- Przeciw złu, królu - zawołał Eyck - trzeba wystąpić z czystym sercem i sumieniem, z podniesioną głową! A kogo my tu widzimy? Krasnoludów, którzy są poganami, rodzą się w ciemnościach i kłaniają się ciemnym mocom! Czarowników blużnierców, uzurpujących sobie boskie prawa, siły i przywileje! Wiedźmina, który jest wstrętnym odmieńcem, przeklętym, nienaturalnym tworem. Dziwicie się, ze spadła na nas kara? Królu Niedamirze! Sięgnęliśmy granic możliwości! Nie wystawiajmy na próbę bożej łaskawości. Wzywam was, królu, byście oczyścili z plugastwa nasze szeregi, zanim...
- O mnie ani słowa - żałośnie wtrącił Jaskier. - Ani słówka o poetach. A tak się staram.
Geralt uśmiechnął się do Yarpena Zigrina głaszczącego powolnym ruchem ostrze zatkniętego za pas topora, Krasnolud, ubawiony, wyszczerzył zęby. Yennefer odwróciła się demonstracyjnie, udając, ze rozdarta aż po biodro spódnica frasuje ją bardziej niż słowa Eycka.
- Przesadziliśmy nieco, panie Eyck - odezwał się ostro Dorregaray. - Chociaż niewątpliwie ze szlachetnych pobudek. Za niepotrzebne zgoła uważam uświadamianie nam, co myślicie o czarodziejach, krasnoludach i wiedźminach. Choć, jak sądzę, wszyscyśmy już przywykli do takich opinii, ani to grzeczne, ani rycerskie, panie Eyck. A już zupełnie niepojęte po tym, kiedy to wy, nie kto inny, biegniecie i podajecie magiczną, elfią linę zagrożonym śmiercią wiedźminowi i czarodziejce. Z tego, co mówicie, wynika, że raczej powinniście się modlić, by spadli.
- Psiakrew - szepnął Geralt do Jaskra. - To on podał tę linę? Eyck? Nie Dorregaray?
- Nie - mruknął bard. - To Eyck, to faktycznie on. Geralt pokręcił głową z niedowierzaniem. Yennefer zaklęła pod nosem, wyprostowała się.
- Rycerzu Eyck - powiedziała z uśmiechem, który każdy prócz Geralta mógł wziąć za miły i życzliwy. - Jakże to? Jestem plugastwo, a wy ratujecie mi życie?
- Jesteście damą, pani Yennefer - rycerz skłonił się sztywno. - A wasza urodziwa i szczera twarz pozwala wierzyć, ze wyrzekniecie się kiedyś przeklętego czarno-księstwa.
Boholt parsknął.
- Dziękuję wam, rycerzu - rzekła sucho Yennefer. - I wiedźmin Geralt też wam dziękuje. Podziękuj mu, Geralt.
- Prędzej mnie szlag trafi - wiedźmin westchnął rozbrajająco szczerze. - Za co niby? Jestem plugawy odmieniec, a moja nieurodziwa twarz nie rokuje żadnych nadziei na poprawę. Rycerz Eyck wyciągnął mnie z przepaści niechcący, tylko dlatego, że kurczowo trzymałem się urodziwej damy. Gdybym sam tam wisiał, Eyck nie kiwnąłby palcem. Nie mylę się, prawda, rycerzu?
- Mylicie się, panie Geralcie - powiedział spokojnie błędny rycerz.- Nikomu będącemu w potrzebie nie odmawiam pomocy. Nawet komuś takiemu jak wiedźmin.
- Podziękuj, Geralt. I przeproś - powiedziała ostro czarodziejka. - W przeciwnym razie potwierdzisz, że przynajmniej w odniesieniu do ciebie Eyck miał zupełną rację. Nie potrafisz współżyć z ludźmi. Bo jesteś inny. Twój udział w tej wyprawie jest pomyłką. Przygnał cię tu bezsensowny cel. Sensownie będzie więc odłączyć się. Sądzę, ze sam już to zrozumiałeś. A jeżeli nie, to wreszcie zrozum.
