Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZWIERZĘTA SĄSIADAMI

Nie­kie­dy przy ło­wie­niu ryb mia­łem to­wa­rzy­sza[318], któ­ry przy­cho­dził do mo­je­go domu z prze­ciw­nej stro­ny mia­sta dro­gą przez mia­stecz­ko. Wów­czas ło­wie­nie obia­du było ta­kim sa­mym wy­da­rze­niem to­wa­rzy­skim jak jego spo­ży­wa­nie.

PU­STEL­NIK Cie­kaw je­stem, co te­raz po­ra­bia świat. Przez ostat­nie trzy go­dzi­ny nie sły­sza­łem na­wet ko­ni­ka po­lne­go nad tym krza­kiem. Wszyst­kie go­łę­bie śpią tam, gdzie przy­cup­nę­ły – ża­den na­wet nie drgnie. Czy przed chwi­lą grał za la­sem róg wo­ła­jąc far­me­ra na po­łu­dnio­wy po­si­łek? Ro­bot­ni­cy scho­dzą się na so­lo­ną go­to­wa­ną wo­ło­wi­nę, ja­błecz­nik i in­diań­skie pod­pło­my­ki. Dla­cze­goż lu­dzie tak się za­mę­cza­ją? Ten, kto nie je, nie musi pra­co­wać. Cie­ka­we, ile ze­bra­li plo­nów? Kto by miesz­kał w miej­scu, w któ­rym cia­ło nie może my­śleć, po­nie­waż Bu­rek nie­ustan­nie szcze­ka? Ach, te za­ję­cia do­mo­we! Czy­ścić do po­ły­sku dia­bel­skie gał­ki u drzwi i szo­ro­wać ce­bry far­me­ra w taki ja­sny dzień! Le­piej już nie mieć domu. Le­piej miesz­kać, po­wiedz­my, w dziu­pli, przyj­mo­wać w niej po­ran­nych go­ści i urzą­dzać przy­ję­cia wie­czo­rem! Sły­chać by było tyl­ko pu­ka­nie dzię­cio­ła. Och, aż się roi od lu­dzi, słoń­ce za moc­no tam świe­ci; jak dla mnie, zbyt głę­bo­ko wro­śli w ży­cie. Ja mam wodę w stru­mie­niu, na pół­ce zaś bo­che­nek chle­ba. – Ciii! Sły­szę sze­lest li­ści. Czy to ja­kiś głod­ny pies z mia­stecz­ka, wie­dzio­ny in­stynk­tem my­śliw­skim? Czy może za­błą­ka­na świ­nia, któ­ra po­dob­no krą­ży po le­sie i któ­rej śla­dy wi­dzia­łem po desz­czu? Nad­cho­dzi żwa­wo, drżą moje su­ma­ki i krza­ki dzi­kich róż. Ach to ty, pa­nie po­eto? Jak­że ci się dzi­siaj po­do­ba świat?

PO­ETA Spójrz na chmu­ry, za­wi­sły wy­so­ko! To naj­wspa­nial­sza rzecz, jaką dziś wi­dzia­łem. Ni­cze­go po­dob­ne­go nie znaj­dzie się na sta­rych ma­lo­wi­dłach ani w ob­cych kra­jach – chy­ba że przy wy­brze­żu Hisz­pa­nii.[319] To praw­dzi­wie śród­ziem­no­mor­skie nie­bo. Po­my­śla­łem, że sko­ro mu­szę zdo­być coś do je­dze­nia, a dziś jesz­cze nic nie ja­dłem, mógł­bym pójść na ryby. To do­sko­na­ła pra­ca dla po­etów. Je­dy­ny fach, jaki po­sia­dłem. No, chodź­my.

PU­STEL­NIK Nie mogę od­mó­wić. Nie­dłu­go nie zo­sta­nie mi ani okru­szy­na czar­ne­go chle­ba. Za­raz z przy­jem­no­ścią z tobą pój­dę, lecz wła­śnie pod­su­mo­wu­ję po­waż­ne roz­my­śla­nia. Chy­ba zbli­żam się do koń­ca. Po­zo­staw mnie za­tem na chwi­lę sa­me­go. A żeby jesz­cze bar­dziej tego nie opóź­niać, zaj­mij się tym­cza­sem ko­pa­niem ro­ba­ków. Rzad­ko moż­na je zna­leźć w tych re­jo­nach, al­bo­wiem tu­tej­szej gle­by nie wzbo­ga­co­no na­wo­zem, to­też ro­ba­ki pra­wie wy­gi­nę­ły. Kie­dy głód jesz­cze nie bar­dzo daje się we zna­ki, ko­pa­nie przy­nę­ty jest nie­mal taką samą roz­ryw­ką jak ło­wie­nie ryb, a dzi­siaj mo­żesz się tym upa­jać zu­peł­nie sam. Ra­dził­bym ci wbić ło­pa­tę tam da­lej, mię­dzy orzesz­ka­mi ziem­ny­mi, tam gdzie fa­lu­je dziu­ra­wiec. Mogę ci chy­ba za­gwa­ran­to­wać jed­ne­go ro­ba­ka na trzy od­wró­co­ne ski­by, lecz mu­sisz uważ­nie szu­kać mię­dzy ko­rzon­ka­mi tra­wy, po­dob­nie jak przy pie­le­niu. A je­śli wo­lisz iść da­lej, też po­stą­pisz mą­drze, al­bo­wiem za­uwa­ży­łem, że ilość do­brej przy­nę­ty zwięk­sza się w po­stę­pie geo­me­trycz­nym.



PU­STEL­NIK (znów sam) Chwi­lecz­kę, w któ­rym to miej­scu prze­rwa­łem? Zda­je się, że by­łem mniej wię­cej tak wła­śnie uspo­so­bio­ny, wi­dzia­łem świat pod ta­kim ką­tem. Czy mam iść do nie­ba, czy na ryby? Je­że­li za­raz za­koń­czę te roz­my­śla­nia, czy może mi się nada­rzyć po­dob­nie roz­kosz­na oka­zja? By­łem tak bli­ski prze­nik­nię­cia isto­ty rze­czy, jak jesz­cze ni­g­dy mi się nie zda­rzy­ło. Boję się, że zgu­bi­łem myśl bez­pow­rot­nie. Gdy­by to mo­gło po­móc, za­gwiz­dał­bym na nią.[320] Czy gdy skła­da­ją nam pro­po­zy­cję, mą­drze jest od­rzec: „Za­sta­no­wi­my się”? Po mo­ich my­ślach nie zo­sta­ło śla­du, nie mogę od­na­leźć do nich dro­gi. O czym­że to my­śla­łem? Był to bar­dzo mgli­sty dzień. Po pro­stu zro­bię pró­bę z trze­ma zda­nia­mi Kon­fu­cju­sza – może one przy­wo­ła­ją z po­wro­tem ów stan. Nie wiem, czy szło o przy­gnę­bie­nie, czy o ro­dzą­cą się eks­ta­zę. Me­mo­ran­dum. Ta sama oka­zja ni­g­dy się nie po­wta­rza.

PO­ETA No i cóż, Pu­stel­ni­ku, czy nie za wcze­śnie? Mam trzy­na­ście ca­łych i kil­ka uszko­dzo­nych albo zbyt ma­łych, lecz będą się aku­rat nada­wa­ły na mniej­sze ryby. Nie za­kry­wa­ją cał­kiem ha­czy­ka. Ro­ba­ki w mia­stecz­ku są zgo­ła za duże – sie­ja mo­gła­by się na­jeść ka­wał­kiem jed­ne­go na obiad, na­wet nie do­ty­ka­jąc ha­czy­ka.

PU­STEL­NIK A za­tem ru­szaj­my. Czy pój­dzie­my nad rze­kę Con­cord? Do­brze tam się łowi, je­śli woda nie jest zbyt wy­so­ka.

Dla­cze­go na świat skła­da­ją się ści­śle te przed­mio­ty, któ­re po­strze­ga­my? Dla­cze­go czło­wiek ma za są­sia­dów wła­śnie ten ga­tu­nek zwie­rząt? Jak gdy­by tyl­ko mysz mo­gła się wci­snąć w tę szpa­rę. Po­dej­rze­wam, że Pil­pay[321] i Ska wy­my­śli­li naj­lep­szy spo­sób wy­ko­rzy­sta­nia zwie­rząt, al­bo­wiem wszyst­kie ich zwie­rzę­ta są w pew­nym sen­sie po­cią­go­we, stwo­rzo­ne po to, aby dźwi­gać ja­kąś dozę na­szych my­śli.

My­szy na­wie­dza­ją­ce mój dom nie były zwy­kły­mi my­sza­mi, któ­re po­dob­no spro­wa­dzo­no tu do kra­ju, lecz od­mia­ną dzi­kich miej­sco­wych (Mus leu­co­pus), nie wy­stę­pu­ją­cych w mia­stecz­ku. Po­sła­łem jed­ną wy­bit­ne­mu przy­rod­ni­ko­wi[322], któ­re­go wiel­ce za­in­te­re­so­wa­ła. Pod­czas bu­do­wy jed­na z nich mia­ła gniaz­do pod do­mem i za­nim po­ło­ży­łem dru­gą pod­ło­gę oraz za­mio­tłem stru­ży­ny, po­ja­wia­ła się co­dzien­nie w po­rze po­łu­dnio­we­go po­sił­ku i zbie­ra­ła okru­chy u mo­ich stóp. Praw­do­po­dob­nie ni­g­dy przed­tem nie wi­dzia­ła czło­wie­ka, lecz szyb­ko do mnie się przy­zwy­cza­iła i bie­ga­ła mi po bu­tach i ubra­niu. Po­tra­fi­ła ocho­czo wspi­nać się na ścia­ny po­miesz­cze­nia krót­ki­mi zry­wa­mi, po­dob­nie jak wie­wiór­ka, któ­rą przy­po­mi­na­ła w ru­chach. Wresz­cie, gdy pew­ne­go dnia opar­łem się łok­ciem o ław­kę, wbie­gła po moim ubra­niu, po­tem prze­le­cia­ła po rę­ka­wie i za­czę­ła krą­żyć wo­kół pa­pie­ru, w któ­ry mia­łem owi­nię­ty obiad. Trzy­ma­łem je­dze­nie przy so­bie, a ona pod­ska­ki­wa­ła ba­wiąc się w cho­wa­ne­go. Gdy zaś w koń­cu chwy­ci­łem ka­wa­łek sera mię­dzy kciuk i pa­lec wska­zu­ją­cy i trzy­ma­łem je nie­ru­cho­mo, wsko­czy­ła na moją dłoń, usia­dła i sku­ba­ła ser, a po­tem wy­tar­ła pysz­czek i łap­ki po­dob­nie jak mu­cha i ucie­kła.

