Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






INNI POECI MŁODEJ POLSKI

Tetmajer, Kasprowicz, Staff to byli ci najwięksi, których twórcza osobowość górowała wyraźnie nad rzeczywistością literacką tego okresu. Ale epoka była wybitnie poetycka, po zdominowanym przez prozę pozytywizmu dała pierwszeństwo poezji, której rozkwit na przełomie dwu wieków mógł się jedynie równać z dobą romantyzmu. Poezja wdzierała się do innych gatunków literackich, do dramatu i prozy powieściowej, zabarwiając je nastrojem lirycznym, nasycając wzruszeniem, odciskając się nawet na ich wyrazie stylistycznym, na rytmie i walorach brzmieniowych. Poczet poetów młodopolskich był więc wyjątkowo bogaty, przy czym owi na pozór poetae minores bardziej bywali nieraz reprezentatywni dla swojego okresu niż ci najwięksi, zasadnicze rysy znamienne konwencji poetyckich charakterystycznych dla Młodej Polski wystąpiły w ich twórczości w większym skupieniu i jakby w czystszym wyrazie, w formie jak gdyby modelowej.

Jednym z pierwszych, otwierających ten szereg, był Antoni Lange (1861-1929).

Antoni Lange (rys. S. Wyspiański)

 

 

Mając wyjątkową łatwość pisania pozostawił dorobek literacki ilościowo imponujący, pisywał nie tylko wiersze, wydawane wielokrotnie, przeważnie pod skromnymi tytułami Poezje (1995, 1898), Wybór poezyj (1899), ale również powieści Stypa (1911), Miranda (1924), opowiadania Zbrodnia (1907), Elfryda (1911), W czwartym wymiarze (1912), tragedie i poematy dramatyczne Atylla (1898), Wenedzi (1908), Malczewski (1917), eseje i szkice literackie: Studia z literatury francuskiej (1897), Studia i wrażenia (1900), Pochodnie w mroku (1927). Był jednym z pierwszych w Poslce, który pisał o Baudelairze, o parnasistach i symbolistach francuskich, przeszczepiając obok Miriama idee estetyczne Zachodu na grunt rodzimy. Lecz przede wszystkim był niezmordowanym tłumaczem. Jego zdolności lingwistyczne otwierały mu swobodny dostęp do wszyystkich niemal literatur światowych, nawet najbardziej egzotycznych, a swoisty typ organizacji psychicznej, jakby kosmopolitycznej, pogłębiał zdolność szczególną do wczuwania się w odległe epoki i w różnorodne idee estetyczne. Był więc jakby niestrudzonym żeglarzem po nieogarnionych obszarach i literatury światowej, z której przekładał wszystko, co go ogólnie pociągało egzotyką i niezwykłością treści i formy. Tłumaczył poetów francuskich, włoskich, hiszpańskich, angielskich, amerykańskich i japońskich, z sanskrytu przełożył „baśń staroindyjską z ksiąg Maha-Bharaty” Nal i Damajanti (1896) i „powieść o wiernej żonie” Savitri (1910) wydał pięciotomowy „zbiór arcydzieł poezji epickiej” starożytnego Wschodu pt. Epos (1909-1912) oraz antologię najcelniejszych utworów literatury asyro-babilońskiej, egipskiej, perskiej, hebrajskiej, arabskiej i indyjskiej Dywan wschodni (1921). Był biegłym rzemieślnikiem w sztuce wierszowania, nie istniały dla niego niemal żadne w tym zakresie trudności, miał ambicję zarówno w swej produkcji oryginalnej, jak przekłdowej budzić podziw absolutną sprawnością i nowatorstwem technicznym. Toteż w jego literackim dorobku można znaleźć jak u nikogo ze współczesnych najbardziej wyszukane układy stroficzne, najrzadsze rymy, najniezwyklejsze rytmy, jak choćby w wierszu, w którym abstrakcyjnie pojęcie samotności jako immanentnego stanu kondycji ludzkiej wyrażone zostało poprzez wyrafinowaną strukturę kompozycyjną i wersyfikacyjną, podkreślającą ustawiczną powrotnością identycznych czy zbliżonych obrazów i układów wieczystą niezmienność przeznaczenia.



Dusze ludzkie — samotnice wieczne,

Samotnice — jak planety błędne:

Każda błąka się przez drogi mleczne,

Każda toczy koło swe bezwzględne.

 

Samotnice — jak planety błędne,

Wzajem patrzą na się przez błękity:

Każda toczy koło swe bezwzględne,

Lecz nie zejdzie nigdy z swej orbity.