- O jakim to celu mówicie, pani? - wtrącił się Gyllenstiern. Czarodziejka spojrzała na niego, nie odpowiedziała. Jaskier i Yarpen Zigrin uśmiechnęli się do siebie znacząco, ale tak, by czarodziejka tego nie dostrzegła.
Wiedźmin spojrzał w oczy Yennefer. Były zimne.
- Przepraszam i dziękuję, rycerzu z Denesle - skłonił głowę. - Wszystkim tu obecnym dziękuję. Za pospieszny ratunek udzielony bez namysłu. Słyszałem, wisząc, jak jeden przez drugiego rwaliście się do pomocy. Wszystkich tu obecnych proszę o wybaczenie. Wyjąwszy szlachetną Yennefer, której dziękuję, o nic nie prosząc. Żegnam. Plugastwo z dobrej woli opuszcza kompanię. Bo plugastwo ma was dosyć. Bywaj, Jaskier.
- Ejże, Geralt - zawołał Boholt. - Nie strój fochów niby dzieweczka, nie rób z igły wideł. Do diabła z...
- Ludzieeeee!
Od strony gardzieli wąwozu biegł Kozojed i kilku hołopolskich milicjantów wysłanych na zwiady.
- Co jest? Czemu on tak się drze? - uniósł głowę Niszczuka.
- Ludzie... Wasze... miłości... - dyszał szewc.
- Wykrztuszę, człowieku - powiedział Gyllenstiern, zaczepiając kciuki o złoty pas.
- Smok! Tam, smok!
- Gdzie?
- Za wąwozem... Na równym... Panie, on...
- Do koni! - zakomenderował Gyllenstiern.
- Niszczuka! - wrzasnął Boholt. - Na wóz! Zdzieblarz, na koń i za mną!
- W dyrdy, chłopaki! - ryknął Yarpen Zigrin. - W dyrdy, psia mać!
- Hej, poczekajcie! - Jaskier zarzucił lutnię na ramię. - Geralt! Weź mnie na konia!
- Wskakuj!
Wąwóz kończył się usypiskiem jasnych skał, coraz rzadszych, tworzących nieregularny krąg. Za nimi teren opadał lekko na trawiastą, pagórkowatą halę, ze wszystkich stron zamkniętą wapiennymi ścianami, ziejącymi tysiącami otworów. Trzy wąskie kaniony, ujścia wyschłych strumieni, otwierały się na halę.
Boholt, który pierwszy docwałował do bariery głazów, zatrzymał nagle konia, stanął w strzemionach.
- O, zaraza - powiedział. - O, jasna zaraza. To... to nie może być!
- Co? - spytał Dorregaray podjeżdżając. Obok niego Yennefer, zeskakując z wozu Rębaczy, oparła się piersią o skalny blok, wyjrzała, cofnęła się, przetarła oczy.
- Co? Co jest? - krzyknął Jaskier, wychylając się zza pleców Geralta. - Co jest, Boholt?
- Ten smok... jest złoty.
Nie dalej niż sto kroków od kamiennej gardzieli wąwozu, z którego wyszli, na drodze do wiodącego na północ kanionu, na łagodnie obłym, niewysokim pagórze, siedziało stworzenie. Siedziało, wyginając w regularny łuk długą, smukłą szyję, skłoniwszy wąską głowę na wysklepioną pierś, oplatając ogonem przednie, wyprostowane łapy.
Było w tym stworzeniu, w pozycji, w jakiej siedziało, coś pełnego niewysłowionej gracji, coś kociego, coś, co zaprzeczało jego ewidentnie gadziej proweniencji. Niezaprzeczalnie gadziej. Stworzenie było bowiem pokryte łuską, wyraźną w rysunku, błyszczącą rażącym oczy blaskiem jasnego, żółtego złota. Bo stworzenie siedzące na pagórku było złote - złote od czubków zarytych w ziemię pazurów po koniec długiego ogona, poruszającego się leciutko wśród porastających pagór ostów. Patrząc na nich wielkimi, złotymi oczami, stworzenie rozwinęło szerokie, złociste, nietoperze skrzydła i tak trwało nieruchome, każąc się podziwiać.
- Złoty smok - szepnął Dorregaray. - To niemożliwe... Żywa legenda!
