Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 34 page

Obłapialiśmy się przez może pięć minut, oddychając coraz ciężej, w miarę jak

pieszczoty robiły się śmielsze. Przednia szyba mojego forda zaparowała. I nagle Sadie

odepchnęła mnie i zobaczyłem, że ma mokre policzki. Kiedy, w imię Boże, zaczęła płakać?

- George, przepraszam cię - powiedziała. - Nie mogę. Za bardzo się boję. - Jej

sukienka była podciągnięta powyżej ud, odsłaniając podwiązki, rąbek halki i koronkową

piankę majtek. Opuściła ją na kolana.

Myślałem, że to dlatego, iż była mężatką i nawet jeśli jej małżeństwo się rozpadło,

wciąż miało to dla niej znaczenie - bądź co bądź to był środek dwudziestego, nie początek

dwudziestego pierwszego wieku. Albo że to przez wzgląd na sąsiadów. Domy wydawały się

ciemne, pogrążone we śnie, ale nigdy nic nie wiadomo, a w małych miasteczkach nowi

kaznodzieje i nowi nauczyciele zawsze są wdzięcznymi tematami do rozmów. Obie moje

teorie okazały się mylne, ale wtedy nie miałem jak tego wiedzieć.

- Sadie, nie musisz robić nic, czego nie chcesz. Nie jestem...

- Nie rozumiesz. Nie chodzi o to, że nie chcę. Nie dlatego się boję. Chodzi o to, że

nigdy tego nie robiłam.

Zanim mogłem cokolwiek na to odpowiedzieć, wypadła z samochodu i pobiegła do

domu, nerwowo szukając klucza w torebce. Nie obejrzała się.

Wróciłem do domu za dwadzieścia pierwsza i przeszedłem z garażu do drzwi

wejściowych moją własną wersją Kłusu z Obolałymi Jajami. Ledwie włączyłem światło w

kuchni, zadzwonił telefon. System identyfikacji rozmówcy miał zostać wprowadzony dopiero

czterdzieści lat później, ale tylko jedna osoba mogła dzwonić do mnie o tej godzinie i po

takim wieczorze.

- George? To ja. - Wydawała się opanowana, ale jej głos był chrapliwy. Płakała. I to

mocno, sądząc z tego, co słyszałem w słuchawce.

- Cześć, Sadie. Nie dałaś mi okazji podziękować ci za cudowny wieczór. Na zabawie i

potem.

- Też się dobrze bawiłam. Tak dawno nie tańczyłam. Prawie boję się ci powiedzieć, z

kim uczyłam się lindy hopa.

- Cóż, ja uczyłem się z moją byłą żoną. Domyślam się więc, że twoim partnerem był

mąż, z którym jesteś w separacji. - To wcale nie był domysł; tak się po prostu te sprawy



układały. Już przestało mnie to dziwić, ale skłamałbym, gdybym wam powiedział, że

przyzwyczaiłem się do tego niesamowitego współbrzmienia wydarzeń.

- Tak - powiedziała matowym głosem. - On. John Clayton, z Claytonów z Savannah.

Mąż, z którym jestem w separacji praktycznie od ślubu.

- Jak długo byliście małżeństwem?

- Wieczność i jeden dzień dłużej. Jeśli to, co nas łączyło, nazwać małżeństwem. -

Zaśmiała się. To był śmiech Ivy Templeton, pełen humoru i rozpaczy. - W moim przypadku

wieczność i jeden dzień to nieco ponad cztery lata. W czerwcu, kiedy szkoła się skończy,

dyskretnie wyjadę do Reno. Popracuję tam przez wakacje jako kelnerka czy coś. Po sześciu

tygodniach będę mogła dostać stałe zameldowanie. Co znaczy, że pod koniec lipca lub na

początku sierpnia będę mogła ostatecznie dobić ten... ten żart, w który się wpakowałam... jak

konia ze złamaną nogą.

- Mogę poczekać. - Jak tylko te słowa wyszły z moich ust, zacząłem się zastanawiać,

czy były prawdziwe. Bo aktorzy już zbierali się za kulisami, przedstawienie wkrótce miało się

zacząć. W czerwcu sześćdziesiątego drugiego roku Lee Oswald wróci do Stanów i najpierw

zamieszka z Robertem i jego rodziną, a potem u matki. W sierpniu będzie na Mercedes Street

w Fort Worth i zacznie pracować w pobliskiej Leslie Welding Company przy składaniu

aluminiowych okien i drzwi zabezpieczających przed wichurą, takich, w których wytłoczone

są inicjały właścicieli.

