Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 31 page

pseudobrytyjską nazwę: The Sir Douglas Quintet.

- George? Pozwól tu, kogoś ci przedstawię.

Odwróciłem się. Minii prowadziła jakąś kobietę. Pierwszym, co zauważyłem u Sadie -

jak bez wątpienia wszyscy - był jej wzrost. Miała buty na płaskim obcasie, jak większość

kobiet tutaj, przygotowanych na to, że spędzą popołudnie i wieczór na powietrzu, ale w

odróżnieniu od nich zapewne ostatnio nosiła szpilki na własnym weselu - choć i wtedy być

może pod suknią skrywała pantofle na niskim obcasie bądź bez obcasów, dobrane tak, by nie

górowała komicznie nad panem młodym, gdy staną przed ołtarzem. Miała z metr

osiemdziesiąt, jeśli nie więcej. Mimo to byłem od niej wyższy, ale prawdopodobnie spośród

obecnych tylko ja, trener Borman i Greg Underwood, nauczyciel historii, mogliśmy to o sobie

powiedzieć. A Greg był tyką. Sadie zaś, jak to się w owych czasach mówiło, była kobietą na

schwał. Zdawała sobie z tego sprawę i to ją krępowało, zamiast napawać dumą. Poznałem to

po jej chodzie. Wiem, że jestem trochę za wysoka, żeby uchodzić za normalną, mówił ten

chód. Ułożenie ramion dodawało: To nie moja wina, taka urosłam - jak Topsy z „Chaty wuja

Toma”. Miała na sobie suknię bez rękawów z nadrukowanymi różami. Była opalona. Lekko

maznęła usta różową szminką, ale poza tym nie miała makijażu.

Miłość od pierwszego wejrzenia? Jestem prawie pewien, że nie, ale pamiętam to

pierwsze wejrzenie zadziwiająco wyraźnie. Gdybym powiedział, że równie wyraźnie

pamiętam chwilę, kiedy pierwszy raz zobaczyłem byłą Christy Epping, tobym skłamał. Inna

sprawa, że poznaliśmy się w dyskotece i oboje byliśmy uwaleni, więc chyba jestem

usprawiedliwiony.

Sadie miała naturalną, bezpretensjonalną urodę amerykańskiej dziewczyny z

sąsiedztwa. Miała też w sobie coś jeszcze. W dniu przyjęcia myślałem, że tym czymś jest

zwyczajna niezdarność wysokiej kobiety. Później odkryłem, że wcale nie była niezdarna.

Wręcz przeciwnie.

Mimi wyglądała dobrze - przynajmniej nie gorzej niż tego dnia, kiedy mnie

odwiedziła w domu i przekonała, żebym przeszedł na cały etat - ale, co niezwykłe, była

umalowana. Makijaż nie w pełni maskował cienie pod oczami, zapewne skutek bezsenności i

bólu, i nowe zmarszczki w kącikach ust. Mimo to była uśmiechnięta i dlaczego nie? Wyszła



za mąż, wydała imprezę, na której wszyscy się znakomicie bawili, i przyprowadziła ładną

dziewczynę w ładnej letniej sukience, by przedstawić ją jedynemu w szkole nauczycielowi

angielskiego, który był do wzięcia.

- Cześć, Mimi - powiedziałem, idąc ku niej w górę łagodnego stoku, slalomem między

stolikami do kart (pożyczonymi z siedziby Amerykańskich Weteranów), przy których ludzie

mieli później jeść dania z grilla i oglądać zachód słońca. - Moje gratulacje. Zapewne teraz

będę się musiał przyzwyczaić do nazywania cię panią Simmons.

Uśmiechnęła się swoim ironicznym uśmiechem.

- Proszę, zostań przy Mimi, do tego przywykłam. Chciałabym ci przedstawić nową

członkinię grona pedagogicznego. To...

Ktoś nie wsunął składanego krzesła pod stolik i wysoka blondynka, która już

wyciągała do mnie rękę i układała usta w uśmiech mówiący „miło cię poznać”, potknęła się i

razem z nim runęła do przodu. Zorientowałem się, że jeśli ta dziewczyna nadzieje się

brzuchem na sterczącą nogę krzesła, będzie źle.

