Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






Zostałeś powołany

K a ż d y c h c e s ł u c h a ć W e r n e r a. Jak wyglądały egzaminy, co kazali robić, wszystko nam opowiedz. Młodsze dzieci szarpią go za rękawy, starsze patrzą na niego jak w obraz. Marzyciel o białych włosach wyciągnięty z sadzy.

– Powiedzieli, że przyjmą tylko dwóch kandydatów z mojej grupy wiekowej. Może trzech.

Werner czuje ciepło zainteresowania Jutty siedzącej na końcu stołu. Za resztę pieniędzy od Herr Siedlera kupił odbiornik ludowy kosztujący trzydzieści cztery marki osiemdziesiąt fenigów: dwulampowe radio na baterię, jeszcze tańsze od dotowanych przez państwo odbiorników Volksempfänger, które naprawiał w domach sąsiadów. Bez przeróbek odbiornik pozwala słuchać tylko audycji nadawanych na falach długich przez rozgłośnię Deutschlandsender. Nic innego. Nic zagranicznego.

Kiedy go wyjmuje, uszczęśliwione dzieci zaczynają krzyczeć. Jutta nie okazuje zainteresowania.

– Było mnóstwo matematyki? – pyta Martin Sachse.

– Dawali wam ser? Albo ciastka?

– Pozwalali wam strzelać z karabinów?

– Jeździliście czołgami? Założę się, że jeździliście czołgami.

– Nie znałem odpowiedzi na połowę pytań – mówi Werner. – Nigdy mnie nie przyjmą.

Ale zostaje przyjęty. Pięć dni po jego powrocie z Essen posłaniec dostarcza list do domu dziecka. Świeża koperta z orłem i swastyką. Bez znaczka. Jak wiadomość od Boga.

Frau Elena robi pranie. Wokół nowego radia zebrali się młodsi chłopcy: półgodzinna audycja pod tytułem Dziecięcy klubik. Jutta i Claudia Förster zabrały kilka mniejszych dziewczynek na przedstawienie kukiełkowe na rynku. Od powrotu Wernera Jutta zamieniła z nim zaledwie kilka słów.

Zostałeś powołany – głosi list. Werner ma się stawić w VI Narodowym Instytucie Edukacji Politycznej w Schulpforcie. Stoi w salonie domu dziecka, usiłując zrozumieć, co się stało. Popękane ściany, wybrzuszony sufit, bliźniacze ławy, na których siadają kolejne dzieci uczynione przez kopalnię sierotami. Znalazł drogę ucieczki.

Schulpforta. Mikroskopijny punkcik na mapie w pobliżu Naumburga w Saksonii. Trzysta kilometrów na wschód. Tylko w najśmielszych marzeniach pozwalał sobie na nadzieję, że może pojechać tak daleko. W oszołomieniu zanosi kartkę papieru do zaułka, gdzie w kłębach pary kierowniczka gotuje prześcieradła.

Frau Elena czyta list kilka razy.

– Nie stać nas na czesne.



– Nie musimy płacić.

– Jak daleko jest ta szkoła?

– Pięć godzin jazdy pociągiem. Już kupili bilety.

– Kiedy?

– Za dwa tygodnie.

Frau Elena: pasemka włosów przyklejone do policzków, czerwonobrązowe kręgi pod oczami, różowe obwódki wokół dziurek od nosa. Cienki krzyżyk na wilgotnej szyi. Czy jest dumna? Przeciera oczy i kiwa z roztargnieniem głową.

– Będą się cieszyć. – Oddaje Wernerowi list i spogląda na zaułek z niezliczonymi rzędami pojemników na węgiel i sznurów z suszącą się bielizną.

– Kto, Frau?

– Wszyscy. Sąsiedzi. – Nagle wybucha niepokojącym śmiechem. – Ludzie lubią wiceministra, który zabrał twoją książkę.

– Ale Jutta nie będzie zadowolona.

– Nie, Jutta nie.

Werner powtarza w głowie argumenty, które przedstawi siostrze. Pflicht. Powinność. Obowiązek. Każdy Niemiec wypełnia swoją rolę. Ein Volk, ein Reich, ein Führer. Wszyscy musimy wykonywać swoje zadania, siostrzyczko. Ale przed powrotem dziewcząt wiadomość o liście do Wernera rozchodzi się po całej ulicy. Po kolei zjawiają się sąsiedzi, gratulują i paplają. Żony górników przynoszą golonkę i ser; oglądają list z informacją o przyjęciu Wernera do szkoły; te, które potrafią czytać, odczytują go analfabetkom. Kiedy Jutta wraca do domu, zastaje w salonie tłum wesołych kobiet. Bliźniaczki – Hannah i Susanne Gerlitz – biegają wokół kanapy, piszcząc z podniecenia, a sześcioletni Rolf Hupfauer zaczyna śpiewać: Powstańcie! Powstańcie! Chwała ojczyźnie!, po czym przyłącza się do niego kilkoro innych dzieci. Werner nie zauważa, że Frau Elena rozmawia z Juttą w kącie salonu, nie widzi, że siostra biegnie na górę.

Kiedy rozlega się dzwonek na kolację, Jutta nie schodzi na dół. Frau Elena prosi Hannah Gerlitz, by poprowadziła modlitwę, i mówi Wernerowi, że porozmawia z Juttą, że powinien zostać na dole, że wszyscy przyszli dziś dla niego. Co kilka sekund w jego głowie rozbrzmiewają słowa, które przypominają lśniące iskry: Zostałeś powołany. Każda upływająca minuta przybliża kres jego pobytu w domu dziecka. Koniec tego życia.

Po kolacji mały Siegfried Fischer, zaledwie pięcioletni, obchodzi stół, pociąga Wernera za rękaw i wręcza mu fotografię wyrwaną z gazety. Na zdjęciu widać sześć myśliwców bombardujących, lecących nad ławicą chmur. Na kadłubach samolotów zastygły odbłyski słońca. Piloci mają rozwiane szaliki.

– Pokażesz im, prawda? – mówi Siegfried Fischer. Na jego twarzy maluje się wściekła wiara; wydaje się zataczać krąg wokół wszystkich godzin, które Werner spędził w domu dziecka, mając nadzieję na coś lepszego.

– Pokażę – odpowiada Werner. Zwracają się na niego oczy wszystkich dzieci. – Jasne, że pokażę.

 

Occuper

M a r i e - L a u r e b u d z ą k o ś c i e l n e dzwony: dwa, trzy, cztery, pięć. Lekki zapach pleśni. Stare puchowe poduszki ze zużytymi poszewkami. Jedwabna tapeta za gruzłowatym łóżkiem, na którym siedzi. Kiedy wyciąga obie ręce na boki, prawie może dotknąć przeciwległych ścian.

Dźwięki dzwonów cichną. Przespała większość dnia. Co to za przytłumiony ryk, który słyszy? Tłumy ludzi? Czy ciągle morze?

