Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 39 page

- Przepraszam za kłopoty, które spowodowałam, George, ale gdybym miała to zrobić

jeszcze raz, chyba postąpiłabym dokładnie tak samo.

Nie odpowiedziałem. Nie byłem już zły, tylko oszołomiony. Od zerwania z Sadie

prawie nie spałem i coś czułem, że w najbliższej przyszłości czwarta nad ranem i ja

zostaniemy dobrymi przyjaciółmi.

- Przepisy oświatowe stanu Teksas, paragraf dwudziesty piąty - powiedziała, jakby to

wszystko wyjaśniało.

- Słucham?

- To Nina Wallingford zwróciła mi na to uwagę. - Nina była pielęgniarką rejonową. W

każdym roku szkolnym pokonywała dziesiątki tysięcy kilometrów swoim fordem ranch

wagon, krążąc między ośmioma szkołami w powiecie Denholm, z których trzy wciąż miały

tylko jedną-dwie sale. - Paragraf dwudziesty piąty mówi o szczepieniach obowiązkowych.

Podlegają im i uczniowie, i nauczyciele, a Nina zauważyła, że nie ma twojej karty szczepień.

Ani w ogóle żadnej dokumentacji medycznej, nawiasem mówiąc.

A zatem stało się. Fałszywy nauczyciel zdemaskowany przez brak szczepionki na

Heinego-Medina. Cóż, przynajmniej nie wpadłem z powodu znajomości Rolling Stonesów

czy niestosownego używania slangu disco.

- Byłeś zajęty „Jamboree” i całą resztą, więc pomyślałam sobie, że napiszę do szkół, w

których uczyłeś, i oszczędzę ci kłopotu. Z Florydy dostałam list z informacją, że nie

wymagają kart szczepień od nauczycieli na zastępstwach. Z Maine i Wisconsin odpisali: „Nie

słyszeliśmy o nim”.

Wychyliła się nad biurkiem, patrząc na mnie. Nie mogłem długo wytrzymać jej

spojrzenia. Zanim ponownie opuściłem wzrok na grzbiety moich dłoni, zauważyłem w jej

oczach nieznośne współczucie.

- Czy kuratorium stanowe obchodziłoby to, że zatrudniliśmy oszusta? Bardzo.

Mogliby nawet zażądać przed sądem zwrotu twoich wynagrodzeń za ostatni rok. Czy

obchodzi to mnie? Wcale. Swoją pracę wykonywałeś wzorowo. To, co zrobiliście z Sadie dla

Bobbi Jill Allnut, było po prostu wspaniałe, godne nominacji na Nauczyciela Roku.

- Dzięki - mruknąłem. - Chyba.

- Myślałam, żeby pójść z tym do Deke'a, ale zamiast tego zadałam sobie pytanie, co

zrobiłaby Mimi Corcoran. I Meems powiedziała mi: „Gdyby podpisał umowę na jeszcze rok

czy dwa lata, byłabyś zmuszona działać. Skoro jednak za miesiąc odchodzi, tak naprawdę w



interesie twoim... i szkoły... jest nic nie mówić”. Potem dodała: „Ale jest jedna osoba, która

musi się dowiedzieć, że on nie jest tym, za kogo się podaje”.

Ellie zawiesiła głos.

- Powiedziałam Sadie, że na pewno masz jakieś racjonalne wytłumaczenie, ale widzę,

że tak nie jest.

Zerknąłem na zegarek.

- Jeśli mnie nie zwalniasz, Ellie, muszę wracać do klasy. Dziś przerabiamy rozbiór

logiczny zdania. Zastanawiam się, czy nie zadać im zdania złożonego o treści „Jestem w tej

sprawie bez winy, ale nie mogę powiedzieć dlaczego”. Jak sądzisz? Za trudne?

- Dla mnie na pewno - odparła uprzejmie.

- Jeszcze jedno - powiedziałem. - Sadie ma za sobą trudne małżeństwo. Jej mąż to

dziwny człowiek, w szczegóły wolałbym nie wchodzić. Nazywa się John Clayton. Sądzę, że

może być niebezpieczny. Musisz spytać Sadie, czy ma jego zdjęcie, żebyś wiedziała, jak

wygląda, w razie gdyby się zjawił i zaczął zadawać pytania.

- A sądzisz tak, bo...?

- Bo kiedyś już byłem świadkiem podobnej sytuacji. Wystarczy?

- Chyba musi, prawda?

