Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO FASZYSTOWSKIEMU 2 page

umarły z głodu.

- Castro i Front położą temu kres - powiedział Lee ponuro.

- Oby dzień ten rychło nastał. - Brzęknęły butelki, zapewne w toaście za rychłe

nastanie tego dnia. - Co słychać w pracy, towarzyszu? I dlaczego dziś cię tam nie ma?

Nie było go tam, wyjaśnił Lee, bo chciał być tutaj. Ot, i cała historia. Odbił kartę i

wyszedł.

- A co mi zrobią? Jestem najlepszym specem od foto wydruku, jakiego ma stary

Bobby Stovall, i dobrze o tym wie. Brygadzista, nazywa się (nie dosłyszałem nazwiska -

Graff? Grafe?), mówi mi „Przestań zgrywać działacza związkowego, Lee”. Wiesz, co wtedy

robię? Śmieję się, mówię „Dobra, swinojebie” i odchodzę. To świński kutas, wszyscy to

wiedzą.

Mimo to było oczywiste, że Lee lubi swoją pracę, choć narzekał na paternalistyczne

stosunki i na to, że ranga znaczy więcej od umiejętności. W którymś momencie stwierdził:

- Wiesz, w Mińsku, przy równych szansach dla wszystkich, w rok zostałbym

kierownikiem.

- Wiem, synu... to się rozumie samo przez się.

Podpuszczał go. Nakręcał go. Byłem tego pewien. I to mi się nie podobało.

- Widziałeś dzisiejszą gazetę? - spytał Lee.

- Nie widziałem rano nic oprócz telegramów i notatek służbowych. Jak myślisz,

czemu tu jestem, jeśli nie po to, żeby oderwać się od biurka?

- Walker zrobił to - powiedział Lee. - Przyłączył się do krucjaty Hargisa... a może to

Hargis przyłączył się do krucjaty Walkera. Trudno powiedzieć. W każdym razie chodzi o tę

zasraną Nocną Jazdę. Te dwa matoły objadą całe Południe i będą wmawiać ludziom, że

NAACP to komunistyczna przybudówka. To cofnie integrację i prawa wyborcze o

dwadzieścia lat.

- Jasne! I roznieci nienawiść. Ile czasu minie, zanim zaczną się masakry?

- Albo zanim ktoś zastrzeli Ralpha Abernathy'ego i doktora Kinga!

- Że Kinga zastrzelą, to pewne - powiedział DeMohrenschildt, prawie ze śmiechem.

Stałem wyprostowany, mocno przyciskając słuchawki do uszu, z potem ściekającym

po twarzy. Wkroczyli na naprawdę grząski grunt; balansowali na krawędzi spisku. - To tylko

kwestia czasu.

Jeden z nich otworzył następną butelkę meksykańskiego piwa i Lee powiedział:

- Ktoś powinien powstrzymać tych dwóch bydlaków.

- Mylisz się, nazywając naszego generała Walkera matołem - oznajmił

DeMohrenschildt tonem wykładowcy. - Co do Hargisa zgoda. Hargis to błazen. Słyszałem,



że... jak wielu jemu podobnych... ma wynaturzone gusty seksualne, no wiesz, z rana by

pochędożył cipkę małej dziewczynki, a po południu dupkę małego chłopca.

- Kurczę, to chore! - Głos Lee załamał się na ostatnim słowie jak głos nastolatka

przechodzącego mutację. A potem chichot.

- Za to Walker, hm, to zupełnie inna para kaloszy. Jest ważną figurą w John Birch

Society...

- Banda faszystów i antysemitów!

- ...i mogę sobie wyobrazić, że pewnego dnia, już niebawem, zrobią go

przewodniczącym. Kiedy zdobędzie zaufanie i poparcie reszty nawiedzonych prawicowych

grupek, może nawet znów wystartuje w wyborach... ale tym razem nie na gubernatora

Teksasu. Podejrzewam, że mierzy wyżej. Senat? Niewykluczone. Może nawet Biały Dom?

