Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 21 page

Nie ruszaj się. Muszę obciąć trochę włosów, inaczej plaster się nie będzie trzymał. Dzięki

Bogu, że masz krótkie.

Ciach-ciach-ciach. Potem ucisnął piekącą ranę gazą - jakby jeszcze nie dość bolało - i

nalepił plaster.

- Za dzień lub dwa możesz zdjąć opatrunek, ale do tego czasu lepiej przykrywaj go

kapeluszem. Będziesz tam miał łysy placek, włosy powinny odrosnąć, a jak nie, zawsze

możesz zrobić zaczeskę. Chcesz aspirynę?

- Tak. I kawę. Da radę? - Choć kawa mogła pomóc tylko na krótko. Tak naprawdę

potrzebowałem snu.

- Pewnie. - Pstryknął włącznikiem ekspresu i znów zaczął grzebać w apteczce. -

Wyglądasz, jakbyś stracił na wadze.

I kto to mówi, pomyślałem.

- Rozchorowałem się. Złapałem dwudziestoczterogodzinną... - Urwałem.

- Jake, co się stało?

Patrzyłem na oprawione fotografie Ala. Kiedy wszedłem w króliczą norę, wisiało

wśród nich zdjęcie Harry'ego Dunninga ze mną. Uśmiechnięci pokazywaliśmy do obiektywu

dyplom maturalny Harry'ego.

To zdjęcie zniknęło.

- Jake? Przyjacielu? Co się dzieje?

Wziąłem pastylki aspiryny, które położył na kontuarze, wrzuciłem je do ust i

połknąłem na sucho. Potem wstałem i powoli podszedłem do Ściany Sławy. Czułem się jak

człowiek ze szkła. Tam, gdzie przez ostatnie dwa lata wisiało zdjęcie Harry'ego ze mną, teraz

była fotografia, na której Al ściskał dłoń Mike'a Michauda, kongresmena z drugiego okręgu

Maine. Kiedy ją zrobiono, Michaud musiał kandydować na drugą kadencję, bo Al miał na

fartuchu kucharza dwa znaczki. Na jednym było hasło MICHAUD DO KONGRESU. Na

drugim LISBON KOCHA MIKE'A. Szanowny pan kongresmen miał na sobie

jasnopomarańczowy T-shirt reklamujący moxie i pokazywał do obiektywu ociekającego

tłuszczem Mniamburgera.

Zdjąłem fotografię z haczyka.

- Jak długo to tu wisi?

Spojrzał na nią ze zmarszczonym czołem.

- Widzę to zdjęcie pierwszy raz w życiu. Jasne, popierałem Michauda w jego ostatnich

dwóch kampaniach... kurde, popieram każdego demokratę, którego nie przyłapali na dymaniu

asystentek... i spotkałem go na wiecu w 2008, ale to było w Castle Rock. Nigdy nie był w

barze.

- Wygląda na to, że był. To twój kontuar, prawda?

Wziął zdjęcie dłońmi tak wychudłymi, że wyglądały jak szpony, i przysunął sobie do



oczu.

- Uhm. Zgadza się.

- Czyli efekt motyla rzeczywiście działa. To zdjęcie tego dowodzi.

Patrzył na nie nieruchomym wzrokiem, lekko uśmiechnięty. Ze zdumieniem, jak

sądzę. A może podziwem. Wreszcie oddał mi fotografię i poszedł za kontuar nalać kawę.

- Al, pamiętasz Harry'ego, prawda? Harry'ego Dunninga.

- Pewnie. Czy to nie z jego powodu pojechałeś do Derry i mało ci głowy nie odrąbali?

- Jego i całej jego rodziny, owszem.

- I uratowałeś ich?

- Wszystkich oprócz jednego. Jego ojciec dopadł Tuggę, zanim mogliśmy go

powstrzymać.

- Jacy „my”?