Stawia stopy na podłodze. Czuje pulsowanie ran w tylnych częściach pięt. Gdzie jest laska? Idzie powoli, szurając nogami, by nie uderzyć w coś golenią. Za zasłonami znajduje się okno, lecz nie może go dosięgnąć. Naprzeciwko okna natrafia na komodę, której szuflady wysuwają się tylko częściowo, gdyż blokuje je łóżko.

Pogoda w tym mieście: można ją wyczuć palcami.

Ostrożnie wychodzi za drzwi, dotykając dłońmi ścian. Czy to korytarz? Ryk staje się cichszy, jest zaledwie mruczeniem.

– Halo?

Cisza. Później hałas gdzieś daleko w dole, słychać ciężkie chodaki madame Manec, która wspina się po wąskich, łukowatych stopniach. Sapiący oddech nałogowej palaczki rozlega się coraz bliżej, na drugim, trzecim piętrze – jak wysoka jest ta kamienica? – po czym madame woła:

– Mademoiselle! – Bierze Marie-Laure za rękę, wprowadza z powrotem do sypialni i sadza na brzegu łóżka. – Czy chciałabyś skorzystać z toalety? Na pewno, a potem kąpiel, bardzo długo spałaś, twój ojciec jest w mieście, próbuje wysłać depeszę, choć mu mówiłam, że równie dobrze mógłby próbować szukać złota na plażach Saint-Malo. Jesteś głodna?

Madame Manec klepie poduszki, poprawia kołdrę. Marie-Laure próbuje się skupić na czymś drobnym, konkretnym. Na modelu znajdującym się w Paryżu. Pojedynczej muszli w laboratorium doktora Geffarda.

– Cały ten dom należy do stryjecznego dziadka Étienne’a?

– Calutki.

– Za co go kupił?

Madame Manec wybucha śmiechem.

– Od razu chcesz wszystko wiedzieć, prawda? Twój stryjeczny dziadek odziedziczył ten dom po swoim ojcu, twoim pradziadku. Pradziadkowi świetnie się powodziło i miał mnóstwo pieniędzy.

– Znała go pani?

– Pracuję tu od czasu, gdy panicz Étienne był małym chłopcem.

– Znała pani również mojego dziadka?

– Tak.

– Poznam stryja Étienne’a?

Madame Manec się waha.

– Chyba nie.

– Ale jest tutaj?

– Tak, dziecko. Zawsze jest w domu.

– Zawsze?

Madame Manec obejmuje Marie-Laure wielkimi, pulchnymi dłońmi.

– Zajmijmy się kąpielą. Ojciec wszystko ci wytłumaczy po powrocie.

– Tata nie chce mi nic powiedzieć. Mówi tylko, że stryj był z dziadkiem na wojnie.

– To prawda. Ale kiedy wrócił do domu… – madame Manec szuka odpowiednich słów – nie był taki sam jak w chwili odjazdu.

– Zaczął się bać różnych rzeczy? To ma pani na myśli?

– Stał się zagubiony. Jak mysz w pułapce. Widział umarłych przechodzących przez ściany. Straszne sceny na rogach ulic. Teraz twój stryj nie wychodzi z domu.

– Nigdy?

– Od wielu lat. Ale Étienne to niezwykły człowiek, sama się przekonasz. Wie wszystko.

Marie-Laure słucha skrzypu belek w domu, pisku mew i cichego szumu oceanu za oknem.

– Jesteśmy wysoko nad ziemią, madame?

– Na piątym piętrze. Łóżka są wygodne, prawda? Pomyślałam, że ty i twój tata będziecie mogli tu wypocząć.

– Można otworzyć okno?

– Tak, kochanie. Ale prawdopodobnie lepiej, żeby było zamknięte, kiedy…

Marie-Laure staje na łóżku i przesuwa dłonie wzdłuż ściany.

– Widać z niego ocean?

– Powinniśmy mieć zamknięte okna i okiennice. Ale może tylko na chwilę…

Madame Manec obraca klamkę, otwiera do wewnątrz dwa skrzydła okna, potem odchyla okiennice. Wiatr: natychmiastowy, rześki, słodki, słony, świetlisty. Ryk na przemian nasila się i cichnie.

– Są tam ślimaki, madame?

– Ślimaki? W oceanie? – Znów ten sam śmiech. – Całe mnóstwo! Interesujesz się ślimakami?

– Tak, tak, tak! Znajdowałam ślimaki żyjące na drzewach i w ogrodach. Ale nigdy nie trzymałam w ręku ślimaka morskiego.

– Cóż, jest ich tu bez liku – odpowiada madame Manec.

Madame przygotowuje ciepłą kąpiel na drugim piętrze. Marie-Laure leży w wannie i słyszy, jak zamykają się drzwi. Ciasna łazienka stęka pod ciężarem wody; ściany skrzypią, jakby znajdowała się w kabinie na pokładzie „Nautilusa” kapitana Nemo. Ból pięt ustępuje. Marie-Laure zanurza głowę w wodzie. Nigdy nie wychodzić na dwór! Przez dziesiątki lat kryć się w tym dziwnym, wąskim domu!

Na kolację wkłada sztywną od krochmalu sukienkę z minionej dekady. Siedzą przy kwadratowym stole kuchennym, ojciec i madame Manec po przeciwnych stronach, stykając się kolanami. Okna i okiennice są szczelnie zamknięte. Z radia dobiegają nazwiska polityków wypowiadane napiętym, ostrym głosem – de Gaulle jest w Londynie, Pétain zastępuje Reynauda. Jedzą gotowane ryby z zielonymi pomidorami. Ojciec mówi, że przez trzy dni nie dostarczano ani nie odbierano listów. Nie działają linie telegraficzne. Ostatnia gazeta ukazała się przed sześcioma dniami. Spiker radiowy odczytuje prywatne ogłoszenia:

Monsieur Cheminoux, uchodźca przebywający w Orange, poszukuje trójki dzieci pozostawionych z bagażami w Ivry-sur-Seine.

Francis w Genewie prosi o jakiekolwiek informacje o Marie-Jeanne, ostatnio widzianej w Gentilly.

Matka modli się za zdrowie Luca i Alberta, gdziekolwiek są.

L. Rabier szuka kontaktu z żoną, ostatnio widzianą na dworcu d’Orsay.

A. Cotteret informuje swoją matkę, że jest bezpieczny w Laval.

Madame Meyzieu poszukuje kontaktu z sześcioma córkami wysłanymi pociągiem do Redon.

– Każdy ma zaginionych krewnych – mruczy madame Manec, a ojciec wyłącza radio.

Stygnące lampy wydają trzeszczące dźwięki. Marie-Laure słyszy, jak madame Manec wstaje i zbiera talerze ze stołu. Ojciec wydmuchuje dym z papierosa, jakby zalegał mu w płucach i wreszcie z ulgą się go pozbył.