- Nie ma szans. - W głosie Lee brzmiała jednak niepewność.

- Najprawdopodobniej nie ma szans - uściślił DeMohrenschildt. - Ale nigdy nie

lekceważ zdolności amerykańskiej burżuazji do zaakceptowania faszyzmu zwanego

populizmem. Ani potęgi telewizji. Bez niej Kennedy za nic nie pokonałby Nixona.

- Kennedy i jego żelazna pięść - powiedział Lee. Wyglądało na to, że jego sympatia

dla obecnego prezydenta przeminęła jak niebieskie zamszowe buty. - Nie spocznie, dopóki

Fidel sra w kibel Batisty.

- I nigdy nie lekceważ przerażenia białej Ameryki na myśl o społeczeństwie, w którym

zaprowadzi się równość ras.

- Czarnuch, czarnuch, czarnuch, Meksykaniec, Meksykaniec, Meksykaniec! -

wybuchnął Lee z wściekłością tak wielką, że prawie przechodziła w udrękę. - Na okrągło

słyszę to w pracy!

- Nie wątpię. Kiedy w „Morning News” piszą o „wielkim stanie Teksas”, tak

naprawdę mają na myśli „biały stan Teksas”. A ludzie słuchają! Dla takiego człowieka jak

Walker... bohatera wojennego jak Walker... błazen pokroju Hargisa to tylko narzędzie. Tak

jak von Hindenburg był narzędziem Hitlera. Z odpowiednimi specami od public relations,

którzy wygładziliby jego wizerunek, Walker mógłby zajść wysoko. Wiesz, co sądzę? Że

człowiek, który sprzątnąłby generała rasistowskiej Ameryki Edwina Walkera, oddałby

społeczeństwu przysługę.

Zwaliłem się ciężko na krzesło przy stole, na którym stał mały magnetofon z

kręcącymi się szpulami.

- Jeśli naprawdę uważasz... - zaczął Lee i wtedy rozległ się głośny zgrzyt, na który

zerwałem słuchawki z głowy. Na górze nie było krzyków niepokoju ani oburzenia, żadnego

szybkiego tupotu nóg więc... chyba że potrafili się świetnie maskować... uznałem, że nie

znaleźli podsłuchu w lampie. Założyłem słuchawki z powrotem. Nic. Wypróbowałem

mikrofon dalekiego zasięgu, stojąc na krześle i przykładając półmisek Tupperware prawie do

samego sufitu. Słyszałem jak Lee coś mówi, a DeMohrenschildt od czasu do czasu odpowiada

ale o czym mówili, tego już nie mogłem wychwycić.

Moje ucho w mieszkaniu Oswalda ogłuchło.

Przeszłość jest nieustępliwa.

Po następnych dziesięciu minutach rozmowy - może o polityce, może o irytujących

przywarach żon, może o tworzonych na gorąco planach zamordowania generała Edwina

Walkera - DeMohrenschildt zbiegł po zewnętrznych schodach na dół i odjechał.

Nad głową słyszałem kroki Lee - stuk, stuk, stuk. Poszedłem za nimi do mojej sypialni

i wymierzyłem mikrofon dalekiego zasięgu w miejsce, gdzie się zatrzymały. Nic... nic... i

wreszcie słaby, ale charakterystyczny dźwięk - chrapanie. Kiedy Ruth Paine dwie godziny

później przywiozła Marinę i June, Lee wciąż spał piwnym snem. Marina go nie obudziła. Na

jej miejscu też bym nie budził tego porywczego sukinsyna.