- Opowiem ci wszystko, ale najpierw jadę do domu się wyspać.

- Przyjacielu, mamy niewiele czasu.

- Wiem - powiedziałem z myślą: Wystarczy, że na ciebie spojrzę. - Ale padam z nóg.

Dla mnie jest wpół do drugiej w nocy i mam za sobą trudny wieczór... - Ziewnąłem

przeraźliwie.

- W porządku. - Przyniósł kawę: dla mnie pełen kubek czarnej, dla siebie pół, z dużą

porcją śmietanki. - Pij i opowiadaj, dopóki będziesz w stanie.

- Najpierw mi wytłumacz, jak możesz pamiętać Harry'ego, jeśli nigdy nie był woźnym

w LHS i nigdy nie kupił u ciebie Mniamburgera. A potem wyjaśnij, dlaczego nie pamiętasz

wizyty Mike'a Michauda w barze, kiedy na zdjęciu widać, że tu był.

- Nie wiesz na pewno, że Harry'ego Dunninga rzeczywiście nie ma w mieście -

powiedział Al. - Ba, nie wiesz na pewno, że nie jest nadal woźnym w Lisbon High.

- To byłby cholernie wielki zbieg okoliczności. Zmieniłem przeszłość na dużą skalę...

z pomocą niejakiego Billa Turcotte'a. Harry nie mógł zamieszkać u wujostwa w Haven, bo

jego matka nie umarła. Jego brat Troy i siostra Ellen też nie. I pijany ojciec nie walnął

Harry'ego młotem. Jeśli po tych wszystkich zmianach Harry nadal mieszka w Falls, będę

najbardziej zdziwionym człowiekiem na świecie.

- Można to sprawdzić - powiedział Al. - Na zapleczu mam laptopa. Chodź. - Ruszył

przodem, kaszląc i przytrzymując się mijanych sprzętów. Wziąłem kawę ze sobą; on swoją

zostawił.

Zaplecze było zbyt szumną nazwą dla tej przyległej do kuchni kanciapy wielkości

szafy. Ledwo mieściliśmy się tam we dwóch. Ściany były obwieszone notatkami,

zezwoleniami i rozporządzeniami sanitarnymi władz stanu Maine i federalnych. Gdyby

ludzie, którzy rozpuszczali plotki o Mniamburgerze, zobaczyli te wszystkie papiery - wśród

których znajdował się Certyfikat Czystości Pierwszej Klasy wydany po ostatniej inspekcji

Stanowej Komisji do spraw Restauracji - mogłoby to ich zmusić do przemyśleń.

Laptop leżał na biurku w typie ławki, w jakiej siedziałem w trzeciej klasie szkoły

podstawowej. Ze stęknięciem bólu i ulgi Al zwalił się na krzesło mniej więcej tych samych

rozmiarów.

- Szkoła ma stronę internetową, zgadza się?

- Jasne.

W czasie gdy czekaliśmy, aż laptop się uruchomi, zastanawiałem się, ile e-maili

uzbierało się w trakcie mojej pięćdziesięciodwudniowej nieobecności. Potem przypomniałem

sobie, że przecież tak naprawdę zniknąłem tylko na dwie minuty. Głuptas ze mnie.

- Al, w głowie mi się plącze - powiedziałem.

- Znam to uczucie. Trzymaj się, przyjacielu, wszystko będzie... o, możemy zaczynać.

Zobaczmy. Przedmioty... szkoła letnia... kadra... administracja... personel techniczny.

- To otwórz - powiedziałem.

Pomasował panel dotykowy, mruknął, kiwnął głową, kliknął na coś, po czym wbił

wzrok w ekran komputera jak jasnowidz zaglądający w szklaną kulę.

- No i...? Nie trzymaj mnie w niepewności.

