Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 4 page

— No więc Francuz pytał cię...

-...czy ludzie się kochali. Otóż być z kimś to była w getcie jedyna możliwość życia. Człowiek zamykał się z drugim człowiekiem — w łóżku, w piwnicy, gdziekolwiek, i do następnej akcji już nie był sam.

Jednemu zabrali matkę, drugiemu ojca zastrzelili na miejscu, siostrę wywieźli w transporcie, wiec jeśli ktoś cudem uciekł i jeszcze żył, to musiał przylgnąć do innego żywego człowieka.

Ludzie garnęli się wtedy do siebie jak nigdy przedtem, jak nigdy w normalnym życiu. Podczas ostatniej likwidacyjnej akcji biegli do gminy, szukając jakiegoś rabina czy kogokolwiek, kto im da ślub, i szli na Umschlagplatz jako małżeństwo.

Siostrzenica Tosi poszła ze swoim chłopakiem na Pawią — pod pierwszym mieszkał rabin, dał im ślub i prosto z tego ślubu zgarnęli ją Ukraińcy, a jeden przystawił jej lufę do brzucha. Mąż odsunął lufę i zasłonił jej brzuch swoją ręką. Ona zresztą i tak poszła na Umschlagplatz, a on z urwaną dłonią uciekł na aryjską stronę i zginął potem w powstaniu warszawskim.

O to właśnie chodziło: żeby był ktoś, kto gotów jest zasłonić twój brzuch własną ręką, jeśli zajdzie potrzeba.

— Kiedy zaczęła się akcja, i Umschlagplatz, i to wszystko, czy wy — ty i twoi koledzy — od razu rozumieliście, co to oznacza?

— Tak. Dwudziestego drugiego lipca 1942 rozplakatowano rozporządzenie o „przesiedleniu ludności na wschód" i tej samej nocy jeszcze naklejaliśmy kartki: Przesiedlenie to śmierć.

Nazajutrz zaczęto wywozić na Umschlagplatz więźniów z aresztu i starców. Trwało to cały dzień, bo sześć tysięcy więźniów trzeba było przewieźć. Ludzie stawali wzdłuż chodników i patrzyli — i wiesz — było zupełnie cicho. W takiej ciszy odbywało się wszystko...

Potem nie było już więźniów i nie było starców, i nie było żebraków, i dziesięć tysięcy osób trzeba było dostarczyć na Umschlagplatz każdego dnia. Miała to robić żydowska policja pod nadzorem Niemców, a Niemcy mówili: będzie spokój i nikt nie będzie strzelał, jeśli codziennie, do czwartej, dostarczycie do wagonów dziesięć tysięcy ludzi. (Bo o czwartej musiał odejść transport). Więc policjanci mówili ludziom: „Musimy dostarczyć dziesięć tysięcy, to reszta ocaleje." I sami ludzi zatrzymywali — najpierw na ulicy, potem otaczali dom, potem wyciągali z mieszkań...



Na niektórych policjantów wydaliśmy wyroki. Na komendanta Szeryńskiego, na Lejkina i na paru innych.

Drugiego dnia akcji, 23 lipca, zebrali się przedstawiciele wszystkich stronnictw politycznych i po raz pierwszy mówili o walce zbrojnej. Wszyscy już byli zdecydowani i zastanawiali się, skąd zdobyć broń, ale po paru godzinach, o drugiej czy trzeciej po południu, przyszedł ktoś i powiedział, że akcja przerwana i nikogo już wysiedlać nie będą. Nie wszyscy uwierzyli, ale od razu rozładowało to atmosferę i nie podjęto żadnych decyzji.

Większość wciąż jeszcze nie wierzyła, że to jest śmierć. „Czy to możliwe”, mówili,.,że wymordują cały naród?" I uspokajali się: „Trzeba dostarczyć tych ludzi na plac, żeby ocalić resztę..."

Wieczorem, pierwszego dnia akcji, popełnił samobójstwo prezes Gminy, Adam Czerniaków. To był jedyny deszczowy dzień. Poza tym przez cały czas akcji było słońce. Tego dnia, co Czerniaków umarł, słońce zachodziło na czerwono i myśleliśmy, że będzie nazajutrz deszcz, ale znowu było słońce.

— Do czego wam deszcz był potrzebny?

— Do niczego. Po prostu mówię ci, jak było.

Co do Czerniakowa, to mieliśmy do niego żal. Uważaliśmy, że nie powinien był...

— Wiem. Już o tym mówiliśmy.