Po tamtym dniu Oswald coraz rzadziej pojawiał się w pracy. Jeśli Marina o tym

wiedziała, nie obchodziło jej to. Może nawet tego nie zauważyła. Była zaabsorbowana Ruth,

swoją nową znajomą. Bicia było trochę mniej, nie dlatego, że wzrosło morale, ale przez to, że

Lee wychodził z domu prawie tak często jak ona. Często zabierał swój aparat fotograficzny

Imperial Reflex. Dzięki notatkom Ala wiedziałem, dokąd chodził i co robił.

Pewnego dnia, kiedy poszedł na przystanek, wskoczyłem do samochodu i pojechałem

na Oak Lawn Avenue. Chciałem dotrzeć tam przed autobusem Lee i mi się udało. Z dużym

zapasem czasu. Po obu stronach Oak Lawn nie brakowało ukośnych miejsc parkingowych,

ale mój czerwony chevy z tylnymi płetwami w kształcie skrzydeł mewy wyglądał dość

charakterystycznie i nie chciałem ryzykować, że Lee go zobaczy. Zostawiłem wóz za rogiem,

na parkingu sklepu spożywczego Alpha Beta przy Wycliff Avenue. Poszedłem pieszo na

Turtle Creek Boulevard. Stały tam nowoczesne hacjendy z łukami i pokrytymi stiukiem

ścianami. Były wysadzane palmami podjazdy, wielkie trawniki, nawet jedna czy dwie

fontanny.

Przed domem numer 4011 szczupły mężczyzna (uderzająco podobny do aktora

westernów Randolpha Scotta) strzygł trawnik ręczną kosiarką. Napotykając moje spojrzenie,

Edwin Walker zasalutował mi niedbale od skroni. Odpowiedziałem tym samym gestem. Cel

Lee Oswalda wrócił do koszenia trawnika, a ja poszedłem dalej.

Interesował mnie kwartał ulic wyznaczony przez Turtle Creek Boulevard (gdzie

mieszkał generał), Wycliff Avenue (gdzie zaparkowałem), Avondale Avenue (gdzie

poszedłem po wymianie pozdrawiających gestów z generałem Walkerem) i Oak Lawn, ulicę

małych sklepików biegnącą bezpośrednio za domem generała. Oak Lawn interesowała mnie

najbardziej, bo tędy Lee miał nadejść i uciec wieczorem dziesiątego kwietnia.

Stałem przed sklepem Texas Shoes & Boots z postawionym kołnierzem dżinsowej

kurtki i rękami wciśniętymi do kieszeni. Jakieś trzy minuty po tym, jak tam się ulokowałem,

na rogu Oak Lawn i Wycliff zatrzymał się autobus. Wysiadły dwie kobiety z torbami z

materiału. A za nimi Lee. Trzymał brązową papierową torbę, w jakich robotnicy noszą lunch.

Na rogu był duży kamienny kościół. Lee niespiesznie podszedł do żelaznego

ogrodzenia, przeczytał ogłoszenia na tablicy, wyjął mały notes z kieszeni spodni i coś sobie

zapisał. Potem ruszył w moim kierunku, chowając notes do kieszeni. Tego się nie

spodziewałem. Al był przekonany, że Lee schowa karabin przy torach kolejowych po drugiej

stronie Oak Lawn Avenue, dobry kilometr stąd. Może jednak się mylił, bo Lee nawet nie

zerknął w tamtą stronę. Był o siedemdziesiąt-osiemdziesiąt metrów ode mnie i szybko się

zbliżał.

Zauważy mnie i zagadnie, pomyślałem. Powie: „Czy to nie ty mieszkasz piętro niżej?

Co tu robisz?”. A wówczas przyszłość zboczy na zupełnie nowy tor. Niedobrze. Ba, fatalnie.

Gapiłem się na buty w witrynie, pot zwilżał mi kark i ściekał po plecach. Kiedy

wreszcie zaryzykowałem i spojrzałem w lewo, Oswalda już nie było. Zniknął jak za

skinieniem różdżki.

