Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 3 page

Woła internistów.

— Czy Rzewuski umrze, jeśli go nie zoperuję? — pyta setny raz.

— To jest drugi zawał, panie Profesorze. Drugi, rozległy zawał.

— W takim razie i operacji nie przetrzyma... Po co go dodatkowo męczyć?

— Panie Profesorze. Jego przywieźli z Warszawy nie po to, by zmarł, tylko żebyśmy go uratowali.

To powiedział doktor Edelman. Jasne, doktor Edelman może takie rzeczy mówić. W razie czego nie do niego będą mieli pretensje.

Edelman jest święcie przekonany o swojej racji. Profesor jest też o niej przekonany, ale to Profesor, tylko Profesor musi tę rację sprawdzić swoimi rękami.

— Dlaczego — pytam — byłeś tak przekonany, że należy robić te operacje?

— Bo byłem. Bo widziałem, że mają sens i że musza się udać.

— Słuchaj — mówię — a czy nie dlatego decydujesz się łatwo na takie rzeczy, bo jesteś oswojony ze śmiercią...? Bo jesteś z nią o wiele bardziej oswojony niż na przykład Profesor?

— Nie — mówi. — Mam nadzieję, że nie dlatego. Tylko — kiedy się dobrze zna śmierć, ma się większą odpowiedzialność za życie. Każda, najmniejsza nawet szansa życia staje się bardzo ważna.

(Szansa śmierci była za każdym razem. Chodziło o stworzenie szansy życia).

Uwaga. Profesor wprowadza nową postać. Docent Wróblównę.

— Poproście docent Wróblównę — mówi. Wszystko jasne.

Docent Wróblówna to starsza, nieśmiała, ostrożna pani, kardiolog z kliniki Profesora. Już ona na pewno nie doradzi mu nic niestosownego, żadnego ryzyka. Profesor zapyta: „No i co, pani Zofio? Co pani mi radzi zrobić?" A pani Zofia powie: „Najlepiej zaczekać, panie profesorze, przecież nie wiemy, jak takie serce się zachowa..." Wtedy Profesor zwróci się do Edelmana: „No, widzi pan, panie doktorze. Moi kardiolodzy mi nie pozwalają!" (Na słowie „moi" położy nacisk, bowiem docent Wróblówna jest z jego kliniki, a doktor Edelman z miejskiego szpitala. Ale może się mylę. Może powie to zwyczajnie, bez żadnego nacisku, a słowo „moi" będzie znaczyło tyle tylko, Że Profesor, kierownik kliniki, musi liczyć się ze swymi lekarzami).

No i docent Wróblówna wchodzi. Nieśmiała, rumieni się, spuszcza wzrok. I mówi cichutko:

— Trzeba operować, panie Profesorze. No, nie. No, to już szczyt wszystkiego.

— Wróblówna! — woła Profesor. — I ty przeciwko mnie?!

Udaje, że mówi to żartem, ale opanowuje go dziwaczne uczucie, które go już dziś nie opuści do końca.



Wstając zza biurka, zgarniając harmonogramy i idąc na blok, na którym czeka uśpiony Rzewuski, i chirurdzy w błękitnych maskach, i siostry instrumentariuszki -będzie miał wrażenie, jakby był zupełnie sam mimo obecności tych wszystkich ludzi.

Sam na sam z sercem, które porusza się w swoim worku jak małe przerażone zwierzątko.

Wciąż jeszcze się porusza.

Wszystko co napisałam dotąd, pokazałam ludziom, a oni nie rozumieją. Dlaczego nie opowiedziałam, jak się uratował? Nie wiadomo jeszcze, jak się uratował, i już czeka pod drzwiami Profesora. A przecież on musi czekać, gdyby go tam nie było. Profesor byłby dawno w domu, w połowie dziennika telewizyjnego, odprężony i zupełnie spokojny.