Wieczorem Marie-Laure i ojciec wspinają się kręconymi schodami i śpią obok siebie na nierównym łóżku w sypialni na piątym piętrze, której ściany pokrywa postrzępiona jedwabna tapeta. Ojciec otwiera plecak, kręci klamką okienną, wyjmuje zapałki. Gauloises Bleues. Marie-Laure słyszy stękanie drewna, gdy ojciec otwiera okno. Rozlega się miły szum wiatru albo szum fal zmieszany z szumem wiatru; uszy Marie-Laure nie potrafią odróżnić obu tych dźwięków. Pokój wypełnia zapach soli, siana, targów rybnych i odległych mokradeł; nic nie pachnie wojną.

– Możemy iść jutro nad ocean, tato?

– Prawdopodobnie jutro nie.

– Gdzie jest stryj Étienne?

– Myślę, że w swoim pokoju na czwartym piętrze.

– Widzi rzeczy, które nie istnieją?

– Cieszmy się, że go mamy.

– I madame Manec. Jest genialną kucharką, prawda, tato? Może nawet gotuje trochę lepiej od ciebie!

– Tylko odrobinę lepiej.

Marie-Laure cieszy się, że ojciec się uśmiecha. Ale wyczuwa jego myśli trzepocące skrzydłami jak ptaki zamknięte w klatce.

– Co to znaczy, tato, że będziemy pod okupacją?

– To znaczy, że Niemcy zaparkują ciężarówki na placach.

– Każą nam mówić swoim językiem?

– Mogą nas zmusić, byśmy przesunęli zegary o godzinę.

Dom skrzypi. Słychać pisk mew. Ojciec zapala następnego papierosa.

– Okupacja, tato? Co to właściwie znaczy?

– Coś w rodzaju władzy sprawowanej przez wojsko. Dość tych pytań na dziś.

Milczenie. Dwadzieścia uderzeń serca. Trzydzieści.

– Jak jeden kraj może zmusić drugi do przesunięcia zegarów? A jeśli wszyscy odmówią?

– Wtedy wielu ludzi będzie się spóźniać do pracy. Albo przychodzić za wcześnie.

– Pamiętasz nasze mieszkanie, tato? Moje książki, model i szyszki stojące na parapecie?

– Oczywiście.

– Ustawiłam szyszki od największej do najmniejszej.

– Ciągle tam są.

– Tak sądzisz?

– Wiem, że tak jest.

– Nie możesz wiedzieć.

– Po prostu w to wierzę.

– Czy w naszych łóżkach śpią w tej chwili niemieccy żołnierze, tato?

– Nie.

Marie-Laure próbuje leżeć zupełnie nieruchomo. Prawie słyszy, jak w mózgu ojca obracają się kółka zębate.

– Wszystko dobrze się skończy – szepce. Dotyka dłonią przedramienia ojca. – Zostaniemy tutaj przez pewien czas, a potem wrócimy do naszego mieszkania i znajdziemy szyszki dokładnie w tym samym miejscu, gdzie je zostawiliśmy. 20 000 mil podmorskiej żeglugi będzie dalej leżeć na podłodze magazynu kluczy i nikt nie będzie spał w naszych łóżkach.

Daleki hymn morza. Stukot czyichś butów na kocich łbach daleko w dole. Marie-Laure bardzo chciałaby, by ojciec powiedział: „Tak, absolutnie tak, ma chérie”, lecz ojciec milczy.

 

Nie kłam

W e r n e r n i e p o t r a f i się skupić na odrabianiu lekcji, banalnych rozmowach ani na nudnych pracach zlecanych przez Frau Elenę. Kiedy zamyka oczy, w jego wyobraźni pojawia się dojmująco wyrazista wizja szkoły w Schulpforcie: czerwone flagi ze swastykami, muskularne konie, lśniące laboratoria. W niektórych chwilach wyobraża sobie, że jest symbolem życiowej szansy, że spoglądają na niego wszystkie oczy. Jednak w innych momentach przypomina sobie egzamin wstępny i tęgiego chłopca, który stoi z kredowobladą twarzą na szczycie platformy nad salą taneczną. Spada. Nikt mu nie pomaga.

Dlaczego Jutta nie cieszy się z sukcesu brata? Dlaczego, nawet w chwili jego ucieczki, w jakimś odległym zakątku umysłu Wernera musi się pojawiać ostrzegawczy głos?

– Opowiedz nam jeszcze raz o granatach ręcznych! – mówi Martin Sachse.

– I wolierach z sokołami! – dodaje Siegfried Fischer.

Werner trzykrotnie opisuje to, co widział, i za każdym razem Jutta odwraca się na pięcie i odchodzi. Przez wiele godzin pomaga Frau Elenie w opiece nad młodszymi dziećmi, idzie na rynek, znajduje pretekst, by coś zrobić, czymś się zająć, wyjść do miasta.

– Jutta nie chce mnie słuchać – mówi Werner do Frau Eleny.

– Próbuj dalej.

Werner nagle się orientuje, że nazajutrz musi wyjechać. Budzi się przed świtem i odszukuje Juttę śpiącą na pryczy w sypialni dziewcząt. Siostra obejmuje głowę rękami, ma brzuch owinięty wełnianym kocem, a jej poduszka jest wciśnięta między materac a ścianę – nawet we śnie Jutta wydaje się niespokojna. Nad jej posłaniem wiszą fantastyczne rysunki ołówkiem przedstawiające wioskę Frau Eleny i Paryż z tysiącem białych wież otoczonych wirującymi stadami ptaków.

Werner wypowiada imię siostry. Jutta okręca się ciaśniej kocem.

– Pójdziesz ze mną na spacer?

Ku zaskoczeniu Wernera Jutta siada. Wychodzą na dwór, nim budzi się reszta mieszkańców domu. Werner prowadzi siostrę w milczeniu. Przechodzą przez jedno ogrodzenie, później przez drugie. Za Juttą ciągną się sznurowadła, których nie zawiązała. W kolana drapią ich osty. Na horyzoncie pojawia się kropka wschodzącego słońca.

Zatrzymują się na brzegu kanału irygacyjnego. W poprzednich latach Werner ciągnął zimą siostrę na wózku właśnie do tego miejsca i patrzyli na łyżwiarzy ślizgających się na zamarzniętym kanale, rolników z łyżwami przymocowanymi do butów i brodami pokrytymi szronem. Pięciu lub sześciu ludzi ruszało jednocześnie z linii startowej, w ciasnej grupie, uczestnicząc w kilkunastokilometrowym wyścigu między dwoma miastami. Wyrazem oczu łyżwiarze przypominali konie mające do przebiegnięcia długą drogę i Werner zawsze patrzył na nich z podnieceniem; czuł pęd powietrza wywołany przez ich ruchy, słyszał cichnący powoli zgrzyt łyżew na lodzie – miał w takich chwilach wrażenie, że jego dusza chce się wyrwać z ciała i podążyć za nimi. Ale gdy znikali za zakrętem i pozostawały po nich tylko białe rysy na lodowej tafli, podniecenie opadało i ciągnął Juttę z powrotem do domu dziecka, czując się samotny, nieszczęśliwy i jeszcze bardziej uwięziony we własnym życiu.