- Ja raczej nie. - Mówiła tak cicho, że musiałem wytężyć słuch, żeby ją dosłyszeć. -

Byłam dziewiczą panną młodą w wieku dwudziestu trzech lat, teraz jestem

dwudziestoośmioletnią dziewiczą słomianą wdową. Owoc nie powinien tak długo wisieć na

drzewie, jak mawiają w moich stronach... zwłaszcza kiedy ludzie, z własną matką na czele, są

przekonani, że od czterech lat nabierasz praktycznego doświadczenia w tych sprawach. Nigdy

nikomu tego nie mówiłam i gdybyś to komuś powtórzył, chybabym umarła.

- To zostanie między nami, Sadie. Na zawsze. Był impotentem?

- Nie cał... - Urwała. Na chwilę zapadła cisza, a kiedy Sadie w końcu się odezwała, jej

głos był pełen przerażenia. - George... czy to telefon towarzyski?

- Nie. Za dodatkowe trzy pięćdziesiąt miesięcznie to cudo należy tylko do mnie.

- Dzięki Bogu, ale tak czy tak o takich rzeczach nie powinno się mówić przez telefon.

A już na pewno nie w barze przy Widłoburgerach. Przyjdziesz na kolację? Możemy sobie

urządzić mały piknik u mnie na podwórku. Powiedzmy koło piątej?

- Dobrze. Przyniosę keks czy coś.

- Nie to chcę, żebyś przyniósł.

- A co?

- Nie mogę tego powiedzieć przez telefon, nawet jeśli nie jest towarzyski. Coś, co

kupuje się w drogerii. Ale nie tej w Jodie.

- Sadie...

- Nic nie mów, proszę. Zaraz odłożę słuchawkę i pochlapię sobie twarz zimną wodą.

Policzki mi płoną.

Usłyszałem trzask w słuchawce. Sadie się rozłączyła. Rozebrałem się i poszedłem do

łóżka, gdzie długo leżałem i rozmyślałem. O czasie, miłości i śmierci.

ROZDZIAŁ 15

O dziesiątej tego niedzielnego poranka wskoczyłem do sunlinera i pojechałem do

oddalonego o dwadzieścia mil Round Hill. Przy głównej ulicy stała drogeria i była otwarta,

ale na drzwiach zobaczyłem nalepkę RYCZYMY DLA LWÓW DENHOLM i

przypomniałem sobie, że Round Hill należy do mojego okręgu szkolnego. Pojechałem dalej,

do Kileen. Tam starszy aptekarz, który wykazywał niesamowite, ale zapewne przypadkowe

podobieństwo do pana Keene'a z Derry, wręczył mi brązową torbę i wydał resztę z

porozumiewawczym mrugnięciem.

- Tylko nie rób nic niezgodnego z prawem, synu.

Odmrugnąłem mu zgodnie z konwencją i wróciłem do Jodie. Poprzedniej nocy

siedziałem do późna, położyłem się więc i spróbowałem zdrzemnąć, ale sen trzymał się ode

mnie z daleka. W końcu poszedłem do sklepu Weingarten's i jednak kupiłem keks. Wyglądał

na czerstwy, jak to w niedzielę, ale miałem to gdzieś i sądziłem, że Sadie też to będzie

obojętne. Piknik piknikiem, lecz byłem raczej pewien, że nie jedzenie tego wieczora będzie

głównym punktem programu. Kiedy pukałem do jej drzwi, w brzuchu miałem całe stado

motyli.

Sadie nie miała makijażu. Nawet nie umalowała ust. Jej oczy były wielkie, ciemne i

przerażone. Przez chwilę oczekiwałem, że zatrzaśnie mi drzwi przed nosem i usłyszę, jak

ucieka ile sił w nogach. I na tym się skończy.

Ale nie uciekła.

- Wejdź - powiedziała. - Zrobiłam sałatkę z kurczakiem. - Wargi jej zaczęły drżeć. -

Mam nadzieję, że lubisz... lubisz d-dużom-majo...

Kolana ugięły się pod nią. Upuściłem pudełko z keksem i złapałem ją. Myślałem, że

zemdleje, ale tak się nie stało. Objęła mnie za szyję i trzymała się mocno, jak tonąca. Czułem,

jak całe jej ciało drży. Wdepnąłem w ten cholerny keks. Ona też. Ćtaap!

