Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zawzięta pogoń i spokojna ucieczka

Stary Beppo jechał w nocy na swoim skrzypiącym rowerze. Śpieszył się, jak tylko mógł. Wciąż dźwięczały mu w uszach słowa szarego sędziego: „...Zajmiemy się tym osobliwym dzieckiem... Oskarżony może być spokojny, ze to dziecko juz nam nie zaszkodzi... Postaramy się o to sięgając do wszelkich możliwych środków...".

Bez wątpienia Momo była w wielkim niebezpieczeństwie! Musiał natychmiast pojechać do niej, ostrzec ją przed szarymi panami, bronić jej przed nimi - chociaż nie wiedział, jak to zrobić. Ale jeszcze coś mu przyjdzie na myśl. Beppo mocno naciskał pedały. Jego biała czupryna rozwiewała się. Droga do amfiteatru była jeszcze daleka.

Cała ruina była jaskrawo oświetlona reflektorami wielu eleganckich, szarych samochodów, którymi ją obstawiono dokoła. Dziesiątki szarych panów pośpiesznie wbiegało na porośnięte trawą stopnie i zbiegało z nich, przeszukując wszystkie kryjówki. Wreszcie odkryli także dziurę w murze, za którym znajdował się pokoik Momo. Paru z nich dostało się do środka, zajrzeli pod łóżko, a nawet do wnętrza murowanego pieca. Potem wyszli, otrzepali swoje szare ubrania i wzruszyli ramionami.

- Ptaszek uleciał - powiedział jeden.

- To oburzające - dodał drugi - ze dzieci włóczą się po nocy, zamiast, jak należy, leżeć w łóżkach.

- Wcale a wcale mi się to nie podoba - oznajmił trzeci. - Wygląda niemal tak, jakby ktoś ją w porę ostrzegł.

- Nie do pomyślenia! -Wykrzyknął pierwszy. -Ten ktoś musiałby jeszcze przed nami znać naszą uchwałę!

Szarzy panowie spoglądali na siebie zaalarmowani.

- Jeśli istotnie została ostrzeżona - poddał pod rozwagę trzeci - to z pewnością nie ma jej juz w tej okolicy. Dalsze poszukiwania będą tylko stratą czasu.

- Ma pan jakąś lepszą propozycję?

- Moim zdaniem powinniśmy natychmiast zawiadomić centralę, żeby zarządziła akcję na wielką skalę.

- Centrala przede wszystkim słusznie zapyta, czy istotnie przeszukaliśmy gruntownie całe otoczenie.

- No, więc dobrze - powiedział pierwszy szary pan - przeszukajmy najpierw otoczenie. Ale jeżeli tymczasem ktoś pomógł dziewczynce, to popełnimy wielki błąd.

- To śmieszne! - Ofuknął go inny pan gniewnie. - W takim przypadku centrala zawsze jeszcze może zarządzić akcję na wielką skalę. Wtedy w pościgu wezmą udział wszyscy agenci. Dziecko nie ma najmniejszych szans na wymknięcie się nam. A teraz do roboty, panowie! Wiecie, jaka jest stawka!



Tej nocy wielu ludzi w okolicy amfiteatru dziwiło się, ze hałas mknących samochodów w ogóle nie ustawał. Nawet najmniejsze boczne uliczki i wyboiste, wysypane żwirem drogi do świtu wypełniał łoskot, jaki zwykle rozlegał się tylko na dużych głównych ulicach. Nie można było ani na chwilę przymknąć oczu.

W tym samym czasie mała Momo, prowadzona przez żółwia, szła wolno przez wielkie miasto, które teraz nigdy nie zasypiało, nawet o tak późnej nocnej godzinie.

Bezustannie kotłowały się i pędziły gdzieś tłumy ludzi, niecierpliwie przepychały się, potrącały lub dreptały w niekończących się kolumnach. Na jezdni tłoczyły się samochody, między nimi dudniły przepełnione olbrzymie autobusy. Na fasadach domów rozbłyskały reklamy świetlne, zalewały cały ten zamęt pstrym światłem i znowu gasły.

Momo, która tego wszystkiego nigdy jeszcze nie widziała, szła jak we śnie, z szeroko otwartymi oczami, za prowadzącym ją żółwiem. Przecinali rozległe place i jasno oświetlone ulice, samochody pędziły za nimi i przed nimi, przechodnie otaczali ich, dokoła, ale nikt nie zwracał uwagi na dziecko z żółwiem.

Nie musieli nikogo wymijać, nikt ich nie potrącał, ani jedno auto nie musiało gwałtownie hamować z ich powodu. Mogłoby się wydawać, ze żółw wie z całą pewnością, którędy i w której chwili nie będzie nic przejeżdżało ani żaden przechodzień nie będzie szedł. Dzięki temu nie musieli się śpieszyć ani tez zatrzymywać się i czekać. I Momo zaczęła się dziwić, jak można iść tak powoli, a jednak posuwać się tak szybko naprzód.

Kiedy Beppo Zamiatacz Ulic znalazł się przy starym amfiteatrze, zanim jeszcze zsiadł z roweru, odkrył w słabym świetle swojej latarki liczne ślady opon samochodowych wokół ruiny. Rzucił rower na trawę i pobiegł do dziury w murze.