– Poprzedniej zimy łyżwiarze się nie pojawili – mówi.

Siostra spogląda na kanał. Ma białoliliowe oczy i potargane włosy, które nie dają się uczesać, jeszcze bielsze niż włosy Wernera. Schnee.

– W tym roku też ich nie będzie – odpowiada Jutta.

Za jej plecami widać kompleks górniczy przypominający łańcuch czarnych, płonących wulkanów. Nawet teraz Werner słyszy w oddali mechaniczny warkot: pod ziemię zjeżdża pierwsza szychta górników, a tymczasem na powierzchnię powraca nocna zmiana – chłopcy o zmęczonych oczach i twarzach pokrytych pyłem węglowym jadą szybami do góry na spotkanie słońca. Przez chwilę czuje, że w ciszy poranka czai się coś ogromnego, złowrogiego.

– Wiem, że jesteś wściekła…

– Staniesz się taki sam jak Hans i Herribert.

– Nie.

– Tak, jeśli spędzisz trochę czasu z podobnymi chłopcami.

– Więc chcesz, żebym został? Zaczął pracować w kopalni?

Patrzą na rowerzystę jadącego ścieżką. Jutta wkłada dłonie pod pachy.

– Wiesz, czego kiedyś słuchałam? Przez radio. Nim zniszczyłeś odbiornik.

– Cicho, Jutto, proszę!

– Audycji z Paryża. Mówią zupełnie co innego niż Deutschlandsender. Że jesteśmy potworami. Że popełniamy zbrodnie wojenne. Wiesz, co to znaczy?

– Proszę, Jutto!

– Czy należy coś robić tylko dlatego, że wszyscy inni to robią?

Wątpliwości: wciskają się do mózgu jak węgorze. Werner je odpędza. Jutta ma zaledwie dwanaście lat, to jeszcze dziecko.

– Będę do ciebie pisał raz na tydzień. Dwa razy w tygodniu, jeśli mi pozwolą. Nie musisz pokazywać tych listów Frau Elenie, jeżeli nie masz ochoty.

Jutta zamyka oczy.

– Nie wyjeżdżam na zawsze, Jutto. Może na dwa lata. Połowa przyjętych chłopców nie kończy szkoły. Ale może zdobędę trochę wiedzy, stanę się prawdziwym inżynierem. Może nauczą mnie pilotować samolot, jak mówi mały Siegfried. Nie kręć głową, zawsze chcieliśmy zobaczyć kabinę samolotu, prawda? Polecimy razem na zachód, również Frau Elena, jeśli zechce. Albo pojedziemy pociągiem. Przez lasy i villages de montagne, przez wszystkie miejsca, o których opowiadała nam w dzieciństwie. Może uda nam się odwiedzić Paryż.

Pączkujące światło. Łagodny szelest trawy. Jutta otwiera oczy, lecz nie patrzy na Wernera.

– Nie kłam. Możesz oszukiwać samego siebie, Wernerze, ale nie mnie.

Dziesięć godzin później Werner jest już w pociągu.

 

Eacute;tienne

P r z e z t r z y d n i M a r i e - L a u r e nie spotyka stryjecznego dziadka. Później, rankiem czwartego dnia po przybyciu do Saint-Malo, idzie po omacku do toalety i natrafia nogą na coś małego i twardego. Kuca i bierze przedmiot do ręki.

Gładki, stożkowaty. Zwężająca się spirala złożona z wypukłych zwojów. Szerokie, owalne ujście.

– Trąbik – szepce Marie-Laure.

Krok dalej na podłodze leży następna muszla. Później trzecia i czwarta. Szlak złożony z muszli ślimaków mija łukiem toaletę i biegnie w dół po schodach do drzwi na czwartym piętrze, za którymi znajduje się pokój stryjecznego dziadka. Z wnętrza dobiegają ciche dźwięki fortepianu.

– Wejdź – odzywa się męski głos.

Marie-Laure spodziewa się zapachu stęchlizny, woni starości, lecz pokój pachnie mydłem, książkami i zasuszonymi wodorostami. Nieco podobnie jak laboratorium doktora Geffarda.

– Stryju?

– Marie-Laure. – Étienne mówi cichym, łagodnym głosem, który kojarzy się z kawałkiem jedwabiu trzymanym w szufladzie i wyjmowanym od czasu do czasu, by poczuć go w palcach. Marie-Laure wyciąga dłoń przed siebie i ujmuje chłodną rękę o delikatnych, ptasich kościach. – Przykro mi, że nie mogłem cię wcześniej poznać.

Wokół rozlegają się ciche dźwięki muzyki fortepianowej. Dobiegają ze wszystkich stron pokoju, jakby stało w nim kilkanaście aparatów radiowych.

– Ile masz odbiorników, stryju?

– Pokażę ci. – Étienne prowadzi dłoń Marie-Laure w stronę półki. – To radio stereofoniczne. Heterodyna. Sam je zmontowałem. – Marie-Laure wyobraża sobie mikroskopijnego pianistę ubranego w smoking grającego wewnątrz urządzenia. Później Étienne kładzie jej dłonie na dużym radiu szafkowym, a następnie na trzecim, małym odbiorniku, nie większym od pudełka. Jedenaście aparatów, mówi Étienne i w jego głosie brzmi chłopięca duma. – Słyszę statki na morzu. Madryt, Brazylię, Londyn. Raz złapałem Indie. Tutaj, w wysokiej kamienicy na skraju miasta, jest znakomity odbiór.

Pozwala jej zanurzyć ręce w skrzynce pełnej bezpieczników, a także drugiej, w której są przełączniki. Później prowadzi ją do półek z książkami: grzbiety setek tomów, klatka na ptaki, chrząszcze w pudełkach od zapałek, elektryczna pułapka na myszy, szklany przycisk do papieru, w którym, jak mówi Étienne, znajduje się zatopiony skorpion, słoje z częściami radiowymi, setki przedmiotów, których Marie-Laure nie potrafi zidentyfikować.

Étienne zajmuje całe czwarte piętro – jeden wielki pokój, z wyjątkiem korytarza. Trzy okna od frontu wychodzą na rue Vauborel, trzy pozostałe na zaułek na tyłach. Jest tu też niewielkie staroświeckie łóżko przykryte idealnie wygładzoną kołdrą. Uporządkowane biurko, ozdobny stolik.

– Tak to właśnie wygląda – mówi Étienne prawie szeptem.

Stryjeczny dziadek wydaje się dobry, ciekawy i zupełnie normalny. Bezruch: oto jego główna cecha. Jest nieruchomy jak drzewo. Albo mysz przyczajona w ciemności.