— Tak?

A wiesz, po wojnie ktoś mi powiedział, że Lejkinowi, temu policjantowi, którego zastrzeliliśmy w getcie, urodziło się wtedy, po siedemnastu latach małżeństwa, pierwsze dziecko i on myślał, że swoją gorliwością je ocali.

— Chcesz jeszcze coś opowiedzieć o akcji?

— Nie. Akcja się skończyła. Ja żyłem.

Tak się złożyło, że pan Rudny i pani Bubnerowa, i pan Wilczkowski, alpinista, mieli zawał w piątek albo z piątku na sobotę, więc sobota była dla każdego z nich dniem, w którym się nie ma już nic do załatwienia. W sobotę każdy z nich leżał bez ruchu, pod kroplówką z ksylokainy, i myślał.

Inżynier Wilczkowski, na przykład, myślał o górach, a ściślej mówiąc o szczycie wyzłoconym słońcem, na którym rozwiązuje się wreszcie liny i przysiada. Nie był to żaden szczyt w Alpach ani w Etiopii, ani w Hindukuszu nawet, tylko tatrzański szczyt, Mięguszowiecki, czy też może Żabi Mnich, na który zrobił kiedyś, we wrześniu, bardzo ładną drogę zachodnią ścianą.

Pan Rudny (pierwsze przeszczepienie żyły do serca w stanie ostrym) widział maszyny. Same nowoczesne. z importu, angielskie albo szwajcarskie, a wszystkie w ruchu, bo do żadnej nie brakowało części.

Pani Bubnerowa (odwrócenie krwiobiegu) miała przed oczyma wtryskarkę. Części plastikowe robił na niej pracownik, ale na gotującą farbę wrzucała je sama, bo to była praca najbardziej odpowiedzialna. Następnie montowała cały długopis (na szwajcarskie końcówki, które udało jej się dostać z paczek, miała oczywiście kwit celny), metkowała i wkładała do pudełka.

O tym myśleli pacjenci doktora Edelmana, leżąc pod kroplówką z ksylokainy.

Pod kroplówką myśli się zwykle o tym, co najważniejsze.

Dla naczelnego lekarza Braude-Hellerowej najważniejszą sprawą było, komu się należy numerek na życie. A dla pana Rudnego najważniejsze są części do maszyn. Gdyby więc Hellerowa przydzieliła numerek panu Rudnemu, to byłby to numerek na maszyny, bo one są życiem pana Rudnego, jak życiem pani Bubnerowej są pióra kulkowe, a pana Wiłezkowskiego — Mieguszowieckie Szczyty.

Co do pana Rzewuskiego, to nie myślał o niczym. Gdyby pan Rzewuski, podobnie jak pani Bubnerowa lub pan Rudny, wspominał coś, co było najlepsze w jego życiu, myślałby o fabryce, którą mu powierzono, kiedy miał dwadzieścia osiem lat, a odebrano, kiedy miał czterdzieści trzy. Poczułby zapach metalu i usłyszał, że ktoś wchodzi z rysunkiem w ręku, i wiedziałby, że właśnie coś powstaje i że to coś można zobaczyć, sprawdzić, zmierzyć, i czułby niecierpliwość na widok obrabianego metalu, bo tak bardzo chciałby już dotknąć prototypu, który widział na rysunku przed chwilą...

(Fabryka, mówi pan Rzewuski, była dla mnie tym, czym dla doktora Edelmana getto: najważniejszą sprawą, jaka zdarzyła się w życiu. Działaniem. Prawdziwie męską przygodą).

O tym wszystkim pan Rzewuski myślałby leżąc pod kroplówką, gdyby myślał o czymkolwiek. Ale — jak mówię — nie myślał o niczym ani wtedy, gdy Profesor siedział jeszcze zatopiony w zadumie w swoim gabinecie, a wokół pana Rzewuskiego krzątał się anestezjolog, ani parę godzin później, gdy Profesor i Edelman, i Chętkowska z radością wpatrywali się w skaczące światełko monitora. Przez cały czas doznawał bowiem jednego uczucia — bólu, i nie było rzeczy ważniejszej, niż żeby ból uspokoił się chociaż na chwilę.