- Nie ma, psia mać, złotych smoków - stwierdził Niszczuka i splunął. - Wiem, co mówię.
- To co to jest to, co siedzi na pagórku? - spytał rzeczowo Jaskier.
- To jakieś oszustwo.
- Iluzja.
- To nie jest iluzja - powiedziała Yennefer.
- To złoty smok - rzekł Gyllenstiern. - Najprawdziwszy złoty smok.
- Złote smoki są tylko w legendach!
- Przestańcie - wtrącił nagłe Boholt. - Nie ma się czym gorączkować. Byle bałwan widzi, że to złoty smok. A co to, proszę waszmości, za różnica, złoty, siny, sraczkowaty czy w kratkę? Duży nie jest, załatwimy go raz-dwa. Zdzieblarz, Niszczuka, rozgrużajcie wóz, wyciągajcie sprzęt. Też mi różnica, złoty, niezłoty.
- Jest różnica, Boholt - powiedział Zdzieblarz. - I to zasadnicza. To nie jest smok, którego tropimy. Nie ten, podtruty pod Hołopolem, który siedzi w jamie, na kruszcu i klejnotach. A ten tu siedzi na rzyci jedynie. To po cholerę nam on?
- Ten smok jest złoty, Kennet - warknął Yarpen Zigrin. - Widziałeś kiedy takiego? Nie rozumiesz? Za jego skórę weźmiemy więcej, niż wyciągnęlibyśmy ze zwykłego skarbca.
- I to nie psując rynku drogich kamieni - dodała Yennefer uśmiechając się nieładnie. - Yarpen ma rację. Umowa obowiązuje nadal. Jest co dzielić, no nie?
- Hej, Boholt? - wrzasnął Niszczuka z wozu przebierając z rumorem w ekwipunku. - Co zakładamy na siebie i na konie? Czym ta złota gadzina może ziać, hę? Ogniem? Kwasem? Parą?
- A zaraza jego wie, proszę waszmości - zafrasował się Boholt. - Hej, czarodzieje! Czy legendy o złotych smokach mówią, jak takiego zabić?
- Jak go zabić? A zwyczajnie! - krzyknął nagle Kozojed. - Nie ma co medytować, dajcie prędko jakiego zwierzaka. Napchamy go czymś trującym i podrzucimy gadu, niech sczeźnie.
Dorregaray popatrzył na szewca z ukosa, Boholt splunął, Jaskier odwrócił głowę z grymasem obrzydzenia. Yarpen Zigrin uśmiechał się obleśnie, wziąwszy się pod boki.
- Co tak patrzycie? - spytał Kozojed. - Weźmy się do roboty, trzeba uradzić, czym napchamy ścierwo, żeby gad skapiał co rychlej. Musi to być coś, co jest strasznie jadowite, trujące albo zgniłe.
- Aha - przemówił krasnolud, wciąż z uśmiechem. - Coś, co jest jadowite, paskudne i śmierdzące. Wiesz co, Kozojed? Wychodzi, że to ty.
- Co?
- Gówno. Zjeżdżaj stąd, ciżmopsuju, niech oczy moje na ciebie nie patrzą.
- Panie Dorregaray - rzekł Boholt podchodząc do czarodzieja. - Okażcie przydatność. Przypomnijcie sobie legendy i podania. Co wam wiadomo o złotych smokach?
Czarodziej uśmiechnął się, prostując się wyniośle.
- Co mi wiadomo o złotych smokach, pytasz? Mało, ale wystarczająco wiele.
- Słuchamy tedy.
- A słuchajcie, i słuchajcie uważnie. Tam, przed nami, siedzi złoty smok. Żywa legenda, być może ostatnie i jedyne w swoim rodzaju stworzenie, jakie ocalało przed waszym morderczym szałem. Nie zabija się legendy. Ja, Dorregaray, nie pozwolę wam ruszyć tego smoka. Zrozumiano? Możecie się pakować, troczyć juki i wracać do domów.
Geralt był przekonany, że wybuchnie wrzawa. Mylił się.
- Mości czarodzieju - przerwał ciszę głos Gyllenstierna. - Baczcie no, co i do kogo mówicie. Król Niedamir może kazać wam, Dorregarayowi, troczyć juki i wynosić się do diabła. Ale nie odwrotnie. Czy to jest jasne?