To nie była zadowalająca odpowiedź.

- Zapytasz ją o zdjęcie?

- Tak, George. - Może mówiła serio; może tylko na odwal się. Skąd miałem wiedzieć?

Kiedy już byłem przy drzwiach, powiedziała niby od niechcenia:

- Łamiesz tej dziewczynie serce.

- Wiem. - I wyszedłem.

Mercedes Street. Koniec maja.

- Spawacz, co?

Stałem na ganku domu pod numerem 2706 z jego właścicielem. Jay Baker, porządny

Amerykanin, był przy kości, z wielkim brzuszyskiem, które nazywał „piwnym domkiem”.

Właśnie skończyliśmy krótki obchód budynku, który, jak wyjaśnił Baker, był „o rzut beretem

od przystanku autobusowego”, jakby to miało zrekompensować uginające się sufity, zacieki

na ścianach, popękaną spłuczkę i ogólną dewastację.

- Nocny stróż - powiedziałem.

- Taa? Dobra fucha. Dużo czasu, żeby pierdzieć w stołek.

Nie sądziłem, by to wymagało odpowiedzi.

- Żona? Dzieci?

- Rozwiedziony. Zostali na wschodzie. - Alimenty płacisz?

Wzruszyłem ramionami.

Zostawił ten temat.

- To jak, Amberson, bierzesz ten dom?

- Myślę, że tak. - Westchnąłem.

Wyjął z tylnej kieszeni podłużną książeczkę czynszową w luźnej skórzanej okładce.

- Pierwszy miesiąc, ostatni miesiąc, depozyt na pokrycie szkód.

- Depozyt? Pan chyba żartuje.

Baker mówił dalej, jakby mnie nie usłyszał.

- Czynsz musi wpłynąć do ostatniego piątku miesiąca. Wpłacisz za mało albo za

późno i wylatujesz na bruk w asyście policji z Fort Worth. Mam z nimi bardzo dobre układy.

Wyjął z kieszeni na piersi osmalony niedopałek cygara, wcisnął przeżuty koniec do

gęby i zapalił drewnianą zapałkę od paznokcia kciuka. Na ganku było gorąco. Czułem, że to

będzie długie, upalne lato.

Westchnąłem znowu. Potem - z ostentacyjną niechęcią - wyjąłem portfel i zacząłem

wyciągać banknoty dwudziestodolarowe.

- Bogu ufamy - stwierdziłem. - Pozostali płacą gotówką.

Zaśmiał się, wydmuchując kłęby gryzącego sinego dymu.

- Dobre, będę to pamiętał. Zwłaszcza w ostatni piątek miesiąca. Nie mogłem

uwierzyć, że zostawiam mój ładny domek na południe stąd - gdzie z dumą pielęgnowałem

prawdziwy trawnik - na rzecz tej nędznej rudery na tej nędznej ulicy. Choć jeszcze nie

opuściłem Jodie na dobre, już ogarnęła mnie tęsknota.

- Poproszę rachunek - powiedziałem.

Tyle dostałem za darmo.

Był ostatni dzień lekcji. Klasy i korytarze stały puste. Wentylatory pod sufitem

młóciły powietrze, które już było gorące, choć mieliśmy dopiero ósmy czerwca. Rodzina

Oswaldów opuściła Rosję; według notatek Ala Templetona za pięć dni SS „Maasdam”

zawinie do Hoboken, gdzie zejdą po trapie na ziemię amerykańską.

W pokoju nauczycielskim był tylko Danny Laverty.

- Hej, mistrzu. Słyszałem, że jedziesz do Dallas dokończyć tę twoją książkę.

- Taki mam plan. - Tak naprawdę jechałem do Fort Worth, przynajmniej na razie.

Zacząłem opróżniać moją przegródkę wypchaną komunikatami związanymi z końcem roku

szkolnego.

- Gdybym był wolny jak ptak, a nie przykuty do żony, trzech szkrabów i hipoteki,

może sam spróbowałbym napisać książkę - powiedział Danny. - Wiesz, walczyłem na wojnie.

Wiedziałem. Wiedział to każdy, kto rozmawiał z nim choć dziesięć minut.

- Masz z czego żyć? - zapytał.

- Poradzę sobie.