- Boję się - powiedziała. - A jeśli nie będę w tym dobra?

- A jeśli ja nie będę w tym dobry? - To nie do końca był żart. Dawno tego nie robiłem.

Co najmniej cztery lata.

Zdawała się mnie nie słyszeć.

- Nigdy mnie nie chciał. Nie w taki sposób, jakiego oczekiwałam. A jego sposób jest

jedynym, jaki znam. Dotykanie, potem miotła.

Co na litość boską...?

- Spokojnie, Sadie. Odetchnij głęboko.

- Byłeś w drogerii?

- Tak, w Kileen. Ale nie musimy...

- Musimy. Ja muszę. Zanim do reszty stracę odwagę. Chodź.

Jej sypialnia znajdowała się na końcu korytarza. Była spartańska: łóżko, biurko, parę

rycin na ścianach, perkalowe zasłony tańczące w łagodnym tchnieniu klimatyzatora

okiennego, przykręconego do minimum. Znów ugięły się pod nią kolana i raz jeszcze ją

złapałem. Wyglądało to tak, jakbyśmy tańczyli osobliwego swinga. Na podłodze były nawet

ślady stóp jak rozrysowane taneczne kroki. To od keksu. Pocałowałem ją i jej usta przywarły

do moich, suche, rozgorączkowane.

Odepchnąłem ją delikatnie i oparłem jej plecy o drzwi szafy. Spojrzała na mnie

poważnym wzrokiem zza włosów opadających na oczy. Odgarnąłem je, po czym - leciuteńko

- zacząłem lizać czubkiem języka jej suche wargi. Powoli, od kącika do kącika.

- Lepiej? - spytałem.

Odpowiedziała nie głosem, lecz swoim własnym językiem. Nie napierając na nią,

zacząłem bardzo pomału wodzić ręką po całym jej długim ciele, od szyi, pod którą

wyczuwałem szybko tętniący puls, przez piersi, brzuch, pochyłą płaszczyznę kości łonowej,

po pośladek i udo. Miała na sobie dżinsy. Materiał szeptał pod moim dotykiem. Odchyliła się

do tyłu i walnęła głową w drzwi.

- Au! - powiedziałem. - Wszystko w porządku?

Zamknęła oczy.

- Tak. Nie przerywaj. Całuj mnie jeszcze. - Potem pokręciła głową. - Nie, nie całuj.

Jeszcze raz obliż mi wargi. Liż mnie. To przyjemne.

Zrobiłem to. Westchnęła i poczułem na krzyżu jej palce, wnikające pod mój pasek. A

potem przesunęła je na przód, gdzie była sprzączka.

Chciałem zrobić to jak najszybciej, każda moja cząstka nawoływała do pośpiechu,

kazała zanurzyć się głęboko, pragnęła tego doskonałego uczucia złączenia, które jest esencją

tego aktu, ale zwlekałem jak najdłużej. Przynajmniej z początku. W końcu Sadie powiedziała:

„Nie każ mi czekać, już dość się naczekałam”, więc pocałowałem ją w spoconą skroń i

wyrzuciłem biodra do przodu. Jakbyśmy tańczyli horyzontalną wersję madisona. Wciągnęła

powietrze do ust, cofnęła się nieco, po czym uniosła biodra na spotkanie moich.

- Sadie? W porządku?

- O mój Boże, tak - wydyszała i zaśmiałem się. Otworzyła oczy i spojrzała na mnie z

ciekawością i nadzieją. - To już koniec czy jest coś jeszcze?

- Jeszcze trochę - powiedziałem. - Nie wiem ile. Dawno nie byłem z kobietą.

Okazało się, że było tego jeszcze całkiem sporo. Tylko kilka minut w czasie

rzeczywistym, ale czas niekiedy biegnie inaczej, kto jak kto, lecz ja to wiem. Na koniec

zaczęła jęczeć:

- Ojej, o mój Boże, o Boże kochany, o jejuniu!

Ta chciwa radość odkrycia w jej głosie sprawiła, że dłużej nie wytrzymałem, więc nie

stało się to całkiem równocześnie, ale już kilka sekund później Sadie poderwała głowę i

zagrzebała twarz w moim ramieniu. Mała piąstka uderzyła mnie w łopatkę raz, potem drugi...

aż otworzyła się jak kwiat i znieruchomiała. Sadie opadła na poduszki. Patrzyła na mnie

oszołomionymi, szeroko otwartymi oczami, z miną, która wyglądała trochę strasznie.

