Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 33 page

przeżartych rdzą fordów, hudsonów i studebakerów larków. W stronę bezlitosnego

teksaskiego nieba. A potem wydała z siebie przerażający śmiech, pełen rozbawienia i

rozpaczy. - Panie, toż to przystanek autobusowy na drodze donikąd. Ja i ta nieznośna

smarkula zwijamy żagle i wracamy do Mozelle. Jak Harry nie będzie chciał zabrać się z nami,

trudno, zwiniemy żagle bez niego.

Wyjąłem z tylnej kieszeni plan miasta, oderwałem pasek papieru i napisałem na nim

mój numer telefonu w Jodie. Do tego dodałem jeszcze jeden banknot pięciodolarowy.

Podałem jej jedno i drugie. Spojrzała, ale nie wzięła.

- A na co mi pana numer? Nie mam telefonu, do cholery. Poza tym to nie numer z

Dallas ani Fort Worth. To, kurna, zamiejscowy.

- Proszę zadzwonić, kiedy będziecie się wyprowadzać. To wszystko. Niech pani

zadzwoni i powie: „Tu mama Rosette, wyprowadzamy się”. Tylko tyle.

Widziałem, jak kalkulowała w myśli. Szybko się z tym uporała. Dziesięć dolarów to

więcej, niż jej mąż mógł zarobić przez cały dzień pracy w prażącym teksaskim słońcu. Bo w

Manpower nie słyszeli, że za pracę w święta płaci się półtorej stawki. A jej mąż nigdy nie

usłyszy o tych dziesięciu dolarach.

- Jeszcze siedemdziesiąt pięć centów - powiedziała. - Na zamiejscową.

- Proszę, to cały dolar. Niech pani użyje życia. Tylko proszę nie zapomnieć.

- Nie zapomnę.

- Nie radziłbym, bo gdyby pani zapomniała, kto wie, może znalazłbym pani męża i mu

się poskarżył. To ważna sprawa, proszę szanownej pani. Przynajmniej dla mnie. W ogóle jak

się pani nazywa?

- Ivy Templeton.

Stałem nieruchomo wśród chwastów, wdychając zapachy gówna, smażonego oleju i

śmierdzącego jak potężne pierdnięcie gazu ziemnego.

- Panie? Co panu jest? Jakoś dziwnie pan wygląda.

- Nic - powiedziałem. I może to rzeczywiście nie było nic takiego. Templeton to

bynajmniej nierzadkie nazwisko. Oczywiście, człowiek może sobie wszystko wmówić, jeśli

tylko się dość dobrze postara. Jestem tego żywym dowodem.

- A jak pan się nazywa?

- Stary Ramol - powiedziałem. - Spytaj znowu, odpowiem tak samo.

Na ten dziecinny żarcik wreszcie się uśmiechnęła.

- Niech pani zadzwoni.

- Taa, dobra. Pan już idzie. Jakby pan po drodze rozjechał tę moją małą diablicę,

pewnie oddałby mi pan przysługę.

Wróciłem do Jodie i na drzwiach zastałem przypiętą pinezką wiadomość:



George,

mógłbyś zadzwonić? Mam prośbę.

Sadie (i w tym cały kłopot!)

A cóż to właściwie znaczyło? Wszedłem do środka, żeby do niej zadzwonić i się

dowiedzieć.

Matka trenera Bormana, która mieszkała w domu opieki w Abilene, złamała biodro, a

w najbliższą sobotę w DCHS miała się odbyć tradycyjna zabawa „panie proszą panów”,

zwana Sadie Hawkins Dance. Nie bardzo wiedziałem, jak jedno wiąże się z drugim, i

powiedziałem to Sadie.

- Trener namówił mnie, żebym razem z nim pilnowała porządku! Powiedział, cytuję:

„Jak możesz nie iść na zabawę, która praktycznie nosi twoje imię?”. To było raptem w

zeszłym tygodniu. A ja, głupia, się zgodziłam. I teraz on jedzie do Abilene, a co ja mam

 

Sadie Hawkins - postać z klasycznych komiksów „Li'l Abner”, których akcja toczyła się w fikcyjnym

miasteczku Dogpatch. Sadie, stara panna, uczestniczyła w specjalnym wyścigu, w którego trakcie goniła

uciekających przed nią kawalerów z miasta; ten, którego złapała, musiał się z nią ożenić.

zrobić? Sama pilnować dwustu napalonych szesnastolatków tańczących twista i philly?

