Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 15 page

opadającego ku ziemi. Z tylnej kieszeni wyjąłem notatnik Blue Horse, który kupiłem w

drogerii w Dolnym Mieście (tej, w której kradzież to nie frajda, radocha ani ubaw).

Otworzyłem go na pierwszej stronie i pstryknąłem równie nowym długopisem Parker.

Siedziałem tak może piętnaście minut - dość długo, by usłyszeć warkot następnego

opadającego samolotu, tak bliski, że wręcz spodziewałem się poczuć łupnięcie, kiedy jego

koła otrą się o dach.

Kartka pozostała pusta. Moja głowa też. Ilekroć próbowałem ją rozruszać, jedyną

składną myślą, na jaką mogłem się zdobyć, była: Przeszłość nie chce, żeby ją zmieniać.

To nie pomagało.

Wreszcie wstałem (plastikowe siedzenie krzesła niechętnie uwolniło moje spodnie z

miłosnego uścisku), zdjąłem wentylator z półki w spiżarni i postawiłem na blacie. Nie byłem

pewien, czy będzie sprawny, ale był. Pomruk silniczka działał dziwnie kojąco. Poza tym

zagłuszał irytujące dudnienie lodówki.

Kiedy usiadłem z powrotem, myślało mi się już jaśniej i tym razem na kartce znalazło

się kilka słów.

MOŻLIWOŚCI

1. Zawiadomić policję

2. Anonimowy telefon do rzeźnika (w stylu „mam cię na oku, sk-synu, jeśli coś zrobisz,

doniosę komu trzeba”)

3. Wrobić rzeźnika w coś

4. Jakoś unieszkodliwić rzeźnika

Tu przerwałem. Lodówka szczęknęła i ucichła. Nie lądowały żadne samoloty, na

Harris Avenue nie było ruchu. W tej chwili byłem tylko ja, mój wentylator i moja

niedokończona lista. Wreszcie dopisałem ostatni punkt:

5. Zabić rzeźnika

Następnie zmiąłem kartkę, otworzyłem pudełko zapałek, które leżało obok kuchenki,

żeby było czym zapalić palniki albo piekarnik, i potarłem jedną o draskę. Wentylator od razu

zdmuchnął płomyk i znów pomyślałem o tym, jak trudno zmienić pewne rzeczy. Wyłączyłem

wentylator, zapaliłem następną zapałkę i przystawiłem ją do zgniecionej w kulkę kartki.

Kiedy buchnął płomień, wrzuciłem kartkę do zlewu, zaczekałem, aż zgaśnie, i spłukałem

popiół.

Potem pan George Amberson poszedł do łóżka.

Jednak nieprędko zasnął.

Kiedy o wpół do pierwszej ostatni nocny samolot przeleciał tuż nad dachem, jeszcze



nie spałem i myślałem o mojej liście. Zawiadomienie policji odpadało. Może dałoby to coś w

przypadku Oswalda, który miał wyznawać swoją dozgonną miłość do Fidela Castro i w

Dallas, i w Nowym Orleanie, ale z Dunningiem była zupełnie inna historia. Dunning był

lubianym i szanowanym członkiem społeczności. A kim byłem ja? Przybyszem w mieście,

które nie przepadało za ludźmi z zewnątrz. Tego popołudnia, wychodząc z drogerii, znów

zobaczyłem przed Sleepy Silver Dollar Bezszelkowego i jego załogę. Miałem na sobie moje

robociarskie łachy, ale obdarzyli mnie tym samym beznamiętnym spojrzeniem, które mówiło

„coś ty, kurwa, za jeden”.

Nawet gdybym mieszkał w Derry osiem lat, nie osiem dni, co mógłbym powiedzieć

policji? Że miałem wizję, że Frank Dunning zabije swoją rodzinę w wieczór Halloween? To

na pewno zrobiłoby piorunujące wrażenie.