Było to pierwsze wejście środkiem zachodnich płyt i chyba jednak nie był to wrzesień, ale mieli dużo słońca już w ścianie. Potem widzieli z góry Morskie Oko, a z tyłu nastermany, spiętrzony świat i Babią Górę. Anglik Mallory, kiedy pytano go, dlaczego wchodził na Mount Everest, odparł: Because he exists. Ponieważ istnieje, ów wyzłocony szczyt był daleko, przez całą sobotę (do ksylokainy doszedł jeszcze ultrakorten) wspinał się nań, widział go doskonale, ale nie mógł się zbliżyć nawet o milimetr i już rozumiał, że nigdy w życiu do tego nasłonecznionego miejsca nie dotrze.

Zaczął się zastanawiać nad swoją szansą. Nie miał dotąd wypadku w górach, ale to go jeszcze nie uspokajało. Ktoś mógł się znaleźć na drodze jego przeznaczenia. Są przecież płanetnicy, którzy sprowadzają nieszczęście na ludzi gór. Przed wyprawą do Etiopii ich płanetnik (dopiero potem okazało się, że był nim) dostał zasobnik z bagażem numer osiem i nie chciał go wziąć, wziął go ktoś inny, było ich wtedy ośmiu, wyruszyli ósmego, i ten, który wziął ósmy zasobnik, zsunął się z opończy samochodu z przyczyn do dziś niezrozumiałych W wyprawie Dyhrenfurtha na Mount Everest Hindus umarł z wyczerpania, a płanetnik ów był ostatnim człowiekiem, który go widział. Hindus szedł zresztą w jego kurtce Przez całą noc zatem z soboty na niedziele Wilczkowski zastanawiał się nad własnym miejscem, ale choć starał się myśleć zupełnie obiektywnie, doszedł do wniosku, że jego współrzędna z niczym niepokojącym się nie krzyżuje. Bardzo go to pokrzepiło.

Cztery bębny w angielskiej maszynie należy ze sobą zsynchronizować, nie będzie wtedy naprężeń i towar nie pęknie. A kiedy już towar na bębnach — taśma do spódnic albo gumka, albo gurt — osiągnie swoją wilgotność i szybkość, i wszystkie bębny są idealnie ze sobą zgrane, to jest to cudowne, bo człowiek wie, że panuje nad całą maszyną

Maszyny były zatem naoliwione, bębny obracały się rytmicznie, pan Rudny mógł wiec pomyśleć o działce, którą należało skopać, a właściwie to przydałaby się i jakaś* altanka

Żona mówiła mu, że kto wie, może powinni postawić sobie letni domek Wszyscy teraz takie stawiają

Żona mówiła mu, że do tej pory udawało im się zdobyć to, na czym im w życiu zależało Mieszkanie urządzili najmodniejszymi jasnymi meblami Od razu dostali talon na pralkę Co roku mieli rodzinne wczasy — i nigdy nie zdarzało się, żeby cielęcina bez kości do niej nie doszła Na pewno więc, gdyby się zakrzątnęli, mogliby mieć i domek — mówiła żona, która aż do chwili, gdy zobaczyła go przez uchylone drzwi sali reanimacyjnej, sądziła, że udało im się mieć wszystko, co w życiu jest naprawdę ważne

Długopisy można wstawiać tylko do „Domu Książki " Ani kioski, ani sklepy papiernicze nie miały prawa brać towaru, byli wiec zależni od księgarń Kierownik księgarni mógł wziąć od razu i tysiąc, i dwa tysiące sztuk, i pani Bubnerowa musiała robić wszystko, by towar nie leżał

Zawału dostała po powrocie z rozprawy sądowej (skazano ją na rok z zawieszeniem na trzy lata), na której okazało się zresztą, że stawka była wyrównana Wszyscy producenci długopisów dawali kierownikom po sześć procent od każdej partii towaru.

Na sali rozpraw okazało się, że nie tylko ci, którzy dawali, cierpią na serce Ci, którzy pośredniczyli w dawaniu, byli w jeszcze gorszym stanie Jeden z pośredników łykał co jakiś czas nitro, a pani sędzina robiła przerwę „Chwileczkę”, mówiła, „trzeba zaczekać, aż nitrogliceryna się rozpuści, niech się pan tylko nie denerwuje "

W stanie najcięższym byli ludzie, którzy brali Jeden był już po zawale, lekarz sądowy pozwolił mu zeznawać tylko przez godzinę, tak że pani sędzina musiała patrzeć przez cały czas na zegarek. Trzeba powiedzieć, że sędzina naprawdę dobrze i ze zrozumieniem traktowała wszystkich sercowców — i rzemieślników, i pośredników, i kierowników księgarń.