Upuściłem kubek z piwem w trawę, zrobiłem wielki krok do przodu i złapałem ją,

zanim upadła. Lewą ręką objąłem ją w pasie. Prawa wylądowała wyżej i pochwyciła coś

ciepłego, krągłego i jędrnego. Między moją dłonią a jej piersią bawełna sukienki zsunęła się

po gładkim nylonie, jedwabiu czy co tam pod nią było. Intymny sposób zawarcia znajomości,

owszem, ale za przyzwoitkę robiły uwierające nas kanty krzesła. Zachwiałem się nieco pod

jej ciężarem, lecz ustałem na nogach i ona też.

Cofnąłem rękę od tej części jej ciała, za którą raczej nie łapie się nowo poznanej

kobiety, i powiedziałem:

- Cześć, jestem... - O mały włos byłbym podał moje imię z dwudziestego pierwszego

wieku, ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. - Jestem George. Bardzo mi miło cię

poznać.

Zaczerwieniła się po korzonki włosów. Ja pewnie też. Ona jednak miała dość taktu, by

się zaśmiać.

- I nawzajem. Wygląda na to, że uratowałeś mnie przed paskudnym wypadkiem.

Pewnie tak było. W tym bowiem cała rzecz, rozumiecie? Sadie nie była niezdarna,

była wypadkogenna. To mogło wydawać się zabawne, dopóki człowiek nie uświadamiał

sobie, że to naprawdę było swoistą klątwą. Opowiadała mi później, jak przed studniówką

przytrzasnęła sobie rąbek sukni drzwiami samochodu i cała dolna część się oberwała, kiedy

ruszyli z chłopakiem do sali gimnastycznej. Przy niej nawalały wodotryski i pryskały jej

wodą w twarz; ona, zapalając papierosa, podpalała całe pudełko zapałek, parząc sobie palce

albo osmalając włosy; na wywiadówce pękało jej ramiączko biustonosza albo odkrywała

wielkie oczka w pończochach na chwilę przed szkolną akademią, na której miała wygłosić

przemówienie.

Wchodząc przez drzwi, pamiętała, by schylić głowę (wszystkie przezorne dryblasy z

czasem nabierają tego odruchu), ale ludzie mieli tendencję do nieostrożnego otwierania ich

prosto w jej twarz. Trzy razy utknęła w windzie, raz na dwie godziny, a rok wcześniej, w

domu handlowym w Savannah, nowo zamontowane schody ruchome pożarły jej but.

Oczywiście wtedy jeszcze tego wszystkiego nie wiedziałem; w to lipcowe popołudnie

wiedziałem tylko, że ładna kobieta o blond włosach i niebieskich oczach padła mi w ramiona.

- Widzę, że już się świetnie z panną Dunhill rozumiecie - powiedziała Mimi. -

Zostawię was samych, żebyście mogli się lepiej poznać.

A zatem, pomyślałem, przemiana pani Clayton w pannę Dunhill już została

przeprowadzona, formalnie czy nie. Sadie tymczasem usiłowała podnieść przewrócone

krzesło, ale jedna noga wbiła się w darń i ani myślała wyjść. Kiedy w końcu ustąpiła, oparcie

zwinnie podjechało po udzie panny Dunhill do góry, podciągając halkę i odsłaniając

pończochę aż po podwiązkę. Która była tak różowa jak róże na sukience. Sadie wydała cichy

okrzyk irytacji. Jej rumieniec przybrał niepokojący odcień cegły szamotowej.

Wziąłem od niej krzesło i stanowczym ruchem odstawiłem je na bok.

- Panno Dunhill... Sadie... widzę, że komu jak komu, ale tobie potrzeba zimnego piwa.

Chodź.

- Dziękuję - powiedziała. - Tak mi głupio. Mama tyle razy mi mówiła, żebym nie

rzucała się na mężczyzn, ale nigdy jej nie posłuchałam.

Kiedy prowadziłem ją w stronę rzędu beczek, wskazując po drodze różnych członków

grona pedagogicznego (i usuwając ją z drogi siatkarza, który cofał się prosto na nią, by

odebrać wysoki lob), jednego byłem pewien: że możemy być współpracownikami i kolegami,

może nawet przyjaciółmi, ale nic ponadto, bez względu na nadzieje Mimi. W komedii z

udziałem Rocka Hudsona i Doris Day nasze pierwsze spotkanie bez wątpienia byłoby

„słodkie”, ale w świecie rzeczywistym, na oczach wciąż szeroko uśmiechniętej publiczności,

było tylko niezręczne i krępujące. Tak, była ładna. Tak, miło było iść u boku tak wysokiej

dziewczyny i mimo to być od niej wyższy. I owszem, przyjemnie było poczuć pod ręką

jędrność tej piersi schowanej pod cienką podwójną warstwą bawełny i seksownego nylonu.