Wkrót­ce w mo­jej szo­pie zbu­do­wa­ła gniaz­do czaj­ka, a drozd – dla osło­ny – w so­śnie ro­sną­cej na­prze­ciw domu. W czerw­cu pro­wa­dza­ła swo­ją dzia­twę przed mo­imi okna­mi ku­ro­pa­twa (Te­trao umbel­lus), któ­ra jest bar­dzo pło­chli­wym pta­kiem – wy­nu­rza­ła się z lasu za do­mem i przy­drep­ty­wa­ła przed drzwi kwo­cząc i na­wo­łu­jąc małe jak kura, lecz ca­łym swym za­cho­wa­niem udo­wad­nia­jąc, że jest le­śną kurą. Małe, gdy usły­sza­ły czło­wie­ka, na­gle się roz­pierz­cha­ły na sy­gnał dany przez mat­kę, jak gdy­by roz­wia­ła je trą­ba po­wietrz­na. Tak bar­dzo przy­po­mi­na­ją one ze­schłe li­ście i ga­łąz­ki, że wie­lu wę­drow­ców nie po­dej­rze­wa­jąc, iż mogą być w po­bli­żu, sta­wia­ło nogę po­śród stad­ka, a wów­czas roz­le­gał się fur­kot skrzy­deł od­la­tu­ją­cej sta­rej, jej nie­spo­koj­ne na­wo­ły­wa­nia i kwi­le­nie lub też wi­dać było, jak cią­gnie skrzy­dła­mi po zie­mi, aby sku­pić na so­bie uwa­gę wę­drow­ca. Nie­kie­dy mat­ka bę­dzie ko­ły­sać się i krę­cić przed czło­wie­kiem tak roz­ne­gli­żo­wa­na, że trud­no przez kil­ka chwil roz­po­znać, co to za stwo­rze­nie. Mło­de po­tra­fią przy­cup­nąć bez ru­chu i cał­kiem się roz­płasz­czyć, czę­sto aż wsu­wa­jąc gło­wy pod li­ście, i zwa­żać tyl­ko na to, ja­kie wska­zów­ki da im z od­da­li mat­ka, tak że nie po­de­rwie ich i nie zmu­si do zdra­dze­nia się i uciecz­ki na­wet czło­wiek, któ­ry pod­szedł bar­dzo bli­sko. Moż­na wprost na­stą­pić na nie czy pa­trzeć przez do­brą chwi­lę i w ogó­le ich nie za­uwa­żyć. Trzy­ma­łem je w po­dob­nej sy­tu­acji na dło­ni, a one, po­słusz­ne mat­ce i in­stynk­to­wi, prze­ję­te były tyl­ko tym, aby przy­cup­nąć i nie drżeć ze stra­chu. Taki do­sko­na­ły mają ten in­stynkt, że pew­ne­go razu, gdy po­ło­ży­łem je z po­wro­tem na li­ściach i jed­na przy­pad­kiem upa­dła na bok, po dzie­się­ciu mi­nu­tach wszyst­kie za­sta­łem w ta­kiej sa­mej po­zy­cji, jak zo­sta­wi­łem. Nie są nie­opie­rzo­ne jak więk­szość pi­skląt, lecz le­piej roz­wi­nię­te i na swój wiek doj­rzal­sze ani­że­li kur­czę­ta. Trud­no za­po­mnieć nad­zwy­czaj do­ro­sły, a mimo to nie­win­ny wy­raz ich otwar­tych, po­god­nych oczek. Znaj­du­je w nich od­bi­cie cała in­te­li­gen­cja. Przy­wo­dzą na myśl nie tyl­ko nie­win­ność dzie­ciń­stwa, lecz tak­że mą­drość skry­sta­li­zo­wa­ną dzię­ki do­świad­cze­niu. Ta­kie oko nie na­ro­dzi­ło się wraz z pta­kiem, ono rów­ne jest wie­kiem nie­bu, któ­re w nim się od­bi­ja. To je­dy­ny taki klej­not wy­da­ny przez lasy. Wę­dro­wiec rzad­ko za­glą­da w taką krysz­ta­ło­wą stud­nię. Ciem­ny czy nie­roz­waż­ny my­śli­wy czę­sto za­bi­ja w taką porę mat­kę, a jej nie­wi­niąt­ka pa­da­ją ofia­rą ja­kie­goś po­szu­ku­ją­ce­go zdo­by­czy zwie­rzę­cia czy pta­ka lub stop­nio­wo mie­sza­ją się z gni­ją­cy­mi li­ść­mi, któ­re tak bar­dzo przy­po­mi­na­ją. Po­dob­no gdy jaja wy­sie­dzi kura, pi­sklę­ta ku­ro­pa­twy, je­śli coś je spło­szy, na­tych­miast się roz­pierz­cha­ją i giną, al­bo­wiem nie sły­szą wo­ła­nia mat­ki, któ­rym by zgro­ma­dzi­ła je wo­kół sie­bie. Oto moje kury i kur­cza­ki.

To nad­zwy­czaj­ne, ile stwo­rzeń żyje w tych la­sach dzi­ko, na wol­no­ści, acz­kol­wiek w ukry­ciu, utrzy­mu­jąc się na­dal w po­bli­żu miast, cze­go do­my­śla­ją się tyl­ko my­śli­wi. Jak­że na ubo­czu uda­je się tu żyć wy­drze! Osią­ga czte­ry sto­py dłu­go­ści, czy­li tyle, ile wzro­stu ma mały chło­piec, a bywa, że ni­g­dy nie wi­dzia­ło jej ludz­kie oko. Daw­niej na­ty­ka­łem się na szo­pa w le­sie za do­mem, a te­raz pew­nie w nocy na­dal sły­szę skam­le­nie jego to­wa­rzy­szy. Za­zwy­czaj po sa­dze­niu ro­ślin od­po­czy­wa­łem w po­łu­dnie go­dzi­nę czy dwie w cie­niu, ja­dłem po­si­łek i tro­chę czy­ta­łem przy źró­dle, któ­re za­si­la­ło ba­gno i po­tok, a wy­pły­wa­ło spod Wzgó­rza Bri­ste­ra, o pół mili od mo­je­go pola. Dro­ga do nie­go pro­wa­dzi­ła przez ko­lej­ne co­raz ni­żej scho­dzą­ce do­lin­ki po­ro­słe tra­wą, peł­ne mło­dych so­sen smo­ło­wych, aż do więk­sze­go lasu w po­bli­żu ba­gna. Tam, w bar­dzo ustron­nym i za­cie­nio­nym miej­scu, pod roz­ło­ży­stą so­sną wej­mut­ką moż­na było usiąść na czy­stej i jędr­nej mu­ra­wie. Do­ko­pa­łem się tam kie­dyś do źró­dła i zro­bi­łem stud­nię peł­ną czy­stej sza­rej wody, w któ­rej mo­głem bez zmą­ce­nia jej za­nu­rzyć wia­dro. W środ­ku lata, gdy woda w sta­wie była naj­cie­plej­sza, cho­dzi­łem tam pra­wie co­dzien­nie. Tam też słon­ka pro­wa­dzi­ła swo­je małe, aby wy­dłu­by­wać z bło­ta ro­ba­ki. Fru­nę­ła wzdłuż brze­gu nad nimi, a one bie­gły zbi­te w gro­mad­kę. W koń­cu, gdy mnie wy­śle­dzi­ła, zo­sta­wia­ła jed­nak małe i krą­żąc wo­kół mnie co­raz to się przy­bli­ża­ła, aż na czte­ry czy pięć stóp, i aby zwró­cić na sie­bie moją uwa­gę, a od­wró­cić ją od ma­łych, uda­wa­ła, że ma po­ła­ma­ne skrzy­dła i nogi, małe zaś z de­li­kat­nym me­ta­licz­nym pi­skiem już pod­ję­ły, zgod­nie z jej wska­zów­ka­mi, marsz gę­sie­go przez ba­gno. By­wa­ło też tak, że sły­sza­łem pisk mło­dych, ali­ści nie wi­dzia­łem mat­ki. Nad źró­deł­kiem sia­dy­wa­ły też tur­kaw­ki albo fru­wa­ły nad moją gło­wą z jed­nej ga­łę­zi so­sny wej­mut­ki na dru­gą, czer­wo­na wie­wiór­ka zaś zbie­ga­jąc po naj­bliż­szej ga­łę­zi oka­zy­wa­ła mi szcze­gól­ne za­in­te­re­so­wa­nie i wzglę­dy. Wy­star­czy, że w in­te­re­su­ją­cym miej­scu w le­sie po­sie­dzi się ja­kiś czas bez ru­chu, a wszy­scy jego miesz­kań­cy do­ko­na­ją przed nami swo­jej pre­zen­ta­cji.