Przekręcił laptop, żebym sam zobaczył. PERSONEL TECHNICZNY LHS,

przeczytałem. NAJLEPSI W MAINE! Było tam zdjęcie dwóch mężczyzn i kobiety stojących

pośrodku sali gimnastycznej. Wszyscy byli uśmiechnięci. Wszyscy mieli na sobie bluzy

Chartów Lisbon. Nie było wśród nich Harry'ego Dunninga.

- Pamiętasz go jako woźnego i twojego ucznia, bo to ty wszedłeś do króliczej nory -

powiedział Al. Znowu byliśmy w barze. - Ja pamiętam go albo dlatego, że sam korzystałem z

króliczej nory, albo po prostu przez to, że jestem blisko niej. - Zamyślił się. - Tak, pewnie

dlatego. Działa jakieś promieniowanie czy coś. Człowiek z Żółtą Kartką też jest blisko niej,

tyle że po drugiej stronie, i też to wyczuwa. Widziałeś go, więc wiesz.

- Teraz jest Człowiekiem z Pomarańczową Kartką.

- Jak to?

Znowu ziewnąłem.

- Gdybym spróbował ci to teraz wytłumaczyć, zamotałbym się tylko. Chodź, odwiozę

cię do domu, a potem wrócę do siebie. Zrobię sobie coś do jedzenia, bo jestem głodny jak

niedźwiedź...

- Usmażę ci jajecznicę. - Zaczął wstawać, po czym ciężko usiadł z powrotem i się

rozkaszlał. Suchy, rzężący kaszel wyrywał się przy każdym oddechu, wstrząsał całym jego

ciałem. Z gardła dobywało się charczenie jak terkot karty o szprychy rowerowego koła.

Położyłem dłoń na jego ramieniu.

- Nie będziesz nic smażył, tylko wrócisz do domu, weźmiesz prochy i odpoczniesz.

Prześpisz się, jeśli dasz radę zasnąć. Ja zasnę na pewno. Na osiem godzin. Nastawię sobie

budzik.

Przestał kaszleć, ale ta karta wciąż terkotała w jego gardle.

- Sen. Zdrowy sen. Pamiętam to uczucie. Zazdroszczę ci, przyjacielu.

- Będę u ciebie o siódmej wieczorem. Nie, powiedzmy o ósmej. To da mi dość czasu,

żeby sprawdzić parę rzeczy w Internecie. Upewnić się, że na przykład Salt Lake City nie

zapadło się pod ziemię wskutek naszych działań.

- A jeśli wszystko będzie na piątkę? - Uśmiechnął się blado ze swojego żartu, który,

jako nauczyciel, słyszałem już co najmniej tysiąc razy.

- To jutro tam wrócę i zacznę przygotowania do czynu.

- Nie - powiedział. - Ty masz czynowi zapobiec. - Ścisnął moją dłoń. Palce miał

chude, ale uścisk wciąż mocny. - O to właśnie chodzi. Żeby znaleźć Oswalda, udaremnić

kurestwo, które ma popełnić, i zetrzeć ten zadowolony uśmieszek z jego gęby.

Zapaliłem silnik i w pierwszym odruchu sięgnąłem do krótkiej wajchy zmiany biegów

forda na kolumnie kierownicy, a lewą nogą poszukałem sprężynującego sprzęgła. Gdy moje

palce nie chwyciły nic prócz powietrza, a but uderzył w dywanik na podłodze, zaśmiałem się.

Nie mogłem się powstrzymać.

- Co jest? - spytał Al z fotela pasażera.

Tęskniłem za moim eleganckim fordem sunlinerem, ale nic to; wkrótce kupię go

znowu. Choć jako że następnym razem będę miał mniej funduszy, przynajmniej na początku

(przepadną nawet pieniądze na koncie w Hometown Trust, wymazane przy następnym

resecie), może trochę bardziej potarguję się z Billem Titusem.

Sądziłem, że sobie z tym poradzę.

Sądziłem, że stałem się innym człowiekiem.

- Jake? Coś zabawnego?

