Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 35 page

reszty jego małych zielonych przyjaciół.

- Już to zrobiłem. Może potraktuję to jako napiwek?

Kiedy chował moje nabytki do brązowej papierowej torby, zdjęła mnie zwykła

ciekawość i zadałem mu pytanie.

- Kennedy? Nie głosowałem na niego, ale jeśli tylko nie będzie przyjmował rozkazów

od papieża, jakoś sobie poradzi. Temu krajowi Potrzeba kogoś młodszego. Idzie nowe, wie

pan?

- Gdyby przyjechał do Dallas, myślisz, że byłby bezpieczny?

- Raczej tak. Chociaż pewien nie jestem. Ogólnie biorąc, na jego miejscu trzymałbym

się na północ od Linii Masona-Dixona.

Uśmiechnąłem się szeroko.

- Gdzie cicha noc, święta noc, pokój niesie ludziom wszem?

Cichy Mike (Święty Mike) powiedział:

- Już niech pan nie zaczyna.

W pokoju nauczycielskim na parterze był regał z przegródkami na korespondencję i

komunikaty dyrekcji. We wtorek rano, kiedy miałem okienko, znalazłem w mojej przegródce

małą zaklejoną kopertę.

Drogi George!

Jeśli nadal chcesz zabrać mnie dziś na kolację, będzie to musiało być koło piątej, bo w

tym i następnym tygodniu zaczynam pracę skoro świt z uwagi na przygotowania do Jesiennej

Wyprzedaży Książek. Może potem pójdziemy do mnie na deser. Mam keks, gdybyś chciał

kawałek.

Sadie

- Z czego się śmiejesz, Amberson? - spytał Danny Laverty. Sprawdzał wypracowania

z pustką w oczach, która mogła być objawem kaca. - Powiedz, też się chętnie pośmieję.

- Nie - odparłem. - Prywatny żart. Nie zrozumiałbyś.

Za to my rozumieliśmy, o co chodzi, „keks” stał się dla nas określeniem „tego”, i tej

jesieni dużo go jedliśmy.

Byliśmy dyskretni, ale oczywiście niektórzy wiedzieli, co jest grane. Zapewne krążyły

plotki, lecz nie wybuchł skandal. Ludzie z małych miasteczek przeważnie nie są złośliwi.

Znali sytuację Sadie, przynajmniej w ogólnych zarysach, i rozumieli, że nie możemy się

ujawnić, przynajmniej na razie. Ona nie przychodziła do mojego domu; to wywołałoby

nieprzychylne komentarze. Ja nigdy nie siedziałem u niej dłużej niż do dziesiątej; to też

spotkałoby się z dezaprobatą. Nie było szans, żebym zostawił mojego sunlinera w jej garażu i

został na noc, bo jej volkswagen garbus, choć mały, zajmował go prawie w całości. Zresztą i

tak bym tego nie zrobił, bo ktoś by się zorientował. Jak to zwykle w małych miasteczkach.



Odwiedzałem ją po szkole. Wpadałem do niej na posiłek, który nazywała kolacją.

Czasem chodziliśmy do baru na Widłoburgery albo filety z suma; bywaliśmy w The Saddle;

dwa razy zabrałem ją do Grange na sobotnią potańcówę. Oglądaliśmy filmy w lokalnym kinie

Gem, w Mesa w Round Hill i kinie samochodowym Starlite w Kileen. W porządnej

restauracji, jak The Saddle, czasem piła lampkę wina przed kolacją, a ja popijałem posiłek

piwem, ale nie pokazywaliśmy się w żadnej z lokalnych knajp, a już na pewno nie w Red

Rooster, jedynym szynku w Jodie, lokalu, o którym nasi uczniowie mówili z utęsknieniem i

podziwem. Był rok 1961, segregacja może i powoli zaczynała się zacierać - Murzyni

wywalczyli prawo do siedzenia przy kontuarach Woolworth's w Dallas, Fort Worth i Houston

- ale nauczyciele nie pili w Red Rooster. Nie jeśli chcieli zachować pracę. Nigdy, przenigdy.

Kiedy kochaliśmy się w sypialni Sadie, zawsze trzymała po swojej stronie łóżka

spodnie, sweter i mokasyny. Nazywała to swoim strojem awaryjnym. Przy jedynej okazji,

kiedy dzwonek u drzwi zabrzęczał, gdy byliśmy nadzy (stan, który z czasem zaczęła określać

in flagrante delektissimo), włożyła te ciuchy w równe dziesięć sekund. Wróciła, chichocząc i

machając pismem „Strażnica”.

