Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 43 page

naprawdę interesowało Gregory'ego - co interesowało wszystkich emigrantów, jak zapewne

sądził Lee - była Marina z domu Prusakowa, dziewczyna z Mińska, która jakimś cudem

wyrwała się ze szponów rosyjskiego niedźwiedzia po to tylko, by wpaść w łapy

amerykańskiego gbura.

Lee nie dostał tej pracy; zamiast niego Gregory zatrudnił Marinę - jako korepetytorkę

rosyjskiego dla jego syna, Paula. Oswaldowie rozpaczliwie potrzebowali tych pieniędzy. Dla

Lee był to zarazem kolejny policzek. Marina dwa razy w tygodniu uczyła bogatego dzieciaka,

gdy on sam był skazany na składanie drzwi zabezpieczających przed wichurą.

Tego samego ranka, kiedy obserwowałem Marinę palącą papierosa na ganku, Paul

Gregory, przystojny, mniej więcej w wieku Mariny, przyjechał nowiutkim buickiem. Zapukał

i otworzyła Marina o twarzy pokrytej grubą warstwą makijażu, na której widok przypomniała

mi się Bobbi Jill. Albo z uwagi na zaborczość Lee, albo przez wzgląd na wpojone jej w

rodzinnym kraju zasady przyzwoitości udzieliła mu lekcji na ganku. Trwało to półtorej

godziny. June leżała między nimi na kocyku, a kiedy płakała, oboje na zmianę trzymali ją na

rękach. Urocza scenka, choć pan Oswald zapewne byłby innego zdania.

Koło południa przyjechał ojciec Paula. Zatrzymał się za buickiem. Byli z nim dwaj

mężczyźni i dwie kobiety. Przynieśli zakupy. Starszy Gregory uściskał syna, po czym

pocałował Marinę w policzek (ten nieopuchnięty). Długo rozmawiali po rosyjsku. Młodszy

Gregory był zagubiony, za to Marina się odnalazła; rozświetliła się jak neon. Zaprosiła ich do

środka. Wkrótce już siedzieli w dużym pokoju, pili mrożoną herbatę i rozmawiali. Dłonie

Mariny trzepotały jak podniecone ptaki. June przechodziła z rąk do rąk i z kolan na kolana.

Byłem zafascynowany. Społeczność emigrantów rosyjskich znalazła młodziutką

kobietę, która zostanie ich ulubienicą. Jakże mogłoby być inaczej? Była młoda, była obca w

obcym kraju, była piękna. Oczywiście, traf chciał, że owa piękność była poślubiona bestii -

ponuremu młodemu Amerykaninowi, który ją bił (to źle) i żarliwie wierzył w system, który ci

dobrze usytuowani ludzie równie żarliwie odrzucili (to dużo gorzej).

Mimo to Lee miał przyjmować dostarczane przez nich zakupy, z rzadka tylko

wybuchając złością, kiedy zaś przywozili meble - nowe łóżko, jaskraworóżowe łóżeczko dla



dziecka - je też brał. Liczył, że Rosjanie wydobędą go z dołka. Nie lubił ich jednak i kiedy w

listopadzie sześćdziesiątego drugiego roku przeniósł się z rodziną do Dallas, musiał wiedzieć,

że jego uczucia były z całego serca odwzajemnione. Dlaczego właściwie mieliby go lubić? -

zastanawiał się na pewno. On był ideologicznie czysty. Oni byli tchórzami, którzy porzucili

Matkę Rosję, gdy w czterdziestym trzecim była na kolanach, którzy lizali Niemcom buty, a

po wojnie uciekli do Stanów i szybko nawrócili się na amerykański styl życia... który dla

Oswalda oznaczał potrząsający szablą, ciemiężący mniejszości, wyzyskujący robotników

kryptofaszyzm.

Część tych faktów znałem z notatek Ala. Większość widziałem na scenie po drugiej

stronie ulicy albo wydedukowałem z jedynej istotnej rozmowy, którą pluskwa w lampie

wychwyciła i nagrała.

Wieczorem dwudziestego piątego sierpnia, w sobotę, Marina wystroiła się w ładną

niebieską sukienkę i wsadziła June w sztruksowy pajacyk z naszytymi kwiatkami na przodzie.

