Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zdążyć przed Panem Bogiem 2 page

Pokazywali dziś w telewizji Krystynę Krahelską. Miała jasne włosy. Pozowała Nitschowej do pomnika Syreny, pisała wiersze, śpiewała dumki i zginęła w warszawskim powstaniu wśród słoneczników.

Jakaś pani opowiadała o niej — że biegła przez ogrody, a była tak wysoka, że nie mogła, nawet pochylona, w tych słonecznikach się schronić.

Był zatem ciepły, sierpniowy dzień. Ona upięła sobie z tyłu długie jasne włosy. Napisała Hej, chłopcy, bagnet na broń, opatrzyła rannego i pobiegła w słońcu.

Cóż to za piękne życie i piękna śmierć. Prawdziwie estetyczna śmierć. Tylko tak należy umierać. Ale tak żyją i umierają piękni i jaśni ludzie. Czarni i brzydcy żyją i umierają nieefektownie: w strachu i ciemności.

(U tej, która opowiada o Krahelskiej, można by się ewentualnie ukrywać. Jest nie umalowana, nie była u fryzjera, na pewno — tego nie widać w telewizji -jest za szeroka w biodrach i po górach chodzi z przewiązanym w pasie swetrem.

Mąż by nawet nie musiał wiedzieć, że ona kogoś ukrywa, tylko trzeba by się pilnować i po południu, między trzecią trzydzieści i czwartą, nie zajmować ubikacji. On ma bardzo uregulowany żołądek i korzysta z toalety zaraz po przyjściu, jeszcze przed obiadem).

Czarni i brzydcy leżą osłabli z głodu w wilgotnej pościeli i czekają, aż ktoś przyniesie im owies na wodzie albo coś ze śmietnika. Wszystko jest tam szare — twarze, włosy, pościel. Oszczędnie palą karbidówkę. Ich dzieci wyrywają na ulicy przechodniom paczki z rąk w nadziei, że tam jest chleb, i natychmiast wszystko pożerają. W szpitalu dają spuchniętym z głodu dzieciom po pół jajka w proszku i po pastylce cebionu dziennie -to już dzielą lekarze, bo nie można narażać salowej, która też jest spuchnięta, na mękę dzielenia. (Tylko biały personel szpitalny ma przydział żywności: po pół litra zupy i sześć deka chleba na osobę. Na specjalnym zebraniu postanowiono zrezygnować z dwustu gramów zupy i dwóch deka chleba i podzielić to wśród palaczy i salowych. W ten sposób wszyscy mieli jednakowo: po trzysta gramów zupy i cztery deka chleba na osobę). Na Krochmalnej 18 trzydziestoletnia kobieta, Rywka Urman, odgryzła kawałek swojego dziecka, Berka Urmana, lat dwanaście, zmarłego z głodu poprzedniego dnia. Ludzie otaczali ją na podwórku w ciszy, w całkowitym milczeniu. Miała szare, potargane włosy, szarą twarz i obłąkane oczy. Przyjechała policja i spisała protokół. Na Krochmalnej 14 znaleziono na ulicy zwłoki dziecka w stanie rozkładu, porzucone przez matkę, Chudesę Borensztajn, numer mieszkania 67, dziecku było na imię Moszek. (Wózek pogrzebowy Towarzystwa „Wieczność" zabrał zwłoki, a Borensztajn Chudesa zeznała, że podrzuciła je na ulicy, bo gmina nie chce chować bez pieniędzy, zresztą ona też niedługo umrze). Ludzi prowadzi się do łaźni na odwszenie. Przed łaźnią na Spokojnej ludzie czekali na ulicy dzień i noc, a kiedy rano przywieziono zupę tylko dla dzieci, trzeba było sprowadzić policję, żeby odgoniła tłum, który wyrywał dzieciom jedzenie.



Śmierć z głodu była równie nieestetyczna jak życie. Niektórzy zasypiają na ulicy z kęsem chleba w ustach lub w czasie próby wysiłku fizycznego, na przykład w czasie biegu za zdobyciem chleba.