Niedoczekanie! A jeśli jacyś chłopcy przyniosą piwo?

Pomyślałem, że byłby cud, gdyby tego nie zrobili, ale postanowiłem zachować to dla

siebie.

- Albo jeśli pobiją się na parkingu? - panikowała dalej. - Ellie Dockerty mówiła, że w

zeszłym roku na zabawę wkręciła się grupa chłopaków z Henderson i potem dwóch tamtych i

dwóch naszych wylądowało w szpitalu! George, pomożesz mi? Proszę!

- To zaproszenie? - Uśmiechałem się szeroko. Myśl o pójściu z nią na zabawę wcale

nie była mi niemiła.

- Nie żartuj sobie! To nie jest śmieszne!

- Sadie, chętnie z tobą pójdę. Przyniesiesz mi bukiecik?

- Przyniosłabym ci szampana, bylebyś się zgodził. - Zamyśliła się. - Chociaż nie. Nie

przy mojej pensji. Ale butelkę sikacza owszem.

- Początek o wpół do ósmej? - Tak naprawdę odpowiedź już znałem. Cała szkoła była

obwieszona plakatami.

- Tak.

- I muzyka będzie z płyt. Żadnego zespołu. To dobrze.

- Dlaczego?

- Z zespołami bywają kłopoty. Raz, kiedy pilnowałem porządku na zabawie szkolnej,

perkusista w przerwie występu sprzedawał piwo domowej roboty. Przyjemne doświadczenie,

mówię ci.

- Co, bili się? - Wydawała się przerażona. I zafascynowana.

- Nie, ale rzygali na lewo i prawo. Cholerstwo miało moc.

- To było na Florydzie?

To było w Lisbon High w 2009 roku, więc powiedziałem, że tak, na Florydzie.

Powiedziałem jej też, że chętnie pomogę pilnować porządku na zabawie.

- Strasznie ci dziękuję, George.

- Cała przyjemność po mojej stronie, droga pani.

I nie kłamałem.

Zespół reprezentacyjny odpowiadał za organizację zabawy Sadie Hawkins Dance i

spisał się doskonale: mnóstwo serpentyn z krepy zwisających z krokwi sali gimnastycznej

(srebrne i złote, oczywiście), hektolitry ponczu z piwa imbirowego, obfitość ciastek

cytrynowych i aksamitnie czerwonych babeczek, wszystko dostarczone przez Przyszłe

Gospodynie Domowe Ameryki. Kółko plastyczne - małe, ale ofiarne - przygotowało

malowidło przedstawiające nieśmiertelną pannę Sadie Hawkins we własnej osobie, goniącą

kawalerów z Dogpatch. Większość pracy odwaliły Mattie Shaw i dziewczyna Mike'a, Bobbi

Jill, i były z tego zasłużenie dumne. Byłem ciekaw, czy równie dumne będą za lat niespełna

dziesięć, kiedy pierwsze feministki zaczną palić biustonosze, demonstrować na rzecz pełnych

praw reprodukcyjnych i nosić T-shirty z hasłami typu NIE JESTEM NICZYJĄ

WŁASNOŚCIĄ czy KOBIETA POTRZEBUJE MĘŻCZYZNY JAK RYBA ROWERU.

Didżejem i konferansjerem tego wieczoru był Donald Bellingham, uczeń drugiej

klasy. Przyniósł zupełnie wystrzałową kolekcję płyt, nie w jednej, lecz dwóch walizkach. Za

moim przyzwoleniem (Sadie tylko zrobiła oszołomioną minę) podłączył swój gramofon

Webcor i przedwzmacniacz ojca do szkolnego systemu nagłaśniającego. Sala gimnastyczna

była dość duża, by zapewniać naturalny pogłos, i po kilku wstępnych zgrzytach sprzężenia

zwrotnego udało się uzyskać rewelacyjny, soczysty dźwięk. Choć urodzony w Jodie, Donald

był stałym mieszkańcem Rockville w stanie Daddy Cool. Nosił grube okulary w różowej

oprawce, luźne, ściągane z tyłu spodnie i biało-czarne półbuty tak groteskowo niemodne, że

aż odlotowe. Jego twarz była polem minowym pryszczy pod ociekającą brylantyną fryzurą à

la kaczy kuper. Wyglądał, jakby miał po raz pierwszy pocałować dziewczynę z krwi i kości

nie wcześniej niż w wieku czterdziestu dwóch lat, ale konferansjerem był żywym, zabawnym,

a kolekcję płyt (którą nazywał „hity, bity i hajfity” i „Donny'ego B. płytoteka klawego

człowieka”), miał, jak już wspomniano, wystrzałową, że hej.