Co się tyczy pani Bubnerowej, to nie wymagała jeszcze opieki lekarskiej Zawału dostała w domu, po rozprawie Miała czas unieść się na noszach i poprosić sąsiada, żeby uśpił jamnika najlepszym zastrzykiem, jaki będzie można dostać

— Pan doktor Edelman podszedł potem do mnie, Tylko operacja, pani Bubnerowa" Zaczęłam płakać i mówię „Nie " A on mówi „Trzeba się zgodzić, pani Bubnerowa Naprawdę " (Bowiem przypadek pani Bubnerowej to był właśnie zawał przedniej ściany serca z blokiem prawej gałązki — taki, od którego ludzie stają się coraz cichsi i coraz spokojniejsi, bo wszystko w nich stopniowo, powolutku umiera Pani Bubnerowa była tą czternastą osobą, przed którą Profesor już nie pytał: „Czego właściwie chcecie ode mnie." Powiedział: „Dobrze. Spróbujemy."). Edelman mówił więc: „Trzeba się zgodzić, naprawdę..."

-...i ja wtedy pomyślałam sobie, że mój świętej pamięci mąż był takim dobrym, takim religijnym człowiekiem. „No, trudno, Maniu, ale Bóg jest”, powtarzał, i w gminie mojżeszowej udziela! się bardzo, po zebraniu cechu nigdy nie szedł z innymi do „Malinowej." tylko prosto do domu, a jak czasem miałam chęć wypić w towarzystwie, to mówił: „Proszę bardzo, Maniusiu, tylko daj mi swoją torebkę, żebyś nie zgubiła." Więc jak już taki człowiek poprosi o coś swojego Pana Boga, to Pan Bóg na pewno nie odmówi mu. Nawet jak siedziałam w Pałacu Mostowskich miesiąc, przed sprawą, byłam spokojna: wiedziałam, że drzwi się muszą przede mną otworzyć. Niemożliwe, żeby mój mąż nie mógł załatwić tego dla mnie. I co pani myśli? Nie załatwił? Przyjechał księgowy z cechu, wpłacił kaucję i zwolnili mnie warunkowo do sprawy.

Teraz też powiedziałam: „Niech się pan nic nie martwi, panie doktorze, zobaczy pan, on już tam wszystko załatwi jak potrzeba."

(Wkrótce po tych słowach Profesor podwiązywał główną żyłę w sercu pani Bubnerowej, żeby zatrzymać drogę odpływu krwi i żeby skierować krew tętniczą żyłami, i okazało się, ku radości wszystkich, że krew znalazła sobie ujście...).

Zanim sprowadzono nowe, importowane maszyny, posłano pana Rudnego do Anglii na praktykę. Pan Rudny zauważył wtedy, że angielska kontrolerka wybiera mniej odrzutów niż w ich zakładzie, i że nigdy tam się nie zdarzyło, by maszyna stała z powodu braku części. Marzyła mu się później taka praca maszyn jak w Anglii. Niestety, człowiek mógł uszarpać się do ostatka i nie zdobyć potrzebnych detali, ilość odrzutów ciągle była bardzo wysoka, a do tego wszystkiego nie mógł dojść do porozumienia z młodymi, pewnymi siebie robotnikami.

Kiedy więc pan Rudny wrócił ze szpitala po operacji (to był zabieg w stanie ostrym, kiedy chodziło o to, kto będzie pierwszy: zawał czy lekarze — lekarze czy Pan Bóg — to był ten zabieg, przed którym Profesor próbował wyjść z kliniki i już nie wrócić; ale wrócił, tego samego dnia jeszcze, późnym popołudniem. Jeśli chodzi o ścisłość, Edelman wyszedł także, choć to on nalegał na operację. Powiedział: „Pójdę się zastanowić”, bo też znał książki, w których piszą, że takich operacji robić nie wolno — i wrócił po paru godzinach. A wtedy Elżbieta Chętkowska okazała się tą, która krzyczała:..Gdzieście się podziewali? Czy nie wiecie, że ważna jest każda minuta?!") – kiedy więc pan Rudny pojawił się w fabryce, przeniesiono go na spokojny oddział. Nie było tam maszyn importowanych, ani deficytowych części, ani młodych, ambitnych robotników. Na nowym stanowisku prowadził gospodarkę oliwą smarowniczą. Cóż to była za praca! Obejrzeć maszynę, spisać protokół — wszystko. Pan Rudny rozumiał doskonale, że to jest dziedzina odpowiedzialna, bo jak maszyna będzie do-smarowana, to chodzi całymi latami, ale żeby tak zaraz efekt pracy był — to nie.

