Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZADZIWIAJĄCE ODDZIAŁYWANIE MEZMERYZMU NA UMIERAJĄCEGO. 2 page

Tymczasem jest czystą niemożliwością, aby jakakolwiek istota ludzka była zdolną przewidzieć, co się w rzeczywistości stało.

Oto kiedy przy słowach "umarłem!... umarłem!...", rozbrzmiewających wprost z języka Mr. Waldemara bez żadnego udziału warg — począłem szybko wykonywać odpowiednie magnetyczne pociągnięcia, nagle — w przeciągu minuty, a nawet jeszcze krótszego czasu — całe jego ciało dosłownie rozlazło się ze szczętem w zgniłe próchno pod moimi rękoma. Przed oczami całego towarzystwa leżała teraz na łóżku bezkształtna masa w rozkładzie obrzydłym.

 

 

PORTRET OWALNY

 

Zamek, do którego mój sługa, zamierzył raczej siłą się przedostać, aniżeli pozwolić mi, ciężko rannemu, na nocleg pod gołym niebem, należał do rodzaju tych ogromem i melancholią obciążonych budynków, które zarówno w rzeczywistości, jak w wyobraźni mistress Radcliffe wznosiły swe zasępione czoła wśród Apeninów.

Według wszelkich pozorów - do czasu jeno i zgoła niedawno opuszczono ów zamek.

Zajęliśmy jedną z najszczuplejszych i z najmniejszym przepychem umeblowanych komnat.

Znajdowała się na wieży, przyległej budynkowi. Ozdoby miała bogate, lecz zgrzybiałe i zniszczone. Mury powlekało obicie i świetniały na nich obfite godła heraldyczne wszelakiego kształtu oraz godna zaiste podziwu ilość obrazów nowożytnych, pełnych stylu, w ramach złotych i po arabsku wzorzystych.

Zaciekawiły mię do głębi - zapewne pod wpływem nawiedzającej mię gorączki - zaciekawiły mię do głębi owe obrazy, wiszące nie tylko na widocznych powierzchniach muru, lecz i po niezliczonych zakątkach, których nie mogła uniknąć dziwaczna architektura zamku.

Koniec końcem - ponieważ noc już nadchodziła - kazałem Pedrowi zawrzeć ciężkie okiennice komnaty, zapalić stojący u mego wezgłowia olbrzymi, kilkuramienny świecznik i odsłonić całkowicie kotary z czarnego aksamitu, ozdobione frędzlami a okalające moje łóżko. Życzyłem sobie tych wszystkich przysposobień w tym celu, abym mógł w razie bezsenności uprzyjemniać sobie czas na przemian już to oglądaniem obrazów, już to odczytywaniem niewielkiej książki, którą znalazłem na poduszce, a która zawierała opis i ocenę wspomnianych obrazów.

Czytałem długo i długo. Oglądałem nabożnie i w skupieniu. Godziny upływały -odlatujące i uroczyste, i głucha północ nadeszła.



Położenie świecznika zdało mi się niedogodne i, nie chcąc budzić pogrążonego we śnie sługi, wyciągnąłem z wysiłkiem dłoń i utwierdziłem świecznik tak, aby pełnią promieni rozwidniał karty książki.

Wszakże mój czyn wytworzył wręcz niespodziane skutki. Promienie mnóstwa świec (a była ich spora gromada) padły na wnękę komnaty, którą jedna z kolumn mego łóżka przesłaniała dotąd głębokim cieniem.

W rzęsistym świetle postrzegłem obraz, który uszedł dotąd mej uwadze. Był to portret młodej dziewczyny w okresie dojrzewania i posiadającej już niemal urok kobiety.