 

Wzajem patrzą na się przez błękity,

Wzajem tęsknią ku sobie z oddali,

Lecz nie zejdą nigdy z swej orbity,

Lecz nie pójdą wraz po jednej fali.

 

Wzajem tęsknią ku sobie z oddali,

Błąkając się, jak przez drogi mleczne,

Lecz nie pójdą wraz po jednej fali

Dusze ludzkie — samotnice wieczne.

 

Lange był typowym intelektualistą, jego poezja wyrastała nie tyle z jakiegoś głębszego zaangażowania się emocjonalnego, ile z niepokoju i wrażliwości umysłowej, reagującej żywo na wszelkiego rodzaju podniety intelektualne. Emocjonalny chłód łączył się więc z rozżarzeniem myśli, żywiącej się pokarmem rozległych lektur nie tylko literackich, lecz i filozoficznych. Była to poezja wybitnie refleksyjna, erudycyjna, wywodząca się z hipotez nauki, filozofii i egzotycznych mitologii, przypominająca podobną, intelektualną żywiącą się zdobyczami kultury twórczość parnasistów. Lange z upodobaniem przerabiał najbardziej charakterystyczne wątki myślowe modernizmu europejskiego, mit palingenezy, cyklicznych katastrof i odrodzeń, motywy samotności i śmierci, tajemnicy zaświatów, istnienia jakiejś drugiej rzeczywistości pozazmysłowej, która puka nieraz nocą do naszych drzwi. Zdumiewająca u poety erudycja podsuwała mu pomysły brane z najbardziej niezwykłych i dalekich kręgów kulturowych, z religii Wschodu, z parsyzmu i hinduizmu, z legend polinezyjskich i latynoamerykańskich, ale także z natchnień nauki czy paranaukowych objawień nowoczesnej „wiedzy tajemnej”, z psychologii, z psychiatrii z kręgu Charcota, z fascynacji mediumicznych, z etnologii i socjologii zwłaszcza ludów pierwotnych, z których czerpał wiadomości o ich wierzeniach, mitach i osobowości mentalnej. Wszystkie te dywagacje myślowe ujęte były w struktury formalne nienaganne, o rozległej rozmaitości rodzajowej, preferował formę sonetu, zbliżał się niekiedy do klasycystów w swym dążeniu do konkretu, jasności i harmonii, a jednocześnie próbował ustawicznie form absolutnie w poezjotwórstwie polskim nowych, zwłaszcza w zakresie wierszowania, tak iżtwórczość ta niezależnie od zamierzeń rzeczywistych poety stawała się swoistym katalogiem i repetitorium najwyszukańszych przykładów techniki wersyfikatorskiej.

Do najbardziej reprezentatywnych, a zarazem bardzo wybitnych przedstawicieli stylu neoromantycznego w poezji młodopolskiej należeli bracia Stanisław (1875-1901) i Wincenty (1874-1941) Korab Brzozowscy. Byli synami Karola, poety romantycznego o burzliwej i malowniczej biografii, zamieszkałego przez wiele lat na Bliskim Wschodzie, w Turcji i w Syrii, i ożenionego z Francuzką czy Lewantynką, dzięki czemu język francuski stał się dla obu braci jakby ich drugim językiem macierzystym, co znalazło z czasem wyraz w ich poetyckiej twórczości. Karol Brzozowski z początkiem lat osiemdziesiątych wrócił do kraju i osiedlił się we Lwowie, aby zapewnić synom wykształcenie i wychowanie w polskiej szkole. Który z nich, Stanisław czy Wincenty był starszy, niepodobna na pewno stwierdzić, daty ich urodzenia wahają się w przedziale lat 1874-1877. Ich życiorysy miały również ułożyć się niezwykle, choć na pewno tragiczniej niż ich ojca. Obaj należeli do tak znamiennych dla tamtego czasu „poetów wyklętych”, jak Rimbaud czy Verlaine, naznaczonych jakby fatalistycznie piętnem samozniszczenia. Stanisław Brzozowski bardzo wcześnie, już w czasie studiów prawa na Uniwersytecie Lwowskim wszedł w krąg tamtejszego środowiska literackiego, bywał na artystycznych zebraniach odbywających się w mieszkaniu ociemniałego poety Stanisława Barącza, na których spotykał się z Leopoldem Staffem, z Józefem Rufferem, ze Zdzisławem Dębickim i Karolem Irzykowskim, odczytując tam swoje świetne przekłady liryków francuskich, zwłaszcza Baudelaire'a. Bardzo szybko odkryty został przez Przybyszewskiego, który uznał utwory obu braci za najdoskonalszą manifestację poezji idealnie odpowiadającej programowym założeniom estetyki krakowskiego „Życia”. Zwłaszcza genialnie przetłumaczony przez Stanisława francuski wiersz Wincentego Powinowactwo cieni i kwiatów o zmierzchu stał się podstawą swoistej legendy literackiej, a zarazem skandalu, uznany przez jednych, przez prozelitów nowej sztuki za arcydzieło, przez drugich, przeciwników — za najdoskonalszy przykład degeneracji. Związki młodego poety z Przybyszewskim nie wyczerpywały się na literackiej współpracy. Przybyszewski to była przede wszystkim jego niesamowita cyganeria, która wciągała w wir bezładnego życia wielu włóczących się w jego orszaku i zahipnotyzowanych przez niego adeptów nie tyle poetyckiego objawienia, ile poszukiwaczy niezwykłych dreszczów, rzucających ostentacyjnie wyzwanie tłumom pospolitych filistrów. Stanisław Brzozowski stał się jednym z najbliższych satelitów tego demonicznego uwodziciela, a zarazem, jak się miało okazać, pośredniego i mimowolnego sprawcy jego osobistej tragedii. Uwikłany w jakieś tajemnicze układy i związki uczuciowe w dramatycznym czworokącie mistrz, Dagny, Władysław Emeryk i on sam, zginął śmiercią samobójczą w dwudziestym piątym roku życia.

