Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 47 page

mnie strasznie boli.

- Nie musisz się ze mną kochać, skarbie. To nie transakcja handlowa.

- Nie chodziło mi o...

- Ciii. Pójdę po aspirynę.

- I zajrzyj na szafkę z lekarstwami, dobrze? Czasem zostawiam tam paczkę

papierosów.

Rzeczywiście, była tam, ale ledwie Sadie zaciągnęła się trzy razy papierosem, którego

jej zapaliłem, a już ledwo widziała na oczy i zasypiała. Wyjąłem niedopałek z jej palców i

zgasiłem na dolnym zboczu rakotwórczej góry. Potem wziąłem Sadie w ramiona i osunąłem

się na poduszkę. Tak zasnęliśmy.

Kiedy obudziłem się w pierwszych promieniach świtu, rozporek moich spodni był

rozpięty i wprawna ręka grzebała mi w majtkach. Odwróciłem się do Sadie. Patrzyła na mnie

ze spokojem.

- Świat nadal istnieje, George. My też. Do roboty. Ale bądź delikatny. Nadal boli mnie

głowa.

Byłem delikatny i starałem się, by trwało to jak najdłużej. Oboje się staraliśmy. Na

końcu uniosła biodra i wbiła palce w moje łopatki. To był ten sam uścisk, który kiedyś

towarzyszył słowom „Ojej, o mój Boże, o Boże kochany, o jejuniu!”.

- Wszystko jedno. - Szeptała i jej oddech w moim uchu przyprawił mnie o dreszcz,

kiedy szczytowałem. - Wszystko jedno, kim jesteś, co robisz, powiedz tylko, że zostaniesz. I

że wciąż mnie kochasz.

- Sadie... nigdy nie przestałem.

Zanim wróciłem do Dallas, zjedliśmy śniadanie w jej kuchni. Zapewniłem ją, że teraz

naprawdę mieszkam w Dallas i na razie nie mam telefonu, lecz jak tylko mi go zainstalują,

podam jej numer.

Skinęła głową i zaczęła dłubać w jajkach.

- Mówiłam serio. Nie będę więcej pytać o twoje sprawy.

- Tak będzie najlepiej. Nie pytaj, nie mów.

- Hm?

- Nieważne.

- Powiedz mi tylko, że robisz coś dobrego, nie złego.

- Tak - powiedziałem. - Jestem z tych dobrych.

- Czy kiedyś będziesz mógł mi o tym opowiedzieć?

- Mam taką nadzieję. Sadie, te zdjęcia, które przysłał...

- Podarłam je z samego rana. Nie chcę o nich mówić.

- Nie musimy. Ale chcę, żebyś mi powiedziała, że to jedyny kontakt, jaki z nim

miałaś. Że go tu nie było.

- Nie było go. A stempel na kopercie był z Savannah.

Zauważyłem to. Zauważyłem też jednak, że stempel był sprzed prawie dwóch

miesięcy.

- Bezpośrednia konfrontacja to nie w jego stylu - dodała Sadie. - Ma się za



odważnego, ale w rzeczywistości to tchórz.

Ta ocena wydała mi się trafna; wysłanie zdjęć było podręcznikowym przykładem

biernej agresji. Z drugiej strony, Sadie była pewna, że Clayton nie dowie się, gdzie teraz

mieszka i uczy, i co do tego się pomyliła.

- Trudno przewidzieć zachowanie osoby niezrównoważonej psychicznie, kochanie.

Jeśli go zobaczysz, wezwiesz policję, dobrze?

- Tak, George. - Z odrobiną jej starego zniecierpliwienia. - Muszę zadać ci jedno

pytanie, a potem nie będziemy więcej o tym rozmawiać, dopóki nie będziesz gotowy. O ile w

ogóle kiedykolwiek będziesz.

- Zgoda. - Próbowałem przygotować odpowiedź na pytanie, którego się

spodziewałem: George, czy pochodzisz z przyszłości?

- Pomyślisz, że zwariowałam.

- To była zwariowana noc. Śmiało.

- Czy ty... - Zaśmiała się i zaczęła zbierać talerze. Poszła z nimi do zlewu i odwrócona

plecami spytała: - Czy jesteś człowiekiem? To znaczy, z tej planety?

Podszedłem, objąłem ją od tyłu, kładąc dłonie na jej piersiach, i pocałowałem ją w

kark.

- Jestem w stu procentach człowiekiem.

Odwróciła się. Oczy miała poważne.