To jest fragment pracy naukowej.

Lekarze w getcie prowadzili badania nad głodem, bowiem mechanizm śmierci głodowej był wtedy dla medycyny niejasny i należało wykorzystać nadarzającą się szansę. Szansa była wyjątkowa Jeszcze nigdy, pisali, medycyna nie dysponowała tak obfitym materiałem badawczym.

Jest to dla lekarza interesujący problem i dziś.

— Na przykład — mówi doktor Edelman — problem naruszenia w organizmie równowagi między wodą i białkiem. Czy oni tam piszą cos" o elektrolitach? — pyta. -Wraz z wodą uchodzi do tkanki łącznej potas i sól. Sprawdź, czy wpadli na trop roli białka.

Nie, o elektrolitach nie piszą nic. Stwierdzają z rozczarowaniem, że nie udało im się wyjaśnić tak ciekawego dla lekarza mechanizmu powstawania obrzęków w chorobie głodowej,

Może wpadliby na trop roli białka, gdyby nie musieli przerwać nagle pracy, ale przerwali ją, niestety, z czego usprawiedliwiają się we wstępie. Nie mogli kontynuować badań, gdyż uległ zniszczeniu surowiec naukowy -materiał ludzki. Zaczęła się likwidacja getta.

Zaraz po zniszczeniu surowca zginęli i badacze.

Żyje tylko jeden z nich: doktor Teodozja Goliborska. Badała przemianę spoczynkową materii u ludzi głodnych.

Pisze mi z Australii, że wiedziała wprawdzie z literatury, iż przemiana spoczynkowa w głodzie jest obniżona, ale nie myślała, że aż tak bardzo, i wiąże to z mniejszą liczbą oddechów oraz zmniejszoną ich głębokością, więc z niewielką ilością tlenu zużywanego w stanie głodu przez ustrój.

(Pytam doktor Goliborska, czy przydały się jej później, jako lekarzowi, te badania. Pisze, że nie, bo wszyscy ludzie, których leczyła w Australii, byli syci, a nawet przekarmieni).

A oto i niektóre rezultaty badań przedstawione w pracy Choroba głodowa. Badania kliniczne nad głodem wykonane w getcie warszawskim w 1942 roku.

Rozróżniamy trzy stopnie wychudzenia: I stopień, w którym ma miejsce utrata nadmiaru tłuszczu. Wygląda się wtedy młodziej niż zwykle. Spotykaliśmy się z tym objawem często w okresie przedwojennym po powrocie pacjentów z Karlsbadu, Vichy itd. Do II stopnia wychudzenia należą prawie wszystkie spostrzegane przez nas przypadki. Wyjątek stanowią przypadki III stopnia w postaci charłactwa głodowego, będącego najczęściej stanem przedśmiertnym.

Przejdźmy do opisu zmian w poszczególnych układach i narządach.

Waga wynosiła przeciętnie od 30 do 40 kg i była niższa o 20-25 procent od wagi przedwojennej. Najniższa waga wynosiła 24 kg u kobiety trzydziestoletniej.

Skóra była blada, nieraz bladosina.

Paznokcie, szczególnie u rąk, były szponowate...

(Może nazbyt szczegółowo mówimy o tym i za długo, ale to dlatego, że koniecznie trzeba zrozumieć, jaka jest różnica między pięknym życiem a życiem nieestetycznym i między piękną a nieestetyczną śmiercią. To jest ważne. Wszystko, co nastąpiło później — co nastąpiło dziewiętnastego kwietnia 1943 roku — było przecież tęsknotą za pięknym umieraniem).

Obrzęki stwierdzono najpierw na twarzy w okolicy powiek, na stopach, wreszcie u niektórych równomierny obrzęk całych powłok skórnych. Po nakłuciu łatwo wydobywał się z tkanki podskórnej płyn. Wczesną jesienią stwierdzono skłonność do odmrażania palców dłoni i stóp.

Twarze były bez wyrazu, maskowate.