- Na początek powrót do przeszłości, rockandrollowy relikt z siódmego nieba bigbitu,

płyta złota, ważna i poważna, panie i panowie, niechaj porwie was zapomniany rytm

Danny'ego... and the JOOONIERS!

I huknęło „At the Hop”. Zabawa zaczęła się jak większość zabaw na początku lat

sześćdziesiątych - dziewczyny tańczyły jitterbuga z dziewczynami. Nogi w mokasynach

wzlatywały w powietrze. Wirowały halki. Po pewnym czasie jednak parkiet zaczęły zapełniać

pary chłopiec-dziewczyna... przynajmniej przy szybszych tańcach, do nowszych kawałków

jak „Hit the Road, Jack” i „Quarter to Three”.

Większość dzieciaków raczej nie miałaby szans w „Tańcu z gwiazdami”, ale byli

młodzi, pełni entuzjazmu i doskonale się bawili. Patrzyłem na nich z przyjemnością.

Postanowiłem, że później, jeśli Donny B. sam nie wpadnie na to, żeby trochę przygasić

światła, zrobię to za niego. Sadie z początku była nerwowa, gotowa na kłopoty, ale te

dzieciaki przyszły tu tylko dobrze się bawić. Nie było hord najeźdźców z Henderson ani

żadnej innej szkoły. Kiedy to do niej dotarło, zaczęła się trochę odprężać.

Po jakichś czterdziestu minutach nieprzerwanej muzyki (i czterech czerwonych

babeczkach) nachyliłem się ku Sadie i powiedziałem:

- Pora, by strażnik Amberson zrobił pierwszy obchód budynku i upewnił się, że na

spacerniaku nie dzieje się nic niestosownego.

- Iść z tobą?

- Ty miej oko na wazę z ponczem. Jeśli którykolwiek młodzieniec podejdzie do niej z

butelką czegokolwiek, nawet syropu na kaszel, masz mu zagrozić porażeniem prądem lub

kastracją, cokolwiek uznasz za bardziej skuteczne.

Oparła się o ścianę i śmiała się, aż łzy zalśniły w kącikach jej oczu.

- Idź sobie, George, jesteś okropny.

Poszedłem. Byłem zadowolony, że ją rozśmieszyłem; nawet po trzech latach łatwo

było zapomnieć, o ileż większe wrażenie robią żarty z podtekstem seksualnym w Krainie

Przeszłości.

Przyłapałem parę obściskującą się w jednym z ciemniejszych zakamarków po

wschodniej stronie sali gimnastycznej - on prowadził wykopaliska pod jej swetrem, ona

wyraźnie próbowała wessać jego wargi. Kiedy postukałem młodego poszukiwacza w ramię,

odskoczyli od siebie.

- Zajmiecie się tym, jak po zabawie pojedziecie na Bluffs - powiedziałem. - Na razie

wracajcie do sali. Idźcie powoli. Ochłońcie. Napijcie się ponczu.

Poszli, ona zapinając sweter, on lekko zgarbiony w owym dobrze znanym nastolatkom

płci męskiej Kłusie z Obolałymi Jajami.

Kilkanaście ogników mrugało do mnie zza pracowni technicznej. Pomachałem do nich

i parę dzieciaków z papierosami odpowiedziało tym samym gestem. Zajrzałem za wschodni

róg pracowni stolarskiej i zobaczyłem coś, co mi się nie spodobało. Mike Coslaw, Jim LaDue

i Vince Knowles stali zbici w grupkę i coś sobie podawali z ręki do ręki. Złapałem to i

wyrzuciłem za siatkę, zanim w ogóle mnie zauważyli.

Jim przez chwilę miał zaskoczoną minę, po czym obdarzył mnie swoim leniwym

uśmiechem gwiazdy futbolu.

- I my też pana witamy, panie A.

- Daruj sobie, Jim. Nie jestem panienką, którą chcesz zbałamucić, a już na pewno nie

jestem twoim trenerem.

Wydawał się zszokowany i lekko wystraszony, ale nie widziałem w jego twarzy

urażonej pychy, którą okazałby zapewne, gdyby był uczniem jednej z dużych szkół w Dallas.

Vince cofnął się o krok. Mike nie ruszał się z miejsca, ale wydawał się przygnębiony i

zakłopotany. Nie, to było coś więcej niż zakłopotanie. To był czysty wstyd.