Ale jeśli masz więcej niż piętnaście lat, przypadkowe macanko na garden party nie liczy się

jako miłość od pierwszego wejrzenia.

Podałem piwo świeżo (a może ponownie) upieczonej pannie Dunhill i ucięliśmy sobie

stosownie długą pogawędkę przy prowizorycznym barze. Śmialiśmy się, kiedy gołąb,

wypożyczony na tę okazję, wystawił łebek z cylindra i dziobnął Vince'a Knowlesa w palec.

Wskazałem jej kolejnych pedagogów z Denholm (wielu już opuszczało Miasto Trzeźwości

Alkoholowym Ekspresem). Powiedziała, że nigdy nie pozna wszystkich, a ja zapewniłem ją,

że owszem. Nie mówiła o swoim życiu w Georgii w charakterze pani Clayton, a ja nie

pytałem. Poprosiłem za to, żeby zwróciła się do mnie, jeśli będzie potrzebowała z

czymkolwiek pomocy. Tyle minut, ile nakazywała przyzwoitość, wszystkie zwyczajowe

formułki. Potem jeszcze raz podziękowała mi za to, że uratowałem ją przed groźnym

upadkiem, i poszła zgłosić się na ochotnika do organizowania dzieci w bandę katów piñaty,

którą miały się wkrótce stać. Odprowadziłem ją wzrokiem, nie z miłością, ale z lekkim

pożądaniem; przyznam, że przez chwilę myślałem o tych pończochach i różowej podwiązce.

Moje myśli powróciły do Sadie tego wieczora, kiedy szykowałem się do snu. Bardzo

wdzięcznie wypełniała spory kawałek przestrzeni i moje oko nie było jedynym, które śledziło

jej zgrabne ruchy we wzorzystej sukience, ale tak naprawdę to wszystko. Bo i co jeszcze

miałoby być? Niedługo przed wyruszeniem w najdziwniejszą podróż świata przeczytałem

książkę pod tytułem „Żona godna zaufania” i kiedy kładłem się do łóżka, przez myśl

przemknął mi cytat z niej: „Odwykł od romansów”.

To o mnie, pomyślałem, gasząc światło. Zupełnie odwykłem. A potem, podczas gdy

świerszcze śpiewały mi do snu: Ale nie tylko dotyk jej piersi był taki przyjemny. Chodziło o

jej ciężar. Jej ciężar w moich ramionach.

Jak się okazało, wcale nie odwykłem od romansów.

W sierpniu w Jodie było jak w piecu; temperatura co dzień przekraczała trzydzieści,

często nawet czterdzieści stopni. Klimatyzacja w moim wynajętym domu na Mesa Lane była

dobra, ale nie dość dobra, by odeprzeć tak zmasowany atak. Czasem - kiedy padał

orzeźwiający deszcz - noce były nieco bardziej znośne, ale niewiele.

Rankiem trzynastego sierpnia siedziałem przy moim biurku i w samych koszykarskich

szortach pracowałem nad „Miastem zbrodni”, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Zdziwiłem się.

Była niedziela, niedługo wcześniej słyszałem bicie rywalizujących ze sobą dzwonów

kościelnych, a większość moich znajomych chodziła do jednego z czterech czy pięciu miejsc

kultu w mieście.

Wciągnąłem koszulkę i poszedłem otworzyć. Na progu stali trener Borman i Ellen

Dockerty, była kierowniczka szkolnego działu gospodarstwa domowego, pełniąca obowiązki

dyrektora DCHS w nadchodzącym roku szkolnym; ku niczyjemu zaskoczeniu Deke złożył

rezygnację tego samego dnia co Mimi. Trener był wciśnięty w ciemnoniebieski garnitur i

krzykliwy krawat, który wyglądał, jakby dusił jego grubą szyję. Ellen miała na sobie surowy

szary kostium ożywiony kłębem koronek na gorsie. Byli śmiertelnie poważni. Moja pierwsza

myśl, równie przekonująca, co szalona: Wiedzą. Jakimś cudem dowiedzieli się, kim jestem i

skąd pochodzę. Przyszli mi o tym powiedzieć.