- Nie - rzekł dumnie czarodziej. - Nie jest. Bo ja jestem mistrz Dorregaray i nie będzie mi rozkazywał ktoś, kogo królestwo obejmuje obszar widoczny z wysokości ostrokołu parszywej, brudnej i zasmrodzonej warowni. Czy wiecie, panie Gyllenstiern, że jeśli wypowiem zaklęcie i wykonam ruch ręką, to zmienicie się w krowi placek, a wasz nieletni król w coś niewypowiedzianie gorszego? Czy to jest jasne?
Gyllenstiern nie zdążył odpowiedzieć, bowiem Boholt, przystąpiwszy do Dorregaraya, chwycił go za ramię i obrócił ku sobie. Niszczuka i Zdzieblarz, milczący i ponurzy, wysunęli się zza pleców Boholta.
- Słuchajcie no, panie magiku - rzekł cicho ogromny Rębacz. - Zanim zaczniecie wykonywać te wasze ruchy ręką, posłuchajcie. Mógłbym długo tłumaczyć, proszę waszmości, co sobie robię z twoich zakazów, z twoich legend i z twojego głupiego gadania. Ale nie chce mi się. Niech więc to starczy ci za moją odpowiedź.
Boholt odchrząknął, przyłożył palec do nosa i z bliskiej odległości nasmarkał czarodziejowi na czubki butów.
Dorregaray pobladł, ale nie poruszył się. Widział - jak i wszyscy - morgenstern łańcuchowy na łokciowej długości trzonku trzymany przez Niszczukę w nisko opuszczonej dłoni. Wiedział - jak i wszyscy - ze czas, potrzebny na rzucenie zaklęcia jest nierównie dłuższy od czasu, jaki potrzebny będzie Niszczuce na rozwalenie mu głowy na ćwierci.
- No - powiedział Boholt. - A teraz odejdźcie grzecznie na bok, proszę waszmości. A jeśli przyjdzie ci ochota znowu otworzyć gębę, to prędko wetknij sobie w nią wiecheć trawy. Bo jeśli jeszcze raz usłyszę twoje stękania, to mnie popamiętasz.
Boholt odwrócił się, zatarł dłonie.
- No, Niszczuka, Zdzieblarz, do roboty, bo nam gad w końcu ucieknie.
- Nie wygląda, żeby on miał zamiar uciekać - powiedział Jaskier obserwujący przedpole. - Patrzcie no na niego.
Złoty smok, siedzący na pagórku, ziewnął, zadarł głowę, zamachał skrzydłami, smagnął ziemię ogonem.
- Królu Niedamirze i wy, rycerze! - zaryczał rykiem brzmiącym jak mosiężna trąba. - Jestem smok Villentre-tenmerth! Jak widzę, nie ze wszystkim zatrzymała was lawina, którą to ja, nie chwalący się, spuściłem wam na głowy. Dotarliście aż tutaj. Jak wiecie, z doliny tej są tylko trzy wyjścia. Na wschód, ku Hołopolu, i na zachód, ku Caingorn. I z tych dróg możecie skorzystać. Północnym wąwozem, panowie, nie pójdziecie, bo ja, Yillentretenmerth, zabraniam wam tego. Jeśli zaś ktoś mego zakazu respektować nie zechce, wyzywam go oto na bój, na honorowy, rycerski pojedynek. Na broń konwencjonalną, bez czarów, bez ziania ogniem. Walka do pełnej kapitulacji jednej ze stron. Czekam odpowiedzi przez herolda waszego, jak każe zwyczaj!
Wszyscy stali otworzywszy szeroko usta.
- On gada! - sapnął Boholt. - Niebywałe!
- I do tego strasznie mądrze - rzekł Yarpen Zigrin. - Czy ktoś wie, co to jest broń konfesjonalna?
- Zwykła, niemagiczna - powiedziała Yennefer marszcząc brwi. - Mnie jednak zastanawia coś innego. Nie można mówić artykułowanie, mając rozwidlony język. Łajdak używa telepatii. Uważajcie, to działa w obie strony. Może czytać wasze myśli.