- Flaszka na zabawie - powiedziałem. - Nie żebym oczekiwał, że będziecie

przestrzegać wszystkich reguł, ale jak można je tak głupio łamać? Jimmy, jak cię złapią na

piciu i wywalą z drużyny, co będzie z twoim stypendium na uniwersytet?

- Pewnie ześlą mnie do rezerw, to wszystko - powiedział.

- No właśnie, i przesiedzisz tam cały rok. A w tym czasie będziesz musiał się na

poważnie przykładać do nauki. To samo dotyczy ciebie, Mike. W dodatku wylecisz z kółka

dramatycznego. Chcesz tego?

- Nie, psze pana. - Niemal szeptem.

- A ty, Vince?

- Nie, wcale nie, panie A. Za skarby świata. W tym półroczu robimy tę sztukę o

przysięgłych? Bo jeśli tak, to...

- Nie wiesz, że masz siedzieć cicho, jak nauczyciel cię ruga?

- Tak jest, panie A.

- Następnym razem nie puszczę wam tego płazem, ale dziś macie szczęście. Dziś dam

wam tylko cenną radę: nie spierdolcie swojej przyszłości. Nie dla flaszki na szkolnej

potańcówie, której za rok nawet nie będziecie pamiętać. Rozumiecie?

- Tak jest - powiedział Mike. - Przepraszam.

- Ja też - dorzucił Vince. - Z całego serca. - I przeżegnał się z szerokim uśmiechem.

Niektórzy po prostu tak mają. Zresztą może światu potrzebna jest kadra mądrali, żeby wnosili

trochę kolorytu, kto wie?

- Jim?

- Tak jest - przytaknął. - Proszę, niech pan nic nie mówi mojemu tacie.

- Nie, to zostanie między nami. - Obrzuciłem ich wzrokiem. - Za rok, na studiach,

znajdziecie pod dostatkiem miejsc na picie. Ale nie w naszej szkole. Zrozumiano?

Tym razem odpowiedzieli jednym głosem „tak jest”.

- A teraz wracajcie do środka. Napijcie się ponczu i przepłuczcie usta, żeby nie jechało

od was whisky.

Poszli. Dałem im trochę czasu i ruszyłem za nimi w pewnym oddaleniu, ze

spuszczoną głową i rękami wciśniętymi głęboko do kieszeni, intensywnie rozmyślając. Nie w

naszej szkole, powiedziałem. Naszej.

„Zostań nauczycielem - powiedziała Mimi. - Do tego jesteś stworzony”.

Rok 2011 nigdy nie wydawał się bardziej odległy niż w tamtej chwili. Diabła tam,

Jake Epping nigdy nie wydawał się bardziej odległy. Porykujący saksofon tenorowy grał w

mrugającej kolorowymi światłami sali gimnastycznej w sercu Teksasu. Orzeźwiający

podmuch niósł muzykę przez noc. Perkusista wybijał zaraźliwy, porywający do tańca rytm.

Chyba to wtedy postanowiłem nie wracać.

Porykujący saksofon i wyluzowany perkusista akompaniowali zespołowi o nazwie

The Diamonds. Piosenka nosiła tytuł „The Stroll”. Dzieciaki jednak nie tańczyły tańca o tej

nazwie. Nie całkiem.

Stroll to był pierwszy krok, jakiego nauczyliśmy się z Christy, kiedy zaczęliśmy

chodzić na wieczorowy kurs tańca w czwartki. To taniec dobry na przełamanie pierwszych

lodów - każda para idzie tanecznym krokiem między stojącymi naprzeciw siebie szeregami

klaszczących chłopaków i dziewczyn. To, co zobaczyłem po powrocie do sali gimnastycznej,

wyglądało inaczej. Ustawieni w rzędach chłopcy i dziewczęta podchodzili do siebie, obracali

się w swoich ramionach jak w walcu, po czym ponownie się rozłączali i szli na miejsce

naprzeciwko tego, w którym zaczynali. Kiedy byli rozdzieleni, odchylali się na piętach do

tyłu i wyrzucali biodra do przodu ruchem uroczym i seksownym jednocześnie.

Z mojego stanowiska przy stole z przekąskami patrzyłem, jak Mike, Jim i Vince stają

po stronie chłopców. Vince niewiele miał do pokazania - powiedzieć, że tańczył jak biały

chłopak, byłoby obelgą dla białych chłopaków - za to Jim i Mike poruszali się z

niewymuszoną gracją sportowców. Szybko przyciągnęli spojrzenia większość dziewczyn z

naprzeciwka.