Dzięki dziewięciu miesiącom regularnych pensji miałem w banku prawie dwanaście

tysięcy dolarów. To z powodzeniem wystarczy mi do następnego kwietnia, kiedy to, jak

sądziłem, załatwię sprawę Lee Oswalda. Nie będą potrzebne kolejne wyprawy do Faith

Financial na Greenville Avenue. Nawet ta jedna była straszliwą głupotą. Gdybym chciał,

mógłbym sobie wmówić, że to, co się stało z moim domem na Florydzie, było tylko skutkiem

tragicznie zakończonego kawału, ale wmawiałem też sobie, że między mną i Sadie wszystko

jest w porządku, i proszę, co z tego wyszło.

Stertę papierów z przegródki wyrzuciłem do kosza... i zobaczyłem małą zaklejoną

kopertę, która jakimś cudem umknęła mojej uwagi. Wiedziałem, kto używa takich kopert. Na

kartce w środku nie było pozdrowienia ani żadnego podpisu, tylko słaby (może nawet

urojony) zapach jej perfum. Wiadomość była krótka.

Dziękuję, że mi pokazałeś, jak może być pięknie. Proszę, nie żegnaj się.

Trzymałem list przez minutę, zamyślony, po czym schowałem go do tylnej kieszeni i

szybko poszedłem do biblioteki. Nie wiem, co planowałem zrobić i co zamierzałem jej

powiedzieć, ale to i tak nie miało znaczenia, bo w bibliotece było ciemno i krzesła stały na

stołach. Mimo to spróbowałem przekręcić gałkę w drzwiach. Były zamknięte na klucz.

Na części parkingu zarezerwowanej dla kadry zostały tylko dwa samochody:

plymouth sedan Danny'ego Laverty'ego i mój ford, teraz już dość zmaltretowany. Ja też

byłem cokolwiek zmaltretowany.

- Panie A! Pan poczeka, panie A!

Mike i Bobbi Jill biegli do mnie przez gorący parking. Mike niósł mały zapakowany

prezent. Podał mi go.

- My z Bobbi coś panu kupili.

- Kupiliśmy. I nie trzeba było, Mike.

- Musieliśmy.

Byłem wzruszony, kiedy zobaczyłem, że Bobbi Jill płacze, i zadowolony, że gruba

warstwa fluidu Maxa Factora zniknęła z jej twarzy. Teraz, kiedy wiedziała, że dni szpecącej

blizny są policzone, nie próbowała już jej ukrywać. Pocałowała mnie w policzek.

- Bardzo, bardzo, bardzo panu dziękuję, panie Amberson. Nigdy pana nie zapomnę. -

Spojrzała na Mike'a. - Obydwoje nigdy pana nie zapomnimy.

I pewnie nie zapomną. To dobrze. Nie wynagrodzi mi to tej zamkniętej i ciemnej

biblioteki, ale tak - to bardzo dobrze.

- Proszę rozpakować - powiedział Mike. - Mamy nadzieję, że się panu spodoba. To do

pańskiej książki.

Otworzyłem paczuszkę. W środku było drewniane pudełko, a w nim, zawinięte w

jedwab, leżało pióro Waterman z inicjałami GA wygrawerowanymi na klipsie.

- Och, Mike - powiedziałem. - To za dużo.

- To by nie wystarczyło, nawet gdyby było ze szczerego złota - odparł. - Zmienił pan

moje życie. - Spojrzał na Bobbi. - Życie nas obojga.

- Mike, to była dla mnie przyjemność.

Uściskał mnie, a w 1962 roku nie jest to tani gest między mężczyznami. Z

przyjemnością odwzajemniłem uścisk.

- Niech pan będzie w kontakcie - poprosiła Bobbi Jill. - Dallas przecie niedaleko... -

Zawiesiła głos. - Przecież.

- Oczywiście - zapewniłem, ale ani ja nie będę w kontakcie z nimi, ani zapewne oni ze

mną. Odchodzili, by żyć własnym życiem, życiem, które, jeśli dopisze im szczęście, będzie

pełne blasku.

Ruszyli w swoją stronę, po czym Bobbi odwróciła się do mnie.

- Szkoda, że się państwo rozstaliście. Strasznie mi przykro.

- Mnie też - powiedziałem - ale tak prawdopodobnie będzie najlepiej.

Pojechałem do domu spakować maszynę do pisania i resztę mojego dobytku, który

wciąż był dość skromny, by zmieścić się w walizce i kilku tekturowych pudłach. Na

czerwonym świetle na Main Street otworzyłem małe pudełeczko i spojrzałem na pióro. Było

piękne i bardzo byłem wzruszony, że mi je podarowali. Jeszcze bardziej wzruszyło mnie to,

że zaczekali, by się ze mną pożegnać. Zapaliło się zielone światło. Zatrzasnąłem wieko

pudełeczka i ruszyłem dalej. Miałem gulę w gardle, ale moje oczy były suche.