Wojna jest doskonalą szkołą dla młodego chirurga Profesor nabrał, dzięki partyzantom, kolosalnej wprawy w operowaniu brzucha, dzięki frontowi — w operowaniu głów, ale najważniejsza okazała się Warka

Podczas wareckiego przyczółka Profesor zobaczył po raz pierwszy otwarte, bijące serce

Przed wojną nikt nie widział, jak bije serce, nawet u zwierzęcia, a któż by męczył zwierzę, skoro to się i tak nigdy nie przyda medycynie Dopiero w czterdziestym siódmym po raz pierwszy w Polsce otwarto chirurgicznie klatkę piersiową Zrobił to profesor Crafoord, przybyły specjalnie ze Sztokholmu, ale i on nie otworzył nawet osierdzia Wszyscy patrzyli wtedy urzeczeni na worek osierdziowy, który poruszał się rytmicznie, jakby w nim było ukryte małe, żywe zwierzątko i tylko on jeden — nie profesor Crafoord wcale, tylko on wiedział dokładnie, jak wygląda to coś, co się w worku niespokojnie porusza. Tylko on bowiem, a nie światowej sławy szwedzki gość, wyciągał z chłopskich serc kawałki szmat, kul i okiennych framug, dzięki czemu zresztą już w pięć lat później, dwudziestego czerwca pięćdziesiątego drugiego roku, potrafił otworzyć serce niejakiej Genowefy Kwapisz i zoperować jej stenozę mitralną

Istnieje bliski i logiczny związek między sercami spod Warki a wszystkimi innymi, które operował potem, włączając w to, naturalnie, i serce pana Rudnego, majstra z dziedziny maszyn pasmanteryjnych, i serce pani Bubnerowej (której błogosławionej pamięci mąż udzielał się społecznie w gminie wyznania mojżeszowego, dzięki czemu była całkiem spokojna przed operacją, a nawet uspokajała lekarzy „Proszę się nie denerwować”, mówiła im, „mój mąż ma bardzo dobre stosunki z Panem Bogiem, już on tam na pewno wszystko załatwi jak potrzeba"), i serce pana Rzewuskiego prezesa Automobilklubu, i wiele, wiele innych serc

Rudnemu przeszczepiono żyłę z nogi do serca, żeby dać szersza, drogę krwi — w chwili gdy zaczynał się zawał Rzewuskiemu przeszczepiono taką żyle, gdy zawał już trwał Pani Bubnerowej zmieniono kierunek biegu krwi w sercu

Czy pan Profesor przed taką operacją się boi?

O tak Boi się bardzo. Czuje strach tutaj, o, tu, pośrodku i za każdym razem ma nadzieje, że w ostatniej chwili stanie się coś, co mu przeszkodzi interniści zabronią, pacjent się rozmyśli, może nawet on sam ucieknie z gabinetu.

Czego się boi pan Profesor? Pana Boga?

O, tak, Pana Boga boi się bardzo, ale nie najbardziej na świecie

Ze pacjent umrze?

Tego też, ale wie — wszyscy wiedzą — że bez operacji umrze i tak.

Więc czego się boi?

Boi się, że koledzy powiedzą ON EKSPERYMENTUJE NA CZŁOWIEKU. A to jest najgorsze oskarżenie że wszystkich, jakie mogą paść.

Lekarze mają swoją kontrolę zawodową i Profesor opowiada, że pewien chirurg potrącił kiedyś dziecko, zabrał je do samochodu, położył na swoim oddziale i wyleczył Dzieciak jest zdrów, matka nie ma pretensji, tylko kontrola zawodowa uznała, że leczenie dziecka na własnym oddziale było sprzeczne z etyką, i udzieliła lekarzowi nagany Nie mógł wykonywać zawodu i wkrótce zmarł na atak serca

Profesor długo opowiada o owym lekarzu i właściwie bez związku Ponieważ pytałam czego się boi

Etyka bardzo komplikuje życie kardiochirurga

Na przykład gdyby nie zoperował prezesa Rzewuskiego, to Rzewuski by zmarł Nie stałoby się wtedy nic szczególnego: tylu ludzi umiera w zawale... Każdy by to zrozumiał bez wyjaśnień.