- Szczytowałam - powiedziała.

- Zauważyłem.

- Matka mi mówiła, że przeżywają to tylko mężczyźni, kobiety nie. Że kobiecy

orgazm to mit. - Zaśmiała się drżącym głosem. - Boże mój, żeby wiedziała, co ją ominęło.

Podniosła się na łokciu, wzięła moją rękę i położyła ją na swojej piersi. W jej głębi

serce nieprzerwanie waliło jak młotem.

- Powiedz no pan, panie Amberson... kiedy będziemy mogli zrobić to znowu?

Kiedy czerwieniejące słońce zapadało się w wieczny gazowo-naftowy smog na

zachodzie, Sadie i ja siedzieliśmy na jej małym podwórku pod ładnym starym orzesznikiem i

jedliśmy kanapki z sałatką z kurczakiem popijane mrożoną herbatą. Z keksu nici, rzecz jasna.

Nie dało się go uratować.

- Nie jest ci niewygodnie w tych... no wiesz, w tych rzeczach z drogerii?

- Nie, skąd - powiedziałem. Tak naprawdę było mi niewygodnie, i wtedy, i zawsze.

Między rokiem 1961 a 2011 mnóstwo amerykańskich produktów zmieni się na lepsze, ale,

możecie Jake'owi wierzyć na słowo, gumki są praktycznie takie same. Może mają bardziej

wymyślne nazwy, niekiedy nawet składnik smakowy (dla tych o osobliwych gustach), ale w

gruncie rzeczy pozostają gorsetem na kutasa.

- Kiedyś miałam kapturek - powiedziała. Nie było stołu piknikowego, więc rozłożyła

koc na trawie. Sięgnęła po pojemnik Tupperware z resztką sałatki z ogórkiem i cebulą i

zaczęła na przemian otwierać i zamykać wieko; ten nerwowy odruch niektórzy nazwaliby

freudowskim. Ze mną włącznie. - Matka dała mi go na tydzień przed moim ślubem z

Johnnym. Powiedziała mi nawet, jak to się zakłada, chociaż nie patrzyła mi w oczy i gdyby

kropla wody kapnęła jej na policzek, na pewno zaczęłaby skwierczeć. „Nie daj sobie zrobić

dziecka przez pierwsze półtora roku - powiedziała. - A nawet dwa lata, jeśli on wytrzyma tak

długo. Przez ten czas będziesz mogła żyć z jego pensji, a swoją odkładać”.

- W sumie niegłupia rada. - Byłem ostrożny. Weszliśmy na pole minowe. Wiedziała to

równie dobrze jak ja.

- Johnny jest nauczycielem przedmiotów ścisłych. Wysoki, choć nie tak jak ty.

Miałam już dość spotykania się z mężczyznami niższymi ode mnie i chyba dlatego się

zgodziłam, kiedy zaprosił mnie na randkę. I w końcu przyzwyczaiłam się do chodzenia z nim.

Wydawał się miły i na koniec wieczoru nigdy nie zachowywał się, jakby wyrosła mu

dodatkowa para rąk. W tamtym czasie myślałam, że na tym polega miłość. Ależ byłam

naiwna, co?

Pokiwałem dłonią na boki.

- Poznaliśmy się na Georgia Southern i dostaliśmy pracę w tej samej szkole średniej w

Savannah. Koedukacyjna, ale prywatna. Jestem prawie pewna, że jego tatuś pociągnął za parę

sznurków, żeby nam to załatwić. Claytonowie nie mają pieniędzy... już nie, choć kiedyś

mieli... ale nadal dużo znaczą w Savannah. Biedni, ale poważani, rozumiesz?

Nie rozumiałem - w moim dzieciństwie kwestie, kto należy do elity, a kto nie, nie

miały większego znaczenia - lecz mruknąłem potakująco. Długo w sobie to wszystko dusiła i

była niemal w transie.

- Tak więc miałam kapturek, owszem. W plastikowym pudełku z różą na wieczku.

Nigdy z niego nie skorzystałam. Nie musiałam. W końcu wyrzuciłam go do kosza po jednym

z tych wyjęć. Tak to nazywał, wyjęciem. „Muszę go wyjąć”, mówił. A potem była miotła.

Rozumiesz?