Życie na Mercedes Street nie było budującym doświadczeniem.

Dni nie były takie złe. Rozbrzmiewały okrzykami wypuszczonych ze szkoły dzieci

ubranych w za duże ciuchy po starszym rodzeństwie; biadoleniem gospodyń domowych

stojących przy skrzynkach na listy albo rozwieszających pranie na podwórkach; hałasem

prowadzonych przez nastolatków zardzewiałych rzęchów z tłumikami przelotowymi i

ryczącymi radiami ustawionymi na K-Life. Między drugą w nocy a szóstą rano też nie było

najgorzej. Wówczas, gdy dręczone kolką niemowlęta wreszcie zasypiały w swoich

łóżeczkach (albo szufladach komody), a ich ojcowie chrapali przed następnym dniem pracy

na godziny w sklepach, fabrykach lub na okolicznych farmach, na ulicy panowała jakby

otępiała cisza.

Jednak między czwartą a szóstą po południu Mercedes Street wybuchała jazgotem

mamuś wołających dzieci do domu, bo obowiązki czekają, i tatusiów wracających z pracy i

wrzeszczących na żony prawdopodobnie dlatego, że nie mieli nikogo innego, na kogo

mogliby powrzeszczeć. Wiele żon odpłacało im się pięknym za nadobne. Koło ósmej

zaczynali wracać tatusiowie pijacy, a największy hałas robił się koło jedenastej, kiedy albo

zamykano bary, albo kończyły się pieniądze. Wtedy słyszałem trzaskanie drzwiami, brzęk

tłuczonych szyb i okrzyki bólu, gdy jakiś nawalony tatuś pijak wyżywał się na żonie,

dzieciach albo całej rodzinie. Przez moje zaciągnięte zasłony często przebijały migające

czerwone światła radiowozów. Parę razy rozległy się strzały, może wymierzone w niebo,

może nie. I pewnego wczesnego ranka, kiedy wyszedłem po gazetę, zobaczyłem kobietę z

dolną połową twarzy pokrytą skorupą zaschniętej krwi. Siedziała na krawężniku cztery domy

dalej i piła piwo Lone Star z puszki. Prawie poszedłem sprawdzić, co jej się stało, choć

wiedziałem, jak nierozsądnie byłoby angażować się w życie tej podłej, robotniczej dzielnicy.

Kiedy zauważyła, że na nią patrzę, pokazała mi środkowy palec. Wróciłem do domu.

Nie było komitetu powitalnego ani pań imieniem Muffy lub Buffy drepczących na

zebrania Klubu Kobiet. Na Mercedes Street było za to dużo czasu na myślenie. Na to, by

tęsknić za przyjaciółmi z Jodie i za pracą, która odwracała moje myśli od tego, po co tu

przybyłem. Na to, by uświadomić sobie, że nauczanie było czymś więcej niż tylko sposobem

zabicia czasu; że zaspokajało moje potrzeby intelektualne jak każde zajęcie, na którym

człowiekowi zależy, które daje mu poczucie, że robi coś, co być może rzeczywiście ma

znaczenie.

Było nawet dość czasu na to, by poużalać się nad moim niegdyś eleganckim

kabrioletem. Oprócz tego, że nie działało radio i rzęziły zawory, teraz jeszcze wył i strzelał z

zardzewiałej rury wydechowej a przednią szybę miał pękniętą po kontakcie z kamieniem,

który zleciał z potężnej ciężarówki z asfaltem. Przestałem go myć i dlatego - smutno przyznać

- idealnie się dopasował do pozostałych zdezelowanych środków transportu na Mercedes

Street.

Przede wszystkim był czas na to, by myśleć o Sadie.

„Łamiesz tej dziewczynie serce”, powiedziała Ellie Dockerty a z moim sercem też nie

było najlepiej. Pewnej nocy, kiedy leżałem z otwartymi oczami i słuchałem pijackiej kłótni

sąsiadów - zrobiłeś to, wcale nie, zrobiłeś, nie, pierdol się - przyszło mi do głowy, by wyznać

jej całą prawdę. Odrzuciłem ten pomysł, następnej nocy jednak powrócił ze świeżymi siłami.