Lee, z kwaśną miną wyłonił się z sypialni w, jak sądzę, swym jedynym garniturze -

wełnianym, o kanciastym kroju, względnie zabawnym; takie szyli tylko w Rosji. Był gorący

wieczór i domyślałem się, że zanim dobiegnie końca, Lee będzie ociekał potem. Ostrożnie

zeszli z ganku po schodkach (tego felernego jeszcze nie naprawiono) i ruszyli na przystanek

autobusowy. Wsiadłem do samochodu, pojechałem na róg Mercedes Street i Winscott Road.

Widziałem, jak stali przy słupie telefonicznym z namalowanym białym pasem. Kłócili się.

Wielka mi niespodzianka. Przyjechał autobus. Oswaldowie wsiedli. Ruszyłem za nimi, jak za

Frankiem Dunningiem w Derry.

„Historia się powtarza” to inny sposób wyrażenia myśli, że przeszłość harmonizuje.

Wysiedli z autobusu w dzielnicy mieszkaniowej w północnej części Dallas.

Zaparkowałem i patrzyłem, jak szli do małego, ale zgrabnego domu w stylu Tudorów,

zbudowanego z kamienia polnego i drewna. Lampy powozowe na końcu prowadzącego do

drzwi chodnika świeciły łagodnie w zmroku. Ten trawnik był zadbany. Dom całym sobą

wołał „Ameryka to jest to!”. Marina szła przodem z dzieckiem na rękach, Lee trzymał się

nieco z tyłu, wyraźnie nieswój w dwurzędowej marynarce, która opadała mu prawie do kolan.

Marina wepchnęła go przed siebie i wskazała na dzwonek. Wcisnął go. Wyszli Peter

Gregory i jego syn. June wyciągnęła ręce do Paula, a chłopak zaśmiał się i wziął ją od

Mariny. Na ten widok usta Lee wygięły się ku dołowi.

W już zatłoczonym wejściu stanął jeszcze jeden człowiek. Rozpoznałem go z grupy,

która przyjechała w dniu pierwszej lekcji rosyjskiego Paula Gregory'ego; od tego czasu

odwiedzał Oswaldów trzy czy cztery razy, przynosząc a to zakupy, a to zabawki dla June, a to

jedno i drugie. Byłem prawie pewien, że nazywał się George Bouhe (tak, jeszcze jeden

George, przeszłość harmonizuje na przeróżne sposoby). Choć zbliżał się do sześćdziesiątki,

miałem wrażenie, że poważnie się zabujał w Marinie.

Według kucharza, który mnie w to wpakował, to Bouhe namówił Petera Gregory'ego,

żeby urządził wieczorek zapoznawczy. George'a DeMohrenschildta nie było, ale wkrótce miał

usłyszeć o wszystkim, co tu się wydarzy. Bouhe opowie DeMohrenschildtowi o Oswaldach i

ich osobliwym małżeństwie. Powie mu też, że Lee Oswald zrobił scenę na przyjęciu,

wychwalając socjalizm i rosyjskie kołchozy. „Ten młody człowiek wydaje mi się szalony”,

stwierdzi Bouhe. DeMohrenschildt, zawołany koneser szaleństwa, zechce poznać tę dziwną

Parę osobiście.

Dlaczego Oswald wpadł w furię na przyjęciu u Petera Gregory'ego i obraził pełnych

najlepszych intencji emigrantów, którzy, gdyby nie to, mogliby mu pomóc? Nie wiedziałem

na pewno, ale mogłem się domyślić. Oto Marina, czarująca wszystkich (zwłaszcza mężczyzn)

w swojej niebieskiej sukience. Oto June, śliczna jak laleczka w pochodzącym z darów

pajacyku z naszytymi kwiatkami. A oto Lee, pocący się w brzydkim garniturze. Owszem,

rozumie z szybko wymienianych zdań po rosyjsku więcej niż młody Paul Gregory, ale koniec

końców i tak nie nadąża. Na pewno był wściekły, że musi płaszczyć się przed tymi ludźmi i

jeść z nimi przy jednym stole. Miałem taką nadzieję. Miałem nadzieję, że to go bolało.

Nie zostałem tam. Interesował mnie tylko DeMohrenschildt, następne ogniwo w

łańcuchu. Wkrótce miał wejść na scenę. Tymczasem Oswaldowie wreszcie byli poza domem

i mieli wrócić najwcześniej o dziesiątej. A że nazajutrz wypadała niedziela, może jeszcze

później.

Pojechałem włączyć pluskwę w ich dużym pokoju.

