Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 5 page

Grupa Anielewicza. którą prowadzono na Umschlagplatz i która nie miała broni, zaczęła bić Niemców rękami. Grupa Pelca, takiego osiemnastoletniego chłopca, drukarza, którą doprowadzono na plac, odmówiła wejścia do wagonu i van Oeppen, komendant Treblinki, rozstrzelał ich wszystkich— sześćdziesięciu ludzi na miejscu Radiostacja Kościuszki, pamiętam, nadawała wtedy apele zagrzewające naród do walki Jakaś kobieta krzyczała: „Do broni”, „Do brom" na tle efektów dźwiękowych, które naśladowały szczęk oręża. Zastanawialiśmy się, czym om tam szczękają, bo co do nas, to mieliśmy wtedy sześćdziesiąt pistoletów

— A wiesz, kto to krzyczał? Ryszarda Hann.

W radiostacji w Kujbyszewie czytała komunikaty, wiersze i apele Powiedziała, że nie można wykluczyć, iż to ona wzywała was do brom Ale wcale nie szczękali prawdziwym orężem. Ryszarda Hann mówi, że w radio mc nie brzmi tak fałszywie, jak autentyczne dźwięki.

— Kiedyś Anielewicz chciał zdobyć jeszcze jeden rewolwer. Zabił na Miłej werkszuca, a po południu tego samego dnia przyjechali Niemcy i w odwet wygarnęli wszystkich z Zamenhofa — od Miłej do Placu Muranowskiego, kilkaset osób. Byliśmy na niego wściekli. Chcieliśmy nawet... Zresztą mniejsza z tym.

W tym domu, od którego zaczęli wygarniać, na rogu Miłej i Zamenhofa, mieszkał mój kolega Hennoch Ruś (To on zresztą przeważył decyzję utworzenia jednej organizacji bojowej w getcie dyskusja trwała wiele godzin i głosowano kilka razy, ale nie można było nic ustalić, bo za każdym razem tyle samo głosów było przeciw, co za W końcu Hennoch właśnie zmienił zdanie, podniósł rękę i zapadła decyzja o utworzeniu ŻOB-u)

Hennoch Ruś miał synka Na początku wojny mały zachorował, potrzebna była transfuzja, dałem mu swoją krew, ale zaraz po transfuzji dziecko zmarło Przypuszczalnie wstrząs po krwi, to się czasami zdarza Hennoch nie powiedział nic, ale mnie odtąd unikał w końcu to moja krew zabiła jego dziecko. Dopiero kiedy zaczęła się akcja, powiedział „Dzięki tobie mój syn zmarł w domu, jak człowiek Jestem ci wdzięczny."

Gromadziliśmy broń

Szmuglowaliśmy ją z aryjskiej strony (siłą braliśmy pieniądze od różnych instytucji i prywatnych osób), wydawaliśmy gazetki — nasze łączniczki woziły je po Polsce

— Ile płaciliście za rewolwer?



— Od trzech do piętnastu tysięcy Im bliżej kwietnia tym drożej zapotrzebowanie na rynku było większe

— A ile płaciło się za ukrywanie Żyda po aryjskiej stronie?

— Dwa, pięć tysięcy. Rozmaicie. W zależności od tego, czy człowiek był podobny do Żyda, czy mówił z akcentem i czy był mężczyzną, czy kobietą

— Więc za jeden rewolwer można było ukrywać przez miesiąc jednego człowieka. Albo dwóch. Albo trzech nawet.

— Można też było za jeden rewolwer wykupić jednego Żyda od szmalcownika.

— Gdyby wtedy postawiono przed wami ten wybór jeden rewolwer czy życie jednego człowieka przez miesiąc.

— Nie stawiano takiego wyboru. Może i lepiej, że nie stawiano.

— Wasze łączniczki woziły gazetki po Polsce..