- Mogę zapytać o coś jeszcze?

Westchnąłem.

- Wal.

- Mam co najmniej czterdzieści minut, zanim będę musiała się ubrać do szkoły.

Została ci może jeszcze jedna prezerwatywa? Zdaje się, że odkryłam lekarstwo na ból głowy.

ROZDZIAŁ 20

A zatem ostatecznie wystarczyła groźba wojny nuklearnej, żebyśmy do siebie wrócili -

romantyczne, prawda?

No dobra, może nie.

Deke Simmons, typ człowieka, który na smutne filmy zabiera zapasową chusteczkę,

pochwalał to całym sercem. Ellie Dockerty przeciwnie. Zauważyłem dziwny fakt: kobiety

lepiej dochowują tajemnic, ale mężczyznom łatwiej się z nimi żyje. Jakiś tydzień po

zakończeniu kryzysu kubańskiego Ellie wezwała Sadie do swojego gabinetu i zamknęła drzwi

- niedobry znak. Jak zwykle obcesowa, spytała Sadie, czy wie o mnie więcej niż do tej pory.

- Nie - powiedziała Sadie.

- Ale znowu zaczęliście.

- Tak.

- Wiesz chociaż, gdzie on mieszka?

- Nie, ale mam jego numer telefonu.

Ellie przewróciła oczami... i któż mógłby mieć do niej o to pretensje.

- Powiedział ci cokolwiek o swojej przeszłości? O tym, czy był kiedyś żonaty? Bo ja

sądzę, że był.

Sadie, która słyszała, jak nazwałem ją Christy tej nocy, kiedy wróciłem do jej życia,

milczała.

- Wspomniał może, czy zostawił gdzieś tam cielaczka albo dwa? Bo mężczyźni

czasem tak robią, a jak ktoś raz tak postąpi, później zawaha się...

- Pani Ellie, mogę już wrócić do biblioteki? Zostawiłam ją pod opieką uczennicy i

choć Helen to bardzo odpowiedzialna dziewczyna, wolę żeby nie siedziała tam sama za...

- Idź, idź. - Ellie machnęła ręką.

- Wydawało mi się, że lubisz George'a - powiedziała Sadie, wstając.

- Bo go lubię - odparła Ellie... tonem, który, jak mi później powiedziała Sadie, mówił

„lubiłam”. - Lubiłabym go jeszcze bardziej... i lepiej wróżyła waszemu związkowi, gdybym

wiedziała, jak się naprawdę nazywa i co kombinuje.

- Nie pytaj, nie mów - powiedziała Sadie i ruszyła do drzwi.

- A cóż to znaczy?

- Że go kocham. Że uratował mi życie. Że jedyne, czym mogę mu się odwdzięczyć, to

moje zaufanie, i zamierzam mu je dać.

Pani Ellie była z tych kobiet, które zawsze muszą mieć ostatnie słowo. Nie tym razem.

Tej jesieni i zimy nasze życie toczyło się według ustalonego schematu. W piątkowe

popołudnia jeździłem do Jodie. Bywało, że po drodze kupowałem kwiaty w kwiaciarni w

Round Hill. Czasem strzygłem się w zakładzie fryzjerskim w Jodie, który był najlepszym

miejscem na zapoznanie się z najnowszymi lokalnymi plotkami. Poza tym przyzwyczaiłem

się do krótkich włosów. Pamiętałem, że kiedyś miałem długie, opadające na oczy, ale nie

dlaczego znosiłem to utrapienie. Trochę trudniej było przestawić się z bokserek na slipy, lecz

po jakimś czasie moje jaja przestały krzyczeć, że się duszą.

W te wieczory zazwyczaj jedliśmy kolację w barze Ala, a potem szliśmy na mecz.

Drużyna cienko przędła bez Jima LaDue, ale zawsze się starali. A kiedy skończył się sezon

futbolowy, zaczęła się koszykówka. Czasem dołączał do nas Deke, wystrojony w swój

szkolny sweter z Brianem Walecznym Lwem z Denton.

Ellie nigdy.

Jej dezaprobata nie przeszkadzała nam jeździć po piątkowych meczach do

Candlewood Bungalows. Zwykle zostawałem tam na sobotnią noc - sam - a co niedziela

chodziłem z Sadie na mszę w Pierwszym Kościele Metodystycznym w Jodie. Korzystaliśmy z

jednego zbioru hymnów i śpiewaliśmy wiele zwrotek „Bringing in the Sheaves”. „Siejemy

rankiem, siejemy ziarna dobroci”... melodia i te pełne życzliwości słowa tkwią mi w głowie

do dziś.