Musi więc czekać pod tymi drzwiami, z Agą i Elżbietą Chętkowską. Chociaż Elżbiety już nie ma. To znaczy — jest, kiedy tam siedzą i czekają, ale nie ma jej, gdy piszę o ich czekaniu. Pozostała nagroda imienia doktor Elżbiety Chętkowskiej, którą będą przyznawali za wybitne osiągnięcia z zakresu kardiologii.

Ufundowali tę nagrodę z honorariów za pracę Zawał serca. W tamtej pracy, o chorobie głodowej, nie mógł brać udziału, bo w szpitalu w getcie był ledwie gońcem, ale w tej opisał wszystko, czego się dowiedział o ludziach chorych na serce. Teodozja Goliborska mówiła mi, że w szpitalu domyślali się jego innych zajęć, o które nie należało pytać, więc nie wymagali od niego wiele, tyle że codziennie odnosił do stacji sanitarno-epidemiologicznej krew chorych na tyfus, a później mógł już zająć miejsce przy wejściu na Umschlagplatz i stać tam codziennie przez sześć tygodni, aż te czterysta tysięcy ludzi przejdzie obok niego w drodze do wagonów.

W filmie Requiem dla 500 000 widać, jak idą. Widać nawet bochenki chleba, które trzymają w rękach. Niemiecki operator stanął w drzwiach wagonu i stamtąd fotografował biegnący tłum, potykające się stare kobiety, matki ciągnące dzieci za rękę. Biegną z tym chlebem w naszą stronę i w stronę dziennikarzy szwedzkich, którzy przyjechali szukać materiałów o getcie, biegną w stronę Inger, szwedzkiej dziennikarki, która patrzy na ekran zdziwionymi niebieskimi oczami, starając się zrozumieć, dlaczego tylu ludzi biegnie do wagonu — i rozlegają się strzały. Cóż to była za ulga, kiedy zaczęli strzelać. Cóż to była za ulga, gdy wybuchy z ziemi przesłoniły biegnących ludzi i ich chleb, a spiker poinformował o wybuchu powstania, co można już było rzeczowo wyjaśnić Inger (rising 's broken aut, Aphl farty three)...

Mówię mu o tym — i mówię, że to był naprawdę dobry pomysł z ich strzelaniem. Dobrze, że wybuchy zasłoniły ludzi — a on wtedy zaczyna krzyczeć. Krzyczy, że ja pewnie uważam biegnących do wagonu za gorszych od tych, którzy strzelają. Jasne, na pewno uważam, przecież tak uważają wszyscy, nawet profesor amerykański, który go niedawno odwiedził, mówił mu: „Szliście jak barany na śmierć." Amerykański profesor wylądował kiedyś na francuskiej plaży, biegł czterysta czy pięćset metrów pod morderczym ogniem, nie schylając się i nie padając, i był ranny, a teraz uważa, że jak ktoś przebiegnie taką plaże, to może później mówić — „człowiek powinien biec" albo „człowiek powinien strzelać”, albo — „szliście na śmierć jak barany”, Żona profesora dodała, że strzały potrzebne są przyszłym pokoleniom. Śmierć ludzi ginących w milczeniu jest niczym, bo nic nie pozostawia po sobie, a ci, co strzelają, pozostawiają legendę — jej i jej amerykańskim dzieciom.

Doskonale rozumiał, że profesor, który ma blizny po ranach, ordery i katedrę, pragnie jeszcze mieć i te strzały w swojej historii, próbował jednak wytłumaczyć mu różne rzeczy. Że śmierć w komorze gazowej nie jest gorsza od śmierci w walce i że niegodna śmierć jest tylko wtedy, kiedy się próbowało przeżyć cudzym kosztem — ale nie udało mu się niczego wytłumaczyć, bo znowu zaczął krzyczeć. Jakaś pani, która tam była, starała się go usprawiedliwić:,,Wybaczcie mu”, prosiła z zażenowaniem, „jemu trzeba wybaczyć..."