Bystrym rzutem oka dotknąłem malowidła i zwarłem powieki. Czemu? Na razie sam nie rozumiałem, czemu? Lecz podczas gdy powieki moje były zamknięte, badałem pośpiesznie przyczynę, która mię zniewoliła do zamknięcia powiek. Był to odruch mimowolny dla wygrania na czasie i pochwycenia myśli - dla upewnienia siebie samego, że oczy mię nie mylą, dla uciszenia i przysposobienia duszy do spokojniejszych i trafniejszych oglądań.

Po kilku chwilach znów z uporczywością spojrzałem na obraz.

Nie mogłem wątpić, mimo żądzy zwątpienia, żem go już uprzednio wypatrzył z niezmierną dokładnością. Pierwszy bowiem pocisk światła na owo płótno rozwiał skostniałość majaczeń, która zawładnęła moimi zmysłami, i od razu mię wytrzeźwił.

Był to, jakom już powiedział, portret młodej dziewczyny. Była to jeno głowa aż po ramiona włącznie, wszystko w tym stylu, który fachowcy nazywają stylem winietowym - sposób malowania przypominał wielce Sully'ego - w ulubionych jego głowach. Ramiona, piersi, a nawet końce prześwietlonych włosów tajały niepochwytnie w rozwiewnym, lecz głębokim cieniu, który stanowił tło całości.

Rama była owalna, bogato złocona i ozdobna w stylu mauretańskim. Jako dzieło sztuki obraz ten był tak godny podziwu, że nie można był o chyba znaleźć mu nic równego. Lecz bardzo być może, iż ani wykonanie dzieła, ani nieśmiertelne piękno samej twarzy nie były tym, co mię tak nagle i tak gwałtownie wzruszyło. Jeszcze mniej mam powodów do przypuszczeń, że moja wyobraźnia, wymykając się swemu półsnowi, zwidziała w tej twarzy - twarz pewnej żyjącej osoby. Postrzegłem od razu, że odcienie rysunku, styl winiety i widok ramy rozwiałyby niezwłocznie podobną mrzonkę i uchroniłyby mnie od chwilowych nawet przywidzeń.

Niepodzielnie i zapalczywie oddany tym rozmyślaniom, godzinę niemal całą trwałem, na wpół leżąc, na wpół siedząc, z oczyma przykutymi do portretu. Wreszcie odgadłem istotną tajemnicę jego oddziaływań i upadłem na łóżko. Domyśliłem się, że czar malowidła polega na żywotności wyrazu, który jest bezwzględnym równoważnikiem samego życia, a który od pierwszego wejrzenia przejął mię dreszczem i ostatecznie - stropił, ujarzmił, przeraził.

Z głębokim strachem usunąłem świecznik na dawne miejsce.

Ująwszy w ten sposób oczom oglądania przedmiotu mych głębokich wzruszeń, chwyciłem gwałtownie do rąk książkę, która zawierała ocenę i opis obrazów.

Trafiwszy z miejsca na numer, którym był oznaczony portret owalny, przeczytałem niejasną i osobliwą opowieść i tę poniżej podaję:

"Była to młoda, niezmiernie rzadkiej urody dziewczyna - zarówno powabna, jak wesoła. Przeklęty jest ów dzień, gdy ujrzała i pokochała, i poślubiła - malarza. On - zapalony, namiętnie oddany pracy, surowy i już w swej sztuce mający - oblubienicę.

Ona - młoda dziewczyna, niezmiernie rzadkiej urody - zarówno powabna, jak wesoła: nic, jeno światło i uśmiech, i swawolność młodego jelonka. Kochała i wielbiła rzecz wszelaką. Nienawidziła jeno sztuki - swojej rywalki. Przerażała ją jeno paleta i pędzle, i inne dokuczliwe narzędzia, które ją pozbawiały widoku kochanka. Straszkami były dla tej pani nawet te słowa malarza, w których zdradzał chęć utrwalenia na płótnie swojej młodej małżonki. Lecz była pokorna i posłuszna i całymi tygodniami trwała - przesłodka - w ciemnej a górnej komnacie na wieży, kędy światło jeno od sklepień sączyło się na bladość płótna. Wszakże malarz całą swą chlubę widział w swym dziele, które z godziny na godzinę, z dnia na dzień powstawało.