Wszyscy troje, pani Bubnerowa, inżynier Wilczkowski i pan Rudny, mieli w tamtą sobotę dużo czasu dla przemyśleń. I pomyśleli sobie, że już nie chcą mieć nigdy więcej zawału.

Można postanowić, że się nie będzie miało zawału. Tak jak wybierając sposób życia, można godzić się na zawał.

Po powrocie do domu pani Bubnerowa zlikwidowała warsztat. Dokumentację należy przechowywać przez pięć lat, ma więc jeszcze długopisy, z każdego wzoru po jednym. Od czasu do czasu może je wyjąć, oczyścić, obejrzeć — lśniące, o czterech kolorach każdy, zametkowane i naniesione na rachunek. Po czym odkłada z powrotem do pudełka, chowa i idzie wolnym krokiem na spacer.

Pan Rudny natomiast, którego wezwano na dawny oddział, bo nadeszły maszyny ze Szwajcarii, powiedział sobie: Tylko spokojnie. Jak nawet zabraknie części, to wcale nie muszę na głowie stawać, żeby samemu dorobić nową. Jak zabraknie części, to złożę formalne zamówienie i będę w porządku. I rzeczywiście. Składa na piśmie zamówienie i jest w porządku.

Jeśli narusza dane sobie słowo, to na krótko. Wystarczy, że poczuje ból w okolicy mostka, pójdzie do lekarza i usłyszy: „Panie Rudny. Trzeba się cieszyć życiem, a nie martwić maszynami" — i wraca do pisania zamówień.

Przychodzi do szpitala tylko prywatnie, w gości, piątego czerwca w rocznicę swojej operacji, i przynosi trzy bukiety kwiatów. Jeden wręcza Profesorowi, drugi doktorowi Edelmanowi, a trzeci doktor Elżbiecie Chętkowskiej i kładzie na jej grobie, na Radogoszczu.

Lejkinowi, temu policjantowi, którego zastrzeliliście, urodziło się, po siedemnastu latach małżeństwa, pierwsze dziecko... Myślał, że swoją gorliwością je ocali... Akcja się skończyła, ty żyłeś...

A niedawno złożyła ci wizytę jedna pani, córka zastępcy komendanta Umschlagplatzu. Jego też zastrzeliliście.

Przyjechała z daleka.

„Po co?" zapytałeś.

Powiedziała, że chce dowiedzieć się, jak było z jej ojcem, wytłumaczyłeś więc: nie chciał nam dać pieniędzy, był wyrok, jest mi przykro...

„Ile?" spytała. „Ile nie chciał wam dać?"

Nie pamiętałeś. „Dwadzieścia tysięcy czy dziesięć, chyba dziesięć... To były pieniądze na broń”, wytłumaczyłeś jej.

Powiedziała, że nie chciał wam dać pieniędzy, bo były potrzebne dla niej. Ukrywano ją po aryjskiej stronie, to kosztowało.

Przyjrzałeś się jej. „Oczy ma pani niebieskie... To ile za takie dziecko z niebieskimi oczami można było płacić? Dwa, dwa i pół za miesiąc, co to było dla pani ojca?"

„A za rewolwer?" spytała.

„Pięć chyba. Wtedy jeszcze pięć."

„Więc o dwa rewolwery wam chodziło. Albo o cztery miesiące mojego życia”, rozgoryczyła się.

Zapewniłeś, że nie prowadziliście takiej kalkulacji i że jest ci naprawdę przykro.

Spytała, czy go znałeś. Powiedziałeś, że widywałeś go codziennie na Umschlagplatzu, jak przychodził do pracy. Nic złego na tym placu nie robił — liczył ludzi, których wysyłano wagonami. Codziennie wysyłano dziesięć tysięcy ludzi i ktoś musiał ich policzyć, i on stał i liczył. Jak każdy sumienny urzędnik: przychodził do pracy, zaczynał liczyć, kiedy naliczył do dziesięciu tysięcy, kończył pracę i wracał do domu. Spytała, czy na pewno nie było to nic złego.

