Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO FASZYSTOWSKIEMU 4 page

Czekałem, aż zapyta, czy nie lepiej zostawić to policji, ale oczywiście wiedział, że nie.

Doug Reems, posterunkowy z Jodie, miał słaby wzrok, nosił aparat ortopedyczny na jednej

nodze i był jeszcze starszy. Deke nie zapytał także, czemu nie wezwałem policji stanowej z

Dallas. Gdyby to zrobił, powiedziałbym mu, że moim zdaniem Clayton nie blefował, mówiąc,

że zabije Sadie, jeśli zobaczy choć jedno błyskające światło. Co było prawdą, ale nie

głównym powodem. Chciałem załatwić tego sukinsyna osobiście.

Byłem wściekły.

- O której się ciebie spodziewa, George?

- Nie później niż o wpół do ósmej.

- A teraz jest... za kwadrans siódma, według mojego zegarka. Co daje nam troszkę

czasu. Ulica za Bee Tree nazywa się Apple jakaś tam. Nie pamiętam dokładnie. Tam

będziesz?

- Tak. Na tyłach jej domu.

- Mogę tam być za pięć minut.

- Jasne, jeśli będziesz jechał jak wariat. Dziesięć wystarczy. I przynieś coś dla

kamuflażu, coś, co będzie mógł zobaczyć z okna salonu, jeśli wyjrzy na zewnątrz. Nie wiem,

może...

- Może być brytfanna?

- Jasne. Do zobaczenia za dziesięć minut.

Zanim odłożyłem słuchawkę, zapytał:

- Masz broń?

- Tak.

Jego odpowiedź zabrzmiała jak warczenie psa.

- Dobrze.

Ulica za domem Doris Dunning nazywała się Wyemore Lane. Ulica za domem Sadie -

Apple Blossom Way. Dom na Wyemore 202 był na sprzedaż. Przed domem na Apple

Blossom Way 140 nie było tablicy NA SPRZEDAŻ, ale w środku panowały ciemności, a

trawnik był zaniedbany, usiany mleczami. Zaparkowałem od frontu i spojrzałem na zegarek.

Za dziesięć siódma.

Dwie minuty później ranch wagon Deke'a zatrzymał się za moim chevy. Deke miał na

sobie dżinsy, koszulę w kratę i krawat z tasiemki. W rękach trzymał brytfannę w kwiatki.

Miała szklaną pokrywkę i była wypełniona po brzegi chop suey.

- Deke, nie wiem, jak ci dzię...

- Nie zasługuję na podziękowanie, zasługuję na porządnego kopa w tyłek. Tego dnia,

kiedy go widziałem, minąłem się z nim w drzwiach Western Auto. To musiał być Clayton.

Dzień był wietrzny. Podmuch rozwiał mu włosy i przez sekundę widziałem te wgłębienia w

jego skroniach. Ale te włosy... długie i innego koloru... poza tym miał na sobie strój

kowbojski... szlag by to. - Pokręcił głową. - Starzeję się. Jeśli Sadie stało się coś złego, nigdy



sobie nie daruję.

- Dobrze się czujesz? Żadnych bólów w piersi ani nic takiego?

Spojrzał na mnie jak na wariata.

- Będziemy tu stać i gawędzić o moim zdrowiu, czy spróbujemy wyciągnąć Sadie z

opresji?

- Więcej niż spróbujemy. Ty okrążysz jej dom i podejdziesz od frontu. Ja w tym czasie

przekradnę się przez żywopłot na jej podwórko. - Oczywiście, mówiąc to, miałem przed

oczami dom Dunningów na Kossuth Street, ale zaraz przypomniałem sobie, że na końcu

małego podwórka Sadie też rośnie żywopłot. Widziałem go wiele razy.

- Zapukasz i powiesz coś wesołego. Dość głośno, żebym usłyszał. Wtedy będę już w

kuchni.

- A jeśli tylne drzwi będą zamknięte?

- Pod schodkiem trzyma klucz.

- No dobra. - Deke chwilę pomyślał zasępiony, po czym podniósł głowę. - Zawołam

„Tu Avon, specjalna dostawa zapiekanki”. I podniosę brytfannę, żeby mógł mnie zobaczyć

przez okno salonu, jeśli wyjrzy. Może być?

- Tak. Chcę tylko, żebyś na kilka sekund odwrócił jego uwagę.

- Nie strzelaj, jeśli będzie zagrożenie, że trafisz Sadie. Staranuj drania. Dasz radę.

Facet, którego widziałem, był chudy jak szczapa.

Spojrzeliśmy na siebie ponuro. Taki plan mógłby się powieść w „Gunsmoke” albo

„Mavericku”, ale to było prawdziwe życie. A w prawdziwym życiu pozytywni bohaterowie - i

bohaterki - czasem giną.

Podwórko za domem na Apple Blossom Way nie wyglądało zupełnie tak samo jak to

za domem Dunningów, ale podobieństwa były. Po pierwsze, stała tam psia buda, choć

nieopatrzona tabliczką DOMEK DLA PIESKA. Nad okrągłym wejściem widniały

wymalowane niewprawną ręką dziecka słowa: DOM BUTCHA. I nie było maluchów

zbierających cukierki. Nie ta pora roku.