Cała twórczość tego poety zamknęła się w niewielkim tomiku wydanym w roku 1910 Nim serce ucichło. Zebrano w nim rozproszone po czasopismach jego wiersze własne, oryginalne, cztery sonety napisane wspólnie z bratem Wincentym oraz kilka przekładów, m. in. Baudelaire'a, Verlaine'a, Maeterlincka. Są to właściwie pierwsze poezje debiutanta, po których nie było już dalszego ciągu, ale wśród tych prymicji poetyckich jest przynajmniej kilka arcydzieł: O przyjdź, Ukrzyżowanie, Lilia, Próżnia, Nadchodzi noc, Barwy, głosy, wonie. Tematyka tych utworów zamyka się w kręgu typowych nastrojów tej epoki: fascynacji śmiercią i jej namiętnego pragnienia, poczucia przerażającej tajemnicy, którą ma się w sobie, a której niepodobna wyrazić, tragicznego rozdarcia duszy, szukającej kontaktu z jakimś bytem zaziemskim, a jednocześnie łamiącej się pod naporem zwątpienia i niewiary, jak w owej Próżni, tym rozpaczliwym krzyku duszy pragnącej wybawienia i uginającej się pod ciężarem niepewności:

 

Drzewo samotne, obnażone,

Podnosi chude swe ramiona,

Rozpaczy hymny śle chropawe,

Do stalowego nieba próżni.

 

Pod drzewem stoi krzyż zmurszały,

Na nim rozpięty Chrystus kona,

Wznosząc swe oczy beznadziejne

Do stalowego nieba próżni.

 

Pod krzyżem dusza ma cierpiąca

Z otchłani czarnej swej nicości

Wznosi pragnienia obłąkane

Do stalowego nieba próżni.

 

Przejmująca prawda tych wyznań polegała na ich narzucającej się szczerości, poświadczonej niejako tragicznym losem i doświadczeniem osobistym, na jej niezwykłej emocjonalności, wyczuwalnej mimo formy poetyckiej doskonale oszczędnej, operującej słowem idealnie wyważonym i absolutnie wolnym od jakiegokolwiek nadmiaru i przerostu elementów zbędnych. Poezja ta reprezentowała istotnie wszystkie nastroje i zdobycze epoki, która je zrodziła i pod tym względem Przybyszewski miał rację. Wyzyskiwała po mistrzowsku wszystkie odkrycia symbolizmu i alegoryzmu poetyckiego, najgłębsze treści osobiste transponowała na obrazy o niezwykłej, przejmującej sugestywności, dzięki jakiemuś przyrodzonemu uzdolnieniu do odczuwania i doświadczania świata poprzez subtelne synestezje zmysłowe zdobywała się bez najmniejszego wysiłku na wyszukane kompozycje i układy stroficzne, niezwykłe rymy i rytmy.