Gdyby jednak Rzewuski zmarł po operacji — o, to już co innego. Ktoś mógłby zauważyć, że na świecie takich zabiegów nikt nie robi. Ktoś inny zapytałby, czy Profesor nie jest zbyt lekkomyślny i to już mogłoby zabrzmieć jak uogólnienie...

Wiec teraz będzie nam dużo łatwiej zrozumieć wszystko, o czym myśli Profesor, kiedy siedzi przed zabiegiem w swoim gabinecie, a na bloku operacyjnym zaczyna się koło Rzewuskiego krzątać anestezjolog.

Profesor siedzi już w tym gabinecie od dłuższej chwili, choć prawdę mówiąc nie jest wcale pewne, czy chodzi o Rzewuskiego. Na bloku mogą równie dobrze krzątać się wokół Rudnego albo pani Bubnerowej, trzeba jednak przyznać, że przed Rzewuskim Profesor denerwował się najbardziej.

Bowiem Profesor bardzo nie lubi operowania inteligenckich serc. Taki inteligent za dużo przedtem myśli, za dużo ma wyobraźni, wciąż zadaje sobie i innym jakieś pytania, a to odbija się później niekorzystnie na tętnie, ciśnieniu, i na całym przebiegu operacji. Taki człowiek zaś jak Rudny z większą ufnością oddaje się w ręce chirurgów, nie ma zbędnych pytań, toteż i operuje się go znacznie łatwiej.

Więc niech już będzie Rzewuski i niech Profesor siedzi w gabinecie przed operacją, którą ma przeprowadzić na inteligenckim sercu w stanie ostrego zawału, dowiezionym przed paroma godzinami reanimacyjną karetką z warszawskiej kliniki.

Profesor jest zupełnie sam.

Tuż obok, za drzwiami, siedzi na krześle doktor Edelman i pali papierosa.

W czym jest bowiem rzecz?

Rzecz w tym, że to Edelman powiedział, iż można operować Rzewuskiego mimo zawału, i gdyby nie jego słowa, nie byłoby całej sprawy.

Nie byłoby i Rudnego zresztą, którego Profesor zoperował, gdy zawał miał nastąpić lada moment, a wszystkie podręczniki kardiochirurgu stwierdzają, że w tym właśnie stanie operować nie wolno.

Nie byłoby pomysłu z odwróceniem krwiobiegu pani Bubnerowej (a może nawet i samej pani Bubnerowej by już nie było, która to myśl jednak nie należy w tej chwili do tematu).

Ponieważ scena w gabinecie Profesora jest dla nas zwykłym pretekstem, możemy go na moment pozostawić przy biurku i wyjaśnić, co właściwie z owym krwiobiegiem się stało.

Otóż podczas jakiejś operacji asystent miał wątpliwość, czy Profesor zacisnął tętnicę czy żyłę — zdarza się czasem, że naczynia są do siebie podobne. Wszyscy mówią, że w porządku, tętnica, tylko asystent upiera się: „To żyła, na pewno." I po powrocie do domu Edelman zaczyna się zastanawiać, co byłoby, gdyby to była żyła w istocie. I zaczyna szkicować sobie na papierze: krew utlenioną, która, jak wiadomo ze szkoły, dopływa tętnicami, można by z aorty skierować wprost do żył, które są drożne, bo nie chorują na miażdżycę, więc nie spowodują zawału. Odpłynęłaby zaś ta krew...

Edelman nie wie jeszcze, którędy krew teraz by odpłynęła, ale na drugi dzień pokazuje swój rysunek Profesorowi. Profesor rzuca okiem: „Można, panie Profesorze, o, wprost tutaj, i mięsień byłby ukrwiony..." mówi, a Profesor kiwa uprzejmie głową. „Tak”, powiada, „to bardzo interesujące”, bo i co, poza uprzejmością, może okazać komuś, kto mówi mu, że krew do serca mogłaby płynąć nie tętnicą, tylko żyłami.