- Co on, zgłupiał ze szczętem, czy jak? - zdenerwował się Kennet Zdzieblarz. - Honorowy pojedynek? Z głupim gadem? A takiego! Idziemy na niego kupą! W kupie siła!
- Nie.
Obejrzeli się.
Eyck z Denesle, już na koniu, w pełnej zbroi, z kopią osadzoną przy strzemieniu, prezentował się dużo lepiej niż na piechotę. Spod podniesionej zasłony hełmu gorzały zgorączkowane oczy, bielała blada twarz.
- Nie, panie Kennet - powtórzył rycerz. - Chyba, że po moim trupie. Nie dopuszczę, by obrażano w mojej obecności honor rycerski. Kto odważy się złamać zasady honorowego pojedynku...
Eyck mówił coraz głośniej, egzaltowany głos łamał mu się i drżał z podniecenia.
- ...kto znieważy honor, znieważy i mnie, i krew jego lub moja popłynie na tę umęczoną ziemię. Bestia żąda pojedynku? Dobrze więc! Niechaj herold otrąbi moje imię! Niech zadecyduje sąd bogów! Za smokiem siła kłów i pazurów, i piekielna złość, a za mną...
- Co za kretyn - mruknął Yarpen Zigrin.
- ...za mną prawość, za mną wiara, za mną łzy dziewic, które ten gad...
- Skończ, Eyck, bo rzygać się chce! - wrzasnął Boholt.
- Dalej, w pole! Bierz się za smoka, zamiast gadać!
- Ej, Boholt, zaczekaj - rzekł nagle krasnolud szarpiąc brodę. - Zapomniałeś o umowie? Jeśli Eyck położy gadzinę, weźmie połowę...
- Eyck nic nie weźmie - wyszczerzył zęby Boholt. - Znam go. Jemu wystarczy, jeśli Jaskier ułoży o nim piosenkę.
- Cisza! - oznajmił Gyllenstiern. - Niech tak będzie. Przeciwko smokowi wystąpi prawy rycerz błędny, Eyck z Deńesle, walczący w barwach Caingorn jako kopia i miecz króla Niedamira. Taka jest królewska decyzja!
- No i masz - zgrzytnął zębami Yarpen Zigrin. - Kopia i miecz Niedamira. Załatwił nas caingornski królik. I co teraz?
- Nic - Boholt splunął. - Nie chcesz chyba zadzierać z Eyckiem, Yarpen? On gada głupio, ale jeśli już wlazł na konia i podniecił się, to lepiej schodzić mu z drogi. Niech idzie, zaraza, i niech załatwi smoka. A potem się zobaczy.
- Kto będzie heroldem? - spytał Jaskier. - Smok chciał herolda. Może ja?
- Nie. To nie piosenki śpiewać, Jaskier - zmarszczył się Boholt. - Heroldem niech będzie Yarpen Zigrin. Ma głos jak buhaj.
- Dobra, co mi tam - rzekł Yarpen. - Dawajcie mi tu chorążego ze znakiem, żeby wszystko było jak należy.
- Tylko grzecznie mówcie, panie krasnoludzie. I dwornie - upomniał Gyllenstiern.
- Nie uczcie mnie jak gadać - krasnolud dumnie wypiął brzuch. - Chodziłem w poselstwa już wtedy, kiedy wy jeszczeście na chleb mówili: "bep", a na muchy: "tapty"
Smok w dalszym ciągu spokojnie siedział na pagórku, wesoło machając ogonem. Krasnolud wdrapał się na największy głaz, odchrząknął i splunął.
- Hej, ty tam! - zaryczał, biorąc się pod boki. - Smoku chędożony! Słuchaj, co ci rzeknie herold! Znaczy się ja! Jako pierwszy zabierze się do ciebie honorowo obłędny rycerz Eyck z Denesle! I wrazi ci kopię w kałdun, wedle świętego zwyczaju, na pohybel tobie, a na radość biednym dziewicom i królowi Niedamirowi! Walka ma być honorowa i wedle prawa, ziać ogniem nie łza, a jeno konfesjonalnie łupić jeden drugiego, dopokąd ten drugi ducha nie wyzionie albo nie zemrze! Czego ci życzymy z duszy, serca! Pojąłeś, smoku?