Trochę bardziej podobał mi się pomysł z anonimowym telefonem do samego rzeźnika,

ale bałem się go zrealizować. Gdybym zadzwonił do Franka Dunninga - w pracy albo

pensjonacie Edny Price, gdzie na pewno zostałby przywołany do wspólnego telefonu w

salonie - zmieniłbym bieg wydarzeń. Taki telefon może i powstrzymałby go przed zabiciem

prawie całej rodziny, równie dobrze jednak mógłby mieć dokładnie odwrotny skutek i

zepchnąć go do otchłani szaleństwa, na której skraju musiał balansować pod maską tego

czarującego uśmiechu à la George Clooney. Zamiast zapobiec morderstwom, mógłbym je

przyspieszyć. W obecnym stanie rzeczy wiedziałem, kiedy i gdzie do nich dojdzie. Gdybym

go ostrzegł, nie sposób przewidzieć, co by się stało.

Wrobić go w coś? To mogłoby się udać w powieści szpiegowskiej, a ja nie byłem

agentem CIA; byłem nauczycielem angielskiego, do cholery.

Następny punkt na liście - „unieszkodliwić rzeźnika”. No dobra, ale jak? Może

potrącić go samochodem, kiedy będzie szedł z Charity Avenue na Kossuth Street z młotkiem

w dłoni i żądzą mordu w głowie? Jeśliby nie dopisało mi niesamowite szczęście, schwytaliby

mnie i wsadzili do więzienia. No i jeszcze jedna sprawa. Poturbowani ludzie zwykle

dochodzą do siebie. A wtedy mógłby spróbować znowu. Kiedy tak leżałem w ciemności, ten

scenariusz wydał mi się aż nadto prawdopodobny. Bo przeszłość nie chciała, żeby ją

zmieniać. Była nieustępliwa.

Jedynym pewnym rozwiązaniem było śledzić go, zaczekać, aż zostanie sam, i wtedy

go zabić. Proste jest najlepsze.

Z tym jednak też wiązały się pewne problemy. Największym było to, że nie

wiedziałem, czy mógłbym się na to zdobyć. W porywie emocji pewnie tak - gdybym musiał

chronić siebie albo kogoś innego - ale z zimną krwią? Nawet wiedząc, że moja potencjalna

ofiara zabije własną żonę i dzieci, jeśli go nie powstrzymam?

No i... gdybym to zrobił i złapaliby mnie, zanim mógłbym uciec do przyszłości, w

której byłem Jakiem Eppingiem, nie George'em Ambersonem, to co wtedy? Postawiliby mnie

przed sądem, skazali i wysłali do więzienia stanowego Shawshank. I tam właśnie byłbym w

dniu, kiedy John Kennedy zginął w Dallas.

I nawet nie w tym leżało sedno sprawy. Wstałem, przeszedłem przez kuchnię do

łazienki wielkości budki telefonicznej i usiadłem na sedesie z czołem opartym na dłoniach.

Przyjąłem, że wypracowanie Harry'ego jest zgodne z prawdą. Al też. Zapewne słusznie, bo

Harry był nieco powyżej progu normalności, a tacy ludzie są mniej skłonni przedstawiać

fantazje o krwawych morderstwach jako rzeczywistość. Mimo to...

„Dziewięćdziesiąt pięć procent pewności to nie sto”, powiedział Al, a mówił to w

odniesieniu do Oswalda. Właściwie to był jedyny człowiek, który mógł zabić Kennedy'ego -

jeśli odrzucić wszystkie niewydarzone teorie spiskowe - a w Alu wciąż tliły się wątpliwości.

Nie zweryfikowałem opowieści Harry'ego. W przyjaznym komputerom świecie 2011

roku byłoby to łatwe, ale tego nie zrobiłem. A nawet jeśli była w całości prawdziwa, mógł

pomylić albo w ogóle pominąć jakieś kluczowe szczegóły. Takie, na których mogłaby mi się

powinąć noga. A jeśli zamiast przybyć na ratunek jak sir Galahad, tylko dam się zabić razem

z nimi? To zmieniłoby przyszłość na wiele ciekawych sposobów, cóż, kiedy nie byłoby mi

dane ich poznać.