- Momo! - zawołał najpierw szeptem, a później drugi raz głośniej: - Momo!

Odpowiedziała mu cisza.

Beppo przełknął ślinę, w gardle mu zaschło. Przedostał się przez dziurę na dół do ciemnego pokoiku, potknął się i skręcił nogę. Drżącymi palcami potarł zapałkę i rozejrzał się.

Stolik i oba krzesełka zmajstrowane z desek po skrzynkach były wywrócone, koce i materac zrzucone z łóżka. A Momo nie było.

Beppo zagryzł usta i stłumił ochrypły szloch, który przez chwilę niemal rozdzierał mu pierś.

- Mój Boże - mamrotał - o mój Boże, juz ją zabrali! Zabrali moją małą dziewczynkę. Za późno przybyłem. Co robić? Co mam teraz począć?

Zapałka sparzyła mu palec, rzucił ją i stał dalej w ciemności.

Jak tylko mógł najprędzej, wydostał się z powrotem na górę i utykając na skręconej nodze doszedł do roweru. Wsiadł na niego i pojechał.

- Gigi musi mi pomóc! - Powtarzał pod nosem. - Teraz musi! Mam nadzieję, że zastanę go w szopie, w której sypia.

Beppo wiedział, ze Gigi od niedawna zarabia dodatkowo parę groszy, nocując, co niedziela w szopie z narzędziami małego warsztatu rozbierającego stare samochody na części. Miał tam uważać, zęby samochody nadające się jeszcze do użytku nie ginęły, jak to się często przedtem zdarzało.

Kiedy Beppo dojechał wreszcie do szopy i zabębnił pięścią w drzwi, Gigi nie odpowiedział, obawiał się bowiem, ze to złodzieje części samochodowych. Później jednak poznał głos Beppa i otworzył mu.

- Co się stało? - Zawołał wystraszony. - Nie znoszę, kiedy ktoś mnie tak brutalnie wyrywa ze snu.

- Momo!... -wykrztusił zadyszany Beppo- Momo zdarzyło się coś okropnego!

- Co ty mówisz? - spytał Gigi i przerażony usiadł na swoim legowisku. - Momo? Co jej się stało?

- Sam tego jeszcze nie wiem - dyszał Beppo - ale coś złego.

I opowiedział Gigiemu o tym, co przeżył: o rozprawie sądowej

1 03 na hałdzie śmieci, o śladach opon samochodowych wokół ruiny i o tym, ze Momo zniknęła. Naturalnie dość długo trwało, zanim to wszystko z siebie wydobył, bo mimo całego wzburzenia i strachu o Momo nie umiał prędzej opowiadać.

- Od początku przeczuwałem coś złego - zakończył. - Wiedziałem, ze to się dobrze nie skończy. Teraz zemścili się! Uprowadzili Momo! 0 Boże, Gigi, musimy jej pomóc! Ale jak? Ale jak?

Podczas opowieści Beppa Gigi strasznie pobladł. Miał wrażenie, ze ziemia usunęła mu się spod nóg. Do tej chwili traktował wszystko jak dobrą zabawę. Przyjmował ją z powagą jak każdą inną zabawę lub historię, nie myśląc o skutkach. Pierwszy raz w jego życiu historia potoczyła się dalej bez niego, nabrała samodzielności i wyobraźnia całego świata nie mogła jej cofnąć! Gigi czuł się obezwładniony.

- Wiesz, Beppo - odezwał się po chwili - może być tak, ze Momo po prostu wyszła, zęby pospacerować. Czasem to robi. Kiedyś nawet trzy dni i noce włóczyła się po okolicy. Chodzi mi

0 to, ze może nie mamy jeszcze powodu martwić się o nią.

- A ślady opon? - Spytał Beppo z oburzeniem. - A zrzucony z łóżka materac?

No, tak - przyznał Gigi wymijająco - przypuśćmy, ze ktoś tam istotnie był. Ale skąd wiesz, ze znalazł Momo? Może juz wcześniej wyszła. Inaczej nie byłoby wszystko przeszukane i rozgrzebane.

- A jeśli ją jednak znaleźli - zawołał Beppo - to co? - Złapał młodego przyjaciela za klapy marynarki i zaczął nim trząść. - Gigi, nie bądź durniem! Szarzy panowie rzeczywiście istnieją! Musimy coś przedsięwziąć, i to natychmiast!

- Uspokójze się, Beppo - jąkał Gigi przestraszony. - Oczywiście podejmiemy coś. Ale musimy się przedtem dobrze zastanowić. Nie wiemy przecież, gdzie w ogóle szukać Momo.

Beppo puścił Gigiego.

- Idę na policję! - Oświadczył.

- Bądźze rozsądny! - Zawołał Gigi z przerażeniem. - Nie możesz tego zrobić! Wyobraź sobie, ze oni tam zabiorą się do roboty i naprawdę znajdą naszą Momo. Wiesz, co z nią wtedy zrobią? Wiesz, Beppo? Wiesz, co robią z włóczącymi się dziećmi, nie mającymi rodziców? Pakują je do przytułku z okratowanymi oknami! Chciałbyś na to narazić naszą Momo?