- Już zaczynałam się o ciebie martwić! - zawołała Sadie, przekrzykując muzykę. - Na

zewnątrz wszystko w porządku?

- Tak! - odkrzyknąłem. - Co to za taniec?

- Madison! Od miesiąca pokazują go w „Bandstand”! Nauczyć cię?

- Droga pani - powiedziałem, biorąc ją pod ramię - to ja nauczę ciebie.

Widząc, że nadchodzimy, dzieciaki zrobiły nam miejsce, klaszcząc i pokrzykując

„Brawo, panie A!” i „Pani mu pokaże, jak to się robi, pani Dunhill!”. Sadie zaśmiała się i

ciaśniej związała włosy gumką. Zarumieniona, wyglądała pięknie jak nigdy. Odchyliła się na

piętach do tyłu, klasnęła w dłonie i zatrzęsła ramionami razem z resztą dziewcząt, po czym

weszła w moje objęcia, patrząc mi w oczy z dołu. Cieszyłem się, że byłem dość wysoki, by

mogła tak zrobić. Obróciliśmy się wkoło jak nakręcane figurki pana młodego i panny młodej

na torcie weselnym, po czym się rozdzieliliśmy. Skłoniłem się nisko i zakręciłem piruet na

palcach, z rękami wyciągniętymi przed siebie jak Al Jolson śpiewający „Mammy”. To

wzbudziło jeszcze głośniejszy aplauz i przed-Beatlesowskie piski dziewczyn. Nie

popisywałem się (no dobrze, może trochę); przede wszystkim cieszyłem się tańcem. Długo

nie miałem po temu okazji.

Piosenka się skończyła, porykujący saksofon uleciał do rockandrollowej wieczności,

którą nasz didżej z lubością nazywał siódmym niebem bigbitu, i zaczęliśmy schodzić z

parkietu.

- Boże, fajnie było - powiedziała. Ścisnęła moje ramię. - Fajny jesteś.

Zanim mogłem odpowiedzieć, w głośnikach ryknął głos Donalda.

- Na cześć opiekunów, którzy o dziwo potrafią tańczyć... rzecz bez precedensu w

dziejach naszej budy... oto stary, ale jary kawałek, który może zniknął z list przebojów, ale

nie z naszych serc, płyta ważna i poważna prosto z kolekcji mojego staruszka, który,

nawiasem mówiąc, nie wie, że ją zabrałem, i jeśli któryś z was, klawi ludzie, mu to powie,

będę miał kłopoty. Na parkiet, rockersi, oto jak się grało w czasach, kiedy pan A. i pani D.

byli w liceum!

Wszyscy odwrócili się do nas i... cóż...

Wiecie, jak to jest, kiedy człowiek widzi w środku nocy, że brzeg chmury nagle

rozbłyskuje złotem, i wie, że to znak, że za sekundę czy dwie wyłoni się księżyc? Coś

podobnego poczułem wtedy, stojąc wśród łagodnie kołyszących się serpentyn z krepy w sali

gimnastycznej Denholm. Wiedziałem, jaki utwór Donny puści, wiedziałem, że do niego

zatańczymy, i wiedziałem, jak zatańczymy. I oto zagrały te wyluzowane puzony:

Ba-da-da... ba-da-da-di-dum...

Glenn Miller. „In the Mood”.

Sadie sięgnęła do tyłu i ściągnęła gumkę, rozwiązując koński ogon. Wciąż się śmiała i

zaczęła lekko kołysać biodrami. Włosy spłynęły z jednego jej ramienia na drugie.

- Umiesz tańczyć swinga? - Podniosłem głos, żeby mnie usłyszała pośród muzyki.

Wiedziałem, że umie. I wiedziałem, że zatańczy.

- Chodzi ci o coś jak lindy hop? - spytała.

- Dokładnie tak.

- Cóż...

- Śmiało, pani Dunhill - powiedziała jedna z dziewczyn. - Chcemy to zobaczyć. - I jej

dwie przyjaciółki popchnęły Sadie w moją stronę.

Zawahała się. Jeszcze raz zakręciłem się wkoło i wyciągnąłem do niej dłonie.

Dzieciaki powitały nas owacją, kiedy wyszliśmy na parkiet. Zrobiły nam miejsce.