A był to człowiek - pełen zapału, i dziwny, i zamyślony, i tak zapodziany w marzeniach, że nie chciał postrzec, jak światło, tak ponuro wpadające do wnętrza tej samotnej wieży, niszczy zdrowie i ducha jego żony, która widomie nikła dla całego świat a, z wyjątkiem jego osoby. Mimo to uśmiechała się wciąż i wciąż - bez skargi, gdyż widziała, że malarz (który wielką cieszył się sławą) z płomienną i żarliwą uciechą oddaje się swej pracy i trwa w niej nocami i dniami, aby przenieść na płótno tę, która go kocha, lecz która z dnia na dzień coraz bardziej niszczeje i marnieje. I doprawdy - ci, którzy oglądali portret, półgłosem zaznaczali podobieństwo, jako skutek wielmożnego cudu i jako dowód nie tylko niezmiernej potęgi samego mistrza, lecz i jego głębokiej miłości dla tej, którą tak przedziwnie odtwarzał na obrazie.

Po pewnym jednak czasie, gdy trud dobiegał do końca, nikt nie miał dostępu do wieży, mistrz bowiem oszalał w swych wysiłkach i rzadko odrywał oczy od płótna, nawet w celu przyjrzenia się obliczu swej żony. I nie chciał dostrzec tego, że barwy, które gromadził na płótnie, były odjęte obliczu tej, co przed nim siedziała. A po upływie wielu tygodni, gdy już praca była na ukończeniu i brakło zaledwo jednego rzutu pędzlem po wargach i jednej plamy na oku, dusza w piersiach pani tliła się jeno jak płomyk w lampie. I wówczas pędzel dokonał swego rzutu - i plama na oku spoczęła i przez jedno mgnienie; mistrz trwał w zachwyceniu przed dziełem spełnionym, lecz w chwilę potem, gdy przedłużył jeszcze swe oglądanie, zadrżał - i zbladł -i wręcz się przeraził! I głosem wzburzonym krzycząc:

- "Zaiste! To życie samo!" - Odwrócił się znienacka, aby zaoczyć swoją kochankę.

Ta wszakże już nie żyła.

 

 

PRZYKRA HISTORIA

 

Pewnego spokojnego, cichego popołudnia wyszłam przejść się po miłym mieście Edina. Na ulicach panował okrutny zamęt i rejwach. Mężczyźni gadali. Kobiety wrzeszczały. Dzieci dławiły się. Świnie kwiczały. Wozy turkotały. Byki ryczały. Krowy muczały. Konie rżały. Koty miauczały. Psy tańcowały. Tańcowały! Alboż to możliwe? Tańcowały! „Niestety - pomyślałam. - Skończyły się dla mnie czasy tańca!"

Tak to zawsze bywa. Jakiż rój smętnych wspomnień budzi się wciąż od nowa w umyśle osoby obdarzonej geniuszem i wyobraźnią kontemplacyjną — szczególnie geniuszem skazanym na wiecznotrwałe, wieczyste, ciągłe i, że się tak wyrażę, przeciągłe - tak, przeciągłe i przeciągane, dojmujące, nękające, burzliwe oraz -jeśli mi wolno użyć tego wyrażenia - nader niepokojące działanie pogodnych, boskich i niebiańskich, wzniosłych, podniosłych i oczyszczających skutków tego, co można by słusznie nazwać najbardziej pozazdroszczenia godną, najrzetelniej pozazdroszczenia godną - ba, najdobroczynniej piękną, najrozkoszniej eteryczną i niejako najładniejszą (jeżeli mogę się ważyć na tak śmiałe określenie) rzeczą (wybacz mi, czytelniku łaskawy!) na świecie - ale jakoś zawsze daję się ponieść uczuciu. W takim umyśle, powtarzam, jakiż rój wspomnień budzi byle błahostka! Psy tańcowały! Ja... ja nie mogłam! Baraszkowały - a jam płakała. Brykały - a ja szlochałam w głos. Rozrzewniająca to sytuacja, która osobom oczytanym w dziełach klasycznych z pewnością nie omieszka przywieść na pamięć owych przepięknych słów o stosowności wszechrzeczy, jakie znaleźć można na początku tomu trzeciego znakomitej i szacownej powieści chińskiej po tytułem Wy-Pij-Czaj.