Mercedes Street ostro balowała tego sobotniego wieczoru, ale łąka za chez Oswald

była cicha i pusta. Sądziłem, że mój klucz będzie pasował i do frontowych, i do tylnych

drzwi, ale nie musiałem wystawić tej teorii na próbę, bo tylne drzwi były otwarte. Podczas

pobytu w Fort Worth ani razu nie skorzystałem z klucza, który kupiłem od Ivy Templeton. To

się nazywa ironia losu.

Dom był tak schludny, że serce się krajało. Wysokie krzesełko stało między krzesłami

rodziców przy stoliku w kuchni, gdzie jedli posiłki, tacka lśniła czystością. Podobnie jak

złuszczona powierzchnia blatu kuchennego i zlew z rdzawym pierścieniem osadu od twardej

wody. Założyłem się sam ze sobą, że Marina zostawiła narysowane przez Rosette

dziewczynki w fartuszkach, i poszedłem do pokoju teraz zajmowanego przez June, żeby to

sprawdzić. Miałem przy sobie latarkę Penlite i poświeciłem nią po ścianach. Tak, wciąż tu

były, choć w ciemności wydawały się raczej widmowe niż radosne. June pewnie patrzyła na

nie, kiedy ze smoczkiem w buzi leżała w łóżeczku. Ciekaw byłem, czy będzie je pamiętać w

przyszłości, na jakimś głębokim poziomie swojego umysłu. Widmowe dziewczynki

narysowane kredkami.

Jimla, pomyślałem zupełnie bez powodu i zadrżałem.

Odsunąłem komodę, podłączyłem kabel urządzenia podsłuchowego do wtyczki lampy

i przeciągnąłem go przez otwór, który dawno temu wywierciłem w ścianie. Do tej pory

wszystko dobrze szło, ale teraz popełniłem błąd. Duży błąd. Kiedy wsunąłem komodę z

powrotem na miejsce, uderzyła w ścianę i Krzywa Lampa z Pizy się wywróciła.

Gdybym miał czas pomyśleć, zamarłbym w bezruchu i cholerstwo rozbiłoby się o

podłogę. Co wtedy? Usunąć pluskwę i zostawić skorupy? Liczyć, że Oswaldowie uznają, że

chybotliwa lampa spadła sama? Większość ludzi pewnie by to kupiła, ale większość ludzi nie

ma powodu lękać się FBI. Lee mógłby znaleźć dziurę, którą wywierciłem w ścianie. A wtedy

motyl rozpostarłby skrzydła.

Nie miałem jednak czasu pomyśleć. Wyciągnąłem rękę i złapałem spadającą lampę.

Potem tylko stałem nieruchomo i trzymałem ją, dygocząc. W małym domu było gorąco jak w

piecu i czułem smród mojego własnego potu. Czy oni też go poczują po powrocie? Jak

mogliby nie poczuć?

Pomyślałem, że chyba oszalałem. Przecież najrozsądniej byłoby usunąć pluskwę... a

potem siebie. Mogłem ponownie namierzyć Oswalda dziesiątego kwietnia przyszłego roku,

obserwować go podczas próby zamachu na generała Edwina Walkera, a jeśli wówczas będzie

sam, zabić go, tak jak zabiłem Franka Dunninga. Proste jest najlepsze, jak mawiają na

spotkaniach Anonimowych Alkoholików, w których uczestniczy Christy. Dlaczego, na litość

boską, cackałem się ze zdezelowaną lampą z podsłuchem, gdy gra szła o przyszłość świata?

Odpowiedział mi Al Templeton: Jesteś tu, bo nadal istnieje margines niepewności.

Jesteś tu, bo jeśli George DeMohrenschildt znaczy więcej, niż się wydaje, może Oswald

rzeczywiście był kozłem ofiarnym. Jesteś tu, żeby ocalić Kennedy'ego, a praca nad tym

zaczyna się w tej chwili. Dlatego odstaw tę zasraną lampę na miejsce.

Odstawiłem lampę na miejsce, choć niepokoiła mnie jej chybotliwość. A jeśli sam Lee

strąci ją z komody i, kiedy ceramiczna podstawa się roztrzaska, zobaczy zamontowaną w niej

pluskwę? Albo z innej beczki: co będzie, jeśli Lee i DeMohrenschildt, owszem, będą się

naradzać w tym pokoju, ale przy zgaszonej lampie i zbyt cichymi głosami, by wychwycił je

mój mikrofon dalekiego zasięgu? Wtedy cały wysiłek pójdzie na marne.

Myśląc tak, nigdy nie usmażysz omletu, przyjacielu.