Trenerowi Bormanowi drżały usta i choć Ellen nie szlochała, oczy miała pełne łez.

Wtedy zrozumiałem.

- Chodzi o Mimi?

Trener skinął głową.

- Zadzwonił do mnie Deke. Wziąłem Ellie... zwykle wożę ją do kościoła... i

zawiadamiamy ludzi. Najpierw tych, których lubiła najbardziej.

- Przykro mi - powiedziałem. - Jak się czuje Deke?

- Jakoś się trzyma - odparła Ellen, po czym zerknęła na trenera z pewnym wyrzutem. -

Przynajmniej on tak twierdzi.

- Tak, wszystko z nim w porządku - rzekł trener. - Oczywiście, jest załamany.

- Nie wątpię - stwierdziłem.

- Zamierza ją poddać kremacji. - Ellen zacisnęła usta z dezaprobatą. - Twierdzi, że

tego chciała.

Pomyślałem o tym.

- Powinniśmy zorganizować specjalną akademię czy coś, kiedy szkoła się zacznie. Da

się to załatwić? Byłyby przemówienia, może nawet pokaz slajdów... ludzie na pewno mają

dużo jej zdjęć.

- Doskonały pomysł - powiedziała Ellen. - Zajmiesz się tym, George?

- Chętnie spróbuję.

- Niech pani Dunhill ci pomoże. - I zanim podejrzenie, że to dalszy ciąg swatania,

mogło przemknąć mi przez głowę, dodała: - Myślę, że chłopcom i dziewczętom, którzy

kochali Meems, będzie lżej ze świadomością, że namaszczona przez nią następczyni pomogła

przygotować akademię ku jej pamięci. Pomoże to też samej Sadie.

Oczywiście. Jako nowej nauczycielce przyda jej się na początku roku zyskać pewien

kredyt zaufania.

- Dobrze, porozmawiam z nią. Dziękuję wam obojgu. Poradzicie sobie?

- Jasne - dzielnie zapewnił trener, ale wciąż drżały mu wargi. Polubiłem go za to.

Powoli poszli do jego samochodu, który stał zaparkowany przy krawężniku. Trener Borman

prowadził Ellen pod łokieć. Za to też go polubiłem.

Zamknąłem drzwi, usiadłem na ławie w maciupkim przedpokoju i przypomniałem

sobie Mimi mówiącą, że będzie zdruzgotana, jeśli nie przejmę kółka dramatycznego. I jeśli

nie zgodzę się uczyć na całym etacie przez co najmniej rok. I jeśli nie przyjdę na jej przyjęcie

poślubne. Mimi, która uważała, że „Buszujący w zbożu” powinien być w szkolnej bibliotece,

i która nie miała nic przeciwko figlom-miglom w sobotni wieczór. Była jednym z tych

pedagogów, których dzieciaki pamiętają długo po ukończeniu szkoły i czasem odwiedzają,

kiedy już nie są dzieciakami. Typem nauczyciela, który czasem pojawia się w życiu trudnego

ucznia w krytycznym momencie i znacząco je odmienia.

„Niewiastę dzielną któż znajdzie? - pyta Księga Przysłów. - Jej wartość przewyższa

perły. O len się stara i wełnę, pracuje starannie rękami. Podobnie jak okręt kupiecki żywność

sprowadza z daleka”.

Jest więcej ubrań niż te, które nosi się na sobie, wie to każdy nauczyciel, a pokarm to

nie tylko to, co człowiek wkłada do ust. Pani Mimi nakarmiła i przyodziała wielu. Także

mnie. Ze spuszczoną głową i twarzą w dłoniach siedziałem na ławie kupionej na pchlim targu

w Fort Worth. Myślałem o Mimi i bardzo mi było smutno, ale moje oczy pozostały suche.

Nie można o mnie powiedzieć, że jestem skłonny do łez.

Sadie bez wahania zgodziła się pomóc przygotować uroczystą akademię.

Pracowaliśmy nad nią przez ostatnie dwa tygodnie tego upalnego sierpnia, jeżdżąc po mieście

i dobierając mówców. Wyznaczyłem Mike'a Coslawa do odczytania Przysłowia

Trzydziestego Pierwszego, o dzielnej niewieście, a Al Stevens sam zaproponował, że opowie

historię - której nigdy nie słyszałem od samej Mimi - o tym, jak nadała nazwę

Widłoburgerowi, jego spécialité de la maison. Zebraliśmy też przeszło dwieście fotografii.