— Jedna dziewczyna jeździła z nimi do Piotrkowa, do getta. W getcie piotrkowskim byli w gminie nasi ludzie i panował wyjątkowy porządek — nie było kantów i sprawiedliwie dzielono jedzenie i pracę. Ale myśmy byli wtedy młodzi i bezkompromisowi i uważaliśmy, że nie wolno pracować w gminie, bo to jest kolaboracja. Kazaliśmy im uciec stamtąd i przyjechało wtedy do Warszawy parę osób, które trzeba było ukryć, bo Niemcy wszystkich tych radnych z Piotrkowa poszukiwali. Ja opiekowałem się rodziną Kellermanów. Dwa dni przed końcem akcji likwidacyjnej, kiedy wyprowadzano nas z Umschlagplatzu po numerki, zobaczyłem Kellermana. Stał za drzwiami budynku szpitalnego — były to kiedyś oszklone drzwi, ale szyby wybito, a dziury załatano deskami — w szparze między tymi deskami widziałem jego twarz. Dałem mu znak ręką, że widzę go i że po niego przyjdę — i wyprowadzili nas. Wróciłem po paru godzinach, ale za drzwiami nie było nikogo.

Wiesz — widziałem tylu ludzi idących na plac i przedtem, i potem, ale tylko przed tym dwojgiem chciałbym się wytłumaczyć. Miałem się nimi opiekować; i powiedziałem im, że przyjdę, i oni do ostatnich chwil czekali na mnie — a ja przyszedłem za późno.

— Co było z łączniczką, która jeździła do Piotrkowa do getta?

— Nic. Kiedyś w drodze powrotnej złapali ją Ukraińcy i chcieli zastrzelić, ale nasi ludzie zdołali wetknąć im jakieś pieniądze; Ukraińcy postawili ją nad grobem, strzelili ślepymi nabojami, ona udała, że pada, a potem nadal woziła do Piotrkowa te gazetki.

Gazetki odbijaliśmy na powielaczu. Powielacz mieliśmy na Wałowej i któregoś dnia trzeba go było przenieść, ale spotkaliśmy po drodze kilku żydowskich policjantów. My mamy na plecach maszynę, a oni nas otaczają i chcą prowadzić na Umschlagplatz. Dowodził nimi pewien adwokat, który przedtem zachowywał się bez zarzutu, nikogo nie bił i nie widział, jak się uciekało. Wyrwaliśmy się, potem mówię kolegom: „Popatrzcie, co to jednak za świnia”, a oni tłumaczyli mi, że pewnie się załamał, myślał — to już koniec i dla nas, i dla niego.

To samo mi mówił jego kolega, kiedy jechaliśmy do Niemiec zeznawać jako świadkowie. Po wojnie nie zamieniłem z tamtym jednego słowa i jego kolega mówi: „Jaki to ma sens pamiętać dzisiaj o tamtym?"

Faktycznie. Jaki to ma sens — pamiętać?

Parę dni po zastrzeleniu werkszuca i masakrze, w kwietniu, szliśmy ulicą, Antek, Anielewicz i ja, a tu na placu Muranowskim widzimy ludzi. Było ciepło, był słoneczny dzień i ludzie wyszli z piwnic na słońce. „Boże”, powiedziałem. „Jak oni mogli wyjść? Po co oni chodzą?" A Antek mówi o mnie: „Jak on ich nienawidzi, chciałby, żeby siedzieli w ciemności..." Bo ja już byłem przyzwyczajony do tego, że ludzie mają prawo wychodzić tylko w nocy. Kiedy wychodzą w dzień, kiedy ich widać, to znaczy, że zaraz zginą.

Antek, pamiętam, pierwszy powiedział wtedy, na posiedzeniu komendy, że Niemcy podpalą getto. Zastanawialiśmy się jeszcze, co robić, jak zginąć — czy rzucać się na mury, czy dać się na Cytadeli zastrzelić, czy podpalić getto i spłonąć razem z nim i Antek powiedział: „A jeśli oni sami nas podpalą?" Powiedzieliśmy: „Nie pleć głupstw, przecież nie spalą miasta." I drugiego dnia powstania rzeczywiście podpalili. Byliśmy wtedy w schronie i wpadł ktoś z przeraźliwym krzykiem, że się pali. Wybuchła panika, „Koniec, już po nas”, — wtedy właśnie musiałem dać temu chłopakowi w mordę, żeby się uspokoił.