- Nie - mruknął Beppo wpatrując się bezradnie przed sie- 104 bie - tego nie chcę. Ale jeśli na nią spadło jakieś nieszczęście?

- Wyobraź sobie, ze nie spadło na nią żadne nieszczęście, ze może chciała się tylko trochę powłóczyć, a ty ściągniesz jej na kark całą policję. Nie chciałbym być wtedy w twojej skórze.

Beppo osunął się na krzesło przy stoliku i położył głowę na ramionach.

- Naprawdę nie wiem, co powinienem zrobić - jęknął - naprawdę nie wiem.

- Uważam - powiedział Gigi-ze w każdym razie musimy poczekać do jutra albo do pojutrza, zanim coś postanowimy. Jeżeli do tej pory Momo nie wróci, możemy pójść na policję. Ale prawdopodobnie do tego czasu wszystko będzie od dawna w porządku i we troje będziemy się śmiali z tego całego głupstwa.

- Tak myślisz? - Mruknął Beppo, którego nagle opanowało ogromne zmęczenie. Staruszek miał dziś trochę za dużo wrażeń.

- Ależ oczywiście - odparł Gigi i ściągnął przyjacielowi trzewik ze skręconej nogi. Pomógł przejść Beppowi na posłanie i owinął mu kostkę mokrą chustką. - Wszystko się jeszcze ułoży - powiedział łagodnie - wszystko się jakoś ułoży.

Kiedy zobaczył, że Beppo juz śpi, westchnął i sam skulił się na podłodze, z głową opartą na złożonej kurtce jak na poduszce.

Ale nie mógł zasnąć. Całą noc myślał o szarych panach. I po raz pierwszy w jego beztroskim życiu ogarnął go strach.

Z centrali Kasy Oszczędności Czasu wyszła decyzja rozpoczęcia akcji na wielką skalę. Wszyscy agenci w wielkim mieście otrzymali rozkaz przerwania wszelkiej innej działalności i zajęcia się wyłącznie poszukiwaniem małej Momo.

Na ulicach roiło się od szarych postaci; siedzieli na dachach i w studzienkach kanalizacyjnych, nie zwracając niczyjej uwagi kontrolowali dworce i lotnisko, autobusy i tramwaje - słowem, byli wszędzie.

Ale małej Momo nie znaleźli.

- Słuchaj, żółwiu - zapytała dziewczynka - dokąd ty mnie w ogóle prowadzisz?

Szli właśnie przez ciemne podwórze.

NIE BÓJ SIĘ! - Zabłysły litery na grzbiecie żółwia.

- Wcale się nie boję - powiedziała Momo po mozolnym odczytaniu liter.

Powiedziała to raczej tylko do siebie, żeby sobie dodać otuchy, bo tak naprawdę to się jednak trochę bała. Droga, którą prowadził ją żółw, była coraz dziwniejsza i bardziej zawiła. Szli juz przez ogrody, mosty i przejścia pod nimi, przez bramy i sienie domów, a nawet kilka razy przez piwnice.

Gdyby Momo wiedziała, ze ściga ją i szuka cała armia szarych panów, zapewne bałaby się jeszcze bardziej. Ale nie domyślała się tego, więc cierpliwie szła krok w krok za żółwiem jego pozornie tak krętą drogą.

I słusznie robiła. Bo tak, jak przedtem żółw znajdował drogę w ruchu ulicznym, teraz wydawało się, ze dokładnie wie, gdzie mogą się zjawić prześladowcy. Czasem szarzy panowie przechodzili koło jakiegoś miejsca w chwilę później niż żółw i Momo. Ale nigdy ich nie spotkali.

- Całe szczęście, że umiem już tak dobrze czytać - powiedziała naiwnie Momo - prawda?

Na pancerzu żółwia zamrugało jak światło ostrzegawcze słowo: CICHO!

Momo, nie wiedząc, dlaczego, usłuchała. Tuż obok minęły ich trzy ciemne postacie.

Domy w dzielnicy, w której teraz się znajdowali, były coraz bardziej szare i nędzne. Wysokie kamienice czynszowe z odpadającym tynkiem wznosiły się po obu stronach ulic pełnych wybojów, w których stała woda. Było tu ciemno i pusto.

Do centrali Kasy Oszczędności Czasu nadeszła wiadomość, że gdzieś widziano Momo.

- Dobrze - brzmiała odpowiedź. - Ujęliście ją?

- Nie, nagle jakby się zapadła pod ziemię. Zgubiliśmy jej ślad.

- Jak to się mogło stać?

- Sami zadajemy sobie to pytanie. Jest w tym coś dziwnego.

- Gdzie była, kiedyście ją widzieli?

- Właśnie o to chodzi. Tej okolicy miasta zupełnie nie znamy.

- Nie ma takiej okolicy - stwierdziła centrala.

- Widocznie jednak jest. Jak by to powiedzieć – wydaje się, że ta okolica leży na samym krańcu czasu. I dziecko szło ku temu krańcowi.

- Co? - Krzyknęła centrala. - Wszcząć pościg! Musicie ją ująć, za wszelką cenę! Zrozumiano?