Do głowy wpadł mi nowy pomysł, pomysł niebezpiecznie kuszący. W wieczór

Halloween mógłbym się ulokować naprzeciwko Kossuth 379... i tylko patrzeć. Upewnić się,

że to się stało naprawdę, owszem, ale i odnotować wszystkie szczegóły, które jedyny żyjący

świadek - zszokowane dziecko - mógł przeoczyć. Potem pojechałbym do Lisbon Falls,

przeszedłbym przez króliczą norę i natychmiast wróciłbym do dziewiątego września 1958

roku o 11.58 rano. Znowu kupiłbym sunlinera i pojechał do Derry, tym razem wyposażony w

niezbędne informacje. To prawda, że wydałem już sporą część pieniędzy od Ala, lecz zostało

dość, żebym miał z czego żyć.

Pomysł dobrze wyszedł z bloków, ale potknął się jeszcze przed pierwszym wirażem.

Podstawowym celem tej wyprawy była chęć sprawdzenia, jak ocalenie rodziny woźnego

odbije się na przyszłości, a nie dowiedziałbym się tego, gdybym pozwolił Frankowi

Dunningowi dokonać tych morderstw. Poza tym i tak już byłem skazany, żeby zrobić to

wszystko jeszcze raz, bo kiedy - jeśli - znowu przejdę przez króliczą norę, by powstrzymać

Oswalda, nastąpi reset. Już za pierwszym razem było ciężko. Za drugim będzie jeszcze

gorzej. Za trzecim - strach pomyśleć.

I jeszcze jedna sprawa. Bliscy Harry'ego Dunninga już raz umarli. Czy miałem skazać

ich na to, żeby umarli znowu? Nawet jeśli za każdym razem to był pierwszy raz i nie zdawali

sobie z tego sprawy? Zresztą kto mógł wiedzieć, czy nie zostawało im to na jakimś głębokim

poziomie podświadomości?

Ból. Krew. Mała marchewkowowłosa przygnieciona fotelem bujanym. Harry

próbujący odstraszyć szaleńca wiatrówką Daisy. „Nie ruszaj mnie, tato, bo cię zastrzelę”.

Przeczłapałem z powrotem przez kuchnię, zatrzymując się, by spojrzeć na krzesło z

żółtym plastikowym siedzeniem.

- Nienawidzę cię, krzesło - powiedziałem do niego i znowu poszedłem do łóżka.

Tym razem zasnąłem prawie natychmiast. Kiedy obudziłem się następnego ranka,

słońce świeciło za jeszcze nieokrytym zasłonami oknem mojej sypialni, ptaki popisywały się

świergoleniem, a ja byłem przekonany, że wiem, co muszę zrobić. Proste jest najlepsze.

W południe zawiązałem krawat, nasadziłem słomkowy kapelusz na głowę pod

należycie zawadiackim kątem i pofatygowałem się do sklepu sportowego Machen's, gdzie

wciąż trwała JESIENNA WYPRZEDAŻ BRONI. Powiedziałem sprzedawcy, że jestem

zainteresowany kupnem pistoletu, bo pracuję w nieruchomościach i bywa, że muszę nosić

przy sobie dużo gotówki. Pokazał mi kilka włącznie z koltem. 38 Police Special. Kosztował

dziewięć dziewięćdziesiąt dziewięć. Cena wydawała się absurdalnie niska, dopóki nie

przypomniałem sobie, że według notatek Ala zamówiony z katalogu wysyłkowego włoski

karabin, którego użył Oswald do zmiany biegu dziejów, kosztował niecałe dwadzieścia

dolarów.

- To pana porządnie ochroni - powiedział sprzedawca, wysuwając bębenek i obracając

nim. Klikklikklikklik. - Do piętnastu metrów celność gwarantowana, a każdy, kto będzie dość

głupi, żeby chcieć pana obrobić, podejdzie dużo bliżej.

- Kupuję.

Przygotowałem się psychicznie na kontrolę moich skąpych papierów, ale znowu

zapomniałem wziąć pod uwagę wyluzowaną, pozbawioną lęku atmosferę Ameryki, w której

teraz mieszkałem. Odbyło się to tak: zapłaciłem i wyszedłem z rewolwerem. Żadnej roboty

papierkowej, żadnego okresu oczekiwania na broń. Nie musiałem nawet podać aktualnego

adresu.

Oswald zawinął swoją broń w koc i schował ją w garażu domu, w którym jego żona

mieszkała z niejaką Ruth Paine. Kiedy jednak wychodziłem ze sklepu Machen's z

rewolwerem w teczce, wydawało mi się, że wiem, jak musiał się czuć: jak człowiek z wielką

tajemnicą. Człowiek, który ma swoje własne prywatne tornado.