Moja ulubiona pokazywała Mimi i Deke'a tańczących twista na zabawie szkolnej. Ona

wyglądała, jakby się dobrze bawiła; on wyglądał, jakby wsadzili mu w tyłek kij od szczotki.

Dokonaliśmy selekcji zdjęć w szkolnej bibliotece, gdzie teraz na biurku stała tabliczka P.

DUNHILL, nie P. MIMI.

W tym czasie Sadie i ja ani razu się nie pocałowaliśmy, nie trzymaliśmy się za ręce, a

jeśli patrzyliśmy sobie w oczy, to tylko przelotnie. Ona nie mówiła o swoim nieudanym

małżeństwie ani powodach, dla których przeniosła się z Georgii do Teksasu. Ja nie mówiłem

o mojej powieści ani nie opowiadałem o mojej w dużej mierze zmyślonej przeszłości.

Rozmawialiśmy o książkach. Rozmawialiśmy o Kennedym, któremu zarzucała

szowinistyczną politykę zagraniczną. Dyskutowaliśmy o rodzącym się ruchu na rzecz praw

obywatelskich. Powiedziałem jej o desce nad strumykiem na końcu ścieżki za stacją

benzynową Humble Oil w Karolinie Północnej. Odparła, że widziała podobne „toalety” dla

kolorowych w Georgii, ale sądziła, że ich dni są policzone. Uważała, że pewnego dnia szkoły

będą zintegrowane, ale zapewne nie wcześniej niż w połowie lat siedemdziesiątych. Ja

stwierdziłem, że moim zdaniem nastąpi to szybciej, z inicjatywy nowego prezydenta i jego

młodszego brata, prokuratora generalnego.

Prychnęła.

- Masz więcej szacunku dla tego wyszczerzonego Irlandczyka niż ja. Powiedz no, czy

on w ogóle bywa u fryzjera?

Nie zostaliśmy kochankami, ale zostaliśmy przyjaciółmi. Czasem potykała się o różne

rzeczy (włącznie z własnymi stopami, które były duże) i przy dwóch okazjach ją

przytrzymałem, ale nie tak efektownie jak za pierwszym razem. Czasem oświadczała, że musi

zapalić, i chodziłem z nią tam, gdzie zwykle palili uczniowie, za pracownię techniczną.

- Szkoda, że nie będę mogła tu przychodzić i wylegiwać się na ławce w moich starych

dżinsach - powiedziała pewnego dnia. To było niecały tydzień przed początkiem roku

szkolnego. - W pokojach nauczycielskich zawsze jest taki zaduch.

- Kiedyś to się zmieni. W szkołach nie będzie wolno palić. Ani nauczycielom, ani

uczniom.

Uśmiechnęła się. Jej uśmiech był ładny, bo miała wydatne, pełne usta. A dżinsy,

muszę przyznać, dobrze na niej leżały. Miała długie, bardzo długie nogi. No i wypchany jak

trzeba bagażnik.

- Społeczeństwo bez papierosów... murzyńskie i białe dzieci uczące się razem w pełnej

harmonii... nic dziwnego, że piszesz powieść, masz cholernie bujną wyobraźnię. Co jeszcze

widzisz w swojej kryształowej kuli, George? Rakiety na Księżyc?

- Jasne, ale na to pewnie trzeba będzie poczekać trochę dłużej niż na integrację. Kto ci

powiedział, że piszę powieść?

- Pani Mimi. - Zagasiła papierosa w jednej z kilku popielniczek z piaskiem. - Mówiła,

że jest dobra. A skoro już mowa o pani Mimi, chyba powinniśmy wrócić do pracy. Ze

zdjęciami już prawie skończyliśmy, zgodzisz się?

- Tak.

- I jesteś pewien, że zilustrowanie pokazu slajdów tą piosenką z „West Side Story” nie

będzie zbyt ckliwe?

Sądziłem, że „Somewhere” jest kwintesencją ckliwości, ale według Ellen Dockerty to

była ulubiona piosenka Mimi.

Powiedziałem to Sadie i zaśmiała się z powątpiewaniem.

- Nie znałam jej aż tak dobrze, ale to mi jakoś do niej nie pasuje. Może to ulubiona

piosenka Ellie.

- Hm, całkiem możliwe. Słuchaj, Sadie, pójdziesz ze mną w piątek na mecz? Żebyś, że

tak powiem, pokazała się dzieciakom, zanim szkoła się zacznie w poniedziałek?