Edelman wraca do swego szpitala, a Profesor, wieczorem, do domu, po czym kładzie sobie ten rysunek na stoliku obok łóżka. Profesor śpi przy zapalonym świetle, żeby od razu oprzytomnieć, jeśli się zbudzi w nocy, więc i tym razem nie gasi lampy i kiedy się budzi po czterech godzinach snu, od razu może wziąć do ręki kartkę z rysunkiem Edelmana.

Trudno powiedzieć, kiedy Profesor przestaje się przyglądać rysunkowi i zaczyna sam coś sobie szkicować na papierze (szkicuje mianowicie pomost łączący tętnicę główną z żyłami), faktem jednak jest, że któregoś dnia pyta: „No, a co będzie z tą zużytą krwią, gdy żyła przejmie funkcję tętnicy?"

Edelman i Elżbieta Chętkowska odpowiadają mu, że pewna pani, Ratajczak-Pakalska, robi właśnie doktorat z anatomii żył serca, i z jej badań wynika, że krew zdoła odpłynąć innymi połączeniami żylnymi, Yieussensa i Thebeziusa.

Edelman i Elżbieta robią próbę na sercach trupów -wstrzykują do żył błękit metylenowy, żeby zobaczyć, czy odpływa. Odpłynął.

Ale Profesor mówi — i co z tego. Przecież nie było ciśnienia w żyle.

Wstrzykuje więc ten błękit pod ciśnieniem — i znów płyn znajduje sobie ujście.

Ale Profesor mówi — i co z tego. Przecież to jest tylko model. A jak żywe serce się zachowa?

No, na to nie może mu nikt odpowiedzieć, bo na żywym sercu nikt takich prób nie robił. Żeby wiedzieć, jak zachowa się żywe serce, trzeba na żywym sercu zrobić operację.

Na czyim żywym sercu ma Profesor zrobić operację?

Chwileczkę, zapomnieliśmy o Adze, która poszła do biblioteki.

Aga Żuchowska chodzi do biblioteki, kiedy pada jakaś nowa myśl. Zanim zaś pójdzie, mówi: „Eee, tam." Na przykład Edelman powiada: „Kto wie, czy bajpasów nie można by operować w stanie ostrym." I Aga mówi: „Eee, tam”, idzie poczytać, przynosi American Heart Journal i triumfuje: „Tutaj piszą, że to nonsens." Po czym robi się bajpas w stanie ostrym i wszystko wychodzi doskonale.

Aga mówi, że kiedy się powie „Eee, tam" parę razy, a potem widzi się, że tamten, wbrew wszelkim autorytetom, ma rację, to w końcu człowiek przestaje wzruszać ramionami. Ba, człowiek sam stara się zapomnieć, co autorytety piszą. Usłyszawszy kolejny pomysł, próbuje na to nowe myślenie się przestawić.

Ale wtedy jeszcze doktor Żuchowska mawiała „Eee, tam”, poszła do biblioteki i przyniosła wiadomość z Encyklopedia of Thoracic Surgery. Trzydzieści parę lat temu Claud Beck, Amerykanin, robił coś podobnego, ale miał tak dużą śmiertelność, że zaniechał zabiegów...

No, więc na czyim żywym sercu?...

Teraz musi nastąpić dygresja o zawale przedniej ściany serca z blokiem prawej gałązki. Z tego zawału jeszcze nikogo nie udało się im wyciągnąć.

Ludzie umierają wtedy w szczególny sposób: leżą spokojni, cisi, coraz cichsi i coraz spokojniejsi, i wszystko w nich stopniowo, powolutku umiera. Nogi — wątroba — nerki — mózg... Aż któregoś dnia serce zatrzymuje się i człowiek umiera do końca, a staje się to tak cichutko, niepostrzeżenie, że na sąsiednim łóżku nikt nie zauważa nawet.