Bez pośpiechu ruszyłem w głąb ulicy. Dlaczego nie włożyłem czapki czy chociaż

okularów przeciwsłonecznych? Co ze mnie za tajny agent, do cholery?

Podszedłem do kawiarni mniej więcej w połowie przecznicy. Tabliczka w oknie

reklamowała ŚNIADANIE PRZEZ CAŁY DZIEŃ. Lee nie było w środku. Za kawiarnią

znajdował się wylot zaułka. Powoli przechodząc na drugą jego stronę, zerknąłem w prawo i

wtedy go zobaczyłem. Był odwrócony plecami. Wyjął aparat fotograficzny z papierowej

torby, ale nie robił zdjęć, przynajmniej jeszcze nie. Oglądał kubły na śmieci. Zdejmował

pokrywy, zaglądał do środka, odkładał je na miejsce.

Każda moja cząstka - przez co chyba rozumiem wszystkie moje instynkty - nalegała,

żebym ruszył dalej, zanim się odwróci i mnie zauważy, ale silna fascynacja jeszcze chwilę

zatrzymała mnie na miejscu. Tak samo pewnie byłoby z większością ludzi w mojej sytuacji.

Ostatecznie jak często mamy okazję obserwować człowieka podczas przygotowań do

morderstwa z zimną krwią?

Wszedł nieco dalej w zaułek i zatrzymał się przy okrągłej żelaznej płycie osadzonej w

betonowej pokrywie kanału. Próbował ją podnieść. Nic z tego.

Zaułek był nieutwardzony, pełen dziur, mniej więcej dwustumetrowy. W połowie jego

długości kończyła się druciana siatka ogradzająca zachwaszczone podwórka i puste parcele, a

zaczynał wysoki drewniany parkan porośnięty bluszczem, który wyglądał niezbyt żywotnie

po paskudnej zimie. Lee odgarnął zasłonę z pnączy i pociągnął za deskę. Odchyliła się i

zajrzał za nią.

Jasne, trzeba rozbić jajka, aby zrobić omlet, ja jednak czułem, że starczy już tego

kuszenia losu. Ruszyłem dalej. Na końcu przecznicy przystanąłem przed kościołem, który

zainteresował Oswalda. Był to kościół Świętych w Dniach Ostatnich. Tablica ogłoszeń

podawała, że nabożeństwa odbywają się w każdą niedzielę rano, a w środowe wieczory o

siódmej odprawiane są specjalne msze dla nowych parafian, po których odbywa się godzinne

spotkanie towarzyskie. Z poczęstunkiem.

Dziesiąty kwietnia wypadał w środę i plan Lee (zakładając, że nie był planem

DeMohrenschildta) teraz wydawał się dość oczywisty: ukryć wcześniej broń w zaułku, a

potem czekać na zakończenie mszy dla nowych parafian - i, oczywiście, spotkania

towarzyskiego. Będzie mógł usłyszeć wiernych, kiedy wyjdą i wśród rozmów i śmiechu

skierują się na przystanek. Autobusy kursowały co kwadrans; nawet gdy jeden uciekł, nie

trzeba było długo czekać na następny. Lee strzeli, schowa broń z powrotem za obluzowaną

deską (nie przy torach kolejowych), a potem wmiesza się w tłum wychodzących z kościoła. I

odjedzie autobusem.

Zerknąłem w prawo w samą porę, by zobaczyć, jak wyszedł z zaułka. Aparat wrócił

do papierowej torby. Oswald poszedł na przystanek i oparł się o słup. Dołączył do niego jakiś

mężczyzna i o coś spytał. Wkrótce wdali się w rozmowę. Kurtuazyjna pogawędka z

nieznajomym czy może był to jeszcze jeden kumpel DeMohrenschildta? Przypadkowy

przechodzień czy współspiskowiec? Może nawet słynny Nieznany Strzelec, który - według

zwolenników teorii spiskowych - czaił się na trawiastym pagórku nieopodal Dealey Plaza,

kiedy nadjechała kolumna samochodów Kennedy'ego? Powiedziałem sobie, że to bzdura. I

pewnie miałem rację, ale nie mogłem tego wiedzieć na pewno. To właśnie było najgorsze.