- Nie, nic.

Wypatrywałem zmian na Main Street, ale wszystkie znajome budynki były w

komplecie, włącznie z Kennebec Fruit, który wyglądał - jak zwykle - jakby dwa nieopłacone

rachunki dzieliły go od katastrofy finansowej. Posąg wodza Worumbo wciąż stał w parku

miejskim, a transparent w witrynie sklepu meblowego Cabell's nadal zapewniał świat, że

NIGDZIE NIE JEST TANIEJ NIŻ U NAS.

- Al, pamiętasz ten łańcuch, pod którym trzeba przejść, żeby wrócić do króliczej nory?

- Jasne.

- A tabliczkę na nim?

- Tę o rurze kanalizacyjnej. - Siedział jak żołnierz, który się obawia, że droga może

być zaminowana, i krzywił się, ilekroć podskakiwaliśmy na jakiejś nierówności.

- Kiedy wróciłeś z Dallas... jak już uznałeś, że jesteś zbyt chory, żeby dać radę... czy ta

tabliczka nadal tam była?

- Była - rzekł po chwili namysłu. - Trochę dziwne, nie? Kto naprawia rurę przez cztery

lata?

- Nikt. Nie na dziedzińcu zakładowym, po którym dzień i noc jeżdżą ciężarówki.

Dlaczego więc nie zwraca to niczyjej uwagi?

Pokręcił głową.

- Nie mam pojęcia.

- Musi tam być po to, żeby ludzie przypadkiem nie wchodzili do króliczej nory. Ale

kto ją powiesił?

- Nie wiem. Nie wiem nawet, czy jest tak, jak mówisz.

Skręciłem na jego ulicę, licząc, że odstawię go bezpiecznie do domu, a potem

pokonam te dwanaście kilometrów do Sabbatus, nie zasypiając za kółkiem. Zaprzątała mnie

jednak jeszcze jedna sprawa i musiałem powiedzieć to na głos. Choćby po to, żeby nie robić

mu zbyt wielkich nadziei.

- Przeszłość jest nieustępliwa, Al. Nie chce, żeby ją zmieniać.

- Wiem. Sam ci to mówiłem.

- Fakt. Ale teraz sądzę, że opór wobec zmiany jest proporcjonalny do tego, jak bardzo

przyszłość może się zmienić wskutek danego czynu.

Spojrzał na mnie. Cienie pod jego oczami były ciemne jak nigdy, a same oczy

błyszczały bólem.

- Mógłbyś to powiedzieć po ludzku?

- Trudniej było zmienić przyszłość rodziny Dunningów niż przyszłość Carolyn Poulin,

bo chodziło o więcej osób, ale głównie przez to, że Poulin tak czy tak by żyła. Doris Dunning

i jej dzieci mieli zginąć... i jedno z nich mimo wszystko zginęło, choć zamierzam to naprawić.

Cień uśmiechu przemknął po jego ustach.

- I bardzo dobrze. Tylko następnym razem pamiętaj, żeby się niżej schylić. Żebyś

potem nie musiał świecić wstydliwą blizną, na której włosy ci nie odrosną.

Miałem pewne pomysły na rozwiązanie tego problemu, ale przemilczałem to. Pomału

wjechałem na podjazd przed jego domem.

- Mówię tylko, że mogę nie dać rady powstrzymać Oswalda. Przynajmniej za

pierwszym razem. - Zaśmiałem się. - Co tam, egzamin na prawo jazdy także za pierwszym

razem oblałem.

- Ja też, ale nie kazali mi czekać pięć lat na następne podejście.

Celna uwaga.

- Ile masz lat, Jake, trzydzieści? Trzydzieści dwa?

- Trzydzieści pięć. - I byłem o dwa miesiące bliżej trzydziestych szóstych urodzin niż

tego ranka, ale co znaczy parę miesięcy między przyjaciółmi?