Po kościele jedliśmy u niej lunch, a potem wracałem do Dallas. Z każdym kolejnym

przejazdem trasa wydawała się coraz dłuższa i coraz bardziej uciążliwa. Wreszcie, w zimny

grudniowy dzień, w moim fordzie urwał się korbowód, jakby i samochód dawał do

zrozumienia, że jedziemy w złym kierunku. Chciałem go naprawić - ten kabriolet sunliner to

jedyny wóz, jaki kiedykolwiek naprawdę kochałem - ale facet z warsztatu w Kileen

powiedział mi, że trzeba by wymienić cały silnik, a on nie ma skąd wytrzasnąć nowego.

Sięgnąłem do mojej wciąż pokaźnej (no... względnie pokaźnej) rezerwy gotówki i

kupiłem chevy rocznik 1959, taki z odlotowymi tylnymi płetwami w kształcie mewich

skrzydeł. To był porządny samochód i Sadie twierdziła, że jest nim zachwycona, ale jak dla

mnie to już nie było to samo.

Wieczór Bożego Narodzenia spędziliśmy razem w Candlewood. Położyłem gałązkę

jemioły na komodzie i dałem Sadie rozpinany sweter. Ona podarowała mi pantofle, które w

tej chwili mam na nogach. Pewne rzeczy zostają z człowiekiem na zawsze.

W drugi dzień świąt mieliśmy zjeść kolację u niej i kiedy nakrywałem do stołu, przed

dom zajechał plymouth Deke'a. To mnie zaskoczyło, bo Sadie nie wspomniała, że będziemy

mieli towarzystwo. Jeszcze bardziej zaskakujący był widok pani Ellie na miejscu pasażera.

To, jak stała z założonymi rękami, patrząc na mój nowy samochód, świadczyło, że listę gości

trzymano w tajemnicy nie tylko przede mną. Jednak - trzeba jej przyznać - powitała mnie z

całkiem nieźle udawaną serdecznością i cmoknęła w policzek. Była w zrobionej na drutach

czapce narciarskiej, w której wyglądała jak podstarzałe dziecko, i kiedy ściągnąłem ją z jej

głowy, podziękowała mi cierpki uśmiechem.

- Też nie zostałem powiadomiony - powiedziałem.

Deke uścisnął mi dłoń.

- Wesołych świąt, George. Cieszę się, że cię widzę. O rety, coś tu pięknie pachnie.

Powędrował do kuchni. Po paru chwilach usłyszałem, że Sadie śmieje się i mówi:

- Zabieraj stamtąd paluchy, Deke, to tak cię w domu wychowali?

Ellie powoli rozpinała wielkie guziki płaszcza, ani na moment nie odrywając oczu od

mojej twarzy.

- Czy to rozsądne, George? - spytała. - To, co robicie z Sadie... czy to rozsądne?

Zanim mogłem odpowiedzieć, Sadie wniosła indyka, przy którym krzątała się od

naszego powrotu z Kileen. Usiedliśmy i wzięliśmy się za ręce.

- Panie, pobłogosław tę strawę dla ciał naszych - powiedziała Sadie - i pobłogosław

łączącą nas więź, strawę dla naszych dusz i umysłów.

Zacząłem zwalniać uścisk, ale Sadie wciąż trzymała lewą ręką moją dłoń, a prawą

dłoń Ellie.

- I proszę, ześlij George'owi i Ellie dar przyjaźni. Pomóż George'owi przypomnieć

sobie jej dobroć i pomóż Ellie przypomnieć sobie, że bez George'a dziewczyna z tego miasta

miałaby straszliwie oszpeconą twarz. Kocham ich oboje i smutno mi, kiedy widzę nieufność

w ich oczach. W imię Pańskie, amen.

- Amen! - powiedział Deke z werwą. - Dobra modlitwa! - Mrugnął do Ellie.

Myślę, że w głębi ducha Ellie miała ochotę wstać i wyjść. Może powstrzymała ją

wzmianka o Bobbi Jill. A może po prostu tak bardzo polubiła nową bibliotekarkę szkolną.

Może nawet miało to po trosze związek ze mną. Tak sobie wmawiam.

Sadie patrzyła na Ellie z całym swoim dawnym niepokojem.