— Moje dziecko — mówi — musisz to wreszcie zrozumieć: ci ludzie szli spokojnie i godnie. To jest straszna rzecz, kiedy się idzie tak spokojnie na śmierć. To jest znacznie trudniejsze od strzelania. Przecież o wicie łatwiej się umiera strzelając, o wiele łatwiej było umierać nam niż człowiekowi, który idzie do wagonu, a potem jedzie wagonem, a potem kopie sobie dół, a potem rozbiera się do naga... Już to rozumiesz? — pyta.

— Tak — mówię. — To tak. Bo przecież o tyle łatwiej nam patrzeć na ich śmierć, kiedy strzelają, niż na człowieka, który kopie sobie dół.

Widziałem kiedyś na Żelaznej zbiegowisko. Ludzie tłoczyli się na ulicy dookoła beczki — zwyczajnej drewnianej beczki, na której stał Żyd. Był stary, niski i miał długą brodę.

Przy nim stało dwóch niemieckich oficerów. (Dwóch pięknych, rosłych mężczyzn przy małym, zgarbionym Żydzie). I ci Niemcy wielkimi krawieckimi nożycami obcinali Żydowi po kawałeczku jego długą brodę, zaśmiewając się do rozpuku.

Tłum, który ich otaczał, też się śmiał. Bo obiektywnie było to naprawdę śmieszne: mały człowieczek na drewnianej beczce z coraz krótszą brodą, ginącą pod krawieckimi nożycami. Jak gag filmowy.

Nie było jeszcze getta, więc w tej scenie nie czuło się grozy. Z Żydem przecież nic strasznego się nie działo: tyle, że można go było bezkarnie na tej beczce postawić, że ludzie zaczynali już rozumieć, że to jest bezkarne i że budził śmiech. Wiesz co?

Wtedy zrozumiałem, że najważniejsze ze wszystkiego jest nie dać wepchnąć się na beczkę. Nigdy, przez nikogo. Rozumiesz?

Wszystko, co robiłem potem — robiłem dlatego, żeby nie dać się wepchnąć.

— To był początek wojny i jeszcze mogłeś wyjechać. Twoi koledzy uciekali przez zieloną granicę tam, gdzie nie było beczek...

— To byli inni ludzie. To byli wspaniali chłopcy z kulturalnych domów. Świetnie się uczyli, mieli telefony w mieszkaniach i wisiały tam piękne obrazy. Oryginały, nie reprodukcje. Ja byłem przy nich niczym. Nie należałem do towarzystwa. Uczyłem się gorzej, śpiewałem brzydziej, nie umiałem jeździć na rowerze i nie miałem domu, bo moja matka umarła, jak miałem czternaście lat. (Colitis ulceroza, wrzodziejące zapalenie jelit,

Pierwszy pacjent, jakiego leczyłem w życiu, chorował dokładnie na to samo. Ale wtedy już był encorton i penicylina, i wyszedł z tego w parę tygodni). O czym mówiliśmy?

— Że koledzy wyjechali.

— Widzisz — przed wojną mówiłem Żydom, że ich miejsce jest tutaj, w Polsce. Że tu będzie socjalizm i tu powinni pozostać. Więc kiedy zostali i zaczęła się wojna, i zaczęło się dziać to, co działo się w tej wojnie z Żydami — czy miałem stąd wyjechać?

Po wojnie ci koledzy okazali się dyrektorami japońskich koncernów albo fizykami amerykańskich agencji jądrowych, albo profesorami uniwersytetów. To byli bardzo zdolni ludzie, mówiłem ci.

— Ale wtedy i ty już się podciągnąłeś. Już byłeś na papierach bohatera. Mogli cię przyjąć do swojego świetnego towarzystwa.

— Proponowali, żebym przyjechał. Ale ja odprowadziłem na Umschlagplatz czterysta tysięcy osób. Ja sam, osobiście. Wszyscy przechodzili koło mnie, kiedy tam stałem przy bramie...