Przyciągnąłem Sadie do siebie. Po króciuteńkiej chwili wahania obróciła się najpierw w lewo,

a potem w prawo - rozszerzana u dołu sukienka na ramiączkach zapewniała jej wystarczającą

swobodę ruchów, by robiąc, to mogła krzyżować nogi. To była odmiana lindy hopa, którą

Richie-z-dziczy i Bevvie-co-mieszka-na-drzewie ćwiczyli tamtego dnia jesienią 1958 roku.

Hellzapoppin. Oczywiście. Bo przeszłość harmonizuje.

Przyciągnąłem ją do siebie za ręce, po czym pozwoliłem jej się cofnąć. Rozłączyliśmy

się. Potem, jak ludzie, którzy ćwiczyli te kroki od miesięcy (być może na opuszczonym

placyku piknikowym, przy muzyce z płyty puszczonej na zwolnionych obrotach),

pochyliliśmy się i wyrzuciliśmy w bok najpierw lewą, potem prawą nogę. Dzieciaki śmiały

się i wiwatowały. Otoczyły nas klaszczącym kręgiem na środku wypolerowanego parkietu.

Zbliżyliśmy się do siebie i Sadie zakręciła się wkoło pod naszymi splecionymi dłońmi

jak nabuzowana baletnica.

„Teraz ściśnij moją rękę, żeby dać znać, czy robisz obrót w lewo, czy w prawo”.

Jak na zawołanie, lekko ścisnęła moją prawą dłoń i zawirowała jak śmigło,

rozrzucając włosy w wachlarz, który rozbłysł w światłach najpierw na czerwono, potem na

zielono. Usłyszałem zduszone okrzyki kilku dziewczyn. Złapałem ją i przysiadłem na pięcie z

Sadie przewieszoną przez moją rękę, modląc się, by kolano wytrzymało. Wytrzymało.

Podniosłem się, ona razem ze mną. Odsunęła się, po czym znów padła mi w ramiona.

Tańczyliśmy w blasku świateł.

Taniec to życie.

Zabawa skończyła się o jedenastej, ale kiedy wjechałem sunlinerem na podjazd przed

domem Sadie, było już kwadrans po północy w niedzielę. Jedną z rzeczy, których nie mówi

się o prestiżowej funkcji opiekuna szkolnej dyskoteki, jest to, że gdy muzyka ucichnie, to

właśnie opiekunowie muszą dopilnować, by wszystko zostało posprzątane i pozamykane.

W drodze powrotnej prawie się nie odzywaliśmy. Choć Donald puścił jeszcze kilka

kuszących, skocznych utworów big-bandów, a dzieciaki nalegały, żebyśmy znowu zatańczyli

swinga, odmówiliśmy. Jeden taniec to coś, co będzie się długo pamiętać; dwa to byłoby coś,

czego nie zapomni się nigdy. A to niewskazane w małym mieście. Zresztą, jak dla mnie, to

już było niezapomniane. Nie mogłem przestać myśleć o tym, jak czułem ją w moich

ramionach, o jej przyspieszonym oddechu omiatającym moją twarz.

Zgasiłem silnik i odwróciłem się do niej. Wiedziałem: Teraz powie „Dzięki za

pomoc” albo „Dzięki za cudowny wieczór” i to będzie wszystko.

Ale nie powiedziała ani tego, ani tego. Nie powiedziała nic. Tylko na mnie patrzyła.

Włosy opadały jej na ramiona. Górne dwa guziki męskiej koszuli z oxfordu pod jej sukienką

były rozpięte. Kolczyki połyskiwały. I nagle złączyliśmy się w uścisku, z początku

niewprawnym, nerwowym, potem mocnym. To był pocałunek, ale i coś więcej. Coś jak

posiłek dla głodnego albo napój dla spragnionego. Czułem zapach jej perfum i czystego potu

pod perfumami, czułem smak tytoniu, słaby, ale wciąż ostry, na jej wargach i języku. Jej

palce wsunęły się w moje włosy (mały palec przez moment połaskotał mnie za uchem tak, że

ciarki mnie przeszły), po czym splotły się na moim karku. Jej kciuki poruszały się

bezustannie. Gładziły nagą skórę na karku, która kiedyś, w innym życiu, byłaby osłonięta

włosami. Wsunąłem dłoń pod jej koszulę i objąłem pełną pierś.

- Och, dziękuję - mruknęła Sadie - bałam się, że nie wytrzymam.

- Cała przyjemność po mojej stronie.


Date: 2015-12-17; view: 165


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 32 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 34 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.035 sec.)