By­łem tak­że świad­kiem mniej spo­koj­nych wy­da­rzeń.[323] Pew­ne­go dnia, gdy pod­sze­dłem do swo­jej ster­ty drew­na, a wła­ści­wie ster­ty pnia­ków, za­uwa­ży­łem dwie duże mrów­ki, któ­re pro­wa­dzi­ły za­cię­tą wal­kę – jed­na była czer­wo­na, a dru­ga, więk­sza od niej, czar­na, o dłu­go­ści oko­ło pół cala. Gdy raz do­szło do zwar­cia, ani na chwi­lę się nie roz­cze­pi­ły, tyl­ko wal­czy­ły nie­prze­rwa­nie, mo­co­wa­ły się i tur­la­ły po drza­zgach. Spo­glą­da­jąc da­lej, ze zdzi­wie­niem zo­ba­czy­łem ta­kie licz­by wo­jow­ni­ków, że trud­no było mó­wić o du­el­lum – była to he­lium, woj­na mię­dzy dwo­ma ga­tun­ka­mi mró­wek, w któ­rej rolę za­czep­ną od­gry­wa­ły za­wsze czer­wo­ne, a czę­sto dwie sta­wa­ły prze­ciw­ko jed­nej czar­nej. Le­gio­ny tych Myr­mi­do­nów[324] ro­iły się na wszyst­kich wznie­sie­niach i w do­lin­kach przed moją dre­wut­nią i zie­mia była już usła­na ko­na­ją­cy­mi i tru­pa­mi, za­rów­no czer­wo­ny­mi, jak i czar­ny­mi. Była to je­dy­na bi­twa, jaką wi­dzia­łem na wła­sne oczy, je­dy­ne pole bi­tew­ne, po któ­rym stą­pa­łem w ogniu roz­go­rza­łej wal­ki, woj­na na śmierć i ży­cie mię­dzy czer­wo­ny­mi re­pu­bli­ka­na­mi a czar­ny­mi im­pe­ria­li­sta­mi. Do­oko­ła to­czył się śmier­tel­ny bój, a mimo to nie sły­sza­łem wrza­wy; wo­jow­ni­cy-lu­dzie ni­g­dy nie wal­czą z taką za­cię­to­ścią. Wśród drzazg sło­necz­nej do­lin­ki ob­ser­wo­wa­łem parę zwar­tą w moc­nym uści­sku, zde­cy­do­wa­ną te­raz w po­łu­dnie wal­czyć, do­po­kąd słoń­ce nie uda się na spo­czy­nek albo do­po­kąd z niej sa­mej nie uj­dzie ży­cie. Mniej­sza czer­wo­na wo­jow­nicz­ka przy­pię­ła się z przo­du do swo­jej prze­ciw­nicz­ki niby ima­dło i gdy już wy­pchnę­ła prze­ciw­nicz­kę za bur­tę, mio­ta­jąc się z nią po polu, na­wet na se­kun­dę nie prze­sta­ła od­gry­zać jej czuł­ków u na­sa­dy; tym­cza­sem sil­niej­sza czar­na wo­jow­nicz­ka ci­ska­ła nią to w jed­ną, to w dru­gą stro­nę i, jak spo­strze­głem przy­glą­da­jąc się bli­żej, już ją po­zba­wi­ła kil­ku człon­ków. Wal­czy­ły z więk­szą za­wzię­to­ścią ani­że­li bul­do­gi. Żad­na z nich nie prze­ja­wia­ła naj­mniej­szej ocho­ty do od­wro­tu. To oczy­wi­ste, że ich okrzy­kiem wo­jen­nym było: „Zwy­cię­żaj albo giń.”[325] Tym­cza­sem na jed­nym ze sto­ków oka­la­ją­cych tę do­lin­kę po­ja­wi­ła się je­dy­na czer­wo­na mrów­ka, oczy­wi­ście bo­jo­wo na­sta­wio­na, któ­ra albo już wy­pra­wi­ła na tam­ten świat swo­ją prze­ciw­nicz­kę, albo jesz­cze nie włą­czy­ła się do bi­twy; przy­pusz­czal­nie praw­dą było to ostat­nie, al­bo­wiem nie zo­sta­ła jesz­cze oka­le­czo­na; jej mat­ka po­le­ci­ła jej wró­cić z tar­czą lub na tar­czy. A może był to ja­kiś Achil­les, któ­ry roz­gnie­wa­ny, trzy­mał się na ubo­czu i te­raz ru­szył po­mścić lub ra­to­wać Pa­tro­klo­sa.[326] Oce­ni­ła z da­le­ka, że wal­ka jest nie­rów­na – wszak czar­ne były nie­mal dwu­krot­nie więk­sze od czer­wo­nych – po czym gwał­tow­nie przy­bli­ży­ła się do wal­czą­cych i sta­nę­ła pół cala od nich bacz­nie ob­ser­wu­jąc. Upa­trzyw­szy spo­sob­ną chwi­lę, sko­czy­ła na czar­ną wo­jow­nicz­kę i za­czę­ła dzia­ła­nia w oko­li­cy na­sa­dy jej pra­we­go przed­nie­go od­nó­ża, po czym po­zo­sta­wi­ła wro­ga, aby ten wy­bie­rał wśród wła­snych koń­czyn, i tak trzy scze­pi­ły się do koń­ca ży­cia, jak gdy­by do­szło do wy­na­le­zie­nia no­wych wię­zi, któ­re na­ro­bi­ły wsty­du wszyst­kim in­nym sworz­niom i spo­iwom. Wca­le bym się te­raz nie zdzi­wił, gdy­bym stwier­dził, że każ­da ze stron wy­sta­wi­ła na ja­kiejś znacz­niej­szej drzaz­dze or­kie­strę, któ­ra przez cały czas gra­ła me­lo­die na­ro­do­we, aby za­grze­wać do wal­ki opie­sza­łe wo­jow­nicz­ki i do­da­wać otu­chy ko­na­ją­cym. Sam od­czu­wa­łem na­wet pew­ne pod­nie­ce­nie, jak gdy­by była to bi­twa pro­wa­dzo­na przez lu­dzi. Im dłu­żej się o tym my­śli, tym mniej­szą do­strze­ga się róż­ni­cę. Z pew­no­ścią przy­naj­mniej hi­sto­ria Con­cord, je­śli nie hi­sto­ria Ame­ry­ki, nie od­no­to­wa­ła ta­kiej bi­twy, któ­ra by choć przez chwi­lę wy­trzy­ma­ła po­rów­na­nie z tą, czy to z ra­cji licz­by wal­czą­cych, czy też z ra­cji za­de­mon­stro­wa­ne­go przez stro­ny pa­trio­ty­zmu i bo­ha­ter­stwa. Bio­rąc pod uwa­gę li­czeb­ność woj­ska oraz rzeź, do ja­kiej do­szło, przy­po­mi­na­ła bi­twę pod Au­ster­litz lub Dre­znem. Bi­twa pod Con­cord![327] Po stro­nie pa­trio­tów dwóch za­bi­tych, a Lu­ther Blan­chard ran­ny! Dla­cze­goż tu­taj każ­da mrów­ka była But­fric­kiem? „Ognia! Na mi­łość bo­ską, ognia!” – i ty­sią­ce po­dzie­li­ły los Da­vi­sa i Ho­sme­ra. W bi­twie mró­wek nie brał udzia­łu ani je­den na­jem­nik. Nie mam wąt­pli­wo­ści, że po­dob­nie jak nasi przod­ko­wie wal­czy­ły one o za­sa­dę, a nie o to, aby nie pła­cić trzech pen­sów po­dat­ku za her­ba­tę,[328] i że skut­ki tej bi­twy będą co naj­mniej tak istot­ne i pa­mięt­ne dla tych, któ­rych do­ty­czy, jak kon­se­kwen­cje bi­twy pod Bun­ker Hill.[329]

Pod­nio­słem drza­zgę z trze­ma wal­czą­cy­mi mrów­ka­mi, któ­rym po­świę­ci­łem naj­wię­cej uwa­gi, za­nio­słem ją do domu i umie­ści­łem pod szklan­ką na pa­ra­pe­cie, aby zo­ba­czyć, jak się spra­wa za­koń­czy. Trzy­ma­jąc lupę na­sta­wio­ną na pierw­szą wspo­mnia­ną prze­ze mnie czer­wo­ną mrów­kę, zo­ba­czy­łem, że choć upo­rczy­wie od­gry­za prze­ciw­nicz­ce lewą przed­nią nogę, ode­rwaw­szy jej uprzed­nio ostat­ni czu­łek, wła­sną pierś ma roz­szar­pa­ną i wy­sta­wia wnętrz­no­ści na pa­stwę szczęk czar­nej wo­jow­nicz­ki, któ­rej na­pier­śnik jest naj­wy­raź­niej za gru­by, aby czer­wo­na mo­gła go roz­pruć. Z ciem­nych ru­bi­nów oczu cier­pią­cej zia­ło ta­kie okru­cień­stwo, do ja­kie­go tyl­ko wal­ka po­tra­fi po­bu­dzić. Wal­czy­ły pod szklan­ką jesz­cze pół go­dzi­ny, a gdy po­now­nie na nie spoj­rza­łem, u obu bo­ków czar­nej wo­jow­nicz­ki wi­sia­ły gło­wy prze­ciw­ni­czek, ode­rwa­ne przez nią od od­wło­ków, lecz na­dal da­ją­ce ozna­ki ży­cia, wcze­pio­ne w swo­ją po­grom­czy­nię naj­wy­raź­niej wciąż tak samo moc­no, przy­po­mi­na­ją­ce upior­ne tro­fea u łęku sio­dła. Zwy­cięż­czy­ni usi­ło­wa­ła się od nich uwol­nić, z tru­dem po­dej­mu­jąc wal­kę, po­zba­wio­na ato­li czuł­ków, z za­cho­wa­nym tyl­ko ki­ku­tem jed­nej nogi i nie wiem ilo­ma jesz­cze za­da­ny­mi jej ra­na­mi, zdo­ła­ła tego w koń­cu do­ko­nać do­pie­ro po na­stęp­nej pół­go­dzi­nie. Gdy pod­nio­słem szklan­kę, ode­szła, oka­le­czo­na, po pa­ra­pe­cie. Nie wiem, czy osta­tecz­nie po­zo­sta­ła po tej wal­ce przy ży­ciu i resz­tę swych dni spę­dzi­ła w ja­kimś Hôtel des In­va­li­des[330], po­my­śla­łem ato­li, że w przy­szło­ści nie na wie­le się zda jej gor­li­wość. Ni­g­dy się nie do­wie­dzia­łem, któ­ra stro­na zwy­cię­ży­ła ani też jaki był po­wód wy­bu­chu woj­ny, lecz przez po­zo­sta­łą część dnia czu­łem się tak po­ru­szo­ny i udrę­czo­ny, jak gdy­bym oglą­dał przed swo­imi drzwia­mi bi­twę pro­wa­dzo­ną przez lu­dzi, okrut­ną i krwa­wą.