Ostatecznie przekonała mnie myśl o Sadie. Kochałem ją, a ona mnie - przynajmniej do

niedawna - i zrezygnowałem z tego, żeby przenieść się tu, na tę gównianą ulicę. I, na Boga,

nie odjadę stąd, dopóki choć nie spróbuję usłyszeć, co George DeMohrenschildt będzie miał

do powiedzenia.

Wymknąłem się tylnymi drzwiami i z latarką w zębach podłączyłem kabel od pluskwy

do magnetofonu. Wsunąłem magnetofon do zardzewiałej puszki po margarynie Crisco, żeby

osłonić go przed siłami natury, i całość schowałem w uprzednio przygotowanym małym

gnieździe z cegieł i desek.

Potem wróciłem do mojego gównianego domu na tej gównianej ulicy i zacząłem

czekać.

Włączali lampę, dopiero kiedy robiło się ciemno choć oko wykol. Pewnie oszczędzali

na rachunkach za prąd. Poza tym, Lee był człowiekiem pracującym. Wcześnie chodził spać, a

ona razem z nim. Kiedy przesłuchałem pierwszą taśmę, usłyszałem głównie język rosyjski - i

to rosyjski w wersji rozciągniętej, z uwagi na superwolne obroty magnetofonu. Ilekroć

Marina próbowała ćwiczyć swoje angielskie słownictwo, Lee ją beształ. Za to do June czasem

mówił po angielsku, gdy grymasiła, zawsze łagodnym, kojącym tonem. Niekiedy nawet jej

śpiewał. Na zwolnionych obrotach brzmiało to jak kołysanka w wykonaniu orka.

Dwa razy słyszałem, jak uderzył Marinę, i przy drugiej okazji rosyjski nie wystarczył

mu do wyrażenia wściekłości.

- I czego marudzisz, pizdo beznadziejna! Może mama miała co do ciebie rację! - Po

czym nastąpił trzask zamykanych drzwi i płacz Mariny. Urwał się raptownie, gdy zgasiła

lampę.

Wieczorem czwartego września zobaczyłem, że do drzwi Oswaldów podszedł może

trzynastoletni chłopak z płóciennym workiem na ramieniu. Otworzył mu Lee, bosy, w T-

shircie i dżinsach. Chwilę rozmawiali. Lee zaprosił go do środka. Jeszcze trochę

porozmawiali. W pewnym momencie Lee wziął do ręki jakąś książkę i pokazał chłopcu, który

spojrzał na nią sceptycznie. Nie dało się skorzystać z mikrofonu kierunkowego, bo zrobiło się

chłodno i okna u Oswaldów były pozamykane. Za to Krzywa Lampa z Pizy była włączona i

kiedy następnej nocy zabrałem z ukrytego magnetofonu drugą nagraną taśmę, wysłuchałem

zabawnej rozmowy. Odtwarzając ją po raz trzeci, już prawie nie zwracałem uwagi na

spowolniony dźwięk głosów.

Chłopak sprzedawał prenumeratę gazety - a może to był magazyn - o nazwie „Grit”.

Poinformował Oswaldów, że pismo zawiera przeróżne ciekawe rzeczy, którymi prasa

nowojorska się nie zajmuje (nazwał to „wiadomościami regionalnymi”), a oprócz tego

informacje sportowe i porady ogrodnicze. Były też, jak to określił, „historie fikcyjne” i

komiksy.

- W „Times-Herald” nie znajdziecie państwo „Dixie Dugan” - powiadomił ich. - Moja

mama uwielbia Dixie.

- Cóż, synu, to dobrze - powiedział Lee. - Prawdziwy mały biznesmen z ciebie, co?

- Eee... tak, psze pana?

- Powiedz no, ile ci płacą.

- Dostaję jeno cztery centy z każdych dziesięciu, ale nie to jest najważniejsze, psze

pana. Najbardziej lubię nagrody. Są dużo lepsze od tych, jakie dostaje się, sprzedając maść

Cloverine Salve. Niech tamci się wypchają! Wezmę se dwudziestkędwójkę! Ojciec już

pozwolili.

- Synu, wiesz, że jesteś ofiarą wyzysku?

- Hę?

- Oni biorą dziesięciocentówki. Tobie dają centy i obietnicę karabinu.

- Lee, on dobry chłopiec - wtrąciła Marina. - Bądź miły. Daj spokój.

Lee ją zignorował.

- Koniecznie musisz poznać tę książkę, synu. Umiesz przeczytać, co jest na okładce?