- Ten indyk smakowicie wygląda - powiedziała Ellie i podała mi swój talerz. -

Nałożysz mi kawałek nogi, George? I nie poskąp farszu.

Sadie potrafiła być bezbronna, Sadie potrafiła być niezdarna, ale Sadie potrafiła też

być bardzo, bardzo dzielna.

Ależ ja ją kochałem!

Sylwester wypadł w poniedziałek. Lee, Marina i June poszli witać rok 1963 u

DeMohrenschildtów. Lee i George stali się jak papużki nierozłączki. Ja zostałem sam na sam

ze sobą. Kiedy Sadie zadzwoniła i spytała, czy nie zabrałbym jej na zabawę sylwestrową w

Bountiful Grange w Jodie, zawahałem się.

- Wiem, co myślisz - powiedziała - ale będzie lepiej niż rok temu. Już my się o to

postaramy, George.

I tak oto o ósmej znowu tańczyliśmy pod podwieszonymi u sufitu siatkami pełnymi

baloników. W tym roku grał zespół The Dominoes. Mieli czteroosobową sekcję dętą zamiast

surfrockowych gitar w stylu Dicka Dale'a, które zdominowały zeszłoroczną zabawę, ale też

nieźle grzali. Były te same dwie wazy z różową lemoniadą zmieszaną z piwem imbirowym,

jedna z alkoholem, druga bez. Byli ci sami palacze skupieni przy wyjściu pożarowym na

chłodnym powietrzu. Ale było lepiej niż rok wcześniej. U ludzi wyczuwało się wielką ulgę i

radość. W październiku nad światem przesunął się nuklearny cień... i udało się spod niego

wydostać. Usłyszałem kilka pochlebnych komentarzy, jak to Kennedy pogonił starego złego

rosyjskiego niedźwiedzia.

Koło dziewiątej, podczas wolnego tańca, Sadie nagle krzyknęła i oderwała się ode

mnie. Byłem pewien, że zauważyła Johna Claytona, i serce skoczyło mi do gardła. Okazało

się jednak, że był to krzyk czystej radości, bo nowo przybyłymi, których dostrzegła, byli

Mike Coslaw - absurdalnie przystojny w tweedowym palcie - i Bobbi Jill. Sadie pobiegła do

nich... i potknęła się o czyjąś nogę. Mike ją złapał. Bobbi Jill pomachała do mnie trochę

nieśmiało.

Uścisnąłem Mike'owi dłoń i pocałowałem Bobbi Jill w policzek. Ze szpecącej blizny

została już tylko słaba różowa kreska.

- Lekarz mówi, że do lata zniknie - powiedziała. - Nazwał mnie swoją najszybciej

kurującą się pacjentką. Dzięki panu.

- Dostałem rolę w „Śmierci komiwojażera”, panie A - dodał Mike. - Gram Biffa.

- Szufladkują cię - stwierdziłem. - Tylko uważaj na latające ciasta.

W czasie jednej z przerw zauważyłem, że Mike rozmawia z liderem zespołu, i

doskonale wiedziałem, co się święci. Po powrocie na estradę wokalista powiedział:

- A teraz specjalna prośba. Czy są na sali George Amberson i Sadie Dunhill? George i

Sadie? Chodźcie tu do nas, George i Sadie, tyłki z krzeseł, nogi w ruch.

Poszliśmy w stronę sceny wśród burzy braw. Sadie śmiała się, czerwona jak burak.

Pogroziła Mike'owi pięścią. Wyszczerzył się radośnie. Przestawał być chłopcem, stawał się

mężczyzną. Nieśmiało, ale nieuchronnie. Wokalista odliczył i sekcja dęta zagrała takty, które

do dziś słyszę w snach.

Ba-da-da... ba-da-da-di-dam...

Podałem jej ręce. Pokręciła głową, a mimo to lekko zakołysała biodrami.

- Pani go bierze, pani Sadie! - zawołała Bobbi Jill. - Do dzieła!

Tłum jej zawtórował.

- Jaz-da! Jaz-da! Jaz-da!

Uległa i wzięła mnie za ręce. Zatańczyliśmy.

O północy zespół zagrał „Auld Lang Syne” - inna aranżacja niż rok temu, ta sama

słodka piosenka - i sfrunęły baloniki. Pary wokół nas ściskały się i całowały. My też.

- Szczęśliwego Nowego Roku, Geo... - Cofnęła się ode mnie i zmarszczyła czoło. - Co

się stało?