Widziałem, jak siedzę z nią przy stole w jej kuchni i piję kawę w mocnym popołudniowym

słońcu, które wpada ukosem przez okno nad zlewem. Jak mówię spokojnie. Jak wyznaję, że

naprawdę nazywam się Jacob Epping, że faktycznie urodzę się dopiero za czternaście lat, że

przybyłem z roku 2011 przez szczelinę w czasie, którą mój nieżyjący przyjaciel Al Templeton

nazywał króliczą norą.

Jak miałbym ją o czymś takim przekonać? Mówiąc jej, że pewien amerykański

uchodźca polityczny, który zmienił zdanie na temat Rosji, wkrótce wprowadzi się do domu

naprzeciwko tego, w którym teraz mieszkam, wraz ze swoją rosyjską żoną i małą córeczką?

Że Dallas Texans - jeszcze nie Cowboys, jeszcze nie Drużyna Ameryki - tej jesieni pokonają

Houston Oilers 20 do 17 po dwóch dogrywkach? Absurd. A co jeszcze wiedziałem o

najbliższej przyszłości? Niewiele, bo nie miałem czasu się dokształcić. Wiedziałem sporo o

Oswaldzie, ale to wszystko.

Uznałaby, że zwariowałem. Mogłem zaśpiewać jej kilkanaście innych piosenek pop,

których jeszcze nie nagrano, a i tak dalej miałaby mnie za szaleńca. Zarzuciłaby mi, że

wymyśliłem je na poczekaniu - w końcu czy nie byłem pisarzem? A nawet gdyby w to

uwierzyła? Czy chciałem zaciągnąć ją ze sobą w paszczę rekina? Czy już nie dość złe było to,

że w sierpniu wróci do Jodie i że jeśli John Clayton jest echem Franka Dunninga, może

będzie jej szukał?

- Dobrze, w takim razie fora ze dwora! - krzyknęła kobieta na ulicy.

Jakiś samochód dodał gazu i popędził w stronę Winscott Road. Klin światła na chwilę

wsunął się w szparę między moimi zaciągniętymi zasłonami i przemknął po suficie.

- LACHOCIĄG! - wrzasnęła za samochodem, na co męski głos, nieco bardziej

odległy, odkrzyknął:

- Te, lala, chodź, obciągnij mojego, może to cię uspokoi.

Takie było życie na Mercedes Street latem 1962 roku.

Nie mieszaj jej do tego - tak mówił głos rozsądku. Czy ją przekonasz, czy nie, nie ma

nic do rzeczy. To po prostu zbyt niebezpieczne. Może kiedyś znów będziesz mógł z nią być -

może nawet w Jodie - ale nie teraz.

Tyle że w Jodie nie było już dla mnie miejsca. Zważywszy na to, co Ellen wiedziała o

mojej przeszłości, posada nauczyciela była marzeniem ściętej głowy. A cóż innego miałbym

robić? Wylewać beton?

Pewnego ranka nastawiłem kawę i poszedłem wziąć gazetę z ganku. Kiedy

otworzyłem drzwi, zobaczyłem, że z obu tylnych opon sunlinera uszło powietrze. Jakiś

znudzony, pętający się po nocy małolat przeciął je nożem. Takie było życie na Mercedes

Street latem sześćdziesiątego drugiego roku.

W czwartek czternastego czerwca ubrałem się w dżinsy, niebieską koszulę roboczą i

starą skórzaną kamizelkę kupioną w sklepie z rzeczami używanymi na Camp Bowie Road.

Przez cały poranek chodziłem po domu, jakbym się dokądś wybierał. Nie miałem telewizora,

za to słuchałem radia. W wiadomościach podali, że prezydent Kennedy zamierza w tym

miesiącu złożyć oficjalną wizytę w Meksyku. Prognoza pogody zapowiadała bezchmurne

niebo i upał. Didżej przez jakiś czas plótł trzy po trzy, po czym puścił „Palisades Park”.

Okrzyki i dźwięki kolejki górskiej w tle utworu wrzynały mi się w głowę.

W końcu nie wytrzymałem. Wiedziałem, że przyjadę za wcześnie, ale miałem to

gdzieś. Wsiadłem do sunlinera - który teraz miał dwie bieżnikowane czarne opony z tyłu i

dwie białe z przodu - i pokonałem siedemdziesiąt kilometrów dzielących mnie od Love Field

w północno-zachodnim Dallas. Nie było parkingu krótko - czy długoterminowego; był po

prostu parking. Kosztował siedemdziesiąt pięć centów za dobę. Nasadziłem na głowę mój

stary słomkowy kapelusz i powlokłem się do oddalonego o mniej więcej kilometr terminalu.