Za to żywopłot wyglądał identycznie.

Przecisnąłem się przez krzaki, praktycznie nie czując zadrapań, które sztywne gałęzie

kreśliły na moich rękach. Przeciąłem podwórko Sadie na ugiętych nogach i spróbowałem

otworzyć drzwi. Zamknięte. Wsunąłem rękę pod schodek, przekonany, że klucza nie będzie,

bo przeszłość harmonizuje, ale i jest nieustępliwa.

Był. Wyciągnąłem go, włożyłem do zamka i powoli zwiększając nacisk, przekręciłem.

Zasuwa odskoczyła z głuchym łupnięciem. Zesztywniałem, czekając na okrzyk

zaniepokojenia. Jednak panowała cisza. W salonie paliły się światła, ale nie słyszałem

żadnych głosów. Może Sadie już nie żyła, a Clayton uciekł.

Boże, proszę, nie!

Kiedy ostrożnie uchyliłem drzwi, usłyszałem go. Mówił donośnym, monotonnym

głosem, jak wielebny Billy James Hargis na prochach uspokajających. Nazywał ją dziwką,

narzekał, że zrujnowała mu życie. A może chodziło o dziewczynę, która próbowała go

dotknąć. W oczach Johnny'ego Claytona wszystkie były takie same: głodne seksu nosicielki

chorób. Trzeba je było nauczyć moresu. I, oczywiście, odgrodzić się od nich miotłą.

Zzułem buty i postawiłem je na linoleum. Światło nad zlewem było włączone.

Sprawdziłem, gdzie pada mój cień, by się upewnić, że nie pojawi się przede mną w drzwiach.

Wyjąłem kolta z kieszeni marynarki i ruszyłem przez kuchnię. Zamierzałem stać przy

drzwiach salonu, dopóki nie usłyszę „Tu Avon!”. Wtedy rzucę się do ataku.

Tylko że nie tak to się rozegrało. Kiedy Deke krzyknął, w jego głosie nie było

wesołości. To był krzyk szoku i gniewu. I nie rozległ się za drzwiami wejściowymi, tylko już

wewnątrz domu.

- O mój Boże! Sadie!

A potem wszystko potoczyło się bardzo, bardzo szybko.

Clayton wyłamał zamek w drzwiach wejściowych, przez co się nie domykały. Sadie

tego nie zauważyła, ale Deke owszem. Zamiast zapukać, pchnął je i wszedł do środka z

brytfanną w rękach. Clayton wciąż siedział na pufie i mierzył z rewolweru w Sadie, ale nóż

położył na podłodze obok siebie. Deke później mówił, że nawet nic nie wiedział o tym nożu.

Wątpię, czy w ogóle zobaczył rewolwer. Całą uwagę skupiał na Sadie. Góra jej niebieskiej

sukienki przybrała brudny, rdzawoczerwony kolor. Ręka Sadie i bok sofy, nad którym

dyndała, były zalane krwią. Najgorzej jednak wyglądała jej twarz, odwrócona w stronę

Deke'a. Z lewego policzka zwisały dwa płaty skóry, jak dwie części rozdartej kurtyny.

- O mój Boże! Sadie! - To był spontaniczny krzyk, wyraz czystego szoku.

Clayton odwrócił się z górną wargą wykrzywioną we wściekłym grymasie. Poderwał

broń. Zobaczyłem to w chwili, kiedy wpadłem w drzwi między kuchnią a salonem.

Zobaczyłem też, jak Sadie wyrzuca nogę do przodu i kopnięciem przewraca puf. Clayton

strzelił, ale kula wbiła się w sufit. Kiedy próbował się podnieść, Deke rzucił brytfanną.

Przykrywka odpadła. Trochę makaronu, mięso, kawałki zielonej papryki i sos pomidorowy

chlusnęły wachlarzem na wszystkie strony. Naczynie, wciąż w więcej niż połowie pełne,

trafiło Claytona w prawe ramię. Reszta chop suey wypadła. Rewolwer poleciał w bok.

Zobaczyłem krew. Zobaczyłem zmasakrowaną twarz Sadie. Zobaczyłem Claytona

kucającego na zakrwawionym dywanie i uniosłem kolta.

- Nie! - krzyknęła Sadie. - Nie, proszę, nie!

To otrzeźwiło mnie, jakbym dostał w twarz. Gdybym go zabił, policja

zainteresowałaby się mną bez względu na to, jak bardzo zabójstwo byłoby uzasadnione.

Maska George'a Ambersona rozsypałaby się w proch i straciłbym wszelkie szanse na to, by

przeszkodzić w listopadowym zamachu. Poza tym - na ile to zabójstwo byłoby uzasadnione?

Ten człowiek już nie miał broni.

A przynajmniej tak sądziłem, bo ja też nie zauważyłem noża. Zasłaniał go

przewrócony puf. Możliwe, że przeoczyłbym go, nawet gdyby leżał na wierzchu.