Kir­by i Spen­ce[331] utrzy­mu­ją, że od daw­na wy­sła­wia się bi­twy mró­wek, jak rów­nież od­no­to­wu­je daty, kie­dy się od­by­ły, ali­ści ich zda­niem Hu­ber[332] jest chy­ba je­dy­nym współ­cze­snym au­to­rem, któ­ry je oglą­dał. „Ene­asz Syl­wiusz[333] – pi­szą – po za­miesz­cze­niu bar­dzo szcze­gó­ło­we­go opi­su jed­nej z bi­tew sto­czo­nych z wiel­ką za­cię­to­ścią mię­dzy ga­tun­kiem du­żych mró­wek i ma­łych na pniu gru­szy, do­da­je, że: «Do star­cia tego do­szło za pon­ty­fi­ka­tu Eu­ge­niu­sza Czwar­te­go[334] w obec­no­ści Ni­co­la­sa Pi­sto­rien­si­sa, sław­ne­go praw­ni­ka, któ­ry opo­wie­dział cały prze­bieg bi­twy z naj­więk­szą wier­no­ścią.» Po­dob­ne zaj­ście mię­dzy ga­tun­kiem du­żych mró­wek i ma­łych od­no­to­wał Olaus Ma­gnus.[335] Po za­koń­cze­niu bi­twy małe mrów­ki, któ­re zwy­cię­ży­ły, po­dob­no po­cho­wa­ły tru­py swo­ich wo­jow­ni­czek, a ol­brzy­mie cia­ła wro­gów po­zo­sta­wi­ły na pa­stwę pta­ków. Zda­rze­nie owo mia­ło miej­sce przed wy­gna­niem ze Szwe­cji ty­ra­na Chri­stier­na Dru­gie­go[336].” Bi­twa mró­wek, któ­rej ja by­łem świad­kiem, od­by­ła się za pre­zy­den­tu­ry Po­lka[337], pięć lat przed wpro­wa­dze­niem Usta­wy o Zbie­głych Nie­wol­ni­kach We­bste­ra[338].

Nie­je­den wiej­ski Bu­rek, na­da­ją­cy się tyl­ko do wy­pę­dza­nia żół­wia błot­ne­go z piw­ni­cy peł­nej wik­tu­ałów, bez wie­dzy pana go­nił po le­sie cięż­ki­mi ła­pa­mi za zdo­by­czą, bez­sku­tecz­nie ob­wą­chu­jąc sta­re li­sie nory i jamy świ­sta­ków; może pro­wa­dził go ja­kiś mały kun­del, któ­ry żwa­wo prze­mie­rzał las i na­tu­ral­nie mógł bu­dzić prze­ra­że­nie wśród jego miesz­kań­ców. Bu­rek nie­spo­dzia­nie po­zo­sta­wał da­le­ko za swo­im prze­wod­ni­kiem, przy­sta­wał, aby ob­szcze­kać – niby wiel­ki byk – małą wie­wiór­kę, ona ucie­ka­ła na drze­wo chcąc mu się le­piej przyj­rzeć, on zaś pę­dził da­lej przy­gi­na­jąc swo­im cię­ża­rem krza­ki do zie­mi, gna­ny wy­obra­że­niem, że jest na tro­pie za­błą­ka­ne­go gry­zo­nia z ro­dzi­ny Ger­bil­lus. Pew­ne­go razu ze zdzi­wie­niem uj­rza­łem kota, któ­ry kro­czył ka­mie­ni­stym brze­giem sta­wu, al­bo­wiem koty rzad­ko tak się od­da­la­ją od domu. Za­sko­cze­nie było wza­jem­ne. Nie­mniej jed­nak oka­zu­je się, że naj­bar­dziej do­mo­wy z ko­tów, wy­le­gu­ją­cy się całe dnie na dy­wa­ni­ku, czu­je się w le­sie jak u sie­bie, a jego prze­bie­głość i umie­jęt­ność skra­da­nia się do­wo­dzi, że jest w więk­szym stop­niu do­sto­so­wa­ny do wa­run­ków ani­że­li sta­li miesz­kań­cy. Kie­dyś bę­dąc na ja­go­dach spo­tka­łem w le­sie kot­kę z mło­dy­mi, ży­ją­cy­mi dzi­ko stwo­rze­nia­mi, któ­re po­dob­nie jak ich mat­ka wy­gię­ły w pa­łąk grzbie­ty i za­wzię­cie na mnie pry­cha­ły. Kil­ka lat przed moim za­miesz­ka­niem w le­sie na jed­nej z farm w Lin­coln, naj­bli­żej po­ło­żo­nej sta­wu, na­le­żą­cej do pana Gi­lia­na Ba­ke­ra trzy­ma­no tak zwa­ne­go „skrzy­dla­te­go kota”. Gdy za­sze­dłem tam, aby go zo­ba­czyć w czerw­cu 1842 roku, wy­brał się wła­śnie swo­im zwy­cza­jem na po­lo­wa­nie (nie je­stem pe­wien, czy to był sa­miec, czy sa­mi­ca, uży­wam za­tem bar­dziej po­spo­li­te­go za­im­ka). Jego pani po­wie­dzia­ła mi, że po­ja­wił się w oko­li­cy po­nad rok wcze­śniej, w kwiet­niu, i w koń­cu wzię­li go do sie­bie do domu. Był ciem­no­brą­zo­wo­sza­rej ma­ści, z bia­łą plam­ką na szyi, z bia­ły­mi łap­ka­mi i miał duży pu­szy­sty ogon po­dob­ny do li­sie­go; w zi­mie sierść mu gęst­nia­ła i ukła­da­jąc się pła­sko wzdłuż bo­ków, two­rzy­ła pa­sma o dzie­się­ciu, dwu­na­stu ca­lach dłu­go­ści i dwóch i pół sze­ro­ko­ści, a na pod­gar­dlu ro­bi­ła mu się muf­ka luź­na w gór­nej czę­ści, w dol­nej zaś zbi­ta w kła­ki ni­czym woj­łok – wio­sną owe do­dat­ki li­nia­ły. Go­spo­da­rze dali mi parę jego „skrzy­deł”, któ­re trzy­mam do dziś dnia. Nie ma w nich śla­du bło­ny. Nie­któ­rzy uwa­ża­li, że była to po czę­ści fru­wa­ją­ca wie­wiór­ka lub inne dzi­kie zwie­rzę, co nie jest nie­moż­li­we, al­bo­wiem we­dług przy­rod­ni­ków, w wy­ni­ku skrzy­żo­wa­nia kuny z ko­tem do­mo­wym ro­dzą się płod­ne hy­bry­dy. Gdy­bym chciał mieć kota, ten był­by dla mnie naj­wła­ściw­szy, wszak dla­cze­go kot po­ety nie miał­by mieć skrzy­deł, po­dob­nie jak jego koń[339]?

Je­sie­nią po­ja­wił się jak za­wsze nur (Co­lym­bus gla­cia­lis), aby tra­cić pió­ra i ką­pać się w sta­wie, na­peł­nia­jąc las swo­im dzi­kim śmie­chem, za­nim wsta­łem z łóż­ka. Gdy roz­cho­dzi się wia­do­mość o jego przy­lo­cie, wszy­scy my­śli­wi z Mill-dam[340] po­sta­wie­ni są w stan go­to­wo­ści i ru­sza­ją dwu­kół­ka­mi, pie­szo, dwój­ka­mi i trój­ka­mi, wy­po­sa­że­ni w po­pu­lar­ne strzel­by, stoż­ko­wa­te kule i lu­ne­ty. Prze­mie­rza­ją las sze­lesz­cząc jak je­sien­ne li­ście, co naj­mniej dzie­się­ciu lu­dzi na jed­ne­go nura. Jed­ni usta­wia­ją się po tej stro­nie sta­wu, inni po dru­giej, al­bo­wiem bied­ny ptak nie może być wszech­obec­ny – je­śli za­nur­ku­je po tej stro­nie, wy­pły­nie po tam­tej. Lecz na­gle pod­no­si się przy­ja­zny paź­dzier­ni­ko­wy wiatr, sze­le­ści li­ść­mi i marsz­czy po­wierzch­nię wody, tak że nie sły­chać ani nie wi­dać żad­ne­go nura, cho­ciaż jego prze­ciw­ni­cy prze­cze­su­ją staw lu­ne­ta­mi, a po le­sie nio­są się od­gło­sy ich strza­łów. Fale pod­no­szą się wspa­nia­ło­myśl­nie i pę­dzą za­gnie­wa­ne, bio­rąc stro­nę wszyst­kich pta­ków wod­nych, prze­to nasi my­śli­wi mu­szą wy­ko­nać od­wrót do mia­sta, warsz­ta­tu i nie skoń­czo­nej pra­cy. Jak­że czę­sto jed­nak ich wy­pra­wy uwień­czo­ne były po­wo­dze­niem. Gdy wcze­śnie rano wy­cho­dzi­łem za­czerp­nąć wia­dro wody, czę­sto wi­dy­wa­łem tego wspa­nia­łe­go pta­ka kil­ka prę­tów da­lej, jak wy­pły­wał z mo­jej za­tocz­ki. Je­śli po­dej­mo­wa­łem pró­bę prze­ści­gnię­cia go łód­ką, aby zo­ba­czyć, jaki wy­ko­na ma­newr, nur­ko­wał i zu­peł­nie zni­kał, tak że nie mo­głem go znów wy­pa­trzyć nie­kie­dy przez resz­tę dnia. Wsze­la­ko gdy­by trzy­mał się po­wierzch­ni, za­pę­dził­bym go w kozi róg. Prze­waż­nie od­la­ty­wał w desz­czu.