- Świadkowie Jehowy. Powiedziałam im, że już zostałam zbawiona, i sobie poszli.

Raz, gdy po wszystkim jedliśmy w jej kuchni steki z szynki i okrę, powiedziała, że

nasz związek przypomina jej ten film z Audrey Hepburn i Garym Cooperem - „Miłość po

południu”.

- Czasem się zastanawiam, czy w nocy byłoby lepiej. - Powiedziała to z lekkim

smutkiem. - Wtedy, kiedy robią to normalni ludzie.

- Kiedyś się przekonasz. Wytrzymaj jeszcze trochę, mała.

Uśmiechnęła się i pocałowała mnie w kącik ust.

- Jakiś ty wygadany.

- O tak. Oryginał ze mnie.

Odsunęła talerz na bok.

- Jestem gotowa na deser. A ty?

Niedługo po wizycie świadków Jehowy u Sadie - to musiał być początek listopada, bo

właśnie skończyłem obsadzać moją wersję „Dwunastu gniewnych ludzi” - grabiłem trawnik

przed domem, kiedy ktoś powiedział:

- Cześć, George, co słychać?

Odwróciłem się i zobaczyłem Deke'a Simmonsa, od niedawna podwójnego wdowca.

Siedział w Meksyku dłużej, niż wszyscy przewidywali, i kiedy ludzie już zaczynali nabierać

przekonania, że zostanie tam na dobre, wrócił. To było nasze pierwsze spotkanie po jego

przyjeździe. Był opalony, ale zdecydowanie za chudy. Ubrania wisiały na nim, a jego włosy -

szpakowate w dniu przyjęcia poślubnego - teraz były prawie całe białe i przerzedzone na

czubku głowy.

Upuściłem grabie i pospieszyłem do niego. Chciałem podać mu rękę, ale zamiast tego

go uściskałem. To go zaskoczyło - w 1961 roku prawdziwi faceci się nie ściskają - ale po

chwili się zaśmiał.

Odsunąłem go na długość ramienia.

- Świetnie wyglądasz!

- Miły jesteś, George. Wyglądam fatalnie i dobrze, o tym wiesz Ale czuję się już

lepiej. Śmierć Meems... wiedziałem, że to nieuniknione, lecz i tak nie mogłem się pozbierać.

Rozum jakoś nie mógł przemówić do serca.

- Wejdź, napijemy się kawy.

- Chętnie.

Rozmawialiśmy o jego pobycie w Meksyku. O szkole. O nie pokonanej drużynie

futbolowej i nadchodzącej premierze naszego jesiennego przedstawienia. Wreszcie odstawił

kubek i oznajmił:

- Ellen Dockerty prosiła, żebym powiedział w jej imieniu parę słów o tobie i Sadie

Clayton.

O-o. A myślałem, że tak dobrze nam szło.

- Wróciła do panieńskiego nazwiska, Dunhill.

- Znam jej sytuację. Wiedziałem o niej wszystko, kiedy ją zatrudnialiśmy. To

porządna dziewczyna, ty jesteś porządny chłop, George. Z tego, co mówiła mi Ellie, radzicie

sobie w trudnej sytuacji z dużą dozą taktu.

Nieco się odprężyłem.

- Ellie jest prawie pewna, że żadne z was nie słyszało o Candlewood Bungalows na

peryferiach Kileen - mówił dalej. - Jej niezręcznie byłoby wam o tym powiedzieć, więc

prosiła, żebym ją wyręczył.

- Candlewood Bungalows?

- Zabierałem tam Meems w wiele sobotnich wieczorów. - Obracał kubek w dłoniach,

które wydawały się za duże w stosunku do reszty ciała. - Właścicielami są dwaj emerytowani

nauczyciele z Arkansas albo Alabamy. Jednego z tych stanów na A. Emerytowani

nauczyciele, mężczyźni. Jeśli rozumiesz, co mam na myśli.

- Chyba tak.

- Sympatyczni jegomoście, bardzo dyskretni, jeśli chodzi o ich związek i związki

niektórych z ich gości. - Podniósł głowę znad kubka. Był lekko zarumieniony, ale przy tym

uśmiechnięty. - To nie pierwszy lepszy motelik na schadzki, jeśli takie odniosłeś wrażenie. W

żadnym razie. Pokoje są ładne, ceny rozsądne, a niedaleko jest mała, przytulna restauracja.