Schowałem broń z powrotem do kieszeni i podniosłem Claytona na nogi.

- Nie wolno mnie bić! - krzyknął, tryskając z ust śliną. Jego powieki trzepotały jak w

ataku padaczki. Puścił mu pęcherz; słyszałem, jak mocz kapie na dywan. - Jestem chory

psychicznie, nie odpowiadam za siebie, nie można mnie obarczać odpowiedzialnością, mam

zaświadczenie, jest w schowku w samochodzie, pokażę ci...

Skamlący głos Claytona, skrajne przerażenie w jego oczach teraz, gdy był bez broni,

zwisające wokół twarzy strąki ufarbowanych na pomarańczowoblond włosów, nawet zapach

chop suey... wszystko to mnie rozwścieczało. W największą furię jednak wprawił mnie widok

Sadie skulonej na kanapie i zalanej krwią. Jej włosy rozsypały się i po lewej stronie wisiały

pozlepiane obok rozharatanej twarzy. Miała nosić bliznę w tym samym miejscu, w którym

Bobbi Jill nosiła ślad po swojej - oczywiście, przeszłość harmonizuje, ale rana Sadie

wyglądała gorzej, och, jak dużo gorzej.

Uderzyłem go w prawy policzek tak mocno, że ślina trysnęła z lewego kącika jego ust.

- Ty pojebańcu, to za miotłę!

Poprawiłem z drugiej strony i tym razem ślina trysnęła z prawego kącika jego ust.

Syciłem uszy jego skowytem z gorzką, nieprzynoszącą radości satysfakcją zastrzeżoną tylko

dla rzeczy najgorszych, gdy zło jest zbyt wielkie, żeby je cofnąć. Czy kiedykolwiek

wybaczyć.

- To za Sadie!

Zacisnąłem pięść. W jakimś innym świecie Deke krzyczał do słuchawki telefonu. I

czy pocierał się po piersi tak jak Turcotte? Nie. Przynajmniej jeszcze nie. W tym samym

innym świecie Sadie jęczała.

- A to za mnie!

Wyrzuciłem pięść do przodu i - powiedziałem, że będę mówił prawdę, od początku do

końca - kiedy zgruchotałem mu nos, jego krzyk bólu był mi najmilszą muzyką. Puściłem go i

zwalił się na podłogę.

Odwróciłem się do Sadie.

Próbowała wstać z kanapy, ale osunęła się z powrotem. Próbowała wyciągnąć do mnie

ręce, ale tego też nie była w stanie zrobić. Opadły na jej przesiąkniętą krwią, zniszczoną

sukienkę. Oczy zaczęły uciekać jej w głąb czaszki i byłem pewien, że zemdleje, ale

wytrzymała.

- Przyjechałeś - szepnęła. - Och, Jake, przyjechałeś po mnie. Obaj przyjechaliście.

- Bee Tree Lane! - krzyknął Deke do telefonu. - Nie, nie wiem, jaki numer, nie

pamiętam, ale przed domem zobaczycie wymachującego rękami starego człowieka w butach

ochlapanych chop suey! Szybko! Straciła dużo krwi!

- Nie ruszaj się - powiedziałem. - Nie próbuj...

Jej oczy otworzyły się szeroko. Patrzyła mi za ramię.

- Uważaj! Jake, uważaj!

Odwróciłem się, sięgając do kieszeni po rewolwer. Deke też się obrócił, trzymając

słuchawkę telefonu w dwóch powykrzywianych artretyzmem rękach jak maczugę. Jednak

choć Clayton podniósł z podłogi nóż, którym oszpecił Sadie, to miał już nigdy nikogo nie

zaatakować. Nikogo oprócz siebie.

To była jeszcze jedna scena, w której już kiedyś grałem; wtedy działo się to na

Greenville Avenue, zaraz po moim przyjeździe do Teksasu. Tym razem nie było muzyki

Muddy'ego Watersa huczącej w Desert Rose, była za to kolejna ciężko ranna kobieta i kolejny

mężczyzna krwawiący z kolejnego złamanego nosa, z wywleczoną ze spodni koszulą

opadającą prawie do kolan. Trzymał nóż zamiast pistoletu, ale wszystko poza tym się

zgadzało.

- Nie, Clayton! - krzyknąłem. - Odłóż to!

Jego wybałuszone oczy patrzyły przez strąki pomarańczowych włosów na

oszołomioną, omdlewającą kobietę na kanapie.

- Tego chcesz, Sadie? - krzyknął. - Jeśli tego chcesz, proszę bardzo!

Z uśmiechem szaleńca podniósł nóż do gardła... i ciął.

CZĘŚĆ V

22 LISTOPADA 1963

ROZDZIAŁ 23

Z „Dallas Morning News”, 11 kwietnia 1963 (str. 1):


Date: 2015-12-17; view: 203


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO FASZYSTOWSKIEMU 3 page | WALKER CELEM SNAJPERA
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.014 sec.)