Pew­ne­go razu w bar­dzo spo­koj­ne paź­dzier­ni­ko­we po­po­łu­dnie wio­sło­wa­łem wzdłuż pół­noc­ne­go brze­gu, al­bo­wiem zwłasz­cza w ta­kie dni nury trzy­ma­ją się je­zior, po­dob­nie jak puch mle­czy, roz­glą­da­łem się da­rem­nie szu­ka­jąc tego do­stoj­ne­go pta­ka, aż tu na­gle uka­zał mi się kil­ka prę­tów przede mną, pły­nąc od stro­ny brze­gu ku środ­ko­wi – za­niósł się swym dzi­kiem śmie­chem, któ­ry go zdra­dził. Za­czą­łem wio­sło­wać w po­ści­gu, lecz on za­nur­ko­wał, a gdy wy­pły­nął, znaj­do­wa­łem się bli­żej nie­go ani­że­li przed­tem. Znów za­nur­ko­wał, nie prze­wi­dzia­łem jed­nak wła­ści­wie kie­run­ku, w ja­kim się uda, i gdy wy­pły­nął na po­wierzch­nię, tym ra­zem dzie­li­ło nas oko­ło pięć­dzie­się­ciu prę­tów, al­bo­wiem po­mo­głem mu się od­da­lić. I znów śmiał się dłu­go i gło­śno, ma­jąc ku temu wię­cej po­wo­dów ani­że­li uprzed­nio. Wy­ko­ny­wał tak spryt­ne ma­new­ry, że nie mo­głem się do nie­go zbli­żyć na sześć prę­tów. Za każ­dym ra­zem gdy wy­pły­wał na po­wierzch­nię, ob­ra­ca­jąc gło­wą to w jed­ną stro­nę, to w dru­gą, z opa­no­wa­niem przy­glą­dał się wo­dzie i zie­mi i w spo­sób oczy­wi­sty wy­bie­rał taki kie­ru­nek, dzię­ki któ­re­mu mógł po­tem wy­pły­nąć na sze­ro­kiej wo­dzie i w naj­więk­szej od­le­gło­ści od łód­ki. Za­dzi­wia­ją­ce, jak szyb­ko po­dej­mo­wał de­cy­zje i wy­ko­ny­wał swe po­sta­no­wie­nia. Pew­ne­go razu wy­wiódł mnie na naj­szer­sze wody i nie po­tra­fi­łem go stam­tąd wy­wa­bić. Po­wsta­łą w jego mó­zgu myśl usi­ło­wa­łem wnet od­gad­nąć swo­im mó­zgiem. Była to przy­jem­na gra pro­wa­dzo­na na gład­kiej po­wierzch­ni sta­wu – czło­wiek prze­ciw nu­ro­wi. Na­gle pio­nek two­je­go ad­wer­sa­rza zni­ka pod sza­chow­ni­cą, ty zaś mu­sisz usta­wić swój naj­bli­żej miej­sca, w któ­rym tam­ten znów się po­ja­wi. Nie­kie­dy wy­pły­wał nie­spo­dzia­nie z mo­jej dru­giej stro­ny, naj­wy­raź­niej prze­pły­nąw­szy wprost pod łód­ką. Miał ta­kie zdro­we płu­ca i był tak nie­zmor­do­wa­ny, że po naj­dłuż­szym kur­sie znów mimo wszyst­ko na­tych­miast się za­nu­rzał, a wów­czas ża­den umysł nie po­tra­fił prze­wi­dzieć, gdzie – ukry­ty na głę­bo­kiej wo­dzie pod gład­ką po­wierzch­nią – może mknąć jak ryba, al­bo­wiem miał czas i moż­li­wo­ści, aby do­trzeć do dna sta­wu w naj­głęb­szym miej­scu. Po­dob­no w je­zio­rach No­we­go Jor­ku ła­pa­no nury na głę­bo­ko­ści osiem­dzie­się­ciu stóp, na ha­czy­ki uży­wa­ne do ło­wie­nia pstrą­gów. Lecz Wal­den jest głęb­szy. Z ja­kim­że zdzi­wie­niem mu­szą pa­trzeć ryby na tego nie­zgrab­ne­go go­ścia z in­nej sfe­ry, mkną­ce­go wśród ich ła­wic! A jed­nak od­no­si­ło się wra­że­nie, że pod wodą nur czu­je się tak pew­nie jak na po­wierzch­ni, pły­wa zaś o wie­le szyb­ciej. Raz czy dwa, gdy pod­pły­nął pod lu­stro wody, do­strze­głem na niej zmarszcz­kę – on zaś tyl­ko wy­sta­wił gło­wę, aby zo­rien­to­wać się w sy­tu­acji, i znów na­tych­miast dał nur­ka. Stwier­dzi­łem, że rów­nie do­brze mogę wes­przeć się na wio­słach i od­po­czy­wać w ocze­ki­wa­niu, że znów się po­ja­wi, jak usi­ło­wać ob­li­czyć, gdzie wy­pły­nie, al­bo­wiem kie­dy wy­si­la­łem wzrok lu­stru­jąc po­wierzch­nię w jed­nym kie­run­ku, wciąż od nowa za­ska­ki­wał mnie od tyłu, wy­bu­cha­jąc swym nie­ziem­skim śmie­chem. Lecz dla­cze­go wy­ka­zu­jąc taką prze­bie­głość, nie­zmien­nie zdra­dzał tym gło­śnym śmie­chem swą obec­ność w chwi­li wy­nu­rze­nia? Czyż jego bia­ła pierś nie­do­sta­tecz­nie go zdra­dza­ła? Moim zda­niem był w isto­cie głu­pim nu­rem. Prze­waż­nie gdy wy­pły­wał, sły­sza­łem plusk wody, czy­li dzię­ki temu rów­nież mo­głem go wy­kryć. Po go­dzi­nie wy­da­wał się tak samo nie zmę­czo­ny jak na po­cząt­ku, miał ocho­tę nur­ko­wać i pły­wać jesz­cze da­lej. Za­dzi­wia­ją­ce, z ja­kim spo­ko­jem i god­nie wy­pię­tą pier­sią od­pły­wał po uka­za­niu się na po­wierzch­ni, usil­nie pra­cu­jąc wy­łącz­nie płe­two­wa­ty­mi no­ga­mi pod wodą. Jego zna­kiem roz­po­znaw­czym był ów de­mo­nicz­ny śmiech, przy­po­mi­na­ją­cy jed­nak inne gło­sy ptac­twa wod­ne­go, lecz od cza­su do cza­su, gdy z naj­więk­szym po­wo­dze­niem uda­wa­ło mu się mnie uni­kać przez wy­nu­rza­nie się w du­żej od­le­gło­ści, za­czy­nał prze­cią­gle wyć nie­sa­mo­wi­tym gło­sem, co chy­ba bar­dziej przy­po­mi­na­ło wy­cie wil­ka ani­że­li głos pta­ka – zu­peł­nie jak­by to ja­kieś zwie­rzę przy­ło­ży­ło pysk do zie­mi i roz­myśl­nie wyło. Tak brzmia­ło jego nu­ro­wa­nie – chy­ba naj­dzik­szy dźwięk, jaki może się tu roz­le­gać na­peł­nia­jąc lasy swym echem wzdłuż i wszerz. Do­sze­dłem do wnio­sku, że śmiał się, aby szy­dzić z mo­ich wy­sił­ków, ab­so­lut­nie pe­wien wła­snych moż­li­wo­ści. Wpraw­dzie do tej pory nie­bo zdą­ży­ło się za­chmu­rzyć, ato­li staw był tak gład­ki, że nie sły­sząc nura wi­dzia­łem, gdzie wy­chy­lał się na po­wierzch­nię. Jego bia­ła pierś, bez­ruch po­wie­trza i gładź wody dzia­ła­ły prze­ciw­ko nie­mu. W koń­cu od­pły­nąw­szy pięć­dzie­siąt prę­tów da­lej, za­wył po swo­je­mu prze­cią­głym gło­sem, jak gdy­by wo­ła­jąc o po­moc do boga nu­rów – na­gle nad­le­ciał od wscho­du wiatr, zmarsz­czył lu­stro wody i wy­peł­nił po­wie­trze mgli­stym desz­czem. Od­nio­słem ta­kie wra­że­nie, jak gdy­by mo­dli­twa nura zo­sta­ła wy­słu­cha­na i jego bóg roz­gnie­wał się na mnie, to­też po­zo­sta­wi­łem pta­ka, któ­ry zni­kał hen w od­da­li na wzbu­rzo­nym sta­wie.

W je­sien­ne dni go­dzi­na­mi ob­ser­wo­wa­łem kacz­ki, jak spryt­nie la­wi­ru­ją i zmie­nia­ją kie­ru­nek pły­wa­nia trzy­ma­jąc się środ­ka sta­wu, da­le­ko od my­śli­wych – mniej będą po­trze­bo­wa­ły sto­so­wać te sztucz­ki na roz­le­wi­skach Lu­izja­ny. Zmu­szo­ne wzbić się w górę, nie­kie­dy dłu­go krą­ży­ły nad sta­wem na du­żej wy­so­ko­ści, skąd bez tru­du wi­dzia­ły inne sta­wy i rze­kę. Wy­glą­da­ły jak czar­ne punk­ci­ki na nie­bie. A gdy my­śla­łem, że daw­no już stąd od­le­cia­ły, opa­da­ły sko­śnym lo­tem ćwierć mili da­lej na od­le­gły te­ren, któ­ry po­zo­sta­wał wol­ny. Lecz nie wiem, co poza po­czu­ciem bez­pie­czeń­stwa zy­ski­wa­ły pły­wa­jąc na środ­ku Wal­de­nu, chy­ba że ko­cha­ją jego wody z tych sa­mych wzglę­dów, z ja­kich ja je ko­cham.