Nie rozumiałem nic a nic.

Sadie zaśmiała się i znów przypomniała mi się Ivy Templeton.

- Poczekaj dwa lata, mówiła! Mogliśmy poczekać dwadzieścia, i to bez żadnego

kapturka!

- Co się działo? - Lekko ścisnąłem jej ramiona. - Bił cię? Kijem od miotły? - Był

jeszcze jeden sposób użycia kija od miotły... czytałem „Piekielny Brooklyn”, więc wiem... ale

najwyraźniej do tego się nie posunął. Bądź co bądź, rzeczywiście była dziewicą; dowód tego

był na pościeli.

- Nie - powiedziała. - Miotła nie służyła do bicia. George, nie mogę dłużej o tym

mówić. Nie teraz. Czuję się... sama nie wiem... jak wstrząśnięta butelka wody sodowej.

Wiesz, czego chcę?

Tak sądziłem, ale zrobiłem, co nakazuje przyzwoitość, i zapytałem.

- Chcę, żebyś zabrał mnie do środka i mnie odkorkował. - Podniosła ręce i

przeciągnęła się. Nie włożyła biustonosza i widziałem, jak jej piersi prężą się pod bluzką.

Słońce już zaszło i w półmroku sutki odcinały się na materiale małymi cieniami jak znaki

przestankowe.

Powiedziała:

- Nie chcę dziś wracać do przeszłości. Dziś chcę się tylko wyszumieć.

Godzinę później zauważyłem, że zapadła w drzemkę. Pocałowałem ją najpierw w

czoło, potem w nos, żeby ją obudzić.

- Muszę lecieć. Choćby po to, żeby zabrać samochód sprzed twojego domu, zanim

sąsiedzi zaczną obdzwaniać znajomych.

- Słusznie. Obok mieszkają Sanfordowie, a Lila Sanford w tym miesiącu ma dyżury w

bibliotece.

I byłem prawie pewien, że ojciec Liii zasiada w radzie szkoły ale tego nie

powiedziałem. Sadie promieniała szczęściem, nie było potrzeby tego psuć. W mniemaniu

Sanfordów zapewne siedzieliśmy na kanapie ze złączonymi kolanami i czekaliśmy, aż

skończy się „Dennis Rozrabiaka”, a zacznie wielki show Eda Sullivana. Gdyby mój

samochód nadal był przed domem Sadie o jedenastej, mogliby zmienić zdanie.

Patrzyła, jak się ubierałem.

- Co teraz będzie, George? Z nami?

- Chcę być z tobą, jeśli ty chcesz być ze mną. A chcesz?

Usiadła prosto, owijając się w pasie prześcieradłem, i sięgnęła po papierosy.

- Bardzo. Ale jestem mężatką, a to się nie zmieni do następnego lata w Reno. Gdybym

zażądała unieważnienia małżeństwa, Johnny walczyłby ze mną. Ba, jego rodzice walczyliby

ze mną.

- Jeśli będziemy dyskretni, wszystko będzie dobrze. Ale musimy być dyskretni. Wiesz

o tym, prawda?

Parsknęła śmiechem i zapaliła papierosa.

- O tak. Wiem.

- Sadie, miałaś jakieś kłopoty z dyscypliną w bibliotece?

- Hę? Trochę tak, jasne. Normalka. - Wzruszyła ramionami; jej piersi się zakołysały;

zacząłem żałować, że tak szybko się ubrałem. Z drugiej strony kogo ja próbowałem oszukać?

Jamesowi Bondowi może i starczyłoby ikry na trzecie podejście, ale Jake/George był

wyczerpany do cna. - Jestem nowa w szkole. Poddają mnie próbom. Jasne, to uciążliwe, ale

niczego innego się nie spodziewałam. Czemu pytasz?

- Myślę, że twoje problemy wkrótce znikną. Uczniowie uwielbiają zakochanych

nauczycieli. Nawet chłopcy. To dla nich jak program w telewizji.

- Będą wiedzieli, że my...

Pomyślałem o tym.

- Część dziewczyn na pewno. Te bardziej doświadczone.

Wypuściła dym.

- No to znakomicie. - Nie wyglądała jednak na zupełnie niezadowoloną.

- Co powiesz na kolację w The Saddle w Round Hill? Niech ludzie się oswajają z

widokiem nas razem.

- Zgoda. Jutro?

- Nie, jutro mam coś do załatwienia w Dallas.

- Materiały do książki?