Nie mogłem niczego wiedzieć na pewno, dopóki nie zobaczę na własne oczy, że

dziesiątego kwietnia Oswald był sam. Nawet to nie wystarczy, by rozwiać wszystkie

wątpliwości, wystarczy jednak, żeby przystąpić do działania.

Żeby zabić ojca Junie.

Przyjechał powarkujący autobus. Tajny agent X-19 - znany też jako Lee Harvey

Oswald, słynny marksista i damski bokser - wsiadł. Kiedy autobus zniknął w oddali,

wróciłem do zaułka i przeszedłem całą jego długość. Na końcu rozszerzał się w rozległe,

nieogrodzone podwórze. Obok pompowni gazu ziemnego stał chevy biscaine, rocznik '57

albo '58. Był też grill na trójnogu. Za nim wznosiła się tylna fasada dużego ciemnobrązowego

domu. Domu generała.

Spojrzałem w dół i zobaczyłem świeży ślad wleczenia czegoś po ziemi. Na jego końcu

stał kubeł ze śmieciami. Nie widziałem by Lee go przestawił, ale wiedziałem, że to zrobił.

Wieczorem dziesiątego zamierzał oprzeć na nim lufę karabinu.

W poniedziałek dwudziestego piątego marca Lee nadszedł Neely Street, niosąc

podłużną paczkę zawiniętą w brązowy papier. Przez cienką szparę między zasłonami

zobaczyłem, że była opatrzona wielkimi czerwonymi pieczęciami ZAREJESTROWANO i

UBEZPIECZONO. Po raz pierwszy miałem wrażenie, że zachowywał się podejrzanie i

nerwowo - rozglądał się po okolicy, zamiast patrzeć na straszne umeblowanie w głębi swojej

głowy. Wiedziałem, co jest w paczce: karabin Carcano kalibru 6,5 mm - znany też jako

Mannlicher-Carcano - z lunetą, sprowadzony ze sklepu sportowego Klein's w Chicago. Pięć

minut po tym, jak Lee wdrapał się zewnętrznymi schodami na piętro, broń, przy której użyciu

miał zmienić bieg dziejów, znalazła się w szafie nad moją głową. Sześć dni później Marina

zrobiła słynne zdjęcia przedstawiające go z tym karabinem zaraz za oknem mojego salonu, ja

tego jednak nie widziałem. To było w niedzielę i byłem wtedy w Jodie. W miarę jak zbliżał

się dziesiąty kwietnia, te weekendy z Sadie stały się dla mnie czymś najważniejszym,

najdroższym.

Zerwałem się ze snu, słysząc, jak ktoś mamrocze: „Jeszcze nie za późno”.

Uświadomiłem sobie, że to ja sam, i zamknąłem się.

Sadie zaprotestowała chrapliwym mruknięciem i przewróciła się na drugi bok.

Znajome skrzypienie sprężyn naprowadziło mnie na właściwe miejsce i czas: Candlewood

Bungalows, piąty kwietnia 1963 roku. Wziąłem po omacku zegarek ze stolika nocnego i

spojrzałem na fosforyzujące cyfry. Piętnaście po drugiej w nocy, co znaczyło, że faktycznie

jest już szósty kwietnia.

Jeszcze nie za późno.

Nie za późno na co? Żeby się wycofać, dać sobie spokój? Choć, jeśli miałem być ze

sobą w stu procentach szczery, spokoju nie zaznałbym wówczas nigdy? Bóg mi świadkiem,

myśl, żeby się wycofać, była kusząca. Gdybym zrobił, co zamierzałem, i coś poszłoby nie tak,

to mogła być moja ostatnia noc z Sadie.