Podobną wirtuozerią formalną odznaczał się w swych wierszach brat Stanisława Wincenty. Wiódł żywot jakby bezdomnego włóczęgi w stylu Rimbauda, Gauguina czy van Gogha między Syrią, Francją i Polską, był jednym z tak charakterystycznych dla epoki poetów dwujęzycznych, jego pierwsze wiersze, pisane po francusku, tłumaczone przez brata, wskazywały na parnasistowski i symbolistyczny rodowód tej poezji. Mimo że żył dość długo, zmarł w Warszawie dopiero w r. 1941 w zupełnym opuszczeniu i biedzie czasu wojennego, był w istocie autorem jednej tylko książki, wydanego w r. 1910 tomiku Dusza mówiąca. Zebrane w nim zostały wszystkie prawie wiersze polskie i francuskie oraz przekłady, głównie Jeana Moreasa, Marcelego Schwoba i poezji wschodniej. W ostatnich latach życia, już w czasie wojny napisał trzydzieści siedem stanc w języku francuskim, cudem ocalałych z pożogi. Cechą narzucającą się poezji Wincentego Brzozowskiego był swoisty jej arystokratyzm, chłód i wyniosłość poety, zamykającego swoje wewnętrzne doświadczenia w nieskazitelnie wycyzelowaną, subtelną formę. Jest to liryka niemal z reguły refleksyjna i kontemplacyjna, zamyślona nad zawiłymi zagadkami istnienia, hieratyczna w wyrazie, ujawniająca osobowość poetycką suwierennie panującą nad swym życiem wewnętrznym, dla którego umiała znajdywać wystylizowany precyzyjnie poetycki kształt. W swoich treściach myślowych pełna sprzeczności, łączyła charakterystyczną dla schyłkowego pesymizmu, stale w niej obecną świadomość przemijania, znikomości szczęścia, nieuchronności śmierci z witalistycznym upojeniem radością i pięknem życia, które zawdzięczał poeta swojej egzotycznej młodości oraz głębokiemu zżyciu się z poezją Wschodu. Kult Słońca, Wiecznego Ognia, Jasności, tak znamienny dla kultur orientalnych, wydawał się być zarazem osobistą religią Brzozowskiego.

Wieczny mnie rodzi Ogień i wyznaję Słońce:

W świątyniach jego Wschodu odprawiam obrzędy

Piękne, jak ziemia moja, gdzie kwieciste grzędy

I drzewa są sezamem owoców płonące.

 

Mieszkam w szałasie z mirtów i pachnącej kory

Aloesu, wiotki, radosny dom! na błękity

Otwarty, by doń weszły jasnych duchów świty

I moc życia, śmiertelnie rażąca upiory.

 

Niewiasta ma Praw nie zna, lecz ręką swą wieńczy

Czoło śpiewaka laurem; ma urok młodzieńczy,

Jest ową Obiecaną, co czerpie z krynicy,

 

Amforą smukłą, słodki napój Tajemnicy —

Więc gdy miłośnie moje ramię ją otoczy,

Drży z rozkoszy, jak fala, i zamyka oczy...

Pisząc niewiele mógł poeta poświęcić czas cyzelaturze swoich wierszy. Był pod tym względem wirtuozem, realizował idealnie artystowskie aspiracje i upodobania epoki, unikając jednak przesady, mając jakby zawsze w pamięci, że najwyższą sztuką jest klasyczny umiar.

Kobiety miały pokaźny udział w literaturze Młodej Polski. Była to pierwsza epoka, w której pióra kobiece okazały się tak liczne, wnosząc nowy ton, dotychczas w poezji nieobecny. Na czoło wybiła się niewątpliwie Kazimiera z Jasieńskich Zawistowska (1870-1902) która od pierwszych wystąpień zwróciła uwagę jako prawdziwa, mocna i wybitnie utalentowana indywidualność poetycka. Napisała niewiele, twórczość całkowicie już dojrzałą przerwała tragiczna, osnuta mgłą niedopowiedzeń i domysłów (przedwczesna śmierć, prawdopodobnie samobójcza). Cały plon tego krótkiego istnienia zamknął się więc w małym zbiorku Poezji (1903), wydanym pośmiertnie przez Miriama Przesmyckiego z jego przedmową. Miriam cenił Zawistowską wysoko, odpowiadała całkowicie estetycznym ideałom „Chimery”. Tomik zawierał obok kilkudziesięciu wierszy oryginalnych, drukowanych poprzednio w przodujących pismach epoki, w krakowskim „Życiu”, w „Krytyce” i w „Chimerze”, kilkanaście przekładów bliskich autorce poetów francuskich i belgijskich, Baudelaire'a, Mockela, Samaina, Klingsora, Viele-Griffina.