Wyszliśmy na podwórko, podpalili nas ze wszystkich stron, ale getto centralne, na szczęście, jeszcze się nie paliło, tylko nasz teren, fabryka szczotek. Powiedziałem, że musimy się przebić przez ogień. Ania, ta przyjaciółka Adama, która się wydostała z Pawiaka, powiedziała, że nie pobiegnie, bo musi zostać z matką — to zostawiliśmy ją i rzuciliśmy się przez podwórza. Dobrnęliśmy do muru na Franciszkańskiej, w murze był wyłom, ale oświetlał go reflektor. Ludzie znów zaczęli histeryzować — że nie pójdą, że w tym świetle wystrzelają nas co do jednego. Krzyknąłem: „Jak nie, to zostajecie sami”, i zostali, z sześciu chyba, a Zygmunt strzelił w reflektor z jedynego karabinu, jaki mieliśmy, i udało nam się szybko przeskoczyć (To był ten Zygmunt, który powiedział, że ja przeżyję, a on nie, i żebym odnalazł jego córkę w klasztorze).

Podoba ci się ten numer z reflektorem? Ja wiem, to jest w lepszym stylu niż śmierć w piwnicy. Więcej godności ma się skacząc przez mur niż dusząc w ciemnościach, prawda?

— Istotnie

— To mogę ci jeszcze o czymś w tym stylu opowiedzieć. Przed powstaniem, jak zaczęła się akcja w małym getcie, ktoś mi powiedział, że zabrali Abraszę Bluma. To był niezwykle mądry człowiek, nasz przywódca jeszcze sprzed wojny, więc poszedłem zobaczyć, co się z nim dzieje

Widziałem ludzi ustawionych czwórkami wzdłuż Ciepłej, a po obu stronach, co pięć, dziesięć rzędów, stali Ukraińcy. Ulica była zamknięta kordonem. Musiałem wejść głębiej, zobaczyć, gdzie jest Blum, ale z tyłu, za plecami Ukraińców, nie należało przechodzić, tam gdzie stał tłum, też nie, bo mogliby mnie zgarnąć Więc poszedłem między Ukraińcami i tłumem, tak że wszyscy mnie widzieli Szedłem szybkim, energicznym krokiem, jakbym miał prawo tak iść I wiesz? Nikt mnie nawet nie zaczepił.

— Odnoszę wrażenie, że ty sam bardzo lubisz takie historie — o szybkim, energicznym kroku i o strzelaniu w reflektor. Ze wolisz je od opowiadania o piwnicach.

— Nie.

— Myślę, że wolisz.

— Opowiedziałem ci tę historię z Ukraińcami z całkiem innego powodu. Bo kiedy wróciłem wieczorem do domu, to na schodach stała Stasia, która miała długie, grube warkocze, i płakała. „Czego płaczesz?" zapytałem ją „Bo myślałam, że cię zabrali."

No i już, to wszystko

Wszyscy byli zajęci jakimiś swoimi ważnymi sprawami, a Stasia cały dzień czekała, aż wrócę.

— Straciliśmy wątek przy reflektorze Choć. prawdę mówiąc, nie jestem pewna, czy w ogóle istnieje tu jakiś wątek.

— To niedobrze''

— Dlaczego? Dobrze. Przecież nie piszemy historii Piszemy o pamiętaniu. Ale niech będzie ten reflektor. Zygmunt go zgasił — szybko przebiegliście... Czekaj, a co z dzieckiem Zygmunta, które było w Zamościu w klasztorze?

— Z Elżunią? Odnalazłem |ą zaraz po wojnie.

— Gdzie jest?

— Nie ma jej. Wyjechała do Ameryki. Jacyś bogaci ludzie zaadoptowali ją i bardzo kochali. Elżunia była piękna i mądra. A potem popełniła samobójstwo.

— Dlaczego?

— Nie wiem Kiedy byłem w Ameryce, poszedłem do tych rodziców. Pokazali mi jej pokój. Niczego w nim nie zmienili od jej śmierci Ale nadal nie wiem, dlaczego to zrobiła.