Słuchaj — przestań mi już zadawać te bezsensowne pytania. „Dlaczego zostałeś”, „dlaczego zostałeś."

— Ależ ja cię w ogóle o to nie pytam.

— No?

— Co „no?"

— Mów o kwiatach. Zresztą wszystko jedno o czym. Ale może być o kwiatach. Że je dostajesz w każdą rocznicę powstania, nie wiadomo od kogo. Trzydzieści dwa bukiety do tej pory.

— Trzydzieści jeden. W sześćdziesiątym ósmym roku nie dostałem kwiatów. Było mi przykro, ale już w następnym dostałem znowu i dostaję do dzisiaj. Raz były to kaczeńce, w zeszłym roku róże, w tym żonkile – bo to są zawsze żółte kwiaty Przynosi je bez słowa goniec z kwiaciarni

— Nie wiem, czy powinniśmy o tym pisać. Anonimowe żółte kwiaty. Tandetna literatura Ciebie w ogóle trzymają się kiczowate historie Te prostytutki na przykład, które dawały ci dzień w dzień bułkę Czy zresztą wypada pisać, że w getcie były prostytutki?

— Nie wiem. Pewnie nie. W getcie powinni być męczennicy i Joanny d'Arc, prawda? Ale jak chcesz wiedzieć, to w bunkrze na Miłej z grupa Anielewicza było kilka prostytutek i nawet jeden alfons. Taki wytatuowany, wielki, z bicepsami, który nimi rządził Były to dobre, gospodarne dziewczyny Przedostaliśmy się do ich bunkra, kiedy nasz teren zaczął się palie, i byli tam wszyscy — Anielewicz, Celina, Lutek, Jurek Wilner -tak cieszyliśmy się, że jeszcze jesteśmy razem. Tamte dziewczyny dały nam jeść, a Guta miała papierosy „juno " To był jeden z najlepszych dni w getcie

Kiedy później przyszliśmy i to wszystko już się z nimi stało, i nie było Anielewicza ani Lutka, ani Jurka Wilnera — te dziewczyny znaleźliśmy w sąsiedniej piwnicy.

Nazajutrz schodziliśmy do kanałów

Wszyscy weszli, ja byłem ostatni, i jedna z dziewczyn zapytała czy mogą z nami wyjść na aryjską stronę A ja odpowiedziałem „nie "

No widzisz

Bardzo cię proszę, nie każ mi dzisiaj tłumaczyć, dlaczego u tedy powiedziałem „nie"

— Czy wcześniej, będąc w getcie, miałeś szansę przejść na aryjską stronę?

— Ja wychodziłem na aryjską stronę legalnie, dzień w dzień Jako goniec szpitala nosiłem krew chorych na tyfus do badania do stacji sanitarno-epidemiologicznej na Nowogrodzką.

Miałem przepustkę W getcie było wtedy zaledwie kilka przepustek w szpitalu na Czystem, w Gminie, a w naszym szpitalu miałem ją tylko ja Ludzie z Gminy byli dygnitarzami, chodzili do urzędów i jeździli dorożką A ja szedłem z moją opaską ulicą, wśród ludzi, i wszyscy ludzie na mnie i na moją opaskę patrzyli Z ciekawością, ze współczuciem, czasami z drwiną

Chodziłem tak codziennie na ósmą przez parę lat i w końcu mc mi się złego nie stało Nikt mnie nie zatrzymał, nie wezwał policjanta, nawet się nie roześmiał Ludzie tylko patrzyli Tylko patrzyli na mnie

— Pytałam cię, dlaczego nie zostałeś na aryjskiej stronie

— Nie wiem. Dzisiaj już się nie wie takich rzeczy dlaczego...

— Przed wojną byłeś nikim Więc jak się to stało, że trzy lata później byłeś już członkiem komendy ŻOB-u. Byłeś jednym z pięciu ludzi wybranych spośród trzystu tysięcy...