- Zrozumiano! - Nadeszła szara jak popiół odpowiedź.

Z początku Momo myślała, że to świt; ale dziwne światło pojawiło się nagle, dokładnie w chwili, kiedy skręcili w tę ulicę. Nie była to juz noc, ale nie był także dzień. I ten zmrok nie przypominał ani świtu, ani zmierzchu. Światło to wydobywało wszystkie kontury nienaturalnie ostro i wyraźnie, a jednak wydawało się, ze dobywa się znikąd - albo raczej zewsząd jednocześnie. Długie, czarne cienie bowiem, jakie nawet najmniejsze kamyczki rzucały na ulicę, biegły w rozmaitych kierunkach, jak gdyby tamto drzewo było oświetlone z lewej strony, ten dom z prawej, a pomnik wznoszący się naprzeciw - z przodu

Zresztą sam pomnik wyglądał bardzo osobliwie. Na dużym sześciennym cokole z czarnego kamienia ustawione było olbrzymie białe jajo. I nic więcej.

Ale i domy nie przypominały żadnych z tych, jakie Momo kiedykolwiek widziała. Były one niemal oślepiająco białe. Za oknami kładły się długie, czarne cienie, tak ze nie można było dojrzeć, czy tam w ogóle ktoś mieszka. Momo miała jednak niejasne uczucie, ze domów tych w ogóle nie zbudowano po to, zęby w nich ludzie mieszkali, lecz w jakimś innym tajemniczym celu.

Ulice były zupełnie puste, nie spotykali na nich nie tylko ludzi, ale i psów, ptaków, samochodów. Wszystko wydawało się nieruchome i jakby przykryte szkłem. Nie czuło się nawet najlżejszego powiewu.

Momo dziwiła się, jak prędko podążali tu naprzód, mimo ze żółw szedł chyba jeszcze wolniej niż przedtem.

Poza tą osobliwą częścią miasta, tam gdzie panowała jeszcze noc, trzy eleganckie samochody z silnie świecącymi reflektorami pędziły wyboistą ulicą. W każdym z nich siedziało kilku szarych panów. Jeden z nich, jadący w pierwszym samochodzie, widział Momo skręcającą w ulicę z białymi domami, gdzie rozprzestrzeniało się owo osobliwe światło.

Kiedy jednak samochody dojechały do rogu, stało się coś nie- 10$ pojętego. Oto nie mogły ruszyć dalej. Kierowcy naciskali pedał gazu, koła wyły, ale kręciły się w miejscu, zupełnie tak, jakby stały na ruchomej taśmie, biegnącej z tą samą szybkością w przeciwnym kierunku. I im prędzej auta jechały, tym wolniej posuwa-wały się naprzód. Kiedy szarzy panowie to zauważyli, klnąc wyskoczyli z samochodów i próbowali na piechotę dogonić Momo, którą jeszcze rozpoznawali z odległości. Biegli z wykrzywionymi twarzami, ale kiedy zmęczeni musieli się zatrzymać, okazało się, ze przebyli zaledwie dziesięć metrów. A mała Momo zniknęła tymczasem gdzieś daleko między śnieżnobiałymi domami.

- To koniec! - powiedział jeden z panów. - Wszystko na nic! Teraz nie ujmiemy jej już.

- Nie pojmuję - odezwał się drugi - dlaczego nie mogliśmy ruszyć się z miejsca.

- Ja również tego nie rozumiem - odpowiedział pierwszy. - Pytanie tylko, czy będzie to uznane, jako okoliczność łagodząca zawodu, jaki zrobiliśmy.

- Myśli pan, ze postawią nas przed sądem?

- No, na pewno nas nie pochwalą!

Wszyscy panowie z opuszczonymi głowami przysiedli na chłodnicach i zderzakach swoich samochodów. Już przestali się śpieszyć.

Daleko, daleko stamtąd w labiryncie pustych, śnieżnobiałych ulic i placów, Momo szła wciąż za żółwiem. I właśnie, dlatego, - że tak wolno szli, wydawało się, że ulice wyślizgują im się spod nóg, a budynki przelatują obok. Żółw znowu skręcił za róg, Momo poszła jego śladem - i stanęła zaskoczona. Nowa ulica przedstawiała zupełnie inny widok niż tamte.

Była to raczej wąska uliczka. Domy, przytulone do siebie po prawej i po lewej stronie, wyglądały jak pełne wdzięku pałace ze szkła, z mnóstwem wieżyczek, wykuszów i tarasów, które od niepamiętnych czasów stały na dnie morza, a teraz nagle wynurzyły się, obwieszone wodorostami i algami, obrośnięte muszlami i koralami. Całość mieniła się łagodnie wszystkimi barwami masy perłowej.

Uliczka prowadziła do pojedynczego domu, stojącego w poprzek i zamykającego wyjście. W środku domu widać było dużą zieloną bramę, artystycznie ozdobioną figurami.

Momo spojrzała na tabliczkę, znajdującą się tuz nad jej głową na ścianie domu. Była ona z białego marmuru, a na niej widniał złotymi literami napis:

Uliczka Nigdy

Momo straciła tylko chwilę na rozejrzenie się i przeczytanie tej nazwy, jednak żółw juz bardzo ją wyprzedził i był prawie u końca uliczki, przed ostatnim domem.