 


[318] Był nim Wil­liam El­le­ry Chan­ning młod­szy. W dia­lo­gu, któ­ry na­stę­pu­je, Tho­re­au to pu­stel­nik, a Chan­ning to po­eta. J. Lyn­don Shan­ley w The Ma­king of Wal­den (Chi­ca­go 1957) su­ge­ru­je, że Tho­re­au wpro­wa­dził ten dia­log jako za­baw­ne in­ter­lu­dium mię­dzy po­przed­nim roz­dzia­łem a bie­żą­cym ze wzglę­du na róż­ni­cę we „wznio­sło­ści” ich te­ma­ty­ki.

[319] Chan­ning pły­nął wzdłuż wy­brze­ża Hisz­pa­nii w dro­dze do Włoch w 1846 roku.

[320] Nie­prze­tłu­ma­czal­na gra słów. W ory­gi­na­le I wo­uld whi­stle for (za­gwiz­dał­bym na) ma rów­nież prze­no­śne idio­ma­tycz­ne zna­cze­nie „cze­kał­bym da­rem­nie”.

[321] Pil­pay, zna­ny rów­nież jako Bid­pai, rze­ko­my au­tor Pań­cza­tantry. Tho­re­au po­znał san­skryc­kie baj­ki w an­giel­skim prze­kła­dzie. Emer­son tak­że wy­ko­rzy­stał kil­ka z nich w pi­śmie „Dial”.

[322] Był nim Lo­uis Agas­siz. Pod ko­niec lat 1840-ych Tho­re­au zbie­rał dla nie­go róż­ne od­mia­ny ryb, ga­dów i ssa­ków. Agas­siz pra­co­wał nad kla­sy­fi­ka­cją ga­tun­ków na Uni­wer­sy­te­cie Ha­rvar­da.

[323] Na­stę­pu­ją­cy po­ni­żej opis bi­twy mró­wek na­le­ży do naj­słyn­niej­szych frag­men­tów książ­ki.

[324] Na ich cze­le Achil­les ru­szył pod Tro­ję. Patrz też: Gdzie ży­łem… przyp. 14.

[325] De­wi­za re­gi­men­tów księ­cia Ken­tu.

[326] W dzie­sią­tym roku ob­lę­że­nia Troi Achil­les, ob­ra­żo­ny za ode­bra­nie mu przez Aga­mem­no­na bran­ki Bry­ze­idy, wy­co­fał się z wal­ki. Do­pie­ro zroz­pa­czo­ny śmier­cią przy­ja­cie­la Pa­tro­klo­sa pod­jął wal­kę na nowo.

[327] Bi­twa pod Con­cord, sto­czo­na z Bry­tyj­czy­ka­mi 19 kwiet­nia 1775 r., jest jed­ną z naj­słyn­niej­szych bi­tew w hi­sto­rii Ame­ry­ki. Wy­mie­nio­ne na­zwi­ska na­le­żą do sław­nych uczest­ni­ków tej bi­twy.

[328] Mowa o wy­da­rze­niu, któ­re prze­szło do hi­sto­rii pod na­zwą „Bo­ston Tea Par­ty”, a na­stą­pi­ło 16 grud­nia 1773 r. Pa­trio­ci, czy­li zwo­len­ni­cy ode­rwa­nia się ko­lo­nii ame­ry­kań­skich od Ko­ro­ny Bry­tyj­skiej, za­to­pi­li w por­cie bo­stoń­skim 342 skrzy­nie z her­ba­tą, na­le­żą­ce do Kom­pa­nii Wschod­nio­in­dyj­skiej, aby za­pro­te­sto­wać prze­ciw­ko na­kła­da­nym na her­ba­tę po­dat­kom. Wy­da­rze­nie to dało po­czą­tek wal­kom ma­ją­cym na celu zdo­by­cie nie­pod­le­gło­ści.

[329] Bi­twa pod Bun­ker Hill, nie­da­le­ko Bo­sto­nu – sto­czo­na z Bry­tyj­czy­ka­mi 17 czerw­ca 1775. Za­koń­czo­na mi­li­tar­ną klę­ską Ame­ry­ka­nów, oka­za­ła się za­ra­zem ich mo­ral­nym zwy­cię­stwem pro­wa­dzą­cym do zbyt­niej uf­no­ści we wła­sne siły.

[330] Hôtel des In­va­li­des – szpi­tal dla we­te­ra­nów wo­jen­nych w Pa­ry­żu. Obec­nie na jego miej­scu znaj­du­je się gro­bo­wiec Na­po­le­ona.

[331] Wil­liam Kir­by i Wil­liam Spen­ce – dzie­więt­na­sto­wiecz­ni en­to­mo­lo­go­wie ame­ry­kań­scy. Na­stę­pu­ją­cy da­lej cy­tat po­cho­dzi z ich pra­cy An In­tro­duc­tion to En­to­mo­lo­gy, Fi­la­del­fia 1846.

[332] Fran­co­is Hu­ber (1750-1831) – wy­bit­ny en­to­mo­log szwaj­car­ski.

[333] Ene­asz Syl­wiusz Pic­co­lo­mi­ni – pa­pież Pius II (1458-64).

[334] Eu­ge­niusz IV – pa­pież w la­tach 1431-47.

[335] Olaus Ma­gnus (1490-1558) – ar­cy­bi­skup Up­psa­li.

[336] Chri­stiern II – szes­na­sto­wiecz­ny wład­ca Da­nii i Nor­we­gii.

[337] Ja­mes Knox Polk był ame­ry­kań­skim pre­zy­den­tem w la­tach 1845-49.

[338] Da­niel We­bster nie był au­to­rem Usta­wy o Zbie­głych Nie­wol­ni­kach, ale abo­li­cjo­ni­ści z Pół­no­cy otwar­cie go po­tę­pia­li za wkład w jej wpro­wa­dze­nie.

[339] Mowa, oczy­wi­ście, o Pe­ga­zie.

[340] Mill-dam – uli­ca han­dlo­wa w Con­cord.

OGRZEWANIE DOMU

W paź­dzier­ni­ku wy­bra­łem się na wi­no­bra­nie na po­ło­żo­ne nad rze­ką łąki. Ob­ła­do­wa­ny by­łem ki­ścia­mi dro­go­cen­niej­szy­mi ze wzglę­du na ich pięk­no i woń ani­że­li war­to­ści od­żyw­cze. Po­dzi­wia­łem tam rów­nież żu­ra­wi­ny, małe wo­sko­we klej­no­ty, ko­ra­li­ki wśród łą­ko­wej tra­wy, per­ło­wo­czer­wo­ne, któ­re far­mer zry­wa szpet­ny­mi „wi­del­ca­mi” po­zo­sta­wia­jąc gład­ką łąkę zmierz­wio­ną, a żu­ra­wi­ny nie­dba­le od­mie­rza na busz­le i prze­li­cza tyl­ko na do­la­ry, po czym sprze­da­je owe tro­fea łąk do Bo­sto­nu i No­we­go Jor­ku, gdzie prze­zna­czo­ne są na dże­mo­wą masę, któ­ra ma do­go­dzić pod­nie­bie­niom tam­tej­szych mi­ło­śni­ków Na­tu­ry. Po­dob­nie rzeź­ni­cy wy­gra­bia­ją z traw pre­rii bi­zo­nie ję­zo­ry, nie ba­cząc na cier­nie i zwię­dłą ro­ślin­ność. Lśnią­ce owo­ce ber­be­ry­su rów­nież sta­no­wi­ły po­ży­wie­nie, lecz je­dy­nie dla mo­ich oczu; zde­cy­do­wa­łem się ato­li ze­brać mały za­pas dzi­kich ja­błek na kom­pot, prze­oczo­nych przez wła­ści­cie­la i wę­drow­ców. Gdy doj­rza­ły kasz­ta­ny, uzbie­ra­łem ich na zimę pół busz­la. Jak­że pa­sjo­nu­ją­ca o tej po­rze roku była włó­czę­ga po nie­zmie­rzo­nych wów­czas la­sach kasz­ta­now­ców w po­bli­żu Lin­coln – te­raz śpią one głę­bo­kim snem pod to­ra­mi ko­lei[341] – z tor­bą na ra­mie­niu i ki­jem do roz­bi­ja­nia łu­pin w ręce, al­bo­wiem nie za­wsze cze­ka­łem na mróz, po­śród sze­le­stu li­ści i gło­śnych wy­mó­wek wie­wió­rek i só­jek, któ­rym nie­kie­dy kra­dłem na wpół ogry­zio­ne kasz­ta­ny, gdyż one były nie­omyl­ne w wy­bo­rze przed­nich oka­zów. Nie­kie­dy wspi­na­łem się na drze­wa i po­trzą­sa­łem ga­łę­zia­mi. Kasz­ta­now­ce ro­sły rów­nież za moim do­mem, a je­den roz­ło­ży­sty, któ­ry go nie­mal cał­kiem ocie­niał, sto­jąc w kwia­tach two­rzył bu­kiet pach­ną­cy na całą oko­li­cę, lecz wie­wiór­ki i sój­ki wcho­dzi­ły w po­sia­da­nie więk­szo­ści jego owo­ców; sój­ki przy­by­wa­ły sta­da­mi wcze­snym ran­kiem i wy­dzio­by­wa­ły kasz­ta­ny z łu­pin, za­nim zdą­ży­ły one spaść na zie­mię. Zrze­ka­łem się tych drzew na ich rzecz i od­wie­dza­łem bar­dziej od­da­lo­ne lasy sa­mych kasz­ta­now­ców. Je­śli idzie o kasz­ta­ny, to świet­nie za­stę­po­wa­ły chleb. Jak­kol­wiek moż­na by pew­nie zna­leźć wie­le in­nych jego na­mia­stek. Pew­ne­go dnia, gdy ko­pa­łem w zie­mi szu­ka­jąc ro­ba­ków na ryby, na­tra­fi­łem na orzech ziem­ny (Apios tu­be­ro­sa) przy­twier­dzo­ny do pod­ło­ża kłą­czem – ziem­niak tu­byl­czych lu­dów, ro­dzaj ba­jecz­ne­go owo­cu; za­czą­łem wąt­pić, czy kie­dy­kol­wiek w dzie­ciń­stwie rze­czy­wi­ście wy­ko­pa­łem go i zja­dłem, zgod­nie z moją opo­wie­ścią, czy tyl­ko o tym śni­łem. Od tego cza­su czę­sto wi­dy­wa­łem jego czer­wo­ne po­marsz­czo­ne i ak­sa­mit­ne kwia­ty pod­pie­ra­ne przez ło­dy­gi in­nych ro­ślin, nie wie­dząc, że to wła­śnie on. Upra­wa zie­mi nie­mal go wy­ple­ni­ła. Ma on słod­ka­wy smak po­dob­ny do zmar­z­łe­go ziem­nia­ka i le­piej sma­ko­wał mi go­to­wa­ny ani­że­li pie­czo­ny. Bul­wa ta była jak gdy­by nie­śmia­łą obiet­ni­cą Na­tu­ry, że kie­dyś w przy­szło­ści bę­dzie ona tu­taj wy­cho­wy­wa­ła swo­je dzie­ci i za­pew­nia­ła im pro­ste po­ży­wie­nie. W tej do­bie tu­czo­ne­go by­dła i fa­lu­ją­cych pól zbo­ża ów skrom­ny ko­rzeń, któ­ry był ongi to­te­mem ple­mie­nia in­diań­skie­go, jest cał­kiem za­po­mnia­ny lub zna­ny tyl­ko ze swo­ich kwit­ną­cych pę­dów. Lecz je­śli tyl­ko znów za­pa­nu­je tu­taj dzi­ka Na­tu­ra, de­li­kat­ne i zbyt­kow­ne an­giel­skie zbo­że pew­nie znik­nie wy­gna­ne przez mi­ria­dy wro­gów, może ostat­nie jego ziar­no – za­nie­cha­ne przez czło­wie­ka – kruk za­nie­sie z po­wro­tem na wiel­kie pole in­diań­skie­go boga na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie, skąd po­dob­no je przy­niósł; na­to­miast orzech ziem­ny, któ­ry te­raz nie­mal wy­gi­nął, może od­ro­dzi się i buj­nie roz­ro­śnie mimo mro­zów i dzi­kich wa­run­ków jako za­ko­rze­nio­na tu ro­śli­na, i od­zy­ska swo­je daw­ne zna­cze­nie oraz god­ność po­ży­wie­nia ple­mion my­śliw­skich. Wy­na­la­zła go i uży­czy­ła nam ja­kaś in­diań­ska Ce­res czy Mi­ner­wa, to­też gdy roz­pocz­nie się tu era rzą­dów po­ezji, li­ście i kłą­cza orze­cha znaj­dą od­zwier­cie­dle­nie w na­szych dzie­łach sztu­ki.