W mojej samotnej przechadzce po mieście miałam dwoje pokornych, lecz wiernych towarzyszy. Szła ze mną Diana, moja pudliczka — najsłodsze ze stworzeń. Miała kępkę szczeciny nad swym jedynym okiem oraz błękitną kokardę, wytwornie zawiązaną na szyi. Diana nie liczyła sobie więcej jak pięć cali wzrostu, ale jej łepek był nieco większy od reszty ciała, a niesłychanie krótko obcięty ogon nadawał pozór skrzywdzonej niewinności temu interesującemu zwierzęciu, co sprawiało, że była faworytką wszystkich.

A Pompejusz, mój Murzyn! O, słodki Pompejuszu! Czyliż mogłabym zapomnieć cię kiedykolwiek? Prowadził mnie pod rękę. Miał trzy stopy wzrostu (lubię być ścisłą), jakieś siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt lat i krzywe nogi. Był bardzo korpulentny. Nie można powiedzieć, by usta miał małe, a uszy krótkie. Natomiast zęby jego przypominały perły, zaś wielkie, pełne oczy były rozkosznie bieluchne. Natura nie obdarzyła go szyją, a kostki nóg ulokowała (jak zwykle u tej rasy) w pośrodku zwierzchniej części stóp.

Ubrany był z uderzającą prostotą: Jedyny jego przyodziewek stanowił halsztuk dziewięciocalowej szerokości i prawie nowy, tabaczkowy paltot, który dawniej służył rosłemu, okazałemu i znakomitemu doktorowi Dusigroszowi. Dobry to był paltot. Doskonale skrojony, świetnie uszyty. Prawie nie używany. Pompejusz unosił go oburącz, aby nie dotknąć nim błota.

Grupkę naszą tworzyły trzy osoby, a dwie z nich zostały już opisane. Była jeszcze trzecia - a mianowicie ja sama. Jestem Signorą Psyche Zenobią. Nie żadną Suchą Snobią. Odznaczam się imponującą powierzchownością. Owego pamiętnego dnia, o którym mowa, miałam na sobie szkarłatną atłasową suknię z arabskim mantelet koloru nieba. Strój ten przyozdobiony był zielonymi agraffami tudzież siedmioma wdzięcznymi falbanami z auricula koloru oranżowego. Stanowiłam tedy trzecią osobę z tej grupki. Był pudel. Był Pompejusz. Byłam ja. Była nas troje.

Tak to podobno istniały pierwotnie zaledwie trzy Furie: Alekcia, Megusia i Tyzyfcia - Medytacja, Pamięć i Wiercipięctwo. Wsparta na ramieniu pełnego galanterii Pompejusza, poprzedzana w należytej odległości przez Dianę, kroczyłam jedną z ludnych i nader przyjemnych ulic obecnie opustoszałej Ediny. Nagle ukazał się oczom moim kościół - gotycka katedra, ogromna, czcigodna, z piętrzącą się w niebo wysoką wieżycą. Jakież szaleństwo mną owładnęło? Czemuż wybiegłam na spotkanie swego losu? Zdjęła mnie nieprzeparta chętka wspięcia się na ową wieżę zawrotną, ażeby stamtąd ogarnąć wzrokiem niezmierny przestwór miasta.