Przy krawężniku stali dwaj gliniarze pijący kawę, ale w środku nie było ani ochrony, ani

wykrywaczy metalu. Pasażerowie tylko pokazywali bilety facetowi przy drzwiach, po czym

szli po gorącej płycie lotniska do samolotów należących do jednego z pięciu przewoźników:

American, Delta, TWA, Frontier i Texas Airways.

Spojrzałem na tablicę zamontowaną na ścianie za stanowiskiem linii Delta. Podawała,

że lot numer 194 przyleci zgodnie z rozkładem. Kiedy dla pewności spytałem o to

przedstawicielkę linii, uśmiechnęła się i powiedziała mi, że samolot właśnie wystartował z

Atlanty.

- Strasznie wcześnie pan przyszedł.

- Nic na to nie poradzę - powiedziałem. - Na swój pogrzeb też pewnie przyjdę za

wcześnie.

Zaśmiała się i życzyła mi miłego dnia. Kupiłem „Time'a” i poszedłem do restauracji,

gdzie zamówiłem Siódme Niebo, jak tu nazywano sałatkę szefa kuchni. Porcja była wielka, a

ja za bardzo się denerwowałem, żeby być głodny - nie co dzień ma się okazję zobaczyć na

własne oczy człowieka, który zmieni dzieje świata - ale przynajmniej miałem w czym dłubać,

czekając na przylot samolotu wiozącego rodzinę Oswaldów.

Siedziałem w boksie, z którego miałem dobry widok na główny terminal. Nie było

tłoku i rzuciła mi się w oczy młoda kobieta w ciemnoniebieskim kostiumie podróżnym.

Włosy miała upięte w schludny kok. W każdej dłoni trzymała walizkę. Podszedł do niej

bagażowy, Murzyn. Pokręciła z uśmiechem głową i uderzyła ramieniem w mijaną budkę

Traveler's Aid. Upuściła jedną walizkę, potarła łokieć, podniosła ją i ruszyła dalej.

To była Sadie. Wyjeżdżała na sześć tygodni do Reno.

Czy byłem zaskoczony? Wcale. To znowu była ta zbieżność, czy jak to nazwać.

Zdążyłem do niej przywyknąć. Czy ogarnęła mnie niemal nieodparta pokusa, by wybiec z

restauracji i dogonić ją, zanim będzie za późno? Pewnie, że tak.

Przez chwilę wydawało się to więcej niż możliwe; wydawało się to konieczne.

Powiedziałbym jej, że to los (a nie jakaś dziwaczna harmonika podróży w czasie)

doprowadził do naszego spotkania na lotnisku. W filmach tak się zdarza, czyż nie?

Poprosiłbym ją, żeby zaczekała, po czym kupiłbym bilet do Reno i powiedział jej, że

wszystko wyjaśnię na miejscu. I po wymaganych prawem sześciu tygodniach moglibyśmy

postawić drinka sędziemu, który dał jej rozwód, zanim udzieliłby nam ślubu.

Już zaczynałem się podnosić. Wtedy jednak mój wzrok przypadkiem padł na okładkę

kupionego w kiosku „Time'a”. Była na niej Jacqueline Kennedy. Uśmiechnięta,

rozpromieniona, w sukience bez rękawów, z dekoltem w serek. DAMA PREZYDENTA

UBRANA NA LATO, głosił podpis. Kiedy tak patrzyłem na to zdjęcie, kolory nagle przeszły

w czerń i biel, a radosny uśmiech zmienił się w puste spojrzenie. Teraz Jacqueline Kennedy

stała obok Lyndona Johnsona na pokładzie Air Force One i nie miała już na sobie ładnej (i

całkiem seksownej) letniej sukienki, tylko zbryzgany krwią wełniany kostium. Przypomniało

mi się, że czytałem - nie w notatkach Ala, gdzie indziej - że zaraz po tym, jak orzeczono zgon

Kennedy'ego, Lady Bird Johnson chciała objąć panią Kennedy na szpitalnym korytarzu i

zobaczyła na tym kostiumie fragment mózgu martwego prezydenta.

Prezydent z rozwaloną głową. I wszyscy zmarli, którzy przyjdą po nim, widmowy


Date: 2015-12-17; view: 194


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 38 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 40 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.029 sec.)