Liryka Zawistowskiej była przede wszystkim bezpośrednim, namiętnym wyrażeniem osobowości poetyckiej o niezwykle intensywnym życiu wewnętrznym. Jako kobieta wniosła poetka do bogactwa liryki polskiej ton zupełnie nowy. Erotyka stanowiła motyw przewodni, główną melodię tej poezji, która dzięki odwadze i śmiałości wyrazu stała się jakby swoistym dopełnieniem i kobiecym odpowiednikiem miłosnych wyznań Tetmajera. Namiętność i zmysłowość, hamowane dotychczas przez pruderię obyczajową, czy przez konwenans literacki, wyjątkowo surowy dla piszących kobiet, przełamały w lirykach Zawistowskiej wszelkie ograniczenia i obwarowania, wypowiadając się z bezwzględną szczerością. Zawistowska była pierwszą kobietą, która odważyła się dać bezpośredni wyraz impulsom, instynktom i porywom kobiecym. Była to zarazem twórczość pełna kontrastów i jaskrawych uczuciowych i wyobrażeniowych opozycji. Zmysłowa erotyka splatała się w tej poezji z mistycznym uniesieniem i pragnieniem świętości. Oczarowaniu pięknem świata, przepychem i bogactwem natury, zwłaszcza ziemi podolskiej, z którą zżyła się głęboko poetka zafascynowana jej niezwykłą urodą, odurzaniu się pełnią życia wolnego, namiętnego, towarzyszyły nieustępliwie nostalgiczny smutek, przeczucie i zarazem podświadome pragnienie szybkiego i przedwczesnego końca. Z epoką łączyło też Zawistowską upodobanie i rozkochanie się w średniowieczu, oczywiście nie w tym realnym, historycznym, lecz oglądanym i przeżywanym jakby przez pryzmat romantycznego rozmarzenia. Było to legendarne, dekoracyjne średniowiecze z kolorowych witraży, z iluminacji starych ksiąg, z malowideł prerafaelitów angielskich, średniowiecze rycerzy i truwerów, gotyckich zamków i klasztornych pustelni, w których obok mistycznych wtajemniczeń dokonywały się jednocześnie bardzo ludzkie dramaty. Z epoką wiązała też Zawistowską wytworność formy. Miała wyjątkowe wyczucie barwy i kształtu, wyobraźnię pobudliwą, której wystarczał lekki impuls, aby wywołać całe potopy i szeregi najbogatszych i najniezwyklejszych skojarzeń. Wszystkie używane przez nią środki wyrazu, epitety, porównania, przenośnie odznaczały się szczególną intensywnością zawartych w nich walorów wyobrażeniowych i emocjonalnych, co nadawało niekiedy jej utworom blask charakterystyczny dla najświetniejszych wzorów estetyzującej, wyrafinowanej i warsztatowo doskonałej sztuki poetów francuskiego Parnasu. Każdy niemal wiersz Zawistowskiej zamykał w sobie jak gdyby w doskonałym kształcie wszystkie owe przymioty jej poetyckiej wyobraźni, namiętnej uczuciowości i nienagannej formy, jak choćby w tym sonecie, zaczynającym się od słów „O, maków purpurowych...”

 

O, maków purpurowych, kraśnych maków kwiecie!

O, usta całowane, drogie usta twoje!

Złote życia na oścież otwarte podwoje...

Słońce! Słońce, w upalnym rozgorzałe lecie!

 

Słońce, słońce! I maków purpurowych kwiecie!

Pszennych łanów poszumy, pszczół grające roje,

I usta całowane, drogie usta twoje,

I w lipowych alejach kwietniane zamiecie!

 

Harfo wspomnień! twe struny z rdzy krwawych korali

Dłoń moja dziś otrząsa, ogrzewa, rozzłaca,

Lecz melodia ta dawna, słoneczna, nie wraca;

 

Tylko motyw tęsknoty snuje się i żali...

A ścichłe, obumarłe, jak cmentarni stróże,

Więdną maki w królewskiej, zszarpanej purpurze!