Drzwi katedry stały otworem zapraszając do wnętrza. Dopełniło się moje przeznaczenie: wstąpiłam pod złowieszcze arkady! Gdzież wtedy podziewał się mój anioł stróż? - jeżeli tacy aniołowie w ogóle istnieją. Jeżeli! Przygnębiające słowo! Jakiż bezmiar tajemnic, znaczeń i wątpliwości kryje się w twoich sześciu literach! Weszłam więc pod arkady. Weszłam i bez żadnego szwanku dla moich oranżowych auriculas wychynęłam spod portalu w przedsionek. Tak to podobno ogromna rzeka Alfred przepływa, nietknięta i nie zamoczona, pod morzem.

Myślałam, że schody nigdy się nie skończą. W skręt - tak, szły w skręt i w górę, w skręt i w górę, w skręt i w górę aż wreszcie mnie i roztropnemu Pompejuszowi, na którego ramieniu wspierałam się z całą ufnością długoletniej przyjaźni, trudno było oprzeć się myśli, że górną część tej nie kończącej się, spiralnej drabinki usunięto przypadkiem, a kto wie, czy nie rozmyślnie.

Zatrzymałam się, by zaczerpnąć tchu, i wtedy to nastąpiło zdarzenie natury zbyt doniosłej z moralnego, a także metafizycznego punktu widzenia, aby je tu pominąć. Wydało mi się - zaiste jestem tego zupełnie pewna - nie mogłabym się pomylić, o nie, gdyż przez chwil parę bacznie i niespokojnie obserwowałam ruchy mojej Diany - a więc powtarzam, iż nie mogłam się mylić -wydało mi się tedy, że Diana zwąchała coś złowieszczego.

Niezwłocznie zwróciłam na to uwagę Pompejusza, on zaś... zgodził się ze mną. Nie było już przeto żadnych rozsądnych powodów do wątpienia. Czyżby szczur? Coś zostało zwąchane -i to przez Dianę. O nieba! Czyż kiedykolwiek zapomnę dojmujące podniecenie owej chwili? Coś... było tutaj, czyli innymi słowy było gdzieś. Diana coś zwąchała. A ja... ja nie mogłam! Tak to podobno pruska isis wydziela dla niektórych słodki i nader silny zapach, dla innych zaś pozostaje całkowicie bezwonna.

Pokonaliśmy wreszcie schody i od wierzchołka dzieliły nas zaledwie trzy albo cztery stopnie. Szliśmy wciąż w górę, aż w końcu pozostał tylko jeden. Jeden stopień! Jeden mały, malutki stopień! Jakaż ogromna suma ludzkiego szczęścia lub nędzy zależy od takiego jednego, małego stopnia wielkich schodów człowieczego żywota! Pomyślałam o sobie, potem o Pompejuszu, następnie zaś o tajemniczym, niepojętym przeznaczeniu, które nas zewsząd osaczało. Pomyślałam o Pompejuszu! Niestety, pomyślałam i o miłości! Dumałam o wielu fałszywych krokach, które stawiałam po stopniach życia i które znowu postawić mogłam. Zdecydowałam się być ostrożniejsza, powściągliwsza. Puściłam ramię Pompejusza, bez jego pomocy przekroczyłam ostatni pozostały stopień i znalazłam się w komorze dzwonnicy. Za mną zjawiła się zaraz moja pudliczka. Pompejusz został sam w tyle. Zatrzymałam się u góry schodów zachęcając go, by wszedł. Wyciągnął ku mnie rękę, co czyniąc musiał na nieszczęście puścić trzymany krzepko paltot. Alboż bogowie nigdy nie zaprzestaną nas prześladować? Puściwszy paltot, Pompejusz jedną nogą przydeptał jego długą, wlokącą się połę. Zachybotał się i obalił - było to nieuniknione. Zwalił się w przód i swoim przeklętym łbem grzmotnął mnie prosto w... w piersi, aż padłam wraz z nim plackiem na twardą, brudną, obmierzłą podłogę dzwonnicy.