Czasem dziewczynie potrzebne jest takie miejsce. Mężczyźnie może też. Żeby nie musieli się

tak spieszyć. I nie czuli się podle.

- Dziękuję - powiedziałem.

- Proszę bardzo. Spędziliśmy z Mimi wiele przyjemnych wieczorów w Candlewood.

Czasem tylko oglądaliśmy telewizję w piżamach, a potem kładliśmy się spać, ale w pewnym

wieku bywa to równie dobre jak cała reszta. - Uśmiechnął się smutno. - No, prawie.

Zasypialiśmy, słuchając świerszczy. Czasem gdzieś wył kojot, bardzo daleko, wśród szałwii.

Do księżyca, rozumiesz. Naprawdę to robią. Wyją do księżyca.

Wolnymi ruchami starego człowieka wyjął z tylnej kieszeni chusteczkę i otarł

policzki.

Podałem mu rękę i Deke ją uścisnął.

- Lubiła cię, choć nigdy do końca nie wiedziała, co o tobie sądzić. Mówiła, że

przypominasz jej duchy z tych starych filmów z lat trzydziestych. „Jasny, świecący, ale nie

całkiem obecny”, powiedziała.

- Nie jestem duchem - zapewniłem. - Słowo.

Uśmiechnął się.

- Nie? Wiesz, w końcu sprawdziłem twoje referencje. Kiedy już trochę u nas

popracowałeś na zastępstwach i tak świetnie wyreżyserowałeś przedstawienie. Te z Sarasoty

są w porządku, ale wcześniejsze... - Pokręcił głową, wciąż uśmiechnięty. - A dyplom masz z

fabryki magistrów w Oklahomie.

Odchrząknięcie nie pomogło. Odebrało mi mowę i już.

- A co mnie to obchodzi, pytasz? Właściwie nic. Kiedyś w tych stronach było tak, że

jak przyjechałeś do miasta z kilkoma książkami w sakwach, okularami na nosie i krawatem na

szyi, to robili cię nauczycielem i mogłeś dwadzieścia lat pracować. I nie było to znowu tak

dawno temu. Ty jesteś cholernie dobrym nauczycielem. Dzieciaki to wiedzą, ja to wiem i

Meems też to wiedziała. To obchodzi mnie przede wszystkim.

- Czy Ellen wie, że sfałszowałem pozostałe referencje? - Ellen Dockerty pełniła

obowiązki dyrektora, a po spotkaniu rady szkolnej w styczniu miała objąć tę funkcję na stałe.

Innych kandydatów nie było.

- Nie, i się tego nie dowie. Przynajmniej ode mnie. Wydaje mi się, że nie jest to jej do

niczego potrzebne. - Wstał. - Ale jedna osoba musi poznać prawdę o tym, gdzie byłeś i co

robiłeś; jest nią pewna bibliotekarka. O ile masz wobec niej poważne zamiary, rzecz jasna. A

masz?

- Tak - powiedziałem i Deke skinął głową, jakby sprawa była załatwiona.

Jakże chciałem, żeby tak było.

Dzięki Deke'owi Simmonsowi Sadie wreszcie się przekonała, jak to jest kochać się po

zachodzie słońca. Kiedy spytałem ją o wrażenia, powiedziała, że było cudownie.

- Ale jeszcze bardziej cieszę się na to, że rano obudzę się przy tobie. Słyszysz wiatr?

Słyszałem. Wył pod okapem.

- Czy przy tym dźwięku nie robi ci się błogo?

- Owszem.

- Teraz coś powiem. Mam nadzieję, że nie poczujesz się niezręcznie.

- Mów.

- Chyba się w tobie zakochałam. Może to tylko seks, słyszałam, że ludzie mylą jedno z

drugim, ale nie sądzę.

- Sadie?

- Tak? - Próbowała się uśmiechnąć, ale była przerażona.

- Ja ciebie też kocham. Bez żadnych „może” i bez żadnych pomyłek.

- Dzięki Bogu - powiedziała i przytuliła się do mnie.

Podczas naszej drugiej wizyty w Candlewood Bungalows była gotowa opowiedzieć o

Johnnym Claytonie.

- Ale zgaś światło, dobrze?

Zgasiłem. Opowiadając, wypaliła trzy papierosy. Pod koniec głośno płakała, pewnie

nie tyle na wspomnienie doznanego bólu, ile ze zwykłego wstydu. Myślę, że większości z nas

łatwiej się przyznać do zła niż głupoty. Nie żeby była głupia. Jest wielka różnica między

głupotą a naiwnością i jak większość porządnych dziewczyn z klasy średniej, które osiągnęły

dojrzałość w latach czterdziestych i pięćdziesiątych, Sadie prawie nic nie wiedziała o seksie.