- Gdybyś dał ciała i musiał zacząć od nowa, miałbyś czterdzieści pięć lat, kiedy

dostałbyś drugą szansę. W dziesięć lat wiele się może wydarzyć, zwłaszcza kiedy masz

przeszłość przeciwko sobie.

- Wiem - powiedziałem. - Proszę, co się z tobą stało.

- Dostałem raka płuc od papierochów, to wszystko. - Zakaszlał jakby na potwierdzenie

swoich słów, ale w jego oczach dostrzegłem nie tylko ból, ale i niepewność.

- Pewnie to faktycznie jedyny powód. Mam taką nadzieję. Ale to jeszcze jedna rzecz,

której nie...

Drzwi jego domu otworzyły się z hukiem. Tęga młoda kobieta w żółtozielonym

fartuchu i białych chodakach pielęgniarskich rzuciła się do nas półbiegiem. Zobaczyła Ala

zgarbionego w fotelu pasażera mojej toyoty i otworzyła drzwi szarpnięciem.

- Panie Templeton, gdzie pan był? Przyszłam podać kroplówkę i zrobić zastrzyki, i

kiedy zastałam pusty dom, myślałam, że...

Zdobył się na uśmiech.

- Wiem, co myślałaś, ale wszystko ze mną w porządku. Nie rewelacyjnie, ale w

porządku.

Spojrzała na mnie.

- A pan co? Co panu do głowy strzeliło, żeby go na przejażdżkę zabierać? Nie widzi

pan, jaki jest osłabiony?

Oczywiście widziałem. Ponieważ jednak nie bardzo mogłem jej powiedzieć, co

robiliśmy naprawdę, trzymałem gębę na kłódkę i przygotowałem się, żeby przyjąć burę jak

mężczyzna.

- Mieliśmy ważną sprawę do omówienia - powiedział Al. - Dobrze? Zrozumiano?

- Mimo to...

- Pomóż mi wejść do środka, Doris. Jake musi wracać do domu.

Doris.

Jak Doris Dunning.

On nie zauważył tego zbiegu okoliczności - bo to na pewno był zbieg okoliczności,

przecież to pospolite imię; mnie jednak długo brzęczało ono w głowie.

Dotarłem do domu i tym razem złapałem się na tym, że sięgam do hamulca ręcznego

sunlinera. Kiedy zgasiłem silnik, pomyślałem o tym, jak ciasną, nędzną, ogólnie

niesympatyczną mydelniczką z plastiku i włókna szklanego jest moja toyota w porównaniu z

samochodem, do którego przywykłem w Derry. Wszedłem do domu, zacząłem karmić kota i

zobaczyłem, że jedzenie w jego misce wciąż jest świeże i wilgotne. Dlaczegóż by nie? W

2011 roku leżało tam tylko półtorej godziny.

- Zjedz to, Elmore - powiedziałem. - Głodujące koty w Chinach wiele by dały za

friskies.

Elmore spojrzał na mnie tak, jak na to zasługiwałem, i wyśliznął się przez klapkę w

drzwiach. Podgrzałem dwa mrożone dania Stouffers (myśląc jak uczące się mówić monstrum

Frankensteina: Mikrofala dobra, nowoczesne samochody złe). Zjadłem wszystko, wyrzuciłem

śmieci i poszedłem do sypialni. Zdjąłem moją gładką białą koszulę z roku 1958 (dziękując

Bogu, że Doris Ala była zbyt wściekła, żeby zauważyć plamy krwi), usiadłem na brzegu

łóżka, by rozwiązać porządne buty z roku 1958, i osunąłem się do tyłu. Jestem prawie pewien,

że zasnąłem, zanim wylądowałem.