— Wszystkie historie o ludziach, które opowiadasz — prawie wszystkie — kończą się śmiercią

— Tak. Bo to są tamte historie. Te, które ci opowiadam o pacjentach, kończą się przecież życiem.

— Zygmunt, ojciec Elżuni, strzelił w reflektor.

— przeskoczyliśmy przez mur i wybiegliśmy do getta centralnego na Franciszkańską. Na podwórku stał Blum (którego w tamtej akcji jednak nie zgarnęli) i Gepner.

Ten, któremu wyszabrowałem czerwony sweter z walizki Z prawdziwej, puszystej włóczki, piękny sweter

— Wiem Tosia przysłała ci niedawno z Australii dokładnie taki sam A o Gepnerze czytałam wiersz „Pieśń o kupcu żelaza, Abrahamie Gepnerze " Mowa jest m.in. o tym, że przyjaciele z aryjskiej strony prosili go, by wyszedł, a on odmówił i został w getcie do końca. Zauważyłeś, jak często powtarza się w opowiadaniach o getcie motyw szansy wyjścia i decyzji zostania: Korczak, Gepner, wy. Może dlatego, że dokonanie wyboru między życiem a śmiercią jest ostatnią szansą zachowania godności

— Blum mówił nam (na tym podwórku na Franciszkańskiej), że był wypad grupy AK na mur przy ulicy Bonifraterskiej, ale się nie udał, i że Anielewicz jest załamany, że nie ma broni i że na nic już nie możemy liczyć. Powiedziałem „No dobrze, dobrze, tylko nie stoimy tak " Spytali „To gdzie iść?" Było nas trzydziestu paru, i Gepner, i Blum, i wszyscy czekali na jakieś rozkazy, a ja sam nie miałem pojęcia, gdzie iść

Zeszliśmy na razie do piwnic, a wieczorem Adam postanowił wrócić po Anię Prosił żebym dał mu oddział, zapytałem, kto pójdzie, dwóch czy trzech się zgłosiło, poszli i opowiedzieli potem, że schron z Anią i matką jest już zasypany, a sześciu chłopaków, którzy nie chcieli z nami iść, i zostali przy reflektorze, też nie żyje.

Chcesz może zapytać, czy czuję wyrzuty sumienia, że im pozwoliłem zostać?

— Nie chcę

— Nie czuję, nie Ale jest mi przez cały czas przykro A na drugi dzień spotkałem wszystkich — Anielewicza. Celinę, Jurka Wilnera, poszliśmy do ich schronu, te dziewczyny, te dwie prostytutki, zrobiły nam coś do jedzenia, a Guta częstowała papierosami Był to spokojny, dobry dzień

Jak myślisz, czy o takich rzeczach można opowiadać ludziom?

— Nie wiem, o czym myślisz

— O tych chłopcach, tych, których zostawiłem na podwórku

Czy o takich rzeczach lekarz powinien opowiadać ludziom? Przecież w medycynie liczy się każde życie — każda najmniejsza szansa uratowania życia

— Czy nie moglibyśmy pomówić o jakimś reflektorze, skoku przez mur — o czymś w tym rodzaju?

— Przecież to wszystko było na przemian.

Gdzieś się biegło, a potem ktoś ginął, potem znowu się biegło, potem Adam wystawił z piwnicy głowę i po murku zaczął się toczyć granat, krzyknąłem „Adam, granat", i ten granat wybuchł mu na głowie Potem wyskoczyłem z piwnicy, na podwórku stali Niemcy, ale ja miałem dwa pistolety — wiesz, na tych dwóch paskach na krzyż, strzeliłem...

— Z obu trafiłeś?

— Ależ skąd, z żadnego, ale mogłem dopaść domu, tamci lecieli za mną, więc wbiegłem na dach — takie historie są dobre?

— Pierwszorzędne.

— Uważasz, że ładniej jest biegać po dachach niż siedzieć w piwnicy?

— Wolę, jak biegasz po dachach.