Już przed pierw­szym wrze­śnia stwier­dzi­łem, że na prze­ciw­le­głym brze­gu sta­wu kil­ka ma­łych klo­nów ob­la­ło się szkar­ła­tem; sta­ły pod roz­wi­dle­niem bia­łych pni trzech osik, na cy­plu, tuż przy wo­dzie. Ach, ileż ba­jecz­nych opo­wie­ści kry­ło się w ich ko­lo­rze! Stop­nio­wo z ty­go­dnia na ty­dzień ob­ja­wiał się cha­rak­ter każ­de­go z drzew po­dzi­wia­ją­cych swe od­bi­cie w gład­kim lu­strze je­zio­ra. Co rano ku­stosz tej ga­le­rii za­mie­niał na jej ścia­nach ja­kiś sta­ry ob­raz na nowy, wy­róż­nia­ją­cy się bar­dziej olśnie­wa­ją­cy­mi i har­mo­nij­ny­mi bar­wa­mi.

W paź­dzier­ni­ku do­mo­stwo moje od­wie­dza­ły ty­sią­ca­mi osy, jak gdy­by ścią­ga­jąc na zi­mo­we kwa­te­ry, sa­do­wiąc się od środ­ka na oknach i na ścia­nach nad gło­wą, co nie­kie­dy od­stra­sza­ło go­ści od wej­ścia. Co rano wy­rzu­ca­łem ich kil­ka, zdrę­twia­łych z zim­na, na dwór, lecz nie za­da­wa­łem so­bie zbyt wie­le tru­du, aby się ich w ogó­le po­zbyć, na­wet uwa­ża­łem, że spo­tka­ło mnie z ich stro­ny wy­róż­nie­nie, je­śli wy­bra­ły mój dom na miłe schro­nie­nie. Ni­g­dy po­waż­nie mi się nie na­przy­krza­ły, cho­ciaż spę­dza­ły u mnie noce. Po­tem stop­nio­wo znik­nę­ły w nie­wia­do­mych mi szpa­rach, cho­wa­jąc się przed zimą i nie­wy­po­wie­dzia­nym chło­dem.

Ja sam, po­dob­nie jak osy, przed osta­tecz­nym uda­niem się w li­sto­pa­dzie na zi­mo­wą kwa­te­rę od­wie­dza­łem pół­noc­no-wschod­nią stro­nę Wal­de­nu, któ­rą słoń­ce – od­bi­ja­ją­ce się od so­sno­we­go lasu i ka­mie­ni­ste­go brze­gu – za­mie­ni­ło w ko­mi­nek sta­wu. O ile przy­jem­niej i zdro­wiej jest grzać się w słoń­cu, je­śli moż­na, ani­że­li przy sztucz­nie roz­pa­lo­nym ogniu. To­też ogrze­wa­łem się przy na­dal roz­ża­rzo­nych wę­glach, któ­re po­zo­sta­wi­ło lato niby ru­sza­ją­cy w dal­szą dro­gę my­śli­wy. Gdy za­bra­łem się do bu­do­wy ko­mi­na, uczy­łem się mu­rar­ki. Po­nie­waż ce­gły mia­łem uży­wa­ne, na­le­ża­ło je oczy­ścić kiel­nią, prze­to do­wie­dzia­łem się wię­cej ani­że­li w in­nych wa­run­kach o wła­ści­wo­ściach ce­gieł i kiel­ni. Za­pra­wa na nich mia­ła pięć­dzie­siąt lat i po­dob­no na­dal się utwar­dza­ła, lecz to jed­no z owych twier­dzeń, któ­re lu­dzie uwiel­bia­ją po­wta­rzać, nie­za­leż­nie od tego, czy są praw­dzi­we, czy nie. Ta­kie twier­dze­nia same co­raz bar­dziej się utwar­dza­ją i w mia­rę upły­wu lat co­raz bar­dziej przy­wie­ra­ją, aż trze­ba wie­lu ude­rzeń kiel­ni, aby oczy­ścić je ze sta­rej i wąt­pli­wej mą­dro­ści. Wie­le wio­sek w Me­zo­po­ta­mii zbu­do­wa­no ze sta­rych ce­gieł bar­dzo do­brej ja­ko­ści, po­cho­dzą­cych z ruin Ba­bi­lo­nu, a spo­iwo na nich jest star­sze i praw­do­po­dob­nie jesz­cze tward­sze. Jak­kol­wiek spra­wa się przed­sta­wia, ude­rzy­ła mnie szcze­gól­na od­por­ność sta­li, któ­rej nie zdo­ła­ły znisz­czyć licz­ne sil­ne cio­sy.Jako że z mo­ich ce­gieł już uprzed­nio był zbu­do­wa­ny ko­min, cho­ciaż nie mo­głem od­czy­tać na nich imie­nia Na­bu­cho­do­no­zor, aby oszczę­dzić so­bie pra­cy i strat, na­zbie­ra­łem tyle ko­min­ko­wych ce­gieł, ile tyl­ko uda­ło mi się zna­leźć, a prze­strze­nie mię­dzy nimi przy pa­le­ni­sku wy­peł­nia­łem nad­brzeż­ny­mi ka­mie­nia­mi, łą­cząc za­pra­wą z bia­łe­go pia­chu, rów­nież po­cho­dzą­ce­go znad sta­wu. Naj­wię­cej cza­su ze­szło mi na bu­do­wie pa­le­ni­ska jako naj­istot­niej­sze­go miej­sca w domu. Istot­nie, pra­co­wa­łem tak nie­spiesz­nie, że choć rano roz­po­czy­na­łem ro­bo­tę tuż przy zie­mi, war­stwa ce­gieł wznie­sio­na kil­ka cali nad pod­ło­gę słu­ży­ła mi wie­czo­rem za po­dusz­kę; a jed­nak, o ile pa­mię­tam, to nie z tego po­wo­du ze­sztyw­niał mi kark, mia­łem bo­wiem z nim kło­po­ty już o wie­le wcze­śniej. W tym mniej wię­cej okre­sie przy­ją­łem na miesz­ka­nie po­etę na dwa ty­go­dnie, co spra­wi­ło, że chcąc go po­mie­ścić zo­sta­łem wy­sta­wio­ny na pró­bę. Przy­niósł swój wła­sny nóż, cho­ciaż ja mia­łem dwa. Oczysz­cza­li­śmy je przez wbi­ja­nie w zie­mię. Pra­ce przy go­to­wa­niu wy­ko­ny­wa­li­śmy wspól­nie. Cie­szy­łem się pa­trząc, jak ro­bo­ta stop­nio­wo się po­su­wa, wy­ko­ny­wa­na tak rze­tel­nie i so­lid­nie, i do­cho­dzi­łem do wnio­sku, że jej po­wol­ne tem­po wró­ży trwa­łe efek­ty. Ko­min jest do pew­ne­go stop­nia nie­za­leż­ną bu­dow­lą, al­bo­wiem sto­jąc na zie­mi, prze­cho­dzi przez dom i wzno­si się ku nie­bu; nie­kie­dy prze­trwa na­wet po­żar domu. Waż­kość jego roli oraz nie­za­leż­ność są oczy­wi­ste. Bu­do­wa od­by­wa­ła się pod ko­niec lata. Te­raz był li­sto­pad.