„Nie, dlaczego”, powiedziałeś. „Przecież nie kopał, nie bił, nie znęcał się. Mówił: „Jeden — dwa — trzy -sto — sto jeden — tysiąc — dwa tysiące — trzy tysiące — cztery tysiące — dziewięć tysięcy jeden..." Ile trwa liczenie do dziesięciu tysięcy? Dziesięć tysięcy sekund, niecałe trzy godziny. A że byli to ludzie i trzeba ich było rozdzielić, ustawić itd., więc zajmowało więcej czasu. Punktualnie o szesnastej transport odchodził, a on kończył urzędowanie. To wszystko zresztą nie ma znaczenia”, powtórzyłeś, „bo nie za to wydany był wyrok, tylko za pieniądze. Miał wyznaczony termin dostarczenia ich: do osiemnastej. Wrócił po pracy, dwaj chłopcy malowali futryny tuż obok, żeby obserwować mieszkanie i dać sygnał. On wrócił, punktualnie, oni odczekali dwie godziny, potem zapukali, on otworzył im drzwi..."

Zapytała: „Jak pan myśli, czy bardzo się bał? Jak długo to wszystko trwało."

Poczęstowałeś ją papierosem i zapewniłeś, że nie zdążył się wystraszyć. To była szybka, łatwa śmierć, łatwiejsza niż tylu innych ludzi.

„Dlaczego otworzył im drzwi?" spytała. „Dlaczego wrócił? Mógł nie przyjść, ukryć się. Po co w ogóle wrócił po pracy do domu?"

„Bo jemu nie przyszło do głowy, że to ostrzeżenie było na serio”, wyjaśniłeś jej.,,Że ci Żydzi, których on tak liczy, którzy tak spokojnie, bez słowa protestu pozwalają się liczyć, że oni mogą zdobyć się na coś podobnego."

„On by zginął i tak”, powiedziała. „Dlaczego nie pozwoliliście mu zginąć godnie, sensownie, po ludzku... Czy w ogóle mieliście prawo wybierania dla niego śmierci?"

Miała wypieki, drżały jej ręce, starałeś się być cierpliwy. „Nie dla pani ojca wybraliśmy śmierć. Wybraliśmy ją dla siebie i dla tych sześćdziesięciu tysięcy Żydów, którzy jeszcze żyli. Śmierć pani ojca była tylko konsekwencją tamtego wyboru. Przykrą konsekwencją, jest mi naprawdę bardzo przykro..."

Następnie dodałeś: „To nieprawda, że śmierć pani ojca nie była sensowna. Przeciwnie. Po tym wyroku już nie zdarzyło się, by ktoś odmówił nam pieniędzy na broń."

Zatem:

Skończyła się akcja, ty żyłeś...

— W getcie zostało sześćdziesiąt tysięcy Żydów. Ci, co zostali, teraz rozumieli już wszystko: co to znaczy „wysiedlenie" i że nie wolno czekać. Postanowiliśmy stworzyć jedną organizację wojskową dla całego getta, co zresztą nie było proste, bo jedni do drugich nie mieli zaufania, my do syjonistów, oni do nas. Teraz to nie miało już znaczenia. Utworzyliśmy jedną organizację bojową, Żydowską Organizację Bojową, ŻOB.

Było nas pięćset osób. W styczniu znów była akcja i z pięciuset zostało osiemdziesięciu. W tej styczniowej akcji ludzie po raz pierwszy nie szli dobrowolnie na śmierć. Zastrzeliliśmy kilku Niemców na Muranowskiej, Franciszkańskiej, Miłej i Zamenhofa, były to pierwsze strzały w getcie i zrobiły wrażenie po aryjskiej stronie: działo się to przed wielkimi akcjami zbrojnymi polskiego ruchu oporu. Władysław Szlengel, poeta, który pisał w getcie wiersze i miał kompleks potulnej śmierci, zdążył jeszcze napisać wiersz o tych strzałach. Nazywał się „Kontratak":

 

...Słyszysz, niemiecki Boże,

jak modlą się Żydzi w dzikich domach

trzymając w ręku łom czy żerdź.

Prosimy cię, Boże, o walkę krwawą,

błagamy cię o gwałtowną śmierć.

Niech nasze oczy przed skonaniem

nie widzą, jak się wloką szyny,

ale dłoniom daj celność, Panie...

Jak purpurowe krwiste kwiaty

z Niskiej i Miłej, z Muranowa

wykwita płomień naszych luf,

to wiosna nasza, to kontratak,

to wino walki uderza do głów,

to nasze lasy partyzanckie -

zaułki Dzikiej i Ostrowskiej...

Dla ścisłości powiem ci, że „naszych luf”, z których wykwitał płomień, było wtedy w getcie dziesięć. Dostaliśmy pistolety od Armii Ludowej.


Date: 2015-12-24; view: 188


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 3 page | Zdążyć przed Panem Bogiem 5 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.012 sec.)