— To nie ja powinienem tam być Tam miał być. No, wszystko jedno Nazwijmy go „Adam" Skończył przed wojną podchorążówkę, brał udział w kampanii wrześniowej, w obronie Modlina. Wszyscy znali jego odwagę Przez długie lata był moim prawdziwym bożyszczem

Pewnego dnia szliśmy razem Lesznem, na ulicy były tłumy ludzi i nagle jacyś esesowcy zaczęli strzelać

Tłum rzucił się do ucieczki On też.

Wiesz — ja sobie przedtem nie wyobrażałem, że on się może czegokolwiek bać A on, mój idol, uciekał

Bo on był przyzwyczajony do tego, że zawsze miał broń w podchorążówce, w Warszawie we Wrześniu, w Modlinie. Tamci mieli bron i on miał bron, więc był odważny A kiedy stało się tak, że tamci strzelali, a on nie mógł strzelać — był już innym człowiekiem

Nastąpiło to właściwie bez słowa, z dnia na dzień, po prostu przestał działać I kiedy miało być pierwsze posiedzenie Komendy, on się już nie nadawał do lego, żeby tam iść Więc ja poszedłem

Miał dziewczynę, Anię Zabrali ja, na Pawiak -później wydostała się, ale jak ją zabrali, on się załamał zupełnie Przyszedł do nas oparł się rękami o stół i zaczął mówić, że i tak jesteśmy straceni, i że nas wyrżną, że jesteśmy młodzi to powinniśmy uciekać do lasu.

Nikt mu nie przerwał.

Jak wyszedł — ktoś powiedział „To dlatego, że ją zabrali Teraz nie ma już po co żyć Teraz zginie." Każdy musiał mieć kogoś, wokół kogo kręciło się jego życie, dla kogo mógł działać Bierność oznaczała pewną śmierć Działanie było jedyną szansą przetrwania Trzeba było coś robić, gdzieś iść.

Ta krzątanina nie miała żadnego znaczenia, bo i tak wszyscy ginęli, ale człowiek nie czekał na swoją kolej bezczynnie.

Ja krzątałem się wokół Umschlagplatzu — miałem dzięki naszym ludziom i policji wyprowadzać tych którzy byli nam najbardziej potrzebni. Jednego dnia wyciągnąłem chłopaka z dziewczyną — on był z drukarni, ona była dobrą łączniczką. Zginęli oboje, on w powstaniu, ale zdążył wydrukować przedtem jedną gazetkę, ona na Umschlagplatzu, ale zdążyła przedtem ją rozkolportować.

Jaki to miało sens, chcesz zapytać?

Żadnego Nie stało się dzięki temu na beczce. To wszystko.

Przy Umschlagplatzu mieściło się ambulatorium Pracowały w nim uczennice szkoły pielęgniarskiej -była to zresztą jedyna szkoła w getcie. Prowadziła ją Luba Blumowa, która pilnowała, by wszystko było tak, jak ma być w prawdziwej, porządnej szkole fartuchy śnieżnobiałe czepki nakrochmalone, a dyscyplina wzorowa Żeby wyciągnąć człowieka z Umschlagplatzu, trzeba było udowodnić Niemcom, że jest naprawdę chory. Chorych odsyłano karetkami do domu Niemcy do ostatnich chwil podtrzymywali w ludziach przekonanie, że jadą tymi wagonami do pracy, a pracować może tylko zdrowy człowiek Więc dziewczęta z ambulatorium, te pielęgniarki, łamały nogi ludziom, których należało ratować Opierały nogę o drewniany klocek, a drugim klockiem uderzały, wszystko w swoich lśniących fartuszkach wzorowych uczennic

Ludzie czekali na załadowanie do wagonów w budynku szkolnym W> ciągano ich stamtąd kolejno, piętrami, więc z parteru uciekali na pierwsze piętro, z pierwszego na drugie, a były tylko trzy piętra, więc na trzecim kończyła się ich aktywność i energia bo wyże] nie można było iść Na trzecim piętrze była wielka sala gimnastyczna Leżało tam na podłodze kilkaset osób. Nikt nie stał, nikt nie chodził, nikt się w ogóle nie ruszał, ludzie leżeli, apatyczni i milczący.