Madame Manec przynosi kanapki. Étienne nie ma książek Juliusza Verne’a, ale posiada dzieła Darwina i czyta Marie-Laure fragmenty Podróży na okręcie „Beagle”, tłumacząc z angielskiego na francuski: Różnorodność gatunków wśród pająków skaczących wydaje się wprost nieskończona…7 Z odbiorników radiowych dobiega muzyka, miło jest drzemać przy biurku, mieć pełny żołądek, czuć ciepło, słuchać zdań, które przenoszą człowieka do innej krainy.

Sześć przecznic dalej, w urzędzie telegraficznym, ojciec Marie-Laure przyciska twarz do szyby i obserwuje dwa niemieckie motocykle z koszami pędzące z rykiem Porte Saint-Vincent. Okna są zasłonięte okiennicami lub żaluzjami, ale między drewnianymi deszczułkami, znad parapetów, patrzą tysiące oczu. Za motocyklami podążają dwie ciężarówki. Na końcu jedzie jeden czarny mercedes. Słońce odbija się od chromowanych ozdób maski; niewielki konwój zatrzymuje się na okrągłym, pokrytym żwirem podjeździe przed wysokimi, omszałymi murami Château de Saint-Malo. Przed budynkiem stoi starszy, nienaturalnie opalony mężczyzna – burmistrz, wyjaśnia ktoś. Ma wielkie ręce marynarza i trzyma w nich białą chusteczkę; jego nadgarstki drżą leciutko.

Niemcy wysiadają z pojazdów, jest ich kilkunastu. Mają lśniące buty i schludne mundury. Dwóch trzyma goździki, jeden prowadzi na smyczy psa rasy beagle. Kilku spogląda z otwartymi ustami na fasadę château.

Z tylnego siedzenia mercedesa wysiada niski mężczyzna w mundurze polowym z dystynkcjami kapitana i strzepuje z rękawa płaszcza niewidzialny pyłek. Zamienia kilka słów z adiutantem, który tłumaczy jego wypowiedź burmistrzowi. Burmistrz kiwa głową. Później niski mężczyzna znika za ogromnymi drzwiami. Po kilku minutach adiutant otwiera okiennice jednego z pokoi na piętrze, spogląda przez chwilę na dachy miasta, po czym wiesza na ceglanym murze czerwoną flagę ze swastyką i przywiązuje ją do parapetu.

 

Jungmänner

T o z a m e k j a k z k s i ą ż k i z baśniami: osiem lub dziewięć kamiennych budynków na stokach wzgórz, dachy koloru rdzy, wąskie okna, wieże i baszty, chwasty rosnące między dachówkami. Wśród pól, gdzie odbywają się ćwiczenia sportowe, wije się ładna rzeczka. W Zollverein nawet w najpiękniejsze, najczystsze dni Werner nigdy nie oddychał powietrzem tak całkowicie wolnym od kurzu.

Jednoręki pomocnik komendanta wojowniczym tonem streszcza regulamin obowiązujący kadetów:

– To wasze mundury galowe, to polowe, te służą do ćwiczeń sportowych. Szelki z tyłu skrzyżowane, z przodu równolegle. Rękawy podwinięte do łokci. Każdy chłopiec nosi sztylet w pochwie po prawej stronie pasa. Unoście prawą rękę, kiedy chcecie się odezwać. Zbiórki w dziesięcioosobowych szeregach. Żadnych książek, papierosów, rzeczy osobistych; w szafkach wolno mieć tylko mundury, sztylet, buty i pastę do butów. Żadnych rozmów po zgaszeniu świateł. Listy do domu będą wysyłane w środy. Musicie się pozbyć słabości, tchórzostwa, wahań. Staniecie się podobni do wodospadu albo salwy pocisków: będziecie pędzić w tym samym kierunku, z tą samą szybkością, ku temu samemu celowi. Zapomnicie o wygodach, sensem waszego życia stanie się obowiązek. Będziecie jeść ojczyznę i oddychać narodem.

Czy rozumieją?

Chłopcy krzyczą, że tak. Jest ich czterystu, a do tego trzydziestu instruktorów i pięćdziesięciu członków personelu pomocniczego: podoficerów, kucharzy, stajennych i ogrodników. Niektórzy kadeci mają zaledwie dziewięć lat. Najstarsi skończyli siedemnaście. Gotyckie twarze, ostre nosy, spiczaste podbródki. Wszyscy mają niebieskie oczy.

Werner śpi w niewielkiej sali wraz z siedmioma innymi czternastolatkami. Górną pryczę zajmuje chudy Frederick, cienki jak źdźbło trawy, o skórze białej jak mleko. Frederick również jest nowy. Pochodzi z Berlina. Jego ojciec jest sekretarzem ambasadora. Kiedy Frederick mówi, spogląda w górę, jakby wypatrywał czegoś na niebie.

Frederick i Werner, ubrani w nowe wykrochmalone mundury, jedzą pierwszy posiłek przy długim drewnianym stole w refektarzu. Niektórzy chłopcy szepcą, inni siedzą sami, jeszcze inni jedzą łapczywie, jakby od kilku dni nie mieli nic w ustach. Przez trzy łukowate okna wpadają do sali złociste snopy światła poranku.

Frederick porusza nerwowo palcami i pyta:

– Lubisz ptaki?

– Jasne.

– Wiesz, co robią wrony siwe?

Werner kręci głową.

– Wrony siwe są inteligentniejsze od większości ssaków. Nawet małp. Widziałem, jak kładą na szosie orzechy, których nie potrafią rozłupać, i czekają, aż przejedzie je samochód. Zostaniemy wielkimi przyjaciółmi, Wernerze, jestem pewien.

W każdej klasie na ścianie wisi portret Führera. Kadeci siedzą na ławach bez oparć, przy drewnianych stołach porysowanych przez niezliczonych chłopców przed nimi – synów właścicieli ziemskich, mnichów, poborowych, uczniów. Pierwszego dnia Werner przechodzi obok otwartych drzwi laboratorium technicznego i widzi salę wielką jak apteka w Zollverein, z nowiutkimi zlewami i przeszklonymi szafkami, w których czekają lśniące kolby, cylindry z podziałkami, wagi i palniki. Frederick każe mu iść do przodu.

Drugiego dnia pomarszczony frenolog wygłasza wykład dla wszystkich uczniów. Światła w refektarzu zostają przygaszone, zaczyna warczeć projektor filmowy i na odległej ścianie pojawia się schemat pokryty kołami. Stary człowiek stoi pod ekranem i dotyka kółek czubkiem długiego wskaźnika.

– Białe koła oznaczają czystą niemiecką krew, a częściowo zaczernione niemiecką krew z domieszką obcej. Zwróćcie uwagę na koła numer dwa i numer pięć. – Stuka w ekran wskaźnikiem i płótno zaczyna falować. – Małżeństwo między czystym Niemcem a osobą o jednej czwartej krwi żydowskiej jest jeszcze dozwolone, rozumiecie?