- O tak, psze pana. „Położenie klasy robotniczej”, autor... Inggels?

- Engels. Opowiada o tym, jak kończą chłopcy, którzy myślą, że dorobią się milionów

na sprzedaży od drzwi do drzwi.

- Ja tam nie chcę być milioner - zaprotestował chłopak. - Chcę ino

dwudziestkędwójkę, coby strzelać do szczurów na wysypisku, jak mój przyjaciel Hank.

- Zarabiasz centy, sprzedając ich gazety; oni zarabiają dolary, sprzedając twój pot i pot

milionów tobie podobnych chłopców. Wolny rynek nie jest wolny. Musisz się dokształcić,

synu. Ja to zrobiłem, a zacząłem, kiedy byłem w twoim wieku.

Lee wygłosił chłopcu sprzedającemu „Grit” dziesięciominutowy wykład o

niegodziwościach kapitalizmu, okraszony starannie dobranymi cytatami z Karola Marksa.

Chłopiec słuchał cierpliwie, po czym spytał:

- To jak, weźnie pan prenumeratę?

- Synu, ty mnie w ogóle słuchałeś?

- Tak jest!

- To powinieneś wiedzieć, że ten system okradł mnie, tak jak okrada ciebie i twoją

rodzinę.

- Pan ni ma pieniędzy? Czego od razu nie mówił?

- Bo próbowałem ci wyjaśnić, dlaczego nie mam pieniędzy.

- O ra-any! Mogłem jeszcze ze trzy chałupy obskoczyć, a tak to muszę do dom

wracać, inaczej rodzice się wściekną!

- Powodzenia - powiedziała Marina.

Drzwi frontowe otworzyły się ze skrzypieniem starych zawiasów, po czym zamknęły

się ze stuknięciem (były zbyt umęczone, by porządnie huknąć). Nastąpiła długa chwila ciszy.

Wreszcie Lee powiedział matowym głosem:

- Sama widzisz, z czym mamy do czynienia.

Niedługo potem lampa zgasła.

Mój nowy telefon przeważnie milczał. Raz zadzwonił Deke - krótka rozmowa z

gatunku „co tam słychać” - ale to wszystko. Powiedziałem sobie, że na nic więcej nie mogę

liczyć. Zaczęła się szkoła, a pierwszych kilka tygodni to zawsze jeden wielki kocioł. Deke był

zajęty, bo Ellie ściągnęła go z emerytury. Powiedział mi, że trochę pogrymasił, ale zgodził się

w końcu, żeby dopisała jego nazwisko do listy zastępców. Ellie nie dzwoniła, bo miała pięć

tysięcy spraw na głowie i pewnie z pięćset małych pożarów do ugaszenia.

Dopiero kiedy odłożył słuchawkę, uświadomiłem sobie, że nie wspomniał o Sadie... i

dwa wieczory po wykładzie Lee dla gazeciarza stwierdziłem, że muszę z nią porozmawiać.

Musiałem usłyszeć jej głos, choćby miała powiedzieć tylko: „Proszę, nie dzwoń do mnie

więcej, George, między nami wszystko skończone”.

Kiedy sięgnąłem po słuchawkę, telefon zadzwonił. Podniosłem ją i powiedziałem z

niewzruszoną pewnością:

- Cześć, Sadie. Cześć, kochanie.

Nastąpiła chwila ciszy dość długa, bym pomyślał, że jednak się pomyliłem, że ktoś

zaraz powie: „Nie jestem Sadie, tylko frajerem, który wykręcił zły numer”. A potem

usłyszałem:

- Skąd wiedziałeś, że to ja?

Prawie odpowiedziałem: „Harmonika”, i może by to zrozumiała. Ale „może” to za

mało. To była ważna rozmowa i nie chciałem jej schrzanić. Rozpaczliwie tego nie chciałem.

Prowadziłem tę rozmowę w dwu osobach - George mówił głośno, a Jake dopowiadał w duchu

to, czego George nie mógł powiedzieć. Może zawsze, gdy ważą się losy miłości, tak się

dzieje.

- Bo cały dzień o tobie myślę - powiedziałem. (Myślę o tobie całe lato).

- Co u ciebie?

- W porządku. - (Jestem samotny). - A u ciebie? Jak minęło lato? Załatwiłaś, co miałaś

załatwić? - (Przecięłaś więzy prawne łączące cię z twoim dziwacznym mężem?)

- Tak. Po sprawie. Czy to nie jedno z twoich powiedzonek, George? Po sprawie?