- Zaczekaj na mnie, żółwiu! - Zawołała dziewczynka, ale, rzecz dziwna, nie słyszała własnego głosu.

Żółw jednak usłyszał go, gdyż przystanął i obejrzał się. Momo chciała podejść do niego, ale, kiedy weszła na uliczkę Nigdy, nagle wydało jej się, ze musi walczyć pod wodą z potężnym prądem albo z silnym, a jednak niewyczuwalnym wiatrem, który swoimi porywami odrzucał ją w tył. Zaparła się nogami, stając skośnie do tego dziwnego natarcia, i ledwo szła naprzód, chwytając się występów muru, a chwilami pełzła na czworakach.

- Nie dam rady! - Zawołała do żółwia, którego małą figurkę zobaczyła siedzącą na końcu uliczki. - Pomóż mi!

Żółw powoli zawrócił. Kiedy znalazł się przed Momo, na jego pancerzu ukazała się rada: IDŹ TYŁEM!

Momo spróbowała. Odwróciła się i zaczęła iść tyłem. Niespodziewanie udało jej się teraz poruszać. Ale działo się z nią przy tym coś bardzo dziwnego. Kiedy bowiem szła tyłem, zarazem myślała wstecz, czuła wstecz, jednym słowem - żyła wstecz!

Raptem potrąciła coś za sobą. Odwróciła się i stanęła przed domem stojącym w poprzek uliczki. Przelękła się trochę, bo ozdobiona figurami brama z zielonego metalu wydawała jej się teraz ogromna.

,,Czy uda mi się ją otworzyć?" - pomyślała niepewnie. Ale w tejże chwili oba potężne skrzydła bramy same się rozwarły.

Momo zatrzymała się jeszcze chwilę, bo znowu dostrzegła nad drzwiami tabliczkę. Podtrzymywał ją biały jednorożec, a napis na niej brzmiał:

Dom „Nigdzie"

Ponieważ Momo nie umiała prędko czytać, kiedy skończyła, skrzydła bramy zaczęły się już powoli zamykać. Przemknęła jesz-sze między nimi pośpiesznie, a potężna brama zatrzasnęła się za nią z cichym łoskotem.

Dziewczynka znalazła się w wysokiej, bardzo długiej galerii. Po obu jej stronach stali w regularnych odstępach kamienni nadzy

mężczyźni i kobiety, jak gdyby podpierający sufit. Tajemniczej siły 110 pchającej wstecz nie odczuwało się tu zupełnie.

Momo poszła długą galerią za pełznącym żółwiem. Na końcu zwierzątko stanęło przed maleńkimi drzwiczkami, przez które Momo ledwo mogła przedostać się zgięta wpół.

JESTEŚMY NA MIEJSCU - zabłysnęły litery na pancerzu żółwia.

Momo przykucnęła i zobaczyła tuz przed sobą przytwierdzoną na drzwiczkach tabliczkę z napisem:

Mistrz Secundus Minutius Hora

Dziewczynka wstrzymała oddech i zdecydowanym ruchem nacisnęła małą klamkę. Kiedy drzwiczki otworzyły się, usłyszała z wewnątrz melodyjny chór tykania, szemrania i dzwonienia. Ruszyła naprzód za żółwiem, a drzwiczki zatrzasnęły się za nimi.

Rozdział jedenasty

Kiedy źli robią

ze zła coś najlepszego

W szarym jak popiół świetle niekończących się korytarzy i bocznych korytarzyków przemykali agenci Kasy Oszczędności Czasu i podnieceni szeptem zwierzali sobie najświeższą nowinę: zarząd zebrał się na nadzwyczajną naradę!

Jedni wnioskowali z tego, że istnieje największe niebezpieczeństwo. Inni znów twierdzili, że widocznie otworzyły się nowe możliwości zyskiwania czasu.

W dużej sali konferencyjnej obradowali szarzy panowie z zarządu. Siedzieli jeden obok drugiego przy wprost nieskończenie długim stole. Każdy z nich miał przy sobie, jak zawsze, swoją ołowianoszarą teczkę i palił małe, szare cygaro. Zdjęli tylko okrągłe, sztywne kapelusze i teraz okazało się, że wszyscy mają błyszczące jak lustro łysiny.

Jeżeli można w ogóle mówić o jakimś nastroju tych panów, byli oni w nastroju ponurym.

Przewodniczący wstał ze swego miejsca u górnego krańca stołu. Szmer rozmów ucichł i dwa nieskończenie długie rzędy szarych twarzy zwróciły się ku niemu.

- Moi panowie - zaczął mówić - nasza sytuacja jest bardzo poważna. Czuję się zmuszony niezwłocznie zapoznać was z przykrymi, ale nie dającymi się zmienić taktami.