Kiedy przywozi się na oddział człowieka z zawałem przedniej ściany i blokiem prawej gałązki, to wiadomo, że człowiek ten musi umrzeć.

Więc przywożą któregoś dnia kobietę z takim zawałem. Edelman dzwoni do kliniki, do Profesora: „Ta kobieta za parę dni umrze, uratować ją może tylko odwrócenie krwiobiegu." Ale ta kobieta wcale nie wygląda, jakby miała umrzeć.

Po paru dniach kobieta umiera.

W jakiś czas później przywożą mężczyznę z takim samym zawałem. Dzwonią do Profesora: „Jeżeli nie zrobi pan operacji temu człowiekowi..."

Po paru dniach mężczyzna umiera.

Później jest znowu mężczyzna. Później jakiś młody chłopak, później dwie kobiety...

Profesor przychodzi za każdym razem. Nie mówi już, że ci ludzie może przeżyją bez operacji. Profesor patrzy w milczeniu albo pyta Edelmana: „Czego pan właściwie chce ode mnie? Czy pan chce, żebym zrobił operację, która nikomu się jeszcze nie udała?..." Na co Edelman odpowiada: „Ja tytko mówię, panie Profesorze, że my nie jesteśmy w stanie tego człowieka wyleczyć, a nikt poza panem nie potrafi zrobić tej operacji."

Tak mija rok.

Umiera dwanaście czy trzynaście osób.

Za czternastym razem Profesor mówi: „Dobrze. Spróbujemy." (Pacjentka jest starą kobietą, nazywa się Bubnerowa).

Wróćmy do gabinetu.

Siedzi, jak pamiętamy, sam, przed nim, na biurku, leżą harmonogramy Rzewuskiego, a Rzewuski leży na bloku operacyjnym.

Po drugiej stronie drzwi, na krześle, siedzi doktor Edelman i pali papierosy.

Najgorsze w owej chwili jest właśnie to, że doktor Edelman tak siedzi na krześle i z całą pewnością się nie ruszy.

Dlaczego to jest ważne?

Z prostej przyczyny.

Z gabinetu jest tylko jedno jedyne wyjście — zablokowane obecnością Edelmana.

A czy Profesor nie mógłby powiedzieć — przepraszam, ja tylko na chwilkę — szybciutko przejść koło Edelmana i pójść sobie...?

Owszem, mógłby. Już raz nawet tak zrobił. Przed Rudnym. I co? Wrócił sam, przed wieczorem. Rudny wciąż czekał na niego na bloku operacyjnym, a Edelman z Chętkowską i Żuchowską wciąż siedzieli na krzesłach jego poczekalni.

Bo i gdzie właściwie można pójść?

Do domu? Zaraz by go znaleźli.

Do któregoś z dzieci? Znaleźliby jutro najdalej.

Wyjechać z miasta? Może... Ale w końcu trzeba będzie wrócić — a wtedy zastanie ich wszystkich: i Rzewuskiego, i Edelmana, i Żuchowską... Może zresztą Rzewuskiego już nie zastanie.

Rudny, do którego wtedy, przed wieczorem, wrócił — żyje.

I pani Bubnerowa, ta czternasta, z krwiobiegiem, żyje także.

Prawda, mówiliśmy o krwiobiegu,

„Dobrze, spróbujemy." Na tym skończyliśmy i Profesor przystępuje do operacji. Do tamtej, na sercu pani Bubnerowej, nie plączmy obu spraw. To logiczne nawet, że Profesor wspomina teraz tamtą operację: chce sobie dodać otuchy.

(Wtedy też wszyscy mówili im: „Przecież to nonsens, przecież to serce zadławi się krwią...").

Na sali jest cisza.

Profesor podwiązuje główną żyłę, żeby zatrzymać drogę odpływu krwi i zobaczyć, co będzie się działo...

(Claud Beck nie podwiązywał spływu, co powodowało potem niedomogę prawego serca i śmierć. Profesor poprawia więc tę metodę ~ nie, nie zgadza się na słowo „poprawia" — ZMIENIA tylko metodę Clauda Becka).