Wyznała, że nigdy tak naprawdę nie widziała penisa, dopóki nie zobaczyła mojego. Zerkała

ukradkiem na członka Johnny'ego, ale mówiła, że kiedy ją na tym przyłapywał, chwytał jej

twarz mocnym, ale nieprzekraczającym granicy bólu uściskiem i odwracał w bok.

- Ale to i tak bolało - powiedziała. - Wiesz?

John Clayton pochodził z konwencjonalnie religijnej rodziny, na pewno nie byli to

jacyś pomyleńcy. Był uprzejmy, troskliwy, względnie atrakcyjny. Nie miał najlepszego

poczucia humoru na świecie (gwoli ścisłości, nie miał go prawie w ogóle), ale zdawał się

ubóstwiać Sadie. Jej rodzice zaś ubóstwiali jego. Zwłaszcza Claire Dunhill szalała za

Johnnym Claytonem. No i, oczywiście, był wyższy od Sadie, nawet kiedy nosiła buty na

wysokim obcasie. Po latach wysłuchiwania żartów o grochowych tykach to miało znaczenie.

- Jedyne, co mnie niepokoiło przed ślubem, to jego obsesja na punkcie porządku -

powiedziała Sadie. - Miał wszystkie książki ułożone w kolejności alfabetycznej i strasznie się

złościł, kiedy ktoś je przestawiał. Wystarczyło zdjąć jedną z półki i już robił się nerwowy...

wyczuwało się u niego takie swoiste napięcie. Golił się trzy razy dziennie i co rusz mył ręce.

Jeśli uścisnął komuś dłoń, to zaraz pod byle pretekstem uciekał do łazienki, żeby się obmyć.

- I dopasowywał ubrania według kolorów - powiedziałem. - Na sobie i w szafie, i

biada temu, kto ośmieliłby się je przełożyć. Czy układał alfabetycznie produkty w spiżarni? I

wstawał czasem w środku nocy, żeby sprawdzić, czy kuchenka jest wyłączona, a drzwi

pozamykane?

Odwróciła się do mnie z szeroko otwartymi, zdumionymi oczami. Łóżko zaskrzypiało

przyjaźnie; wiatr przybrał na sile; zabrzęczała obluzowana szyba.

- Skąd wiesz?

- To taka choroba. Zaburzenie obsesyjno-kompulsyjne. W skrócie ZOK. Howard... -

Urwałem. Zacząłem mówić: Howard Hughes ma ostrą tego postać, ale może to jeszcze nie

było prawdą. A nawet jeśli, ludzie pewnie o tym nie wiedzieli. - Miał to jeden mój stary

znajomy, Howard Temple. Mniejsza o to. Czy robił ci krzywdę, Sadie?

- Właściwie nie, nie bił mnie ani nic takiego. Raz dał mi w twarz, to wszystko. Ale są

też inne sposoby zadawania bólu, wiesz?

- Tak.

- Nie mogłam o tym z nikim rozmawiać. Na pewno nie z matką. Wiesz, co mi

powiedziała w dniu ślubu? Że jeśli zmówię pół modlitwy przed i pół w trakcie, wszystko

będzie dobrze. Tak powiedziała, „w trakcie”, bo słowo „stosunek” nie przeszłoby jej przez

usta. Próbowałam porozmawiać o tym z moją przyjaciółką Ruthie, ale tylko raz. To było po

lekcjach, pomagała mi sprzątać w bibliotece. „To, co się dzieje za drzwiami sypialni, to nie

moja sprawa”, powiedziała. Więcej do tego nie wracałam, bo nie chciałam o tym mówić. Tak

strasznie się wstydziłam.

I wtedy słowa popłynęły wartkim strumieniem. Część z nich stłumiły łzy, ale to, co

najważniejsze, zrozumiałem. W pewne wieczory - raz lub dwa razy na tydzień - mówił jej, że

musi „go wyjąć”. Leżeli obok siebie w łóżku, ona w koszuli nocnej (nalegał, by nosiła

nieprześwitujące), on w bokserkach. Bardziej rozebranego go nigdy nie widziała. Zwykle

odkrywał się do pasa, a ona wtedy widziała jego erekcję sterczącą pod pościelą jak maszt

namiotu.

- Raz spojrzał na ten namiocik. Jeden jedyny raz, z tego, co pamiętam. I wiesz, co

powiedział?