Do pościgu za dziewczynką imieniem Momo użyliśmy niemal wszystkich agentów, jakich mieliśmy do rozporządzenia. Pościg ten trwał w sumie sześć godzin, trzynaście minut i osiem sekund. Wszyscy biorący w nim udział agenci musieli w tym czasie, niestety, zaniedbać obowiązki będące właściwym celem ich istnienia, a mianowicie zyskiwanie czasu. Do tego ubytku dochodzi jeszcze czas zużyty przez samych agentów na poszukiwania. Z tych dwóch ujemnych pozycji wynika strata czasu, wynosząca według najdokładniejszych obliczeń trzy miliardy siedemset trzydzieści osiem milionów dwieście pięćdziesiąt dziewięć tysięcy sto czternaście sekund.

Moi panowie! Jest to więcej niż całe jedno życie ludzkie! Nie muszę chyba wyjaśniać, jakie to ma dla nas znaczenie.

Mówca zrobił pauzę i szerokim gestem wskazał olbrzymie stało-

w przedniej ścianie sali, opatrzone wieloma zamkami 112 cyfrowymi.

- Nasze spichrze czasu, moi panowie - zawołał podniesionym głosem - nie są niewyczerpane! Gdyby jeszcze ten pościg nam się opłacił! Jednakże mamy tu do czynienia z całkowicie zmarnowanym czasem! Dziewczynka Momo zdołała nam ujść.

Moi panowie, drugi raz po prostu nie może nam się to zdarzyć. Kategorycznie, więc przeciwstawię się wszelkim dalszym tak kosztownym przedsięwzięciom. Musimy oszczędzać, moi panowie, nie zaś marnotrawić czas! Proszę wziąć to pod uwagę we wszystkich dalszych planach. Nie mam nic więcej do powiedzenia. Dziękuję.

Przewodniczący usiadł i zaczął wydmuchiwać kłęby dymu. W obu rzędach słuchaczy szeptano z ożywieniem.

Teraz podniósł się mówca u drugiego końca długiego stołu i wszystkie twarze zwróciły się ku niemu.

- Moi panowie - powiedział - wszystkim nam jednakowo leży na sercu pomyślność naszej Kasy Oszczędności Czasu. Wydaje mi się jednak zupełnie zbyteczne, abyśmy niepokoili się tą sprawą, a nawet robili z niej coś w rodzaju katastrofy. O niczym takim nie może być mowy. Wszyscy wiemy, że nasze spichrze czasu kryją olbrzymie zapasy i nawet wielokrotnie wyższa strata nie mogłaby stać się dla nas poważnym zagrożeniem. Czymże jest dla nas życie jednego człowieka? Doprawdy, to po prostu błahostka!

Niemniej zgadzam się z naszym szanownym przewodniczącym, że coś takiego nie może nam się powtórnie przytrafić. Jednakże przypadek tej dziewczynki jest absolutnie jednorazowy. Nic podobnego dotychczas nigdy się jeszcze nie zdarzyło i jest rzeczą nieprawdopodobną, żeby miało się kiedykolwiek powtórzyć.

Wreszcie pan przewodniczący słusznie nas zganił, że dziewczynka Momo nam uszła. Ale czegóż więcej pragniemy, jak unieszkodliwienia tego dziecka? Otóż to właśnie osiągnęliśmy! Dziewczynka zniknęła, uciekła z obszaru czasu! Pozbyliśmy się jej. Myślę, ze możemy być zadowoleni z tego wyniku.

Mówca siadł uśmiechnięty i zadowolony z siebie. Z paru stron odezwały się słabe oklaski.

Teraz podniósł się trzeci mówca, siedzący w środku długiego stołu.

113 - Będę się streszczał - oświadczył ze ściągniętą grymasem twarzą. - Uspokajające słowa, które usłyszeliśmy przed chwilą, uważam za nieodpowiedzialne. Ta dziewczynka nie jest zwykłym dzieckiem. Wszyscy wiemy, że obdarzona jest przymiotami, które mogą być dla nas i dla naszej sprawy wysoce niebezpieczne. To, że jej przypadek jest dotychczas jednorazowy, bynajmniej nie dowodzi, że nie może się powtórzyć. Konieczna jest czujność! Nie wolno nam oddawać się zadowoleniu, dopóki to dziecko nie znajdzie się w naszych rękach. Dopiero wtedy będziemy pewni, że już nigdy nam nie zaszkodzi. Bo jeśli mogło ono opuścić obszar czasu, może też każdej chwili do niego powrócić. I powróci!

Usiadł. Panowie z zarządu wciągnęli głowy w ramiona i siedzieli skuleni.

- Moi panowie - zabrał teraz głos czwarty mówca, siedzący naprzeciw trzeciego - wybaczcie mi, ale muszę to powiedzieć zupełnie wyraźnie: ciągle omijamy najdrażliwszy temat. Musimy spojrzeć prawdzie w oczy, a jest nią fakt, że wmieszały się w tę sprawę obce moce. Dokładnie przeliczyłem wszystkie możliwości. Prawdopodobieństwo samodzielnego opuszczenia obszaru czasu przez żywego człowieka przedstawia się jak 1: 42 milionów. Inaczej mówiąc, jest w praktyce niemożliwe.

W rzędach członków zarządu rozległ się szmer podnieconych głosów.