Nawet jeśli rzeczywiście muszę go zabić, nie muszę tego zrobić już teraz,

uświadomiłem sobie.

Po zamachu na generała Oswald na pewien czas przeniesie się do Nowego Orleanu -

do kolejnego podłego mieszkania, tego, które już odwiedziłem - ale to dopiero dwa tygodnie

później. To dałoby mi dość czasu, by posłać go do piachu. Czułem jednak, że czekając zbyt

długo, popełniłbym błąd. Mógłbym znaleźć kolejne powody, by zwlekać dalej. Najlepszy z

nich leżał obok mnie w tym łóżku: piękne, nagie ciało. Może Sadie była tylko kolejną pułapką

zastawioną przez nieustępliwą przeszłość, ale to nie miało znaczenia, bo ją kochałem. A

mogłem sobie wyobrazić scenariusz - aż nazbyt wyraziście - w którym po zabiciu Oswalda

musiałbym uciekać. Dokąd? Z powrotem do Maine, oczywiście. W nadziei że wyprzedzę

gliny na tyle, by dostać się do króliczej nory i uciec do przyszłości, w której Sadie Dunhill

będzie miała... cóż... około osiemdziesięciu lat. O ile w ogóle będzie żyła. W przypadku takiej

nałogowej palaczki to byłoby jak wyrzucenie szóstki w kości.

Wstałem i podszedłem do okna. Tylko kilka domków było zajętych w ten

wczesnowiosenny weekend. Zobaczyłem zachlapanego błotem albo obornikiem pikapa z

przyczepą pełną - chyba - narzędzi rolniczych. Motocykl marki Indian z boczną przyczepą.

Dwa samochody kombi. I dwukolorowego plymoutha fury. Księżyc to wsuwał się za cienkie

chmury, to znowu zza nich wypływał, i w tym rwanym świetle nie dało się rozpoznać koloru

dolnej połowy samochodu, ja jednak byłem prawie pewien, że wiem, jaki jest.

Wciągnąłem spodnie, podkoszulek i buty. Cicho wyszedłem z domku. Chłodne

powietrze kąsało moją wygrzaną w łóżku skórę, ale prawie tego nie czułem. Tak, ten

samochód to był fury, i tak, był czerwono-biały, ale nie pochodził z Maine ani Arkansas;

tablica rejestracyjna była z Oklahomy, a kalkomania na tylnej szybie wzywała DO BOJU,

OKLAHOMA SOONERS. Zajrzałem do środka i zobaczyłem porozrzucane podręczniki.

Jakiś student, może wybrał się na południe, żeby spędzić ferie wiosenne u rodziców. Albo

para napalonych nauczycieli korzystała z liberalnego podejścia do gości w Candlewood.

Kolejny nie całkiem czysty dźwięk przeszłości harmonizującej ze sobą. Dotknąłem

bagażnika tak jak dawno temu w Lisbon Falls i wróciłem do domku. Sadie odkryła się do

pasa i kiedy wszedłem, podmuch chłodnego powietrza ją obudził. Usiadła, zasłoniła biust

kołdrą i opuściła ją, kiedy zobaczyła, że to ja.

- Nie możesz zasnąć, kochanie?

- Miałem zły sen i wyszedłem zaczerpnąć powietrza.

- Co ci się śniło?

Rozpiąłem dżinsy, zrzuciłem pantofle.

- Nie pamiętam.

- Spróbuj sobie przypomnieć. Moja matka zawsze mawiała, że sen się nie sprawdzi,

jeśli go komuś opowiesz.

Położyłem się przy niej w samym podkoszulku.

- Moja matka mawiała, że nie sprawdzi się, jeśli pocałuję ukochaną.

- Naprawdę?

- Nie.

- Cóż - powiedziała w zamyśleniu - to też może poskutkować. Spróbujmy.

Spróbowaliśmy.