- Możliwe. Co słychać w szkole? W bibliotece?

- George, będziemy tak rozmawiać, czy porozmawiamy naprawdę?

- W porządku. - Usiadłem na mojej powgniatanej kanapie z odzysku. -

Porozmawiajmy. U ciebie wszystko dobrze?

- Tak, ale jestem nieszczęśliwa. I bardzo zagubiona. - Zawahała się, po czym

powiedziała: - Pracowałam w Harrah's, pewnie słyszałeś. Roznosiłam drinki. I kogoś

poznałam.

- Tak? - (Ożeż cholera).

- Tak. Jest bardzo miły. Czarujący. Dżentelmen. Pod czterdziestkę. Nazywa się Roger

Beaton. Jest asystentem republikańskiego senatora z Kalifornii, Toma Kuchela. To rzecznik

dyscyplinarny mniejszości w Senacie. Kuchel, nie Roger. - Zaśmiała się, ale nie tak, jak

śmieje się ktoś, kto powiedział coś śmiesznego.

- Czy powinienem się cieszyć, że poznałaś kogoś miłego?

- Nie wiem, George... a cieszysz się?

- Nie. - (Chcę go zabić).

- Roger jest przystojny - powiedziała rzeczowym tonem. - I sympatyczny. Skończył

Yale. Wie, jak zabawić dziewczynę. I jest wysoki.

Drugi ja nie mógł dłużej milczeć.

- Chcę go zabić.

Zaśmiała się na to i ten dźwięk przyniósł mi ulgę.

- Nie mówię ci tego, żeby sprawić ci przykrość czy ból.

- Nie? W takim razie po co mi to mówisz?

- Spotkaliśmy się trzy-cztery razy. Pocałował mnie... trochę się pieściliśmy... no

wiesz, jak nastolatki...

(Nie tylko chcę go zabić, chcę zrobić to powoli).

- Ale to nie było to samo. Może z czasem takie by się stało; może nie. Dał mi swój

numer w Waszyngtonie i powiedział, żebym zadzwoniła, jeśli... jak to ujął? „Jeśli znudzi ci

się układanie książek na półkach i wzdychanie do tego jednego jedynego, który wymknął ci

się z rąk”. Chyba mniej więcej do tego to się sprowadzało. Twierdzi, że wysoko zajdzie i że

potrzebuje porządnej kobiety, która by mu w tym towarzyszyła. Myśli, że mogłabym nią być

ja. Oczywiście, mężczyźni często tak mówią. Nie jestem tak naiwna jak kiedyś. Ale czasem

mówią serio.

- Sadie...

- No ale to nie było to samo. - Wydawała się zamyślona, nieobecna i po raz pierwszy

naszła mnie myśl, że może dręczy ją coś innego niż rozterki osobiste. Że może jest chora. -

Plus jest taki, że nie było żadnej miotły. Oczywiście, mężczyźni czasem tę miotłę ukrywają,

nie? Tak robił Johnny. Ty też, George.

- Sadie?

- Tak?

- A czy ty ukrywasz miotłę?

Nastąpiła długa chwila ciszy. Dużo dłuższa od tej w momencie, gdy odebrałem telefon

i powiedziałem jej imię, i dużo dłuższa, niż się spodziewałem. W końcu Sadie powiedziała:

- Nie wiem, o czym mówisz.

- Po prostu jesteś jakaś nieswoja, to wszystko.

- Mówiłam ci, jestem strasznie zagubiona. I smutna. Bo nadal nie jesteś gotów

powiedzieć mi prawdy, zgadza się?

- Gdybym mógł, zrobiłbym to.

- Wiesz, co jest ciekawe? Masz w Jodie dobrych przyjaciół... nie tylko mnie... i żaden

z nich nie wie, gdzie mieszkasz.

- Sadie...

- Twierdzisz, że w Dallas, ale masz numer w centrali Elmhurst, a Elmhurst jest w Fort

Worth.

Nie pomyślałem o tym. O czym jeszcze nie pomyślałem?

- Sadie, mogę ci tylko powiedzieć, że robię coś bardzo waż...

- Och, nie wątpię. I to, co robi senator Kuchel, też jest bardzo ważne. Roger wytrwale

mi to tłumaczył i powiedział też, że jeśli... jeśli przyjadę do niego do Waszyngtonu, to w

gruncie rzeczy będę siedzieć u stóp wielkości... albo we wrotach historii... coś w tym guście.


Date: 2015-12-17; view: 261


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 42 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 44 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.026 sec.)