Zupełnie zapomniałem o nastawieniu budzika i może spałbym jeszcze długo po piątej,

gdyby nie to, że piętnaście po czwartej Elmore wskoczył mi na pierś i obwąchiwał moją

twarz. To znaczyło, że sprzątnął wszystko z miski i prosi o jeszcze. Nakarmiłem go,

ochlapałem twarz zimną wodą, po czym zjadłem talerz płatków Special K z myślą, że minie

wiele dni, zanim zdołam przywrócić właściwy porządek posiłków.

Z pełnym brzuchem poszedłem do gabinetu i włączyłem komputer. Moim pierwszym

cyberprzystankiem była biblioteka miejska. Al miał rację - ich baza danych zawierała

wszystkie numery „Lisbon Weekly Enterprise”. Żeby uzyskać dostęp do tego skarbca,

musiałem zostać przyjacielem Biblioteki, co kosztowało dziesięć dolarów, ale zważywszy na

okoliczności, cena nie wydawała się wygórowana.

Numer „Enterprise”, którego szukałem, nosił datę siódmy listopada. Na drugiej

stronie, między notką o śmiertelnym wypadku samochodowym a informacją o możliwym

podpaleniu, był artykuł pod tytułem LOKALNA POLICJA POSZUKUJE TAJEMNICZEGO

MĘŻCZYZNY. Tym tajemniczym mężczyzną byłem ja... czy raczej moje alter ego z ery

Eisenhowera. Sunliner został odnaleziony, odnotowano obecność plam krwi. Bill Titus

rozpoznał w nim wóz, który sprzedał niejakiemu George'owi Ambersonowi. Ton artykułu

chwycił mnie za serce: biła z niego zwyczajna troska o zaginionego (i być może rannego)

człowieka. Gregory Dusen, mój bankier z Hometown Trust, opisał mnie jako „dobrze

wysławiającego się, uprzejmego jegomościa”. Eddie Baumer, właściciel zakładu

fryzjerskiego, powiedział w gruncie rzeczy to samo. Nawet ziarenko podejrzenia nie

przylgnęło do nazwiska Amberson. Może byłoby inaczej, gdyby powiązano mnie z pewną

sensacyjną sprawą w Derry, ale tak się nie stało.

Ten stan rzeczy nie zmienił się do następnego numeru, w którym zasłużyłem już tylko

na krótką notkę w kronice policyjnej: POSZUKIWANIA ZAGINIONEGO Z WISCONSIN

TRWAJĄ. Tydzień później „Weekly Enterprise” entuzjazmowało się nadchodzącym sezonem

świątecznym i George Amberson zupełnie zniknął z łamów. Lecz byłem tam. Al wydrapał

swoje imię na drzewie. Moje było wydrapane na stronach starej gazety. Spodziewałem się

tego, ale i tak czułem nabożny podziw, kiedy widziałem to na własne oczy.

Następnie wszedłem na stronę „Derry Daily News”. Dostęp do ich archiwum

kosztował mnie znacznie więcej - trzydzieści cztery pięćdziesiąt - ale już po kilku minutach

miałem przed sobą pierwszą stronę numeru z pierwszego listopada 1958 roku.

Wydawałoby się, że sensacyjna lokalna zbrodnia powinna trafić na pierwszą stronę

lokalnej gazety, ale w Derry - dziwnym miasteczku - o potwornościach mówiło się jak

najciszej. Wiadomością numer jeden tego dnia były prowadzone w Genewie rozmowy Rosji,

Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych o możliwym zakazie prób z bronią jądrową. Niżej

był artykuł o Bobbym Fischerze, czternastoletnim geniuszu szachowym. Dopiero na samym

dole pierwszej strony w lewym rogu (gdzie, jak twierdzą eksperci od mediów, ludzie patrzą

na samym końcu, jeśli w ogóle), widniał nagłówek KRWAWA NAPAŚĆ ZAKOŃCZONA

ŚMIERCIĄ DWÓCH OSÓB. Według autora artykułu w piątek krótko po ósmej wieczorem

Frank Dunning „ważna postać lokalnego biznesu, uczestnik wielu akcji charytatywnych”,

przyjechał „w stanie nietrzeźwym” do żony, z którą był w separacji. Po kłótni z żoną (której

ja na pewno nie słyszałem... a przecież byłem tam) Dunning rzucił się na nią z młotkiem,

łamiąc jej rękę, po czym zabił swojego dwunastoletniego syna, Arthura Dunninga, który

usiłował bronić matki.