Czeka...

Serce pracuje normalnie. Łączy teraz aortę główną z żyłami specjalnym pomostem, krew tętnicza zaczyna płynąć do żył.

Znów czeka.

Serce drgnęło. Drugi skurcz. Potem jeszcze parę szybkich skurczów i serce zaczyna pracować powoli, miarowo. Niebieskie żyły stają się czerwone od tętniczej krwi i zaczynają tętnić, a krew odpływa — nikt nie wie dokładnie, którędy, ale znajduje sobie ujście mniejszymi spływami.

Jeszcze kilkanaście minut w ciszy. Serce wciąż pracuje bez zakłóceń...

Profesor kończy w myśli tamtą operację i uprzytamnia sobie z radością jeszcze raz, że Bubnerowa żyje.

O udanej operacji Rudnego głośno było w całej prasie. O odwróconym krwiobiegu Bubnerowej opowiedział na zjeździe kardiochirurgów w Bad Nauheim i wszyscy wstali z miejsc, i klaskali mu. Niemieccy profesorowie Borst i Hoffmeister wyrazili nawet myśl, że metoda ta rozwiąże problem miażdżycy wieńcowej, a chirurdzy z Pittsburga zaczęli, pierwsi w USA, robić te operacje w oparciu o jego metodę. Ale jeśli operacja Rzewuskiego się nie uda — czyż powie ktoś: „A Rudny i Bubnerowa żyją?"

Nie, tego nikt nie powie. Wszyscy powiedzą natomiast: „Zoperował w stanie zawału, więc Rzewuski umarł przez niego."

Może powstać wrażenie, że Profesor za długo już siedzi w gabinecie i że warto by odrobinę zdynamizować naszą opowieść.

Niestety, próba ucieczki, która bardzo podniosłaby atrakcyjność całej historii, nie powiodła się. Cóż pozostaje jeszcze?

A prawda. Jeszcze pozostaje Pan Bóg.

Ale nie ten, z którym pobożny Żyd, pan Bubner, załatwił pomyślny przebieg operacji swojej żony.

To jest Pan Bóg, do którego w niedzielę, o jedenastej, w towarzystwie swej małżonki, trojga dzieci, zięciów, synowej, oraz gromadki wnucząt modli się pan Profesor.

W tej chwili Profesor mógłby się pomodlić choćby i w gabinecie — tylko o co?

No, o co właściwie?

Żeby Rzewuski w ostatniej chwili, już na stole operacyjnym, rozmyślił się i odwołał zgodę na operację? Albo żeby jego żona, płacząca na korytarzu, nagle odmówiła?

Tak, o to miałby teraz ochotę pomodlić się Profesor.

Tylko — chwileczkę — odmawiając operacji człowiek (Profesor wie o tym dobrze) sam podpisałby na siebie wyrok Śmierci. Profesor ma się więc modlić o pewną śmierć dla niego?

Podobnych operacji nie robiono przed nim, to prawda, albo robiono inaczej. Ale i serca przed Bamardem nikt nie przeszczepiał. Ktoś musi w końcu podjąć próbę, jeśli medycyna ma się rozwijać. (Profesor włącza, jak widzimy, motywację społeczną). A kiedy wolno próbować? Gdy ma się głęboką pewność, że operacja ma sens. Profesor ma tę pewność. Zabieg przemyślał w najdrobniejszych szczegółach i cała wiedza, jaką posiada, i doświadczenie, i intuicja — wszystko przekonuje go o logice i konieczności tego, co zamierza uczynić. W dodatku — nie ma nic do stracenia. Wie, że bez operacji człowiek i tak umrze. (Czy bez operacji Rzewuski umrze na pewno?).


Date: 2015-12-24; view: 184


<== previous page | next page ==>
Zdążyć przed Panem Bogiem 1 page | Zdążyć przed Panem Bogiem 3 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.027 sec.)