Atoli zemsta moja była niechybna, nagła i całkowita. Ucapiwszy go wściekle oburącz za kudły, wydarłam sporą ilość czarnego, szorstkiego i krętego włosia, które odrzuciłam ze wszelkimi objawami wzgardy. Upadło między zwoje lin dzwonnicy. Pompejusz wstał bez słowa. Spojrzał jednakże na mnie żałośnie swymi dużymi oczyma i... westchnął. Bogowie! To westchnienie! Głęboko zapadło mi w serce. A te włosy, ta sierść! Gdybym mogła jej dosięgnąć, zrosiłabym ją łzami na dowód skruchy. Ale niestety! Była o wiele za daleko. Gdy tak dyndała pośród lin dzwonu, wydało mi się, że jest żywa, że jeży się z oburzenia. Tak to podobno pipimendrum FIos Aeris z Jawy wypuszcza przepiękny kwiat, który żyje, kiedy go wyciągnąć za korzenie. Krajowcy zawieszają go na sznurku u powały i przez lata całe rozkoszują się jego wonią.

Zawarłszy pokój po tym starciu rozejrzeliśmy się w poszukiwaniu jakiegoś otworu, przez który można by popatrzeć na miasto Edina. Okien nie było. Jedyne światło, jakie wnikało do tego mrocznego pomieszczenia, pochodziło z kwadratowego otworu o boku wynoszącym mniej więcej stopę, umieszczonego na wysokości jakich siedmiu stóp nad podłogą. Ale czegóż nie zdoła dokazać energia rzetelnego geniusza? Postanowiłam wspiąć się do tego otworu. Tuż naprzeciw niego piętrzyła się wielka ilość kółek, walców zębatych i innych kabalistycznie wyglądających części maszynerii, a przez sam otwór przechodziła żelazna sztaba mechanizmu. Pomiędzy owymi kołami a ścianką, w której znajdował się otwór, pozostawało ledwie dość miejsca, bym mogła się tam wcisnąć, byłam jednakże gotowa na wszystko, zdecydowana wytrwać w swoim zamiarze. Przyzwałam do siebie Pompejusza.

- Dostrzegasz ten otwór, Pompejuszu? Chcę przezeń wyjrzeć. Stań tutaj, tuż pod nim - o, tak. Teraz wyciągnij rękę, bym mogła na niej stanąć - o, właśnie. A teraz podaj mi drugą rękę, Pompejuszu, to wejdę ci na ramiona.

Spełnił wszystko, czego sobie życzyłam, ja zaś dostawszy się na górę, stwierdziłam, że mogę bez trudności wytknąć przez otwór głowę i szyję. Widok był przecudowny. Nie znaleźć nic wspanialszego. Zatrzymałam się chwilę, aby przywołać Dianę do porządku tudzież upewnić Pompejusza, że zachowam ostrożność i postaram się ciążyć mu jak najmniej na ramionach. Oświadczyłam, że będę dlań delikatna - delikatna kom le beefsteak. Spełniwszy ten obowiązek wobec wiernego przyjaciela, oddałam się z wielkim zapałem i entuzjazmem smakowaniu panoramy, która tak łaskawie rozpościerała się przed mymi oczyma. Wszelako nie zamierzam rozwodzić się na ten temat. Nie będę opisywała miasta Edynburga. Każdy był w mieście Edynburgu. Każdy był w Edynburgu - starożytnej Edinie. Ograniczę się do doniosłych szczegółów mojej opłakanej przygody.