- Nie.

- „Ależ my jesteśmy obrzydliwi”. A potem dodał: „Zróbże to, żebym mógł się

przespać”.

Wkładała rękę pod pościel i onanizowała go. Nigdy nie trwało to długo, czasem

wystarczały sekundy. Parę razy dotknął jej biustu, kiedy wykonywała ten obowiązek, ale jego

dłonie zazwyczaj pozostawały splecione wysoko na piersi. Po wszystkim szedł do łazienki,

mył się i wracał w piżamie. Miał siedem piżam, same niebieskie.

Potem ona musiała pójść do łazienki i umyć ręce. Nalegał, by szorowała je co

najmniej trzy minuty, w wodzie dość gorącej, by poczerwieniała jej skóra. Kiedy wracała do

łóżka, podsuwała mu dłonie pod nos. Jeśli zapach mydła Lifebuoy nie był w jego ocenie dość

silny, musiała umyć je raz jeszcze.

- I kiedy wracałam, miotła była na swoim miejscu.

Latem kładł ją na prześcieradle, zimą na kocu. Na środku łóżka. Jedna strona dla

niego, druga dla niej.

- Kiedy się wierciłam i niechcący ją przesuwałam, budził się. Nieważne, jak twardo

spał. I spychał mnie z powrotem na moją stronę. Mocno. Nazywał to „naruszeniem miotły”.

Jeden raz dostała od niego po twarzy - bo spytała, jak mają mieć dzieci, jeśli nigdy jej

go nie wkłada.

- Wściekł się. Dlatego mnie uderzył. Potem przeprosił, ale powiedział: „Myślisz, że

wsadziłbym swojego w to twoje siedlisko zarazków i sprowadził dzieci na ten ohydny świat?

Wszystko i tak wyleci w powietrze, wie to każdy, kto czyta gazety, a my zginiemy od

promieniowania. Będziemy zdychać cali we wrzodach, wypluwając płuca. To może się stać w

każdej chwili”.

- Jezu... Nic dziwnego, że go zostawiłaś, Sadie.

- Dopiero po czterech zmarnowanych latach. Aż tyle czasu potrzebowałam, by

przekonać samą siebie, że zasługuję na coś więcej od życia niż tylko układanie skarpetek

męża według kolorów, brandzlowanie go dwa razy w tygodniu i spanie z cholerną miotłą. To

było w tym wszystkim najbardziej upokarzające i myślałam, że nigdy nikomu o tym nie

powiem... bo to takie śmieszne.

Ja nie widziałem w tym nic śmiesznego. Jak dla mnie to było coś rodem ze strefy

mroku między nerwicą a czystą psychozą. Zarazem miałem wrażenie, że słucham wzorcowej

opowieści z lat pięćdziesiątych. Łatwo było sobie wyobrazić Rocka Hudsona i Doris Day

śpiących w łóżku przedzielonym miotłą. Oczywiście, gdyby Rock nie był gejem.

- I nie szukał cię?

- Nie. Wysłałam podania o pracę do tuzina różnych szkół, odpowiedzi odbierałam w

skrytce pocztowej. Czułam się jak kobieta, która ma romans za plecami męża. I tak właśnie

odebrali to moi rodzice, kiedy się dowiedzieli. Tata w końcu trochę się udobruchał... chyba

domyśla się, jak ciężko mi było, choć oczywiście nie chce znać szczegółów... ale matka?

Gdzie tam. Jest na mnie wściekła. Musiała zmienić kościół i odejść z kółka robótek ręcznych.

Bo, jak twierdzi, nie mogła spojrzeć ludziom w oczy.

W pewnym sensie wydawało się to równie okrutne i szalone jak ta miotła, ale tego nie

powiedziałem. Inny aspekt tej sprawy interesował mnie bardziej od rodziców Sadie -

typowych ludzi z Południa.

- Clayton nie powiedział im, że odeszłaś? Dobrze zrozumiałem? Nie odwiedził ich?

- Nie. Moja matka oczywiście świetnie go rozumiała. - Zwykle słaby południowy

akcent Sadie teraz się pogłębił. - Takiego wstydu bidulkowi narobiłam, że nie chciał nikomu

nic powiedzieć. - Porzuciła akcent. - I wcale nie ironizuję. Ona wie, co to wstyd, i wie, że

pewne rzeczy zamiata się pod dywan. Co do tego Johnny i moja mamuśka są jednej myśli. To

z nią powinien się był ożenić. - Zaśmiała się trochę histerycznie. - Mama pewnie byłaby

zachwycona miotłą.

