczyną. Dwudziestego pierwszego Bobbi Jill Allnut znudziło się oglądanie

tej czerwonej szramy przecinającej lewą stronę jej twarzy po podbródek i połknęła garść

środków usypiających podebranych matce. Nie umarła, ale przeleżała dwa dni w szpitalu

Parkland, tym samym, w którym mieli dokonać żywota prezydent i zabójca prezydenta, o ile

tego nie zmienię. W 2011 prawdopodobnie są jakieś bliższe - prawie na pewno w Kileen,

może nawet w Round Hill - ale nie w trakcie roku szkolnego, który przepracowałem na etacie

w DCHS.

Kolacja w The Saddle też nie była rewelacją. Lokal był zatłoczony, panował radosny,

przedświąteczny nastrój, ale Sadie zrezygnowała z deseru i stwierdziła, że chce wcześnie

wrócić do domu. Powiedziała, że boli ją głowa. Nie uwierzyłem jej.

Na zabawie sylwestrowej w Bountiful Grange No.7 było trochę lepiej. Grał zespół z

Austin o nazwie The Jokers i naprawdę nieźle grzali. Sadie i ja tańczyliśmy pod

zwieszającymi się u sufitu siatkami pełnymi baloników, aż nogi nas rozbolały. O północy The

Jokers zagrali „Auld Lang Syne” w stylu The Ventures i wokalista grupy krzyknął:

„Spełnienia wszystkich marzeń w roku 1962!”.

Wokół nas opadały baloniki. Pocałowałem Sadie i życzyłem jej szczęśliwego Nowego

Roku, tańcząc z nią walca, ale choć przez cały wieczór była wesoła i roześmiana, teraz nie

wyczułem na jej ustach uśmiechu.

- Ja tobie też życzę szczęśliwego Nowego Roku, George. Mógłbyś przynieść mi

ponczu? Strasznie mnie suszy.

Do wazy z ponczem zaprawionym alkoholem ustawiła się długa kolejka, do wersji

bezalkoholowej krótsza. Nalałem chochlą mieszankę różowej lemoniady i piwa imbirowego

do papierowego kubka, ale kiedy zaniosłem go w miejsce, gdzie zostawiłem Sadie, nie było

jej tam.

- Chyba poszła odetchnąć świeżym powietrzem, mistrzu - powiedział Carl Jacoby. Był

jednym z czterech nauczycieli zajęć technicznych w naszej szkole, prawdopodobnie

najlepszym, ale tej nocy nie dałbym mu się nawet zbliżyć do żadnego elektrycznego

narzędzia.

Zajrzałem do palaczy skupionych przy wyjściu pożarowym. Nie było wśród nich

Sadie. Poszedłem do sunlinera. Siedziała na miejscu pasażera, tonąc w kłębach fałdzistej

spódnicy sięgającej deski rozdzielczej. Bóg jeden wie, ile miała na sobie halek. Paliła

papierosa i płakała.

Wsiadłem i spróbowałem ją przytulić.

- Sadie, co się stało? Co się stało, skarbie? - Jakbym nie wiedział. Jakbym nie wiedział

od dłuższego czasu.

- Nic, - Zapłakała głośniej. - Mam okres, to wszystko. Zabierz mnie do domu.

Do przejechania było tylko pięć kilometrów, ale droga dłużyła się niemiłosiernie. Nie

rozmawialiśmy. Skręciłem na podjazd przed jej domem i zgasiłem silnik. Przestała płakać, ale

wciąż się nie odzywała. Ja też nie. Milczenie czasem bywa kojące. W tej sytuacji było niemal

mordercze.

Wyjęła winstony z torebki, spojrzała na paczkę i schowała ją z powrotem. Trzask

zamka był bardzo głośny. Spojrzała na mnie. Jej włosy były ciemną chmurą otaczającą biały

owal twarzy.

- Czy jest coś, co chciałbyś mi powiedzieć, George?

Nade wszystko chciałem jej powiedzieć, że nie mam na imię George. Nie lubiłem już

tego imienia. Prawie je znienawidziłem.


Date: 2015-12-17; view: 134


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 35 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 37 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.032 sec.)