- Uhm. - Proszę bardzo, dopiero zaczęliśmy być ze sobą, a już kłamałem. Nie

podobało mi się to, ale nie widziałem innego wyjścia. A jeśli chodzi o przyszłość... na razie

wolałem o tym nie myśleć. Ja też promieniałem szczęściem i chciałem, żeby tak zostało. - We

wtorek?

- Tak. I... George...?

- Co?

- Musimy znaleźć sposób, żeby dalej to robić.

Uśmiechnąłem się.

- Miłość przezwycięży przeszkody.

- Na razie to chyba raczej żądza.

- Może jedno i drugie.

- Słodki jesteś, George'u Ambersonie.

Chryste, nawet nazwisko było fałszywe.

- Opowiem ci o Johnnym i o mnie. Kiedy będę mogła. O ile w ogóle chcesz tego

słuchać.

- Chcę. - Sądziłem, że nie mam innego wyjścia. Jeśli coś miało z tego być, musiałem

zrozumieć. Ją. Jego. I tę historię z miotłą. - Kiedy będziesz gotowa.

- Jak mawia nasza czcigodna pani dyrektor: „Uczniowie, będzie trudno, za to

ciekawie”.

Zaśmiałem się.

Zgasiła papierosa.

- Jedno mnie zastanawia. Czy pani Mimi pochwalałaby nasze zachowanie?

- Prawie na pewno.

- Też tak sądzę. Jedź ostrożnie, mój drogi. I lepiej zabierz to ze sobą - Wskazała

papierową torbę z drogerii w Kileen. Leżała na jej komodzie. - Gdybym miała tu wścibskich

gości, którzy po siusianiu zaglądają do apteczki, musiałabym się gęsto tłumaczyć.

- Dobra myśl.

- Ale miej je pod ręką, kochanie.

I puściła do mnie oko.

W drodze do domu mimo woli zacząłem myśleć o tych gumkach Marki Trojan...

prążkowane dla JEJ przyjemności, według napisu na opakowaniu. Moja pani nie miała już

kapturka (choć domyślałem się, że sprawi go sobie przy okazji najbliższego wyjazdu do

Dallas) a środki antykoncepcyjne będą szeroko dostępne dopiero za rok czy dwa. Nawet

wtedy, jak pamiętałem z zajęć z socjologii współczesnej lekarze będą je niechętnie

przepisywać. Czyli na razie pozostawały trojany. Nosiłem je nie dla jej przyjemności, tylko

po to, żeby nie zrobić jej dziecka. Co było zabawne, jeśli wziąć pod uwagę, że sam miałem

być dzieckiem dopiero za piętnaście lat.

Myślenie o przyszłości jest pod wieloma względami zagmatwane.

Następnego wieczora ponownie zawitałem do sklepu Cichego Mike'a. Wywieszka w

drzwiach informowała ZAMKNIĘTE i lokal wyglądał na pusty, ale kiedy zapukałem, mój

kumpel od elektroniki wpuścił mnie do środka.

- Punktualnie, panie Doe, punktualnie - powiedział. - Zobaczmy, co pan na to.

Osobiście uważam, że przeszedłem samego siebie.

Stałem przy szklanej gablocie wypełnionej radiami tranzystorowymi i czekałem,

podczas gdy on zniknął na zapleczu. Wrócił z dwiema lampami, po jednej w każdej dłoni.

Abażury były umorusane, jakby poprawiało je wiele brudnych palców. Jedna miała

obtłuczoną podstawę, przez co stała krzywo na ladzie: Krzywa Lampa w Pizie. Wyglądały

idealnie i tak mu powiedziałem. Uśmiechnął się szeroko i obok lamp położył magnetofony w

pudełkach. I ściąganą sznurkiem torbę zawierającą kilka kawałków drutu tak cienkiego, że

był prawie niewidzialny.

- Zrobić panu krótkie przeszkolenie?

- Chyba wiem, co i jak - powiedziałem i położyłem na ladzie pięć dwudziestek. Byłem

mile zaskoczony, kiedy odsunął jedną od siebie.

- Umówiliśmy się na sto osiemdziesiąt.

- Dodatkowe dwadzieścia jest za to, że zapomnisz, że w ogóle tu byłem.

Chwilę pomyślał, po czym położył kciuk na bezpańskim banknocie i przysunął go do


Date: 2015-12-17; view: 128


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 33 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 35 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.031 sec.)