Niezwykłą osobowością poetycką była też Maryla z Młodnickich Wolska (1873-1930), należąca do młodego literackiego Lwowa z okresu, gdy nadawali mu ton Porębowicz, Kasprowicz i młodzieńczy Staff. Jej salon w willi zwanej „Zaświecie” na zboczach lwowskiej cytadeli był miejscem spotkań intelektualnej i artystycznej elity miasta. Koligacje rodzinne z tak zasłużonym dla kultury polskiej domem Pawlikowskich z Medyki pod Przemyślem, udział w organizowanych przez ten dom imprezach i inicjatywach, m. in. w wydawaniu czasopisma „Lamus”, stawiały Wolską niejako w samym centrum żywo pulsującego życia w stołecznym Lwowie. W pierwszej dekadzie XX wieku ukazała się też zdecydowana większość jej poetyckich książek: Theme varie (1901), Symfonia jesienna (1901), Święto słońca (1903), Z ogni kupalnych (1905) i dramat Swanta (1906). Dorzuciła do nich po latach najdojrzalszy bodaj zbiór swych wierszy Dzbanek malin (1929). Była też autorką tomu nowel Dziewczęta (1910) i współwydawcą wielkiej księgi wspomnień i listów pt. Arthur i Wanda (1928), odtworzonych poprzez dokumenty „dziejów miłości” Artura Grottgera i jej matki — Wandy Monne.

Wolska nie od razu znalazła właściwą drogę. Jej twórczość poetycka rozwijała się długo, jej najpierwsze korzenie tkwiły jeszcze głęboko poprzez pamięć rodzinną w aurze epoki romantycznej, później niż inni weszła w dojrzałość modernizmu, aby pod koniec życia uczestniczyć twórczo w nowej poezji lat niepodległości. Nie tylko ta wielość epok, które w swoisty sposób formowały jej poetycką wizję świata, ale i ciężkie przeżycia i doświadczenia osobiste pogłębiły jej poezję i pozwoliły odnaleźć najwłaściwszy ton, odpowiadający najwierniej jej osobowości duchowej. Jej przewodnim wątkiem była świadomość niewspółmierności między marzeniem a spełnieniem. Czeka się na szczęście, które nigdy się nie zjawia w takim kształcie i wyrazie, jakich się pragnie. Towarzyszy nam nieodstępny smutek, który wywiązuje się z poczucia, że wszystko, co najbardziej bezcenne, skazane jest na przemijanie, a zarazem w perspektywie odchodzącej wciąż nieodwołalnie fali czasu nabiera szczególniejszej piękności, stając się przedmiotem tęsknoty. Źródłem ocalenia staje się pamięć, która z nikłych śladów odbudowuje urokliwe obrazy chwil minionych lub zatopienia się w nieśmiertelnym pięknie odradzającej się natury. W ostatnich wierszach pojawił się ton rezygnacji i na różne sposoby odczuwany i przeżywany motyw śmierci. W sumie była to poezja bardzo prywatna, egotyczna, w wyrazie wyjątkowo subtelna i dyskretna. Szczególnym jej urokiem była wysoka kultura wyrażenia, naturalna wytworność, przejawiająca się w umiejętności tworzenia niezwykle sugestywnych poetycko obrazów, w doskonałej kompozycji, w wyraźnej stylizacji, wyzyskującej wyrazy rzadko używane, formy archaiczne czy proweniencji ludowej, neologizmy leksykalne, a także wszelkie osiągalne w poezji walory melodyczne dźwiękowej organizacji wiersza. Oto jeden z tak charakterystycznych dla Wolskiej swoim wewnętrznym nastrojem i tonacją wierszy z cyklu Na dnie zwierciadeł:

 

Kocham czas wspomnień, smutny wdzięk dawności,

Woń starych dworów, pustki i lawendy,

Roztwory wielkich, szklanych drzwi - bez gości,

Myśl, że tak wiele przeszło życia tędy,

Życia co płynąc, jak dym się ulatnia –

I żem nie pierwsza tu i nie ostatnia...

 

I zdaje mi się, ze w powietrza strudze,

Co przez pokoi płynie pustkę wonną,

Dech się czyjś ostał, jakieś szczęście cudze,

Żal czyjś tęsknotą gnany tu pozgonną,

Cos, co jak zapach uwiędłego kwiatu,

Miejsc się kochanych nie puszcza i trwa tu.