Dalej już poszło samo.

Po wszystkim zapaliła papierosa. Leżałem i patrzyłem, jak dym płynie ku górze i robi

się niebieski w świetle księżyca wpadającym od czasu do czasu przez zaciągnięte do połowy

zasłony. Na Neely Street nie zostawiłbym tak rozsuniętych zasłon, pomyślałem.

Na Neely Street, w moim drugim życiu, zawsze jestem sam, ale i tak pamiętam, żeby

zaciągać je do końca. Oprócz tych chwil, kiedy podglądam, oczywiście. Kiedy czyham.

W tamtej chwili niezbyt lubiłem samego siebie.

- George?

Westchnąłem.

- To nie jest moje prawdziwe imię.

- Wiem.

Spojrzałem na nią. Zaciągnęła się głęboko, delektując się papierosem bez poczucia

winy, tak jak to się robi w Krainie Przeszłości.

- Nie mam żadnych informacji z pierwszej ręki, jeśli tak sobie pomyślałeś. Ale to

logiczne. Przecież całą resztę życiorysu zmyśliłeś. I cieszę się. Imię George niezbyt mi się

podoba. Jest trochę... jakiego ty słowa czasem używasz?... trochę obciachowe.

- A Jake ci pasuje?

- To od Jacoba?

- Tak.

- Podoba mi się. - Odwróciła się do mnie. - W Biblii Jakub walczył z aniołem. I ty też

walczysz. Prawda?

- Poniekąd tak, ale nie z aniołem. - Choć diabeł z Lee Oswalda też był marny. W tej

roli widziałem raczej George'a DeMohrenschildta. Szatan z Biblii to kusiciel, który składa

propozycję, a potem usuwa się na bok. Miałem nadzieję, że taki właśnie jest

DeMohrenschildt.

Sadie zgasiła papierosa. Jej głos był spokojny, ale w oczach miała mrok.

- Czy coś ci się stanie?

- Nie wiem.

- A wyjeżdżasz gdzieś? Jeśli tak, nie wiem, czy to zniosę. Będąc tam, w życiu bym

tego nie powiedziała, ale Reno to był koszmar. Gdybym miała cię stracić na zawsze... -

Powoli pokręciła głową. - Nie, nie sądzę, żebym mogła to znieść.

- Chcę się z tobą ożenić - powiedziałem.

- Mój Boże - szepnęła. - W chwili, kiedy już mam na końcu języka, że to się nigdy nie

stanie, Jake vel George mówi, że chce tego już teraz.

- Nie już teraz, ale jeśli w przyszłym tygodniu wszystko ułoży się po mojej myśli...

powiesz „tak”?

- Oczywiście. Lecz muszę zadać jedno małe pytanko.

- Czy jestem stanu wolnego? W rozumieniu prawa? To chcesz wiedzieć?

Skinęła głową.

- Tak, jestem wolny - powiedziałem.

Wydała komiczne westchnienie i uśmiechnęła się jak małe dziecko. Potem

spoważniała.

- Mogę ci jakoś pomóc? Pozwól, żebym ci pomogła.

Na samą myśl zrobiło mi się zimno i musiała to zauważyć. Przygryzła wargę.

- Czyli jest aż tak źle - mruknęła w zadumie.

- Ujmijmy to tak: w tej chwili jestem blisko potężnej machiny pełnej ostrych zębów,

która pracuje na pełnych obrotach. Nie pozwolę, żebyś stała u mojego boku w czasie, kiedy

przy niej majstruję.

- Kiedy to się stanie? Twoje... nie wiem... spotkanie z przeznaczeniem?

- Jeszcze nie wiadomo. - Miałem wrażenie, że już powiedziałem za dużo, ale skoro


Date: 2015-12-17; view: 242


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO FASZYSTOWSKIEMU 1 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO FASZYSTOWSKIEMU 3 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.209 sec.)