— Wtedy nie widziałem różnicy. Ale ją zobaczyłem później, w powstaniu warszawskim, kiedy wszystko już działo się w dzień, w słońcu, w przestrzeni bez muru Mogliśmy tam nacierać, cofać się, biec Niemcy strzelali, ale i ja strzelałem, miałem swój karabin, miałem biało-czerwoną opaskę, byli nim ludzie z biało-czerwonymi opaskami — dookoła wielu ludzi — słuchaj, jaka wspaniała, jaka komfortowa była to walka1

— Wracamy na dach

II

— Przebiegłem nim do drugiego budynku Wszystko w tym czerwonym swetrze, a czerwony sweter na dachu to doskonały cel. na szczęście pod słońce trudno było trafić. W tym drugim budynku, na piątym piętrze, leżał chłopak na wielkim worku z sucharami.

Zatrzymałem się u chłopaka — dał mi suchara, potem jeszcze jednego mi dał, ale więcej już nie chciał dawać Było południe, o jakiejś szóstej chłopak umarł i miałem cały worek z sucharami dla siebie Niestety, z workiem trudno skakać Znów musiałem zeskoczyć, i kiedy wydostałem się na podwórko, leżało tam pięciu zabitych chłopców. Jeden z nich nazywał się Stasiek Rankiem tego dnia prosił mnie o adres po tamtej stronie, a ja mu powiedziałem— Jeszcze nie czas, jeszcze za wcześnie”, bo nie miałem adresu po tamtej strome A on mówił „Przecież już koniec, daj mi ten adres, proszę cię " A ja nie miałem adresu Zaraz potem wyskoczył na podwórze i teraz go odnalazłem.

Trzeba było tych chłopaków pochować.

Wykopaliśmy grób (w podwórzu, na Franciszkańskiej 30) To jest straszna praca wykopać grób dla pięciu ludzi. Pochowaliśmy ich, a że był to pierwszy maja, więc cichutko odśpiewaliśmy nad ich grobem pierwszą zwrotkę Międzynarodówki. Wierzysz w to? Przecież trzeba było mieć zupełnie źle w głowie, żeby śpiewać na podwórku, na Franciszkańskiej.

Potem zdobyliśmy gdzieś cukier i piliśmy ocukrzoną wodę Akurat miałem w oddziale paru zbuntowanych, którzy uważali, że ich krzywdzę i za mało broni daję, więc urządzili mi strajk głodowy: odmówili wypicia wody.

Wiesz, co było najgorsze?

Ze coraz więcej ludzi czekało na moje rozkazy.

— Jak zakończył się strajk? (Strajk głodowy w getcie, o Boże!)

— Normalnie Zmusiło się ich do wypicia wody Nie wiesz, jak się ludzi zmusza w czasie wojny?

Więc coraz więcej starszych ode mnie i bardziej doświadczonych ludzi pytało mnie, co robić, a ja tego nie wiedziałem i czułem się zupełnie samotny

Przez cały dzień, który przeleżałem z tym umierającym chłopakiem na sucharach, to tylko chodziło mi po głowie.

Szóstego maja przyszedł do nas Anielewicz z Mirą Mieliśmy odbyć jakąś naradę, ale nie było już o czym mowie, więc on się położył spać, ja się położyłem spać. Nazajutrz mówię— „Zostańcie, co będziecie wracali”, ale on chciał iść Odprowadziliśmy ich, a na drugi dzień, ósmego, poszliśmy do ich bunkra na Miłą 18. Była już noc, wołamy — nikt się nie odzywa, w końcu jakiś chłopak mówi „Nie ma ich. Popełnili samobójstwo" Zostało jeszcze parę osób i te dwie dziewczyny, te prostytutki. Zabraliśmy ich i jak tylko wróciliśmy, okazało się, że jest już Kazik z aryjskie) strony z kanalarzami i że będziemy wychodzić. (Dwie dziewczyny spytały, czy też mogą wyjść. Powiedziałem „Nie"). Przewodników z kanałów dał nam Jóźwiak — „Witold" z AL — prowadzili nas do wylotu przy Prostej, czekaliśmy tam noc i dzień, i jeszcze noc, i dziesiątego maja o dziesiątej otworzyła się klapa, już był samochód i nasi ludzie, i Krzaczek od „Witolda" — dookoła stał tłum, ludzie patrzyli na nas w przerażeniu, byliśmy czarni, brudni, z bronią — panowało zupełne milczenie i wychodziliśmy w takie oślepiające, majowe światło.