 

Poprzednikiem ekspresjonizmu wydawał się być prozaik i dramatopisarz przede wszystkim, ale również poeta Tadeusz Miciński (1873-1918). W obrazie liryki młodopolskiej zapisał się jedynym tomem poetyckim W mroku gwiazd (1902), choć fragmenty liryczne pojawiały się i w jego dramatach i powieściach. Był też autorem poematów filozoficznych i politycznych, takich jak Niedokonany (1907), Życie Nowe (1907), Widmo Wallenroda (1908), w których bądź formułował swoje filozoficzne credo, bądź podejmował problemy natury polityczno-społecznej i historiozoficznej, tworząc wizje nowego świata, uwolnionego od wszystkich wynaturzeń współczesnej mieszczańskiej i wielkomiejskiej cywilizacji, zgodnego z naturalnym rytmem przyrody i z odwiecznym prawem moralnym. Ów jedyny jego tom utworów lirycznych, który zapewnił mu znakomite miejsce w poezji młodopolskiej, odzwierciedlał wyjątkowo szerokie i zarazem osobliwe nawet na tle liryki ówczesnej zainteresowania i fascynacje tego poety. Miciński był bodaj jedynym w swym rodzaju ezoterykiem poetyckim, mistagogiem i fantastycznym wizjonerem, którego swoista erudycja ogarniała wszystkie nieomal filozofie, religie, systemy teozoficzne i okultystyczne wszystkich czasów i ludów, wszystką magię i tzw. wiedzę tajemną. Z tego niesamowitego kłębowiska najprzedziwniejszych wierzeń i pomysłów tworzył swoje poetyckie fantasmagorie. Motywem przewodnim wszystkich jego dzieł, a więc i poezji było odwieczne zmaganie się w rzeczywistości ziemskiej i metafizycznej dobra i zła, uosobionych w dwóch symbolicznych postaciach Emanuela-Chrystusa i tragicznego przeciwnika Istoty Boskiej Lucyfera. Ta odwieczna opozycja stała się osią myślową również jego wierszy.

Wyrastające niewątpliwie z dominujących wówczas konwencji poetyckich równocześnie, w niektórych najznakomitszych utworach przekraczały one jakby ów wzór wyprzedzając kierunki, jakie miały się wyraźniej określić w czasie późniejszym. Wielosłowie tych wierszy, pogoń za niezwykłością wyrażenia, emfatyczność ich stylu tkwiły jeszcze głęboko w Młodej Polsce. Ale jednocześnie uderzająca w nich gorączkowa wizyjność, alogiczność i bezpośredniość, zmierzające do oddania chaotycznego naporu skojarzeń i wyobrażeń, wyłaniających się samoistnie z jakichś tajemniczych głębin, zapowiadały nie tylko ekspresjonizm, lecz i o wiele późniejsze objawienia nadrealizmu. Ta nowa, wyprzedzająca przyszłość orientacja poetycka ujawniła się wyjątkowo charakterystycznie w wierszu Bądź zdrowa!.... w jego oryginalnej, dramatycznej kompozycji, będącej jak gdyby stenograficznym zapisem świadomych i podświadomych stanów duszy wypowiadajacego się w tym wierszu podmiotu, chaosu myśli, popłochu uczuć, pojawiających się i momentalnie gasnących na jakichś obrzeżach świadomości:

 

Bądź zdrowa! (jak dziwnie brzmi dzwon!)

Bądź zdrowa! (lecą liście z drzewa...)

Bądź zdrowa! (miłość jest jak zgon...)

Bądź zdrowa! (wiatr złowrogi śpiewa...)

Już nigdy! —

Rwie serce Twój płacz!

— Wydarł się z piersi niespodzianie,

żegnam Cię — trzeba — i Ty Boże racz

Litości!... —

W konie!... Chryste Panie!...

Jednym z najpopularniejszych poetów epoki był Lucjan Rydel (1870-1918). Unieśmiertelniony w arcydramacie Wyspiańskiego, bo to on jako Pan Młody i to jego zaślubiny w podkrakowskich Bronowicach stały się podnietą i osnową Wesela, ośmieszony przez anegdotę Boya Żeleńskiego, pokpiwającego sobie z chłopomańskich ciągot typowego inteligenta galicyjskiego tamtych czasów, był w istocie Rydel jednym z najkulturalniejszych poetów Młodej Polski.