Pół­noc­ny wiatr za­czął już ochła­dzać wodę w sta­wie, cho­ciaż aby do­pro­wa­dzić swą pra­cę do koń­ca, mu­siał sta­le dąć przez wie­le ty­go­dni, al­bo­wiem staw jest bar­dzo głę­bo­ki. Gdy za­czą­łem wie­czo­ra­mi roz­pa­lać ogień, za­nim otyn­ko­wa­łem dom, dym szcze­gól­nie do­brze prze­do­sta­wał się przez ko­min dzię­ki licz­nym szcze­li­nom mię­dzy de­ska­mi. Jed­nak­że w tej chłod­nej i prze­wiew­nej izbie spę­dzi­łem kil­ka we­so­łych wie­czo­rów w oto­cze­niu szorst­kich brą­zo­wych sę­ka­tych de­sek i ob­ro­słych korą kro­kwi wy­so­ko nad gło­wą. Po otyn­ko­wa­niu dom już tak mile nie wa­bił oka, cho­ciaż mu­sia­łem przy­znać, że zro­bił się wy­god­niej­szy. Czyż wszyst­kie za­miesz­ki­wa­ne przez czło­wie­ka po­miesz­cze­nia nie po­win­ny być na tyle wy­so­kie, aby nad gło­wą po­zo­sta­wał nie­ja­sny ob­szar, w któ­rym wie­czo­rem igra­ły­by mi­go­cą­ce cie­nie mię­dzy kro­kwia­mi? Owe for­my mil­sze są fan­ta­zji i wy­ob­raź­ni ani­że­li fre­ski czy inne naj­kosz­tow­niej­sze wy­po­sa­że­nie domu. Mogę po­wie­dzieć, że do­pie­ro od tej chwi­li za­czą­łem na­praw­dę za­miesz­ki­wać w swo­im domu, al­bo­wiem szu­ka­łem w nim za­rów­no cie­pła, jak i schro­nie­nia. Mia­łem u ko­min­ka sta­rą parę wil­ków, dzię­ki któ­rej bier­wio­na po­zo­sta­wa­ły poza pa­le­ni­skiem; z upodo­ba­niem ob­ser­wo­wa­łem, jak w głę­bi zbu­do­wa­ne­go prze­ze mnie ko­mi­na osia­da sa­dza, jak rów­nież czu­łem, że mam więk­sze ani­że­li zwy­kle pra­wo do grze­ba­nia w ogniu, co da­wa­ło mi wię­cej za­do­wo­le­nia. Po­miesz­cze­nie było małe, to­też z tru­dem bu­dził­bym w nim echa, lecz za­ra­zem wy­da­wa­ło się więk­sze ze wzglę­du na to, że sta­no­wi­ło osob­ne miesz­ka­nie, od­da­lo­ne po­nad­to od są­sia­dów. W jed­nej izbie sku­pia­ły się wszyst­kie do­mo­we atrak­cje – była kuch­nią, sy­pial­nią, sa­lo­nem i po­ko­jem naj­chęt­niej uży­wa­nym przez do­mow­ni­ków; z za­miesz­ki­wa­nia w tym domu czer­pa­łem prze­to wszel­kie­go ro­dza­ju za­do­wo­le­nie, ja­kie może czer­pać ro­dzic lub dziec­ko, pan czy słu­żą­cy. Ka­ton twier­dzi, że gło­wa ro­dzi­ny (pa­ter fa­mi­lias) musi w swej wiej­skiej wil­li po­sia­dać „cel­lam ole­ariam, vi­na­riam, do­lia mul­ta, uti lu­be­at ca­ri­ta­tem expec­ta­re: et rei et vir­tu­ti et glo­riae erit”,[342] to zna­czy „piw­ni­cę z oli­wą i wi­nem, a w niej wie­le be­czek, aby z przy­jem­no­ścią moż­na było my­śleć o cięż­kich cza­sach; przy­nie­sie mu to po­ży­tek, za­pew­ni o jego cno­cie i przy­spo­rzy mu chwa­ły”. Ja w mo­jej piw­ni­cy trzy­ma­łem pół ba­ry­ły ziem­nia­ków, oko­ło dwóch kwart gro­chu z woł­kiem zbo­żo­wym, a na pół­ce odro­bi­nę ryżu, słój me­la­sy i po garn­cu żyta i mąki ku­ku­ry­dzia­nej.

Nie­kie­dy ma­rzę o więk­szym domu ro­ją­cym się od miesz­kań­ców, po­sta­wio­nym w zło­tym wie­ku, z trwa­łe­go bu­dul­ca, bez ozdob­nych śli­macz­nic[343], o domu, któ­ry jed­nak skła­dał­by się tyl­ko z jed­ne­go po­miesz­cze­nia – ogrom­nej, su­ro­wej, so­lid­nej, pry­mi­tyw­nej izby bez su­fi­tu i nie otyn­ko­wa­nej, z na­gi­mi kro­kwia­mi i pła­twia­mi wspie­ra­ją­cy­mi ro­dzaj niż­sze­go nie­ba nad gło­wą, chro­nią­ce­go przed desz­czem i śnie­giem. O domu, w któ­rym fi­lar kró­la i fi­lar kró­lo­wej[344] sta­ły­by na eks­po­no­wa­nych miej­scach, aby przyj­mo­wać hołd skła­da­ny im po uprzed­nim od­da­niu na pro­gu czci po­wa­lo­ne­mu Sa­tur­no­wi[345] z daw­niej pa­nu­ją­ce­go rodu. O prze­past­nym domu, któ­re­go dach moż­na doj­rzeć tyl­ko w świe­tle la­tar­ni na pod­nie­sio­nej wy­so­ko żer­dzi. O domu, w któ­rym moż­na miesz­kać w ko­min­ku, w ni­szy okien­nej, w skrzy­niach słu­żą­cych za ławy, w jed­nym koń­cu izby czy w dru­gim albo też wy­so­ko na kro­kwiach ra­zem z pa­ją­ka­mi, je­śli ma się na to ocho­tę. O domu, do któ­re­go aby wejść, wy­star­czy otwo­rzyć drzwi, bez zbęd­nych ce­re­gie­li. O domu, w któ­rym stru­dzo­ny wę­dro­wiec może się umyć, zjeść, po­roz­ma­wiać i prze­spać się, i nie ru­szać w dal­szą dro­gę. O ta­kim schro­nie­niu, do któ­re­go chcia­ło­by się tra­fić w burz­li­wą noc, ma­ją­cym wszel­kie nie­zbęd­ne atry­bu­ty domu, lecz żad­nych cech go­spo­dar­stwa do­mo­we­go. O schro­nie­niu, któ­re­go wszyst­kie do­mo­we skar­by wi­dać na pierw­szy rzut oka i gdzie wszyst­ko, co może się czło­wie­ko­wi przy­dać, wisi na koł­ku. O schro­nie­niu bę­dą­cym za­ra­zem kuch­nią, spi­żar­nią, sa­lo­nem, sy­pial­nią, skła­dzi­kiem i stry­chem; w któ­rym moż­na uj­rzeć ta­kie po­trzeb­ne sprzę­ty jak becz­ka czy dra­bi­na oraz ta­kie wy­god­ne jak sza­fa; w któ­rym moż­na usły­szeć po­mru­ku­ją­cy czaj­nik i zło­żyć usza­no­wa­nie ognio­wi go­tu­ją­ce­mu obiad oraz pie­cy­ko­wi wy­pie­ka­ją­ce­mu chleb; któ­re­go głów­ną ozdo­bę sta­no­wią nie­zbęd­ne me­ble i przy­bo­ry. O domu, w któ­rym nie od­da­je się bie­li­zny do pra­nia, nie wy­ga­sza ognia i nie spra­wia kło­po­tu go­spo­dy­ni, w któ­rym może się zda­rzyć, że po­pro­szą cię, abyś się usu­nął z kla­py w pod­ło­dze, al­bo­wiem ku­charz chce zejść do piw­ni­cy, i wte­dy prze­ko­nasz się bez tu­pa­nia, czy zie­mia pod tobą two­rzy zwar­tą masę, czy jest wy­drą­żo­na. O domu, któ­re­go wnę­trze jest ta­kie otwar­te i całe wi­docz­ne jak pta­sie gniaz­do, tak że nie moż­na wejść fron­to­wy­mi drzwia­mi i wyjść tyl­ny­mi nie do­strze­ga­jąc jego miesz­kań­ców;[346] w któ­rym gość skła­da­ją­cy wi­zy­tę ob­da­ro­wa­ny jest wol­no­ścią po­ru­sza­nia się, a nie zo­sta­je ostroż­nie wy­łą­czo­ny z sied­miu ósmych domu, za­mknię­ty w kon­kret­nej celi przy jed­no­cze­snych za­chę­tach, aby się w niej roz­go­ścił – w tym miej­scu od­osob­nie­nia. W dzi­siej­szych cza­sach go­spo­darz nie do­pusz­cza nas do swo­je­go ogni­ska, lecz naj­mu­je mu­ra­rza, aby ten zbu­do­wał dla nas osob­ne pa­le­ni­sko gdzieś na ubo­czu, al­bo­wiem go­ścin­ność sta­ła się sztu­ką trzy­ma­nia go­ści na naj­więk­szy dy­stans. Przy­rzą­dza­nie po­sił­ków oto­czo­ne jest taką ta­jem­ni­cą, jak gdy­by go­spo­darz miał za­miar nas otruć. Wiem, że by­łem na te­re­nie wie­lu do­mostw, z któ­rych zgod­nie z pra­wem mo­głem zo­stać wy­pro­szo­ny, nie czu­ję jed­nak, że by­łem w wie­lu do­mach. Gdy­bym w swych wę­drów­kach na­tra­fił na taki dom, jaki opi­sa­łem, mógł­bym, odzia­ny w sta­re ubra­nie, zło­żyć wi­zy­tę kró­lo­wi i kró­lo­wej, któ­rzy pro­wa­dzi­li­by w nim pro­ste ży­cie, lecz gdy­by zwa­bio­no m


Date: 2016-01-14; view: 147


<== previous page | next page ==>
GDZIE ŻYŁEM I PO CO 24 page | POPRZEDNI MIESZKAŃCY I ZIMOWI GOŚCIE
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.178 sec.)