Andrzej Wajda chciałby zrobić film o getcie. Mówi, że wykorzystałby archiwalne zdjęcia, a Edelman powinien sam opowiedzieć o wszystkim do kamery.

Opowiadałby w miejscach, gdzie to się działo.

Na przykład przy bunkrze na Miłej 18 (dzisiaj leżał tam śnieg i chłopcy zjeżdżali z góry na sankach).

Albo u wejścia na Umschlagplatz, przy bramie.

Bramy już nie ma zresztą, stary mur rozwalono, budując osiedle mieszkaniowe. Teraz stoją tam wysokie, szare bloki — dokładnie wzdłuż rampy kolejowej. W jednym z nich mieszka moja koleżanka Anna Strońska. Mówię jej, że pod oknami, od strony kuchni, stały ostatnie wagony pociągu, bo lokomotywa była tam, gdzie topole. Strońska, która choruje na serce, blednie.

— Słuchaj — powiada — ale ja byłam zawsze dobra dla nich, oni mi krzywdy nie zrobią, co?

— Jasne, że nie — mówię — jeszcze będą czuwali nad tobą, zobaczysz.

— Tak myślisz? — pyta Strońska i trochę się odpręża.

Więc przy porządkowaniu osiedla rozwalono stary mur, ale zaraz postawiono w tym samym miejscu kawałek nowego z białej, zdrowej cegły. Umieszczono pamiątkowe tablice i świeczniki, zawieszono zielone skrzyneczki na kwiaty, dookoła zasiano trawę, wszystko jest porządne, schludne i nowe, a na Zaduszki i Jom Kipur palą się znicze.

Albo — opowiadałby przy pomniku.

Dziewiętnastego kwietnia, w rocznicę, zajechałyby jak zwykle autokary z zagranicznymi gośćmi i wysiadłyby z nich panie w wiosennych kostiumach i panowie z aparatami. Dookoła skwerku siedziałyby na ławkach stare kobiety z wózkami, przyglądając się autokarom i delegacjom zakładów pracy gotowym do składania wieńców. „W naszej piwnicy", mówiłaby któraś z kobiet, „to jedna siedziała pod węglem i trzeba jej było jedzenie przez okienko od ulicy podawać." (Zdarzyć się mogło zresztą, że ta, której podawały jedzenie, stałaby teraz w wiosennym kostiumie, dowieziona autokarem wycieczkowym). Potem rozległyby się werble i ruszyłyby delegacje z wieńcami, po delegacjach zaczęliby podchodzić jacyś prywatni ludzie z małymi bukiecikami albo jednym jedynym żonkilem w ręku, po wszystkim zaś, po kwiatach i werblach, wyszedłby nagle z tłumu stary człowiek z siwą brodą i zacząłby mówić Kadysz. Stałby u stóp pomnika, pod płonącymi zniczami i zawodziłby łamiącym się głosem modlitwę — lament za zmarłych. Za sześć milionów zmarłych. Taki samotny, stary człowiek z brodą, w drugim czarnym palcie.

Tłum by się przemieszał. „Marek”, wołałby ktoś,, jak się masz!", „Marysiu, jakaś ty ciągle młoda" — odpowiadałby z radością, bo to byłaby Marysia Sawicka, która przed wojną biegała na osiemset metrów w „Skrze" razem z siostrą Michała Klepfisza, a potem ukrywała u siebie te siostrę-biegaczke i żonę, i córkę Michała...

Córka i żona przeżyły, a Michał, który został na Bonifraterskiej, na tym strychu, gdzie zasłonił karabin maszynowy, żeby mogli przejść, ma na cmentarzu żydowskim symboliczny grób z napisem:

inż. Michał Klepfisz 17 IV 1913 — 20 IV 1943

I to byłoby kolejne miejsce do filmowania.