Dzieciństwo i młodość jako dziecku profesora uniwersytetu i wnukowi wybitnego filozofa i estetyka Józefa Kremera upłynęły mu w atmosferze wysokiej kultury umysłowej i artystycznej. Studia na wydziale prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego pogłębił wojażami raczej artystyczno-literackimi do Berlina i do Paryża, skąd robił wypady podróżnicze do Włoch i Grecji. Jego początki literackie przypadły na okres pierwszych objawień modernizmu, ożywionych kontaktów ze sztuką i literaturą zachodnią, triumfów teatralnych Pawlikowskiego i Kotarbińskiego, na epokę wielkich aktorów i poetów. Ten splot osobistych, rodzinnych i zewnętrznych okoliczności zadecydował o karierze życiowej Rydla, wycisnął znamienne piętno na jego twórczości, której poświęcił się po zakończeniu studiów. Twórczość ta, ilościowo pokaźna i gatunkowo różnorodna, liryka, dramaty, opowiadania, przekłady, o szerokim zasięgu tematycznym, i nacechowana swoistym znamieniem erudycyjności, żywiła się bardziej niż życiem wiedzą, książkami, podnietami umysłowymi. Rydel był wybitnym znawcą i radosnym entuzjastą starożytności, autorem opowieści Ferenike i Pejsidoros (1909), osnutej na wątku igrzysk olimpijskich, oraz wrażeń podróżniczych Z greckiego świata (1910), świetnym tłumaczem Iliady Homera i Eneidy Wergilego, dał znakomite tłumaczenie Amora i Psyche Apulejusza (1911), przekładał też poetów i prozaików francuskich, Sawantki (1906) Moliera, Świecznik (1907) de Musseta, Kawalera de Touches (1901) Barbeya d'Aurevilly'ego. Okazał się w tych przekładach wytrawnym znawcą literackich epok, stylów i kierunków, a ta kultura estetyczna, zawodowa niejako, pozwalała mu niemal od początku twórczości osiągać doskonałą sprawność rzemiosła również w jego własnych, oryginalnych próbach poetyckich, nadając im swoiste piętno literackiego mimetyzmu. Jego Poezje (1901), wznawiane i dopełniane później o nowe wiersze, wyrażały nastroje charakterystyczne dla epoki nie omijając nawet wielu tematycznych i formalnych pułapek ówczesnego dekadentyzmu. Próbę czasu natomiast wytrzymały najlepiej wiersze stylizowane na ludowość, wyrażające osobiste przeżycia i uczuciowe związki z polską wsią, z urodą sielskich krajobrazów i odwołujące się do pojęć, wyobrażeń i odczuć charakterystycznych dla kultury, obyczajowości i religijności ludowej. Ale i w nich również spod pozornej prostoty i szczerości wyzierał zawsze kunszt formalny wytwornego artysty, literackiego estety i konesera, w pełni świadomego wszystkich tajemnic poetyckiego rzemiosła. Łatwość i prostota tych wierszy była więc tu tylko wyborną stylizacją, konsekwentnym realizowaniem powziętego zamysłu. Wiersze te, pisane jakby pod ton i na nutę ludową, przystępne i czytelne, a zarazem ujmujące wybitną kulturą słowa, muzycznością rytmu i nastrojowym liryzmem, zdobyły poecie bodaj największe uznanie i popularność. Często recytowane i wznawiane w najrozmaitszych antologiach, jak poetyckie wyznania z cyklu Mojej żonie czy Bajka o Kasi i królewiczu, należą do rzędu prawdziwych arcydziełek liryki polskiej. Należą do nich również owe Oświadczyny, w których wyznanie miłosne, a więc sui generis monolog liryczny przeobraża się w szeroko rozbudowane wydarzenie,. usytuowane w charakterystycznej scenerii, z niezwykle delikatnym odczuciem chwili, jej wyjątkowego znaczenia i z uwydatnieniem szczególnego uroku mentalności ludowej, w której rzeczywistość ziemska tworzy nierozerwalną jedność z naiwnie pojmowanym światem nadziemskim.

 

Poszła ze mną za dom do ogródka,

Usiedliśmy na ławce pod ścianą,

Była trwożna i taka cichutka,

Kiedym patrzał w jej twarz ukochaną.

 

Lipa kwitła przed nami w ogródku

I pachniała drobnem kwieciem złotem...

Gdym za rękę brał ją pomalutku,

Serce we mnie waliło jak młotem.

 

Chciałabyś mnie? — Myślę, żebym chciała...

— Wierz mi, Jadwiś, że nam dobrze będzie.

— Wierzę, panie... A lipa słuchała

I słuchały nas kwiatki na grzędzie.

 

I nie kwiatki i nie lipa sama,

Całe niebo słuchało nas z góry,

I błękitna rozwarła się brama

I Bóg słuchał, i anielskie chóry.

Lucjan Rydel (rys. J. Skotnickiego)

 


Date: 2015-12-11; view: 1161


<== previous page | next page ==>
Paraphrase the following sentences replacing the subordinate clauses by the Subjective Infinitive Complex. | Lista subiectelor pentru examenul practic la ginecologie
doclecture.net - lectures - 2014-2020 year. Copyright infringement or personal data (0.015 sec.)