Pół godziny później Werner i Frederick czytają Goethego na lekcji poetyki. Magnesują igły kompasów podczas ćwiczeń polowych. Pomocnik komendanta przedstawia program nauki, który okazuje się niesłychanie rozbudowany. W poniedziałek odbywają się zajęcia z mechaniki, historii Niemiec, nauki o rasach. We wtorki jazda konna, biegi na orientację, historia wojskowości. Każdy, z dziewięcioletnimi chłopcami włącznie, nauczy się rozbierać i czyścić mauzera, a także z niego strzelać.

Popołudniami kadeci wkładają pasy amunicyjne i biegają. Biegają wokół stajni, biegają między flagami, biegają pod górę. Biegają, niosąc się nawzajem na plecach, biegają z karabinami nad głową. Biegają, czołgają się, pływają. Potem znowu biegają.

Gwiaździste noce, poranki wilgotne od rosy, milczące spacery, wymuszony ascetyzm – Werner jeszcze nigdy nie należał do tak zwartej grupy ludzi. Nigdy nie czuł tak głębokiego pragnienia, by stać się jej pełnoprawnym członkiem. W salach sypialnych kadeci rozmawiają o narciarstwie alpejskim, pojedynkach, klubach jazzowych, guwernantkach i polowaniach na dziki. Niektórzy potrafią po mistrzowsku przeklinać; inni rozmawiają o papierosach noszących nazwy na cześć gwiazd filmowych, o „telefonach do pułkownika”, o swoich matkach, które są baronowymi. Część uczniów przyjęto do szkoły nie z powodu jakichś specjalnych umiejętności, lecz dlatego, że ich ojcowie pracują w ministerstwach. A ich język! „Osty nie rodzą fig!” „Zapyliłem ją w mgnieniu oka, durniu!” „Trzymajcie się, chłopcy!” Część kadetów zachowuje się wzorowo – doskonała postawa, świetne wyniki w strzelaniu, buty wyglansowane tak dokładnie, że odbija się w nich niebo. Niektórzy kadeci mają kremową skórę, szafirowe tęczówki i delikatną sieć błękitnych żyłek na wierzchu dłoni. Jednak teraz, poddani rygorom regulaminu, wszyscy są tym samym: Jungmänner. Przechodzą razem przez bramę, razem połykają jajecznicę w refektarzu, uczestniczą w apelach, oddają honory sztandarowi, strzelają z karabinów, biegają, kąpią się i cierpią. Wszyscy są grudami gliny, a garncarz, tęgi komendant o lśniącej twarzy, lepi z nich czterysta identycznych garnków.

Jesteśmy młodzi – śpiewają. Jesteśmy niezłomni, nigdy się nie cofamy, tak wiele zamków zdobyć jeszcze nam trzeba!

Werner czuje na przemian uniesienie, wyczerpanie, zamęt. Jest zdumiony, że jego życie tak całkowicie się zmieniło. Odpędza wątpliwości, ucząc się na pamięć tekstów pieśni i tras do sal lekcyjnych albo wyobrażając sobie laboratorium techniczne: dziewięć stołów, trzydzieści stołków, cewki, kondensatory nastawne, wzmacniacze, akumulatory, lutownice zamknięte w lśniących szafkach.

Na górnej pryczy klęczy Frederick ze staroświecką lornetką przyłożoną do oczu, spogląda przez otwarte okno i zaznacza na poręczy zauważone ptaki. Perkoz rdzawoszyi, jedno nacięcie; słowik szary, sześć nacięć. Na dziedzińcu widać grupę dziesięciolatków maszerujących w stronę rzeki; niosą flagi ze swastyką i pochodnie. Procesja zatrzymuje się na chwilę, płomienie pochodni chwieją się w podmuchach wiatru. Później chłopcy maszerują dalej, a przez okno słychać ich śpiew, który płynie w powietrzu jak jasny, pulsujący obłok:

Ach, pozwól mi stanąć w szeregu,

bym nie sczezł jak robak marny!

Nie chcę umrzeć na próżno, lecz pragnę

swe życie rzucić na stos ofiarny!

 

Wiedeń

S t a r s z y s i e r ż a n t R e i n h o l d v o n R u m p e l ma czterdzieści jeden lat i nie jest jeszcze za stary, by awansować. Ma wilgotne, czerwone wargi, blade, prawie przezroczyste policzki, przypominające surowe filety z soli, i instynktowne zamiłowanie do poprawności, które rzadko go zawodzi. Żona bez słowa skargi znosi jego wyjazdy i spędza czas w salonie mieszkania w Stuttgarcie, ustawiając na dwóch półkach porcelanowe figurki kotków, które rozmieszcza według koloru, od najjaśniejszych do najciemniejszych. Von Rumpel ma również dwie córki, których nie widział od dziewięciu miesięcy. Najstarsza, Veronika, jest bardzo zaangażowana politycznie. W jej listach pojawiają się zwroty w rodzaju święta determinacja, dumne osiągnięcia oraz największe w dziejach.

Von Rumpel jest wybitnym znawcą brylantów: jednym z najlepszych aryjskich szlifierzy kamieni szlachetnych w Europie. Często rozpoznaje imitację na pierwszy rzut oka. Studiował krystalografię w Monachium, terminował jako szlifierz w Antwerpii, a pewnego cudownego popołudnia odwiedził nieoznakowany budynek na Charterhouse Street w Londynie, siedzibę firmy zajmującej się handlem diamentami, gdzie kazano mu wywrócić kieszenie, przeprowadzono przez trzy klatki schodowe i trzy pary zamkniętych drzwi, a następnie posadzono przy stole naprzeciwko mężczyzny ze spiczastymi, nawoskowanymi wąsami i poproszono o wycenę surowego południowoafrykańskiego diamentu ważącego dziewięćdziesiąt dwa karaty.

Przed wojną Reinhold von Rumpel prowadził dość przyjemne życie: był gemmologiem i pracował jako rzeczoznawca w biurze usytuowanym na pierwszym piętrze budynku za Starą Kancelarią w Stuttgarcie. Klienci pokazywali mu kamienie, a on ustalał, ile są warte. Czasami przeszlifowywał brylanty lub udzielał konsultacji w sprawie projektów nadania nowych szlifów cennym kamieniom. Jeśli czasem oszukiwał klienta, tłumaczył sobie, że to część gry.

Wojna sprawiła, że pojawiło się więcej zajęć. Teraz starszy sierżant von Rumpel ma szansę osiągnąć coś, czego od wieków nie udało się osiągnąć nikomu – ani od czasów imperium Mogołów, ani epoki Czyngis-chana. Może nigdy w całych dziejach. Francja skapitulowała zaledwie kilka tygodni wcześniej i von Rumpel widział już rzeczy, o których nawet mu się nie śniło. Siedemnastowieczny globus wielkości niewielkiego samochodu, na którym wulkany oznaczono rubinami, bieguny szafirami, a stolice państw brylantami. Trzymał w ręku – naprawdę trzymał w ręku! – rękojeść sztyletu sprzed co najmniej czterystu lat, wykonaną z jadeitu i wysadzaną szmaragdami. Wczoraj, w drodze do Wiednia, wszedł w posiadanie porcelanowego serwisu złożonego z czterystu siedemdziesięciu naczyń; na krawędzi każdego wprawiono brylant o szlifie markizowym. Nie pytał, gdzie i komu policja skonfiskowała te skarby. Spakował serwis do skrzyń, zamknął je, oznaczył białą farbą, po czym kazał załadować do wagonu kolejowego pilnowanego całą dobę przez strażników.