- Bardzo chętnie. - Zamilkła, jakby nieco skrępowana. - Pod warunkiem że, no wiesz,

nie pomyślisz sobie Bóg wie czego. Jeszcze nie jestem gotowa chodzić na randki. I nieprędko

będę.

- Ja też nie. - Pewnie myślała o swoim byłym, ale dla mnie najważniejszy był Lee

Oswald. Wkrótce odzyska paszport amerykański. Potem będzie musiał tylko skombinować

sowiecką wizę wyjazdową dla żony. - Ale przyjaciele czasem chodzą razem na mecze.

- To prawda. A ja lubię z tobą chodzić w różne miejsca, George.

- Bo jestem wyższy.

Żartobliwie trzepnęła mnie w ramię - jak starsza siostra.

- Otóż to, kowboju. Jesteś mężczyzną, który mnie przerasta.

Na meczu patrzyli na nas prawie wszyscy, i to z niejakim podziwem - jakbyśmy byli

przedstawicielami nieco innej rasy ludzi. Wydawało mi się to poniekąd sympatyczne, a Sadie

choć raz nie musiała się garbić, żeby dopasować się do otoczenia. Była w bluzie Lwów i

spranych dżinsach. Ze swoimi blond włosami związanymi w koński ogon sama wyglądała jak

uczennica. Uczennica wysoka, może środkowa dziewczęcej drużyny koszykówki.

Siedzieliśmy w rzędzie zarezerwowanym dla kadry pedagogicznej i wiwatowaliśmy,

kiedy Jim LaDue dziurawił obronę Niedźwiedzi Arnette najpierw kilkoma krótkimi

podaniami, a potem sześćdziesięciometrową torpedą, która poderwała wszystkich widzów z

miejsc. Po pierwszej połowie Denholm prowadziło trzydzieści jeden do sześciu. Kiedy

zawodnicy zbiegali z boiska, a na ich miejsce wmaszerowała orkiestra szkolna, machając

tubami i puzonami, spytałem Sadie, czy chce hot doga i colę.

- Jasne, ale teraz pewnie jest kolejka aż po parking. Zaczekaj, niech któryś trener

weźmie czas w trzeciej kwarcie czy coś. Teraz musimy ryczeć jak lwy i wiwatować na cześć

Jima.

- Chyba poradzisz sobie z tym sama.

Uśmiechnęła się i ścisnęła moje ramię.

- Nie, musisz mi pomóc. Jestem tu nowa, zapomniałeś?

Jej dotyk przeszył mnie ciepłym dreszczykiem, który nie miał nic wspólnego z

uczuciem przyjaźni. I co w tym dziwnego? Ona policzki miała zarumienione, oczy

błyszczące; w świetle jupiterów, pod zielonkawoniebieskim niebem zapadającego teksaskiego

zmierzchu, była dużo więcej niż piękna. Sprawy między nami mogły rozwinąć się szybciej,

niż to się ostatecznie stało, gdyby nie to, co się wydarzyło w trakcie tej przerwy.

Jak wszystkie szkolne orkiestry, także i ta lepiej maszerowała, niż grała, racząc

widzów hałaśliwą wiązanką melodii, które nie bardzo dało się rozróżnić. Kiedy skończyli,

czirliderki potruchtały na linię pięćdziesięciu jardów, upuściły pompony na ziemię i podparły

się pod boki.

- Dajcie nam L!

Daliśmy im to, czego chciały, a na następne natarczywe prośby posłusznie

odpowiedzieliśmy W i Y.

- Jak to będzie razem?!

- LWY! - Wszyscy podnieśli się z miejsc i klaskali.

- Kto wygra mecz?!

- LWY! - Przy takim wyniku do przerwy raczej nie było co do tego wątpliwości.

- Niech więc zabrzmi lwi ryk!

Zaryczeliśmy, zgodnie z tradycją odwracając się najpierw w lewo, a potem w prawo.

Sadie, z ustami okolonymi dłońmi, dawała z siebie wszystko, jej koński ogon latał z jednego

ramienia na drugie.

A potem nastąpił wiwat na cześć Jima. W poprzednich trzech latach - tak, nasz pan

LaDue był pierwszym rozgrywającym już w pierwszej klasie - był on dość prosty. Czirliderki


Date: 2015-12-17; view: 213


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 30 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 32 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.022 sec.)