W głowie nagle stanął mi obraz Teksaskiej Składnicy Podręczników, brzydkiego

murowanego sześcianu z oknami jak oczy. W tym roku miał się stać amerykańską ikoną.

Nie, nie pozwolę, żebyś zaszedł tak daleko, Lee, pomyślałem. Nigdy nie staniesz w

tym oknie na piątym piętrze. Obiecuję.

- George?

- Nic, jakoś zimno mi się zrobiło - powiedziałem. - Szczęśliwego Nowego Roku.

Podszedłem, żeby ją pocałować, ale odsunęła mnie od siebie.

- To już niedługo, prawda? To, co masz zrobić.

- Tak. Ale nie dziś. Dziś liczymy się tylko my. Pocałuj mnie więc kochanie. I zatańcz

ze mną.

Pod koniec 1962 i na początku 1963 roku żyłem w dwu różnych światach. Ten dobry

był w Jodie i w Candlewood Bungalows. Drugi był w Dallas, mieście, które coraz bardziej

przypominało mi Derry.

Lee i Marina znowu byli razem. Ich pierwszym przystankiem w Dallas stała się rudera

zaraz za rogiem West Neely. DeMohrenschildt pomógł im w przeprowadzce. George'a

Bouhe'a przy tym nie było. Nie było też żadnego z pozostałych emigrantów rosyjskich. Lee

ich odstraszył. Nienawidzili go, napisał Al w notatkach, a pod spodem: Tego chciał.

Walący się murowany budynek na Elsbeth Street 604 podzielony był na cztery czy

pięć mieszkań pełnych ubogich ludzi, którzy ciężko pracowali, ostro pili i płodzili hordy

zasmarkanych, rozwrzeszczanych bachorów. W porównaniu z nim dom Oswaldów w Fort

Worth wyglądał całkiem nieźle.

Nie potrzebowałem elektronicznego wsparcia, żeby śledzić rozpad ich małżeństwa;

Marina nosiła szorty, nawet kiedy przyszły chłody, jakby po to, by kłuć męża w oczy swoimi

siniakami. I seksapilem, rzecz jasna. June zwykle siedziała między nimi w wózku. Kiedy się

kłócili, już prawie nie płakała, tylko patrzyła, ssąc kciuk albo smoczek.

Pewnego dnia w listopadzie 1962 roku wróciłem z biblioteki i zobaczyłem Lee i

Marinę na rogu West Neely i Elsbeth, krzyczących na siebie. Kilka osób (o tej porze głównie

kobiety) wyszło na ganki popatrzeć. June siedziała w wózku opatulona puszystym różowym

kocem, milcząca i zapomniana.

Kłócili się po rosyjsku, ale dźgający palec Lee jasno dawał do zrozumienia, co jest

najnowszą kością niezgody. Marina miała na sobie prostą czarną spódniczkę - nie wiem, czy

wtedy już nazywano je spódnicami ołówkowymi, czy nie - i suwak na lewym biodrze był do

połowy rozpięty. Pewnie po prostu zaczepił się o materiał, ale Lee tak się wściekał, jakby

jego żona polowała na facetów.

Marina odgarnęła włosy, wskazała na June, po czym machnęła ręką w stronę domu, w

którym teraz mieszkali - budynku z połamanymi rynnami ociekającymi czarną wodą, z łysym

trawnikiem zawalonym śmieciami i puszkami po piwie - i krzyknęła po angielsku:

- Mówisz piękne kłamstwa, a potem przywozisz żonę i dziecko do tego chlewu!

Zaczerwienił się po czubek głowy i ścisnął splecione na chudej piersi ramiona, jakby

chciał zakotwiczyć dłonie i nie pozwolić, żeby wyrządziły więcej szkód. Może i by mu się

udało - przynajmniej tym razem - gdyby Marina się nie roześmiała i nie pokręciła palcem

wokół ucha w geście znanym chyba wszystkim kulturom. Zaczęła się odwracać. Przyciągnął

ją z powrotem do siebie, potrącając wózek i omal go nie wywracając. A potem przywalił jej

pięścią. Upadła na popękany chodnik i zasłoniła twarz, kiedy schylił się nad nią.

- Nie, Lee, nie! Już nie bij!

Nie uderzył jej. Zamiast tego dźwignął ją na nogi i potrząsnął nią. Jej głowa latała na

wszystkie strony.

- Ty! - usłyszałem skrzekliwy głos po mojej lewej stronie. Aż podskoczyłem. - Ty,

chłopcze!