W sali była wnęka We wnęce kilku własowców — sześciu, ośmiu może — gwałciło dziewczynę. Stali w kolejce i gwałcili ją i kiedy kolejka się skończyła, dziewczyna wyszła z wnęki, przeszła przez całą salę, potykając się o lezących, biała, naga, zakrwawiona, i usiadła w kącie. Tłum wszystko widział i nikt nie powiedział słowa Nikt się nie poruszył nawet, i nadal trwało milczenie.

— Widziałeś to, czy ktoś ci opowiadał?

— Widziałem. Stałem w końcu sali i widziałem wszystko.

— Stałeś w końcu Sali?

— Tak Opowiedziałem o tym kiedyś Elżbiecie Chętkowskiej Zapytała: A ty? Co ty wtedy zrobiłeś?"

„..Nic nie zrobiłem”, powiedziałem jej. W dodatku widzę, że w ogóle nie ma sensu o tym wszystkim z tobą mówić. Nic nie rozumiesz"

— Nie wiem, dlaczego się rozzłościłeś. Elżbieta zareagowała tak, jak zareagowałby każdy normalny człowiek.

— Wiem. Wiem także, co normalny człowiek powinien zrobić, w takiej sytuacji Kiedy gwałcą kobietę, normalny człowiek rzuca się w jej obronie, prawda?

— Gdybyś rzucił się sam, zabiliby cię. Ale gdyby ci wszyscy ludzie wstali z podłogi — obezwładniliby Ukraińców z łatwością.

— Nikt nie wstał Nikt już nie był zdolny do wstania z podłogi. Ci ludzie byli zdolni tylko do czekania na wagony. A właściwie dlaczego mówimy o tym?

— Nie wiem. Mówiliśmy że trzeba się było krzątać.

— Krzątałem się więc koło Umschlagplalzu — a ta dziewczyna żyje, wiesz?

Daję ci słowo honoru Ma męża dwoje dzieci i jest bardzo szczęśliwa.

— Krzątałeś się koło Umschlagplatzu...

...I jednego dnia wyprowadziłem Połę Lifszyc A nazajutrz Pola wpadła do domu i zobaczyła że nie ma matki. Matkę pędzili już na Umschlagplatz w kolumnie, więc Pola pobiegła za kolumną, goniła tłum od Leszna do Stawek — narzeczony podwiózł ją rykszą, żeby mogła ich dopędzić — i zdążyła W ostatniej chwili wmieszała się w tłum i poszła z matką do wagonu

O Korczaku wiedzą wszyscy, prawda, Korczak był bohaterem bo poszedł z dziećmi dobrowolnie na śmierć.

A Pola Lifszyc — która poszła ze swoją matką? Kto wie o Poli Lifszyc!

A przecież to ona, Pola mogła przejść na aryjską stronę, bo była młoda ładna, niepodobna do Żydówki i miała sto razy więcej szans

— Wspomniałeś o numerkach na życie Kto je dzielił?

— Było czterdzieści tysięcy numerków — białe kartki z pieczątką. Niemcy dali je Gminie i powiedzieli „Rozdzielcie sami. Ten, kto będzie miał numerek, zostanie w getcie. Wszyscy nim pójdą na Umschlagplatz."