- Wszystko przemawia za tym - ciągnął mówca, kiedy znów zapadła cisza - że dziewczynce imieniem Momo udzielono pomocy w ucieczce przed nami. Wszyscy wiecie, kogo mam na myśli. Chodzi o owego tak zwanego mistrza Horę.

Kiedy padło to imię, większość szarych panów wzdrygnęła się, jak trafiona silnym ciosem, inni zerwali się z miejsc i zaczęli wykrzykiwać, gorączkowo wymachując rękami.

- Moi panowie! - Zawołał czwarty mówca szeroko rozkładając ramiona - bardzo proszę, abyście się opanowali. Wiem równie dobrze jak wy wszyscy, że wymienienie tego imienia - no, powiedzmy to po prostu - nie jest rzeczą stosowną. Ja sam musiałem się przemóc, ale przecież chcemy i musimy jasno spojrzeć na tę sprawę! Jeżeli ów Tak Zwany pomógł dziewczynce, to ma jakieś powody ku temu. A powody te - to chyba oczywiste - wymierzone są przeciw nam. Krótko mówiąc, moi panowie, musimy się z tym liczyć, że ów Tak Zwany nie tylko odeśle

ie w uuuaiKu uzorui je przeciw nam. Będzie to dla nas śmiertelnym zagrożeniem. Musimy, więc być gotowi ofiarować czas życia jeszcze jednego człowieka albo i paru - nie, moi panowie, musimy, jeżeli to potrzebne, postawić na kartę wszystko, powtarzam: wszystko! W tym przypadku, bowiem wszelkiego rodzaju skąpstwo mogłoby nas cholernie drogo kosztować. Sądzę, że rozumiecie, co chcę przez to powiedzieć.

Wzburzenie szarych panów spotęgowało się, wykrzykiwali teraz jeden przez drugiego. Piąty mówca wskoczył na krzesło i zaczął gwałtownie wymachiwać rękami.

- Cisza, proszę o ciszę! - wołał. - Mój przedmówca ograniczył się, niestety, do napomknięcia o rozmaitych katastrofalnych możliwościach. Ale widocznie sam nie wie, jak możemy im zaradzić! Mówi, że musimy być gotowi do wszelkich ofiar, dobrze! Musimy zdecydować się na wszystko - no, dobrze! Nie powinniśmy obchodzić się oszczędnie z naszymi zapasami - no, dobrze. Ale są to przecież tylko puste słowa! Niech nam powie, co naprawdę możemy zrobić! Nikt z nas nie wie, w co ów Tak Zwany uzbroi Momo przeciw nam! Staniemy w obliczu zupełnie nie znanego nam niebezpieczeństwa. Oto problem wymagający rozwiązania!

W sali zgiełk urósł do rozmiarów tumultu. Zebrani krzyczeli, niektórzy bili pięściami w stół, inni zakryli twarze rękami, wszystkich ogarnęła panika.

Z trudem udało się szóstemu mówcy zabrać głos.

- Ależ panowie - powtarzał uspokajająco, dopóki nie przywrócił ciszy - ależ panowie, proszę was o zachowanie chłodnego rozsądku. Jest to obecnie najważniejsze. Przypuśćmy, że dziewczynka wróci od Tak Zwanego, uzbrojona tak czy inaczej, wówczas nie będziemy przecież musieli osobiście stawać do walki. My sami nie najlepiej nadajemy się do takiego spotkania, jak nam tego w sposób dosadny dowiódł smutny los obróconego w nicość agenta BLW/553/c. Ale nie jest to w ogóle potrzebne. Mamy dosyć popleczników wśród ludzi! Jeżeli użyjemy ich w sposób zręczny i niezwracający niczyjej uwagi, będziemy mogli pozbyć się dziewczynki Momo i związanego z nią niebezpieczeństwa nie ujawniając się sami. Takie postępowanie byłoby oszczędne, bezpieczne i niewątpliwie skuteczne.

Zgromadzeni członkowie zarządu głęboko odetchnęli. Projekt ten przemówił wszystkim do przekonania. Zapewne zostałby też natychmiast przyjęty, gdyby nie poprosił o głos siódmy mówca, siedzący u górnego końca stołu.

- Moi panowie - zaczął - zastanawiamy się wciąż nad tym, w jaki sposób moglibyśmy pozbyć się tej dziewczynki. Wyznajmy, że skłania nas do tego strach. Ale strach jest złym doradcą, moi panowie. Mnie bowiem wydaje się, że w ten sposób stracilibyśmy wielką, ba, jednorazową okazję. Przysłowie mówi: jeśli kogoś nie można pokonać, trzeba zrobić z niego przyjaciela. Otóż, dlaczego nie próbujemy przeciągnąć tej dziewczynki na naszą stronę?

- Uwaga, uwaga! - Zawołało parę głosów. - Prosimy nam to dokładniej wyjaśnić!