Zaspokoiwszy w pewnej mierze ciekawość, jaką we mnie budził rozmiar, położenie i wygląd ogólny miasta, mogłam spokojnie obejrzeć kościół, w którym się znajdowałam, oraz koronkową architekturę dzwonnicy. Zauważyłam, że dziura, przez którą wytknęłam głowę, jest otworem w tarczy gigantycznego zegara, z ulicy przypominającym zapewne dużą dziurkę od kluczyka, jaką widuje się na cyferblatach francuskich zegarków kieszonkowych. Niezawodnie otwór był przeznaczony na to, aby mechanik mógł w razie potrzeby wysunąć przezeń rękę i od wewnątrz poprawić wskazówki. Zaobserwowałam też ze zdumieniem olbrzymie rozmiary tychże wskazówek, z których dłuższa musiała liczyć nie mniej niż dziesięć stóp długości, a osiem lub dziewięć cali w najszerszym miejscu. Widać było, że sporządzone są z litej stali, a ich krawędzie wydawały się ostre.

Zauważywszy te wszystkie szczegóły i jeszcze kilka innych, obróciłam znów oczy na przepyszny widok roztoczony w dole i rychło pogrążyłam się w kontemplacji.

Wyrwał mnie z niej po paru minutach głos Pompejusza, który oznajmił, że nie może już dłużej wytrzymać, i poprosił, bym była łaskawa zejść. Nie miało to żadnego sensu, co też mu zakomunikowałam w dłuższej przemowie. Odpowiedział mi w sposób, który zdradzał jawny brak zrozumienia dla moich zapatrywań na ten temat. Wobec powyższego wpadłam w gniew, oświadczyłam mu dobitnie, że jest durniem, że dopuścił się ignoramus-ci-w--oko, że jego poglądy są insumarium bovis, a słowa to zwykłe treleverborum. Najwyraźniej zadowolił się tym, ja zaś powróciłam do mej kontemplacji.

W jakieś pół godziny po, tej sprzeczce, właśnie gdy byłam głęboko pochłonięta niebiańskim widokiem, uczułam niespodziewanie, że coś zimnego delikatnie uciska mi kark. Nie trzeba dodawać, że zaniepokoiłam się niewymownie. Wiedziałam, iż Pompejusz znajduje się pod moimi stopami, a Diana, zgodnie z wyraźnym poleceniem, siedzi na ogonie w dalszym kącie komory. Cóż więc to być mogło? Niestety! Odkryłam przyczynę aż nazbyt rychło.

Obróciwszy leciutko głowę w bok, spostrzegłam ku swemu najwyższemu przerażeniu, że olbrzymia, połyskliwa, podobna do miecza wskazówka minutowa zegara, dokonując godzinnego obrotu, spoczęła na mej szyi.

Wiedziałam, że nie ma sekundy do stracenia. Natychmiast szarpnęłam się w tył - ale już było za późno. Nie mogłam ani rusz wyciągnąć głowy z tego okropnego potrzasku, w którym utkwiła, a który zacieśniał się i zacieśniał z szybkością nad wszelkie pojęcie straszliwą. Nie sposób wyobrazić sobie ową mękę. Poderwałam ręce w górę i z całej mocy spróbowałam dźwignąć ciężką stalową sztabę. Z równym powodzeniem mogłabym usiłować podnieść samą katedrę. Wskazówka opuszczała się i opuszczała, coraz to bardziej i bardziej. Wrzasnęłam o ratunek do Pompejusza, atoli ten oświadczył, że czuje się dotknięty, ponieważ nazwałam go „starym zezowatym durniem". Ryknęłam na Dianę, suczka jednak odpowiedziała jedynie: hau-hau-hau, utrzymując, że przykazałam jej „pod żadnym pozorem nie ruszać się z kąta". Nie mogłam więc spodziewać się pomocy ód moich towarzyszy.


Date: 2015-12-17; view: 144


<== previous page | next page ==>
ZADZIWIAJĄCE ODDZIAŁYWANIE MEZMERYZMU NA UMIERAJĄCEGO. 1 page | ZADZIWIAJĄCE ODDZIAŁYWANIE MEZMERYZMU NA UMIERAJĄCEGO. 3 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.009 sec.)