Było to dwa dni przed końcem akcji likwidacyjnej, we wrześniu. Lekarz naczelny naszego szpitala, Anna Braude-Hellerowa, otrzymała kilkanaście numerków Powiedziała „Ja nie będę ich dzielić "

Mógł rozdać numerki którykolwiek z lekarzy, ale wszyscy uważali, że ona da je tym, komu się należą najbardziej

Posłuchaj „Komu się należą." Czy jest taka miara, według której można rozstrzygnąć, kto ma prawo żyć? Nie ma takiej miary Ale do Hellerowej chodziły delegacje z prośbą, żeby się zgodziła, więc zaczęła dzielić numerki.

Dała numerek Frani A Frania miała jeszcze siostrę i mamę Koło Zamenhofa ustawiono wszystkich, którzy mieli numerki, a wokół kłębił się tłum ludzi, którzy ich nie mieli I stała wśród nich mama Frani I ta mama nie chciała od niej odejść, a Frania musiała już wejść do szeregu, więc mówiła „Mamo, no idź już”, i odsuwała ją ręką „No idź już "

Owszem, Frania przeżyła

Uratowała później kilkanaście osób, jednego chłopaka wyniosła z powstania warszawskiego, w ogolę zachowywała się nadzwyczajnie

Dostała numerek przełożona pielęgniarek, Tenenbaumowa. Była przyjaciółką Berensona, sławnego adwokata, obrońcy w procesie brzeskim Miała córkę, Dedę, której dyrektorka nie dala numerka. Tenenbaumowa dała Dedzie swój numerek, powiedziała „Potrzymaj chwilę, ja zaraz wrócę " poszła na gorę i połknęła fiolkę luminalu.

Znaleźliśmy ją na drugi dzień, jeszcze żyła Czy sądzisz, że powinniśmy ją byli ratować?

— Co się stało z córką, która teraz już miała numerek?

— Ale powiedz mi — czy powinniśmy ją byli ratować?

— Wiesz, Tosia Goliborska mówiła mi, że jej matka połknęła truciznę, „a ten kretyn, mój szwagier”, opowiadała Tosia, „uratował ją. Czy wyobraża sobie pani takiego kretyna? Uratować — po to, żeby po paru dniach zawlekli ją na Umschlagplatz..."

— Jak zaczęła się akcja likwidacyjna i z parteru naszego szpitala już wygarniali ludzi, na górze jedna kobieta rodziła dziecko. Lekarz stał nad nią i pielęgniarka. Kiedy dziecko się urodziło, lekarz podał je pielęgniarce. Ułożyła je w poduszce, przykryła drugą poduszką, dziecko pokwiliło chwilę i ucichło.

Pielęgniarka miała dziewiętnaście lat. Lekarz nie powiedział jej nic, ani słowa — i ta dziewczyna sama wiedziała, co ma zrobić.

Dobrze, że dzisiaj nie pytasz: „A czy dziewczyna żyje?" — jak pytałaś o lekarkę, która podała dzieciom cyjanek.

Owszem żyje. Jest bardzo wybitnym pediatrą.

— Więc co się stało z Dedą, córką Tenenbaumowej?

— Nic. Też zginęła. Ale miała przedtem parę dobrych miesięcy: kochała się z pewnym chłopakiem, przy nim była zawsze pogodna, uśmiechnięta. Miała kilka naprawdę dobrych miesięcy.

Ten Francuz z L'Express pytał mnie, czy ludzie się w getcie kochali. Otóż...

— Przepraszam cię. Czy i ty dostałeś numerek?

— Tak. Stanąłem w piętnastej piątce, w tej kolumnie, w której stała już Frania i córka Tenenbaumowej, i zobaczyłem moją przyjaciółkę i jej brata. Szybko wciągnąłem ich do kolumny, ale tak też postępowali i inni, i w kolumnie było już nie czterdzieści, tylko czterdzieści cztery tysiące osób.

Więc Niemcy policzyli i ostatnie cztery tysiące odcięli i odesłali na Umschlagplatz. Ale ja zmieściłem się w pierwszych czterdziestu tysiącach.


Date: 2015-12-24; view: 261


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 2 page | Zdążyć przed Panem Bogiem 4 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.013 sec.)