To była staruszka z balkonikiem. Stała na swoim ganku w różowej flanelowej koszuli

nocnej, na którą narzuciła pikowaną kurtkę. Jej siwiejące włosy sterczały prosto w górę,

przywodząc mi na myśl naelektryzowaną trwałą Elsy Lanchester w „Narzeczonej

Frankensteina”.

- Ten facet bije kobietę! Idź tam, powstrzymaj go!

- Nie, psze pani. - Głos mi drżał. Pomyślałem, żeby dodać: „Nie stanę między mężem

a żoną”, ale to byłoby kłamstwo. Tak naprawdę nie chciałem zrobić nic, co mogłoby zakłócić

przyszłość.

- Tchórz - powiedziała.

„Wezwij gliny”, prawie odparowałem, ale w porę ugryzłem się w język. Jeśli starsza

pani sama nie wpadła na ten pomysł, to gdybym go jej podsunął, też mogłoby zmienić bieg

przyszłości. Czy gliny przyjechały? Kiedykolwiek? W zeszycie Ala nie było o tym mowy.

Wiedziałem tylko, że Oswalda nigdy nie zamkną za znęcanie się nad żoną. W tej epoce, w

tym miejscu zapewne spotykało to niewielu mężczyzn.

Jedną ręką wlókł ją w stronę domu, drugą ciągnął wózek. Stara kobieta posłała mi

jeszcze jedno miażdżące spojrzenie, po czym pomału, z trudem wróciła do domu. Inni gapie

robili to samo. Koniec przedstawienia.

Poszedłem za ich przykładem, ale w domu wyjąłem lornetkę i skierowałem ją na

murowane okropieństwo na ukos ode mnie. Dwie godziny później, kiedy już miałem

zakończyć obserwację, wyszła Marina z małą różową walizką w jednej dłoni i zawiniętym w

koc dzieckiem w drugiej. Przebrała się z kontrowersyjnej spódniczki w luźne spodnie i, zdaje

się, dwa swetry - było zimno. Pospieszyła w głąb ulicy, kilka razy oglądając się przez ramię,

by sprawdzić, czy nie ma tam Lee. Kiedy nabrałem pewności, że za nią nie pójdzie, zacząłem

ją śledzić.

Doszła aż do myjni samochodowej Mister cztery przecznice w głąb West Davis i

zadzwoniła z budki. Siedziałem na przystanku autobusowym po drugiej stronie ulicy z

rozłożoną gazetą. Po dwudziestu minutach zjawił się niezawodny George Bouhe. Powiedziała

mu coś z przejęciem. Zaprowadził ją do swojego samochodu i otworzył jej drzwi od strony

pasażera. Uśmiechnęła się i pocałowała go w kącik ust. Jestem pewien, że jedno i drugie

wiele dla niego znaczyło. Potem usiadł za kierownicą i odjechali.

Tego wieczora przed domem na Elsbeth Street rozgorzała następna kłótnia i znów

prawie cała okolica wyległa patrzeć. Stwierdziłem, że w grupie bezpieczniej, i dołączyłem do

nich.

Ktoś - prawie na pewno Bouhe - wysłał George'a i Jeanne DeMohrenschildt po resztę

rzeczy Mariny. Zapewne doszedł do wniosku, że tylko oni dostaną się do środka bez

uprzedniego skrępowania Lee.

- Nic nie oddam, takiego wała! - krzyczał Lee, nie bacząc na sąsiadów chłonących

każde słowo. Żyły wystąpiły mu na szyi; jego twarz znów oblał wściekły rumieniec. Ależ on

musiał nienawidzić tej skłonności do czerwienienia się jak uczennica przyłapana na

przekazywaniu liścików miłosnych.

DeMohrenschildt próbował odwołać się do jego rozsądku.

- Pomyśl, przyjacielu. W ten sposób jeszcze jest szansa. Jeśli przyśle policję... -

Wzruszył ramionami i wzniósł dłonie ku niebu.

- W takim razie daj mi godzinę. - Lee pokazywał zęby, ale ta mina nie miała zupełnie

nic wspólnego z uśmiechem. - Tyle wystarczy, żebym pociął nożem wszystkie jej sukienki i

połamał wszystkie zabawki, które poprzysyłali ci burżuje, żeby kupić moją córkę.

- Co się dzieje? - spytał mnie młody mężczyzna. Miał jakieś dwadzieścia lat,


Date: 2015-12-17; view: 138


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 46 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 48 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.029 sec.)