Smok ziewnął, zamachał skrzydłami, a potem, przypadłszy do ziemi, szybko zlazł z pagóra na równy teren.
- Pojąłem, cny heroldzie! - odryczał. - Niech tedy wystąpi w pole szlachetny Eyck z Denesle. Jam gotów!
- Zamknij jadaczkę, Boholt - krzyknął Jaskier zacierając ręce. - Patrz, Eyck idzie do szarży! Psiakrew, ale będzie piękna ballada!
- Hurra! Wiwat Eyck! - krzyknął ktoś z grupy łuczników Niedamira.
- A ja - odezwał się ponuro Kozojed - ja bym go jednak dla pewności napchał siarką.
Eyck, już w polu, odsalutował smokowi uniesioną kopią, zatrzasnął zasłonę hełmu i uderzył konia ostrogami.
- No, no - powiedział krasnolud. - Głupi to on może jest, ale na szarżowaniu faktycznie się zna. Patrzcie tylko!
Eyck, schylony, zaparty w siodle, zniżył kopię w pełnym galopie. Smok, wbrew oczekiwaniom Geralta, nie odskoczył, nie ruszył półkolem, ale przypłaszczony do ziemi, popędził prosto na atakującego rycerza.
- Bij go! Bij, Eyck! - wrzasnął Yarpen.
Eyck, choć niesiony galopem, nie uderzył na wprost, na oślep. W ostatniej chwili zmienił zwinnie kierunek, przerzucił kopię nad końskim łbem. Przelatując obok smoka, z całej mocy pchnął, stając w strzemionach. Wszyscy wrzasnęli jednym głosem. Geralt nie przyłączył się do chóru.
Smok uniknął pchnięcia w delikatnym, zwinnym, pełnym gracji obrocie i zwijając się jak żywa, złota wstęga, błyskawicznie, ale miękko, iście po kociemu, sięgnął łapą pod brzuch konia. Koń kwiknął, wysoko wyrzucając zad, rycerz zakolebał się w siodle, ale nie wypuścił kopii. W momencie, gdy koń prawie zarywał się chrapami w ziemię, smok ostrym pociągnięciem łapy zmiótł Eycka z siodła. Wszyscy widzieli lecące w górę, wirujące blachy pancerza, wszyscy usłyszeli brzęk i huk, z jakim rycerz zwalił się na ziemię.
Smok przysiadając przygniótł konia łapą, zniżył zębatą paszczę. Koń kwiknął przeraźliwie, zaszamotał się i ścichł.
W ciszy, jaka zapadła, wszyscy usłyszeli głęboki głos smoka Villentretenmertha.
- Mężnego Eycka z Denesle można zabrać z pola, jest niezdolny do dalszej walki. Następny, proszę.
- O, kurwa - powiedział Yarpen Zigrin w ciszy, jaka zapadła.
VIII
- Obie nogi - powiedziała Yennefer wycierając ręce w lnianą szmatkę. - I chyba coś z kręgosłupem. Zbroja na plecach wgnieciona, jakby dostał kafarem. A nogi, to przez własną kopię. Nieprędko on wsiądzie na konia. O ile w ogóle wsiądzie.
- Ryzyko zawodowe - mruknął Geralt. Czarodziejka zmarszczyła się.
- Tylko tyle masz do powiedzenia?
- A co jeszcze chciałabyś usłyszeć, Yennefer?
- Ten smok jest niewiarygodnie szybki, Geralt. Za szybki, by mógł z nim walczyć człowiek.
- Rozumiem. Nie, Yen. Nie ja.
- Zasady? - uśmiechnęła się zjadliwie czarodziejka. - Czy zwykły, najzwyklejszy strach? To jedno ludzkie uczucie, którego w tobie nie wytrzebiono?
- Jedno i drugie - zgodził się beznamiętnie wiedźmin. - Co za różnica?
- Właśnie - Yennefer podeszła bliżej. - Żadna. Zasady można złamać, strach można pokonać. Zabij tego smoka, Geralt. Dla mnie.
- Dla ciebie?