- Słowem się nie odezwał? Nie wysłał nawet pocztówki w stylu „Hej, Sadie,

wyjaśnijmy sobie wszystkie sprawy i niech życie toczy się dalej”?

- Jak miałby to zrobić? Nie wie, gdzie jestem, i założę się, że nic go to nie obchodzi.

- Jest coś, czego od niego chcesz? Bo jestem pewien, że prawnik...

Pocałowała mnie.

- Jedyne, czego chcę, jest tutaj, w łóżku ze mną.

Odkryłem nas aż po kostki.

- Spójrz na mnie, Sadie. Spojrzała. A potem dotknęła.

Kiedy skończyliśmy, zapadłem w drzemkę. Nie głęboką - wciąż słyszałem wiatr i tę

jedną pobrzękującą szybę - ale wystarczająco mocną, by śnić. Sadie i ja byliśmy w pustym

domu. Nadzy. Coś poruszało się piętro wyżej - dochodziło stamtąd nieprzyjemne, głuche

łupanie. Jakby ktoś chodził w tę i we w tę - ktoś, kto miał za dużo nóg. Nie było mi wstyd, że

nakryje nas rozebranych. Bałem się. Na obłażącej z tynku ścianie widniały wypisane węglem

słowa NIEDŁUGO ZABIJĘ PREZYDENTA. Pod spodem ktoś dodał NIE ZDONRZYSZ

PRENDZEJ CHOROBA GO ZEŻRE. Ciemną szminką. A może krwią.

Łup, stuk, łup...

Na górze.

- To chyba Frank Dunning - szepnąłem do Sadie. Złapałem ją za ramię. Było bardzo

zimne. Jak ramię nieboszczyka. Na przykład kobiety, którą zatłuczono na śmierć oburęcznym

młotem.

Sadie pokręciła głową. Patrzyła w sufit, usta jej drżały.

Stuk, łup, stuk...

Tynk sypnął się z sufitu.

- W takim razie to John Clayton - szepnąłem.

- Nie - powiedziała. - Myślę, że to Człowiek z Żółtą Kartką. Przyprowadził Jimlę.

Łomotanie nad nami nagle ucichło.

Schwyciła mnie za ramię i zaczęła nim potrząsać. Oczy zajmowały prawie całą jej

twarz.

- To on! To Jimla! Usłyszał nas! Jimla wie, że tu jesteśmy!

- George, obudź się! Obudź się!

Otworzyłem oczy. Leżała oparta na łokciu obok mnie. Jej twarz była bladą,

niewyraźną plamą.

- Co? Która godzina? Musimy już jechać?

Wciąż było ciemno i wiał silny wiatr.

- Nie. Jeszcze nawet nie ma północy. Miałeś zły sen. - Zaśmiała się, trochę nerwowo. -

Może o futbolu? Bo powtarzałeś „Jimla, Jimla”.

- Serio? - Usiadłem.

Trzasnęła zapałka i płomyk na chwilę rozświetlił twarz Sadie, gdy zapalała papierosa.

- Tak. Mówiłeś też różne inne rzeczy.

Niedobrze.

- Na przykład jakie?

- Większości nie rozumiałam, ale jedno słyszałam bardzo wyraźnie. „Derry to Dallas”,

powiedziałeś. A potem na odwrót. „Dallas to Derry”. O co chodziło? Pamiętasz?

- Nie. - Jednak trudno przekonująco kłamać, kiedy człowiek jest świeżo wybudzony ze

snu, nawet płytkiej drzemki, i zobaczyłem w jej twarzy sceptycyzm. Zanim mógł przejść w

niedowierzanie, ktoś zapukał do drzwi. Na kwadrans przed północą.

Spojrzeliśmy po sobie.

Pukanie rozległo się znowu.

To Jimla! - Ta myśl była bardzo wyraźna, bardzo pewna.

Sadie odłożyła papierosa do popielniczki, owinęła się prześcieradłem i bez słowa

uciekła do łazienki.

- Kto tam? - spytałem.

- To ja, Yorrity... Bud Yorrity.

Jeden z emerytowanych nauczycieli, gejów, którzy prowadzili Candlewood

Bungalows.

Wstałem z łóżka i włożyłem spodnie.

- O co chodzi, panie Yorrity?

- Mam dla pana wiadomość. Ta pani mówiła, że to pilne.


Date: 2015-12-17; view: 139


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 34 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 36 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.024 sec.)