- Jasne jest - ciągnął mówca - że to dziecko znalazło drogę do Tak Zwanego, drogę, której od początku na próżno szukaliśmy! Dziecko mogłoby, więc zapewne odnaleźć tę drogę znowu każdej chwili, mogłoby nas nią zaprowadzić! Wtedy moglibyśmy we właściwy nam sposób przeprowadzić pertraktacje z Tak Zwanym. Jestem przekonany, że szybko dalibyśmy sobie z nim radę. A kiedy usadowimy się tam, gdzie chcemy, nie będziemy już musieli skrzętnie i uciążliwie zbierać godzin, minut i sekund, nie, zdobędziemy za jednym zamachem cały czas wszystkich ludzi! A ten, kto posiada czas ludzi, ma nieograniczoną władzę! Moi panowie, pomyślcie tylko, znaleźlibyśmy się u celu! I wykorzystalibyśmy do tego dziewczynkę Momo, którą pragniecie usunąć!

W sali zapadła głucha cisza.

- Ale pan wie przecież - zawołał ktoś - że Momo nie można okłamać! Niech pan tylko pomyśli o agencie BLW/553/c! Każdy z nas podzieliłby jego los!

- A kto mówi o kłamstwach? - Odpowiedział mówca.- Oczywiście przedłożymy jej otwarcie nasz plan.

- Wtedy - zawołał ktoś, gwałtownie gestykulując - nie zgodzi się współdziałać z nami! To nie do pomyślenia!

- Nie byłbym tego taki pewny, mój drogi - wtrącił się do dyskusji dziewiąty mówca. - Musielibyśmy naturalnie zaoferować jej coś, co by ją znęciło. Myślę na przykład o obietnicy dania jej tyle czasu, ile tylko zapragnie...

- Obietnicy - zawołał inny - której oczywiście nie dotrzymalibyśmy!

- Oczywiście dotrzymalibyśmy jej! - Odparł dziewiąty mówca z lodowatym uśmiechem. - Bo jeżeli nie mielibyśmy 116 wobec niej uczciwych zamiarów, ona to wyczuje.

- Nie, nie! - Zawołał przewodniczący uderzając ręką w stół. - Na to nie mogę pozwolić! Jeżeli naprawdę dalibyśmy jej tyle czasu, ile zechce, kosztowałoby to nas majątek!

- Chyba nie - uspokajał go mówca. - Ile może wydać jedno dziecko? Pewno, że byłaby to stała niewielka strata, ale proszę wziąć pod uwagę, co w zamian dostaniemy! Czas wszystkich ludzi! Tę niewielką ilość, jaką mogłaby zużyć Momo, musielibyśmy zaksięgować na koncie kosztów. Moi panowie, zastanówcie się nad olbrzymimi korzyściami!

Mówca usiadł i wszyscy zamyślili się nad korzyściami.

- A jednak - odezwał się wreszcie szósty mówca - to niemożliwe.

- Dlaczego?

- Z tego prostego powodu, że Momo, niestety, ma już i tak tyle czasu, ile tylko zechce. Nie ma sensu przekupywać jej tym, co ma aż w nadmiarze.

- W takim razie musimy jej to najpierw zabrać - odpowiedział dziewiąty mówca.

- Ach, mój drogi - odezwał się zmęczony przewodniczący - kręcimy się ciągle w kółko. Przecież nie możemy dobrać się do niej. Właśnie o to chodzi.

Westchnienie zawodu przebiegło oba długie rzędy szarych panów.

- Za pańskim pozwoleniem, miałbym pewną propozycję - zgłosił się dziewiąty mówca.

- Udzielam panu głosu - powiedział przewodniczący. Mówca złożył mu lekki ukłon i zaczął:

- Ta dziewczynka jest zdana na swoich przyjaciół. Lubi poświęcać czas innym. Ale zastanówmy się, co stałoby się z nią, gdyby po prostu nie było nikogo, kto dzieliłby z nią jej czas?

Ponieważ dziewczynka dobrowolnie nie poprze naszych planów, musimy skupić naszą działalność na jej przyjaciołach. - Wyciągnął z teczki segregator i otworzył go. - Chodzi tu przede wszystkim o niejakich Beppa Zamiatacza Ulic i Gigiego Oprowa-dzacza. Poza tym mam tu jeszcze dość długą listę dzieci, które regularnie odwiedzają tę dziewczynkę. Jak widzicie, moi panowie, to nic takiego wielkiego!

Po prostu odciągniemy od niej wszystkie te osoby, tak żeby nie mogła ich widywać. I wtedy biedna mała Momo zostanie zupełnie osamotniona. Jakie znaczenie będzie miał dla niej jej czas? Stanie się ciężarem, a nawet przekleństwem! Prędzej czy później nie będzie tego mogła znieść. A wtedy, moi panowie, znajdziemy się na miejscu i postawimy jej nasze warunki. Gotów jestem postawić tysiąc lat przeciw jednej dziesiątej sekundy, że wskaże nam wiadomą drogę, aby tylko odzyskać swoich przyjaciół. Szarzy panowie, jeszcze przed chwilą tak przygnębieni, podnieśli głowy. Na ich wargach pojawił się tryumfujący, cienki jak ostrze noża uśmiech. Zaczęli bić brawo, a echo ich oklasków rozlegało się w nieskończenie długich korytarzach i bocznych korytarzykach, jakby gdzieś runęła lawina.

 


Date: 2016-04-22; view: 146


<== previous page | next page ==>
I złe zebranie, które się odbyło | Momo przybywa tam, skąd pochodzi czas
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.018 sec.)