- Dla mnie. Chcę tego smoka, Geralt. Całego. Chcę go mieć tylko dla siebie.
- Użyj czarów i zabij go.
- Nie. Ty go zabij. A ja czarami powstrzymam Rębaczy i innych, żeby nie przeszkadzali.
- Padną trupy, Yennefer.
- Od kiedy ci to przeszkadza? Ty zajmij się smokiem, ja biorę na siebie ludzi.
- Yennefer - rzekł chłodno wiedźmin. - Nie mogę zrozumieć. Po co ci ten smok? Aż do tego stopnia olśniewa cię żółty kolor jego łusek? Przecież nie cierpisz biedy, masz niezliczone źródła utrzymania, jesteś sławna. O co więc chodzi? Tylko nie mów nic o powołaniu, bardzo proszę.
Yennefer milczała, wreszcie, skrzywiwszy wargi, z rozmachem kopnęła leżący w trawie kamień.
- Jest ktoś, kto może mi pomóc, Geralt. Podobno to... wiesz, o co mi chodzi... Podobno to nie jest nieodwracalne. Jest szansa. Mogę jeszcze mieć... Rozumiesz?
- Rozumiem.
- To skomplikowana operacja, kosztowna. Ale w zamian za złotego smoka... Geralt? Wiedźmin milczał.
- Kiedyśmy wisieli na moście - powiedziała czarodziejka - prosiłeś mnie o coś. Spełnię twoją prośbę. Mimo wszystko.
Wiedźmin uśmiechnął się smutno, wskazującym palcem dotknął obsydianowej gwiazdy na szyi Yennefer.
- Za późno, Yen. Już nie wisimy. Przestało mi zależeć. Mimo wszystko.
Oczekiwał najgorszego, kaskady ognia, błyskawicy, ciosu w twarz, obelgi, przekleństwa. Zdziwił się, widząc tylko powstrzymywane drżenie warg. Yennefer odwróciła się powoli. Geralt pożałował swoich słów. Pożałował emocji, która je zrodziła. Granica możliwości, przekroczona, pękła jak struna lutni. Spojrzał na Jaskra, zobaczył, jak trubadur szybko odwraca głowę, unika jego wzroku.
- No, to sprawę honoru rycerskiego mamy już z głowy, proszę waszmości - zawołał Boholt, już w zbroi, stając przed Niedamirem, wciąż siedzącym na kamieniu z nieodmiennym wyrazem znudzenia na twarzy. - Honor rycerski leży tam i jęczy cichutko. Kiepska to była koncepcja, mości Gyllenstiern, z wypuszczeniem Eycka jako waszego rycerza i wasala. Palcem nie myślę wskazywać, ale wiem, komu Eyck zawdzięcza połamane kulasy. Tak, jako żywo, za jednym pociągnięciem mamy z głowy dwie sprawy. Jednego szaleńca, chcącego szaleńczo ożywiać legendy o tym, jak to śmiały rycerz w pojedynkę pokonuje smoka. I jednego krętacza, który chciał na tym zarobić. Wiecie, o kim mówię, Gyllenstiern, co? To dobrze. A teraz nasz ruch. Teraz smok jest nasz. Teraz my, Rębacze, załatwimy tego smoka. Ale na własny rachunek.
- A umowa, Boholt? - wycedził kanclerz. - Co z umową?
- W rzyci mam umowę.
- To niebywałe! To zniewaga majestatu! - tupnął nogą Gyllenstiern. - Król Niedamir...
- Co, król? - wrzasnął Boholt wspierając się na ogromnym, dwuręcznym mieczu. - Może król życzy sobie osobiście, sam iść na smoka? A może to wy, jego wierny kanclerz, wtłoczycie w blachy wasze brzuszysko i wystąpicie w pole? Czemu nie, proszę bardzo, my zaczekamy, proszę waszmości. Mieliście swoją szansę, Gyllenstiern, gdyby Eyck zadźgał smoka, to wy wzięlibyście go całego, nam nie dostałoby się nic, ni jedna złota łuska z jego grzbietu. Ale teraz za późno. Przejrzyjcie na oczy. Nie ma komu bić się w barwach Caingorn. Nie znajdziecie drugiego takiego durnia jak Eyck.