Dalszy ciąg artykułu był na stronie dwunastej. Kiedy tam zajrzałem, powitała mnie

fotka mojego (nie)przyjaciela Billa Turcotte'a. Według autora „pan Turcotte przechodził obok

domu państwa Dunning, kiedy usłyszał dobiegające ze środka krzyki i wrzaski”. Pobiegł tam,

zobaczył przez otwarte drzwi, co się dzieje, i powiedział panu Dunningowi, „żeby przestał

wymachiwać tym młotkiem”. Dunning odmówił; pan Turcotte zauważył nóż myśliwski w

pochwie u pasa Dunninga i go stamtąd wyciągnął; Dunning rzucił się na pana Turcotte'a i

zaczęli się szamotać; w trakcie walki Dunning został śmiertelnie raniony nożem. Chwilę

potem bohaterski pan Turcotte doznał zawału serca.

Siedziałem wpatrzony w starą fotkę - Turcotte, z papierosem w kąciku ust, stał z jedną

nogą dumnie postawioną na zderzaku sedana z późnych lat czterdziestych - i bębniłem

palcami w udo. Dunning został zakłuty od tyłu, nie od przodu, i bagnetem, nie nożem

myśliwskim. Nie miał noża myśliwskiego. Oburęczny młot - ta nazwa nie padła ani razu - był

jego jedyną bronią. Czy policja mogła przeoczyć tak oczywiste fakty? Niemożliwe, chyba że

byli ślepi jak Ray Charles. A jednak... w Derry, jakie znałem, to wszystko było doskonale

logiczne.

Chyba się uśmiechałem. Ta historia była tak zwariowana, że aż godna podziwu.

Wszystko zgrabnie wyjaśnione. Szalony, pijany mąż, chowająca się po kątach, przerażona

rodzina, bohaterski przechodzień (ani słowa o tym, dlaczego w ogóle tamtędy przechodził).

Czego jeszcze potrzeba? I żadnej wzmianki o Tajemniczym Nieznajomym na miejscu

zdarzenia. Całe Derry.

Chwilę grzebałem w lodówce, znalazłem resztkę budyniu czekoladowego i wsunąłem

go, stojąc przy blacie i wyglądając na podwórko. Wziąłem Elmore'a na ręce i głaskałem

dotąd, aż zaczął się wiercić na znak, że ma dosyć. Wróciłem przed komputer, wcisnąłem

pierwszy lepszy klawisz, żeby magicznie usunąć wygaszacz ekranu, i jeszcze trochę

popatrzyłem na zdjęcie Billa Turcotte'a. Bohaterskiego interwenta, który ocalił kobietę i

dzieci i przypłacił to zawałem serca.

Wreszcie podszedłem do telefonu i zadzwoniłem na informację.

W spisie telefonów Derry nie było Doris, Troya ani Harolda Dunninga. Chwytając się

ostatniej deski ratunku, spytałem o Ellen, nie robiłem sobie jednak żadnych nadziei; nawet

jeśli nadal tam mieszkała, zapewne nosiła nazwisko męża. Czasem jednak strzał z pozoru

mający małe szanse trafienia okazuje się celny (przypadek Lee Harveya Oswalda jest

szczególnie okrutnym tego dowodem). Tak byłem zaskoczony, kiedy telefoniczny robot

podyktował mi numer telefonu, że nawet nie miałem ołówka w ręku. Zamiast zadzwonić na


Date: 2015-12-17; view: 149


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 20 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 22 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. (0.018 sec.)