Wagon ma odjechać do dowództwa. Na razie czeka na kolejne skarby.

Tego letniego popołudnia, w pełnej kurzu bibliotece geologicznej w Wiedniu, starszy sierżant von Rumpel idzie za wychudzoną sekretarką ubraną w brązowe buty, brązowe pończochy, brązową spódnicę i brązową bluzkę. Mijają regały wypełnione czasopismami, po czym kobieta bierze drabinkę, wchodzi na nią i wyjmuje kilka książek.

Sześć podróży Taverniera z 1676 roku.

Podróż po południowych guberniach Imperium Rosyjskiego Petera Simona Pallasa z 1793 roku.

Kamienie szlachetne i minerały Streetera z 1898 roku.

Krążą plotki, że Führer tworzy listę bezcennych dzieł sztuki znajdujących się w całej Europie i w Rosji. Podobno zamierza przekształcić Linz w Austrii w miasto cesarskie, kulturalną stolicę świata. Ogromna promenada, mauzoleum, akropol, planetarium, biblioteka, opera – wszystko z marmuru i granitu, wszystko idealnie czyste. W centrum ma się znajdować muzeum o długości kilometra zawierające największe skarby kultury ludzkiej.

Von Rumpel słyszał, że taki dokument naprawdę istnieje. Ma czterysta stron.

Siedzi przy stole wśród regałów z książkami. Próbuje skrzyżować nogi, lecz w jego pachwinie pojawiła się dziś niewielka opuchlizna, przykra, choć niebolesna. Bibliotekarka przynosi książki. Von Rumpel powoli przegląda Taverniera, Streetera, Szkice perskie Murraya. Czyta opisy trzystukaratowego brylantu Orłow z Moskwy, Nur-al-Aina, Zielonego Brylantu z Drezna o wadze czterdziestu ośmiu i pół karata. Pod wieczór znajduje to, czego szukał. Opowieść o księciu, którego nie można było zabić, o kapłanie ostrzegającym przed gniewem bogini, o francuskim arystokracie, który wierzył, że kupił ten sam kamień wieki później.

Morze Ognia. Szarobłękitny brylant z czerwoną iskrą w środku. O wadze stu trzydziestu trzech karatów. Albo zaginiony, albo w 1738 roku przekazany królowi Francji pod warunkiem, że ma przez dwieście lat przebywać w zamknięciu.

Von Rumpel podnosi oczy. Lampy wiszące pod sufitem, rzędy grzbietów książek z płowiejącymi złotymi napisami. Zamierza odnaleźć niewielki kamyk ukryty gdzieś w Europie.

 

Bosze

O j c i e c M a r i e - L a u r e m ó w i, że broń Niemców lśni, jakby nigdy z niej nie strzelano. Twierdzi, że mają czyste buty i nieskazitelne mundury. Podobno wyglądają, jakby przed chwilą wysiedli z klimatyzowanych wagonów kolejowych.

Kobiety, które pojedynczo lub parami zatrzymują się przy kuchennych drzwiach madame Manec, opowiadają, że Niemcy (nazywają ich boszami) wykupują wszystkie pocztówki dostępne w drogeriach; kupują lalki ze słomy, kandyzowane morele i stare torty z wystawy cukierni. Bosze kupują koszule od monsieur Verdiera i damską bieliznę od monsieur Morvana. Bosze zużywają absurdalne ilości masła i sera, wypili wszystkie butelki szampana, które mógł sprzedać caviste.

Kobiety szepcą, że Hitler ogląda zabytki Paryża.

Władze okupacyjne wprowadzają godzinę policyjną. Nie wolno puszczać głośnej muzyki. Zabrania się organizowania zabaw tanecznych. Burmistrz ogłasza, że kraj pogrążył się w żałobie i że należy się zachowywać poważnie. Jednak nie wiadomo, czy ma jeszcze jakąś władzę.

Kiedy Marie-Laure zbliża się do ojca, za każdym razem słyszy syk zapałki. Monsieur LeBlanc ciągle nerwowo sięga do kieszeni. Rankiem odwiedza kuchnię madame Manec, trafikę i pocztę, gdzie czeka w długich kolejkach do telefonu. Po południu naprawia rzeczy w domu Étienne’a – obluzowane drzwiczki szafki, skrzypiący stopień na schodach. Bez przerwy otwiera i zamyka torbę z narzędziami, aż Marie-Laure prosi, by przestał.

Pewnego dnia Étienne siedzi z Marie-Laure i czyta jej cichym głosem, lecz nagle zaczyna go boleć głowa – tak to nazywa – i zamyka się na klucz w swoim gabinecie. Madame Manec przynosi Marie-Laure tabliczki czekolady i kawałki ciasta; tego ranka wyciskają cytryny do szklanek, nalewają wody, sypią cukier i Marie-Laure może pić lemoniadę.

– Jak długo nie wychodzi z pokoju, madame?

– Czasami dzień lub dwa – odpowiada madame Manec. – Czasami dłużej.

Marie-Laure mieszka w Saint-Malo już dwa tygodnie. Zaczyna czuć, że jej życie, podobnie jak 20 000 mil podmorskiej żeglugi, zostało przerwane w połowie. W pierwszym tomie ojciec Marie-Laure mieszkał w Paryżu i chodził do pracy, a teraz zaczął się tom drugi, w którym dziwnymi, wąskimi uliczkami jeżdżą niemieckie motocykle, stryj zaś znika we własnym domu.

– Kiedy stąd wyjedziemy, tato?

– Kiedy dostanę wiadomość z Paryża.

– Dlaczego musimy spać w tym małym pokoju?

– Na pewno możemy doprowadzić do porządku jakiś pokój na dole, jeśli masz ochotę.

– A co z pokojem po przeciwnej stronie korytarza?

– Umówiłem się z Étienne’em, że nie będziemy z niego korzystać.

– Dlaczego?

– Należał do twojego dziadka.

– Kiedy będę mogła iść nad morze?

– Nie dziś, Marie.

– Nie możemy wybrać się na spacer wokół domu?

– To zbyt niebezpieczne.

Marie-Laure ma ochotę zacząć krzyczeć. Co im grozi? Kiedy otwiera okno sypialni, nie słyszy wrzasków, wybuchów, tylko piski ptaków, które stryjeczny dziadek nazywa głuptakami, szum morza i od czasu do czasu warkot samolotu przelatującego wysoko w górze.