Obok jest grób Jurka Błonesa, jego dwudziestoletniej siostry Guty i ich dwunastoletniego brata Łuska, i jeszcze Fajgełe Goldsztajn (która to była? nie pamięta jej twarzy nawet), i Zygmunta Frydrycha, ojca Elżuni, który powiedział mu pierwszego dnia: „Ty przeżyjesz, wiec żebyś pamiętał — w Zamościu, w klasztorze..."

To już nie jest grób symboliczny; po wyjściu z kanałów pojechali do Zielonki, gdzie była przygotowana kryjówka, ale dziesięć minut później przyszli Niemcy. Pochowano ich w Zielonce, pod płotem, wiec łatwo było po wojnie znaleźć ciała.

Tych, którzy leżą kilkadziesiąt metrów dalej, w głębi alei, przywieziono po wojnie znad Bugu. Po wyjściu z kanału mieli się kierować na wschód, przeprawić przez rzekę i dotrzeć do partyzantów, ale otworzono do nich ogień, kiedy byli pośrodku rzeki. (Z kanałów wyszli na Prostej. Klapa nagle otworzyła się i Krzaczek krzyknął z góry: „Wychodzić!", ale brakowało ośmiu ludzi. Edelman kazał im odejść do szerszego kanału, bo czekając noc i dzień i znowu noc pod zatrzaśniętą klapą, dusili się i zaczęli umierać od wody z fekaliami i od metanu. Teraz Edelman kazał zawołać ich, ale nikt się nie ruszył — nikt nie chciał odejść od włazu, bo już klapa była otwarta, już było powietrze i światło, i słyszeli głosy ludzi, którzy na nich czekali. Wtedy Edelman rozkazał Szlamkowi Szusterowi biec po tamtych i Szlamek pobiegł. Na górze dowodzili wszystkim Krzaczek i Kazik, którzy wołali, żeby jechać i że jeszcze będzie drugi samochód, i mimo że Celina wyciągnęła rewolwer i krzyczała: „Czekać, bo strzelam", ciężarówka ruszyła. Wyjście z kanałów zorganizował Kazik. Miał wtedy dziewiętnaście lat i to, co zrobił, było naprawdę nadzwyczajne, tyle że teraz dzwoni czasami z miasta odległego o trzy tysiące kilometrów i mówi, że jest wszystkiemu winien, bo nie zmusił Krzaczka do czekania. Na co Edelman odpowiada, że nic podobnego, że Kazik zachował się wspaniale i że odpowiada tylko on sam, bo to on kazał tamtym odejść spod włazu, po kolei. Kazik — wszystko z tego odległego o trzy tysiące kilometrów miasta — mówi: „Daj spokój, przecież winni są Niemcy." I dodaje: „Co to jest, że od tamtej pory nikt nie pyta mnie nigdy o tych, którzy przeżyli. Zawsze pytają tylko o zmarłych." Właz, który znajduje się na Prostej, na osiedlu Za Żelazną Bramą, też, ma się rozumieć, nadawałby się do sfilmowania).

W samym końcu alei, gdzie kończą się groby, a zaczyna coś w rodzaju pola — płaskiego, porośniętego wysoką trawą i ciągnącego się w kierunku Powązkowskiej aż do muru — nie ma już żadnych tablic. Tutaj chowano wszystkich, którzy zmarli jeszcze przed likwidacją getta — z głodu, na tyfus, z wycieńczenia na ulicy, w opuszczonych mieszkaniach. Co rano pracownicy Towarzystwa „Wieczność" wychodzili z ręcznymi wózkami, zbierali z ulic ciała i układali stosami na wózkach, jedne na drugich, następnie przecinali jezdnie na Okopowej, wyjeżdżali na cmentarz, który był po aryjskiej stronie, i szli tędy, aleją, do muru.


Date: 2015-12-24; view: 193


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 4 page | Zdążyć przed Panem Bogiem 6 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.023 sec.)