Spędza czas, ucząc się topografii domu. Parter należy do madame Manec: czysty, łatwy w nawigacji, pełen kobiet, które wchodzą kuchennymi drzwiami i opowiadają małomiasteczkowe plotki. Jest tam jadalnia i sień, a w niej stoi skrzynia ze starymi talerzami, które grzechoczą, gdy ktoś przechodzi obok. Obok kuchni znajduje się wejście do pokoiku madame: łóżko, zlew i nocnik.

Jedenaście stopni prowadzi na pierwsze piętro, gdzie widać ślady niegdysiejszego splendoru: jest tam dawna szwalnia i pokój służącej. Madame Manec mówi Marie-Laure, że na podeście schodów karawaniarze upuścili trumnę ze zwłokami stryjecznej ciotki Étienne’a.

– Trumna się przewróciła i ciotka zjechała pół piętra po schodach. Wszyscy byli przerażeni, ale na niej nie zrobiło to żadnego wrażenia!

Na drugim piętrze panuje większy bałagan: pudełka ze słoikami, metalowe tarcze, zardzewiałe piły, wiadra z częściami elektrycznymi, sterty podręczników inżynieryjnych w toalecie. Na trzecim piętrze wszędzie widać stosy gratów, w pokojach, korytarzach i na schodach: kosze z częściami urządzeń mechanicznych, pudełka po butach pełne śrub, staroświeckie domki dla lalek zbudowane przez prapradziadka Marie-Laure. Całe czwarte piętro zajmuje ogromny gabinet Étienne’a; panuje w nim na przemian głęboka cisza i hałas: słychać ludzkie głosy, muzykę lub szum i trzaski dobiegające z głośników radiowych.

Wyżej znajduje się piąte piętro: po lewej stronie schludny pokój dziadka Marie-Laure, na wprost toaleta, a po prawej sypialnia, gdzie Marie-Laure śpi z ojcem. Kiedy wieje wiatr, czyli prawie zawsze, w domu słychać skrzypienie ścian i trzask okiennic. Przeładowane meblami pokoje w centrum budynku i kręcone schody są jakby odpowiednikiem psychiki stryjecznego dziadka: pełne lęku, izolowane, ale urzekające staroświeckimi dziwami.

W kuchni przyjaciółki madame Manec ekscytują się włosami i piegami Marie-Laure. Kobiety mówią, że w Paryżu ludzie czekają pięć godzin na bochenek chleba. Ludzie zjadają zwierzęta domowe, przyrządzają zupę z gołębi i mielonych cegieł. Nie ma wieprzowiny, królików, kalafiorów. Podobno reflektory samochodów są pomalowane na niebiesko, a w nocy miasto jest ciche jak cmentarz: nie jeżdżą autobusy ani pociągi, prawie nie ma benzyny. Marie-Laure siedzi przy kwadratowym stole przed paterą z ciasteczkami i wyobraża sobie staruszki z żyłkowatymi dłońmi, zamglonymi oczyma i zbyt wielkimi uszami. Za oknem kuchni słychać witwitwit jaskółki dymówki, kroki na murach obronnych, fały uderzające w maszty, w porcie skrzypią zawiasy i brzęczą łańcuchy. Duchy. Niemcy. Ślimaki.

 

Hauptmann

W y k ł a d o w c ą n a u k t e c h n i c z n y c h jest doktor Hauptmann, drobny mężczyzna o różowych policzkach. Zdejmuje płaszcz zapinany na mosiężne guziki, wiesza go na oparciu krzesła i rozkazuje kadetom z klasy Wernera wyjąć z zamkniętej szafki stojącej w tylnej części laboratorium metalowe skrzynki.

Po uniesieniu wieka na zawiasach okazuje się, że w każdej skrzynce znajdują się zębatki, soczewki, bezpieczniki, sprężyny, sworznie i oporniki. Jest gruby zwój miedzianego drutu, niewielki młoteczek i duży akumulator z dwiema końcówkami – Werner jeszcze nigdy nie miał w rękach tak doskonałego wyposażenia. Niski profesor stoi przy tablicy i rysuje schemat prostego obwodu pozwalającego nadawać wiadomości alfabetem Morse’a. Odkłada kredę, łączy czubki szczupłych palców i z części znajdujących się w skrzynkach każe chłopcom zmontować urządzenie.

– Macie godzinę.

Większość chłopców blednie. Wysypują części na stoły i dotykają ich ostrożnie, jakby były tajemniczymi przyrządami przywiezionymi z epoki, która dopiero nadejdzie. Frederick wyjmuje ze swojej skrzynki przypadkowe elementy i unosi je do światła.

Werner ma przez chwilę wrażenie, że jest z powrotem w pokoju na poddaszu w domu dziecka, a w jego głowie kłębią się pytania: Czym jest piorun? Jak wysoko można skoczyć na Marsie? Jaka jest różnica między dwukrotnością dwudziestu pięciu i dwukrotnością pięciu dodać dwadzieścia? Później wyjmuje ze skrzynki akumulator, dwa prostokątne kawałki blachy, kilka gwoździ i młotek. W niespełna minutę konstruuje oscylator przedstawiony na schemacie.

Niski profesor marszczy brwi. Sprawdza, czy obwód działa.

– W porządku – mówi, staje naprzeciwko ławki Wernera i splata dłonie za plecami. – Teraz weźcie ze swojego zestawu kolisty magnes, drut, śrubę i akumulator. – Chociaż kieruje polecenie do całej klasy, spogląda tylko na Wernera. – Możecie się posługiwać tylko tymi akcesoriami. Kto potrafi zbudować prosty silnik?

Niektórzy chłopcy bez entuzjazmu przestawiają części w swoich zestawach. Inni po prostu patrzą.

Werner ma wrażenie, że uwaga doktora Hauptmanna skupia się na nim jak światło reflektora. Dotyka magnesem główki śruby i przykłada jej końcówkę do dodatniego bieguna akumulatora. Kiedy łączy drutem ujemny biegun akumulatora z główką śruby, magnes i śruba zaczynają się obracać. Cała operacja zajmuje mu zaledwie piętnaście sekund.

Doktor Hauptmann ma lekko rozchylone usta. Jego twarz jest zaróżowiona, podniecona.

– Jak się nazywasz, kadecie?

– Pfennig, panie doktorze.

– Co jeszcze potrafisz zbudować?

Werner spogląda na części leżące na stole.

– Dzwonek do drzwi, panie doktorze? Telegraf? Omomierz?

Pozostali chłopcy wyciągają szyje. Doktor Hauptmann ma różowe wargi, a jego powieki są niewiarygodnie cienkie. Wydaje się patrzeć na Wernera nawet wtedy, gdy ma zamknięte oczy.

– Zbuduj je wszystkie – mówi.

 


Date: 2015-12-17; view: 270


<== previous page | next page ==>
Egzamin wstępny | Latająca kanapa
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.033 sec.)