W drzwiach Sleepy Silver Dollar stał facet, który o tej porze powinien pracować w

którymś z zakładów. Palił papierosa i czytał gazetę. A przynajmniej wyglądał, jakby ją czytał.

Nie mógłbym przysiąc, że mnie obserwował, ale też nie mógłbym przysiąc, że nie.

To był Bezszelkowy.

Tego wieczora znów zająłem pozycję blisko kina Strand. Billboard nad wejściem

zapowiadał OD JUTRA! THUNDER ROAD (MITCHUM) & WIKINGOWIE (DOUGLAS)!

Kolejna porcja OGNISTEJ AKCJI dla kinomanów z Derry.

Dunning znowu poszedł na przystanek i wsiadł do autobusu. Tym razem nie ruszyłem

za nim. Nie było takiej potrzeby; wiedziałem, dokąd jedzie. Wróciłem do mojego nowego

mieszkania, od czasu do czasu rozglądając się za Bezszelkowym. Nigdzie go nie było i

powiedziałem sobie, że to, że zobaczyłem go naprzeciwko sklepu sportowego, to tylko zbieg

okoliczności. I to nieduży. Bądź co bądź, Sleepy Silver Dollar był jego ulubioną knajpą. A że

zakłady w Derry pracowały przez sześć dni w tygodniu, pracownicy rotacyjnie dostawali

wolne dni. Może akurat jemu jeden z nich wypadł w czwartek. Może za tydzień będzie w

Dolarze w piątek. Albo we wtorek.

Następnego wieczora znów byłem pod Strandem i udawałem, że studiuję plakat

„Thunder Road” (Robert Mitchum pędzi najgorętszą szosą na świecie!), głównie dlatego, że

nie miałem nic innego do roboty; do Halloween zostało jeszcze sześć tygodni i zanosiło się na

to, że ten punkt programu ograniczy się do zabijania czasu. Tym razem jednak zamiast pójść

na przystanek, Frank Dunning powędrował na skrzyżowanie Center, Kansas i Witcham i

zatrzymał się tam, jakby niezdecydowany. Znowu się porządnie odstawił: ciemne spodnie,

biała koszula, niebieski krawat i marynarka sportowa w jasnoszarą kratę. Kapelusz miał

zsunięty na tył głowy. Przez chwilę myślałem, że pójdzie do kina zobaczyć najgorętszą szosę

na świecie; wtedy ruszyłbym jakby nigdy nic w stronę Canal Street. On jednak skręcił w

lewo, na Witcham. Słyszałem, jak pogwizdywał. Dobrze mu to wychodziło.

Nie było potrzeby go śledzić; dziewiętnastego września nie zabił nikogo młotkiem.

Byłem jednak ciekaw i nie miałem nic lepszego do roboty. Wszedł do baru Lamplighter, nie

tak wysokiej klasy jak ten w Town House, ale i zdecydowanie nie tak obskurnego jak bary

przy Canal. W każdej małej mieścinie są jedna lub dwie knajpy mieszane, w których

niebieskie i białe kołnierzyki spotykają się na równych prawach, i Lamplighter wyglądał na

taki właśnie lokal. W karcie dań zwykle jest jakiś lokalny rarytas, na którego widok

niewtajemniczeni drapią się po głowach ze zdumienia. Specjalnością Lamplightera, jak się

zdaje, było coś o nazwie Smażonki z Homara.

Przeszedłem obok szerokich okien, z ociąganiem, noga za nogą i zobaczyłem, jak

Dunning wita się z klientelą. Ściskał dłonie; poklepywał policzki; zdjął jednemu mężczyźnie

kapelusz i rzucił go jak frisbee facetowi stojącemu przy automacie do ustawiania kręgli Bowl-

Mor, który wprawnie złapał kapelusz ku ogólnej wesołości. Miły człowiek. Zawsze się

wygłupia. Kiedy się śmiejesz, cały świat śmieje się z tobą i tak dalej.

Zobaczyłem, że usiadł przy stoliku blisko kręgli, i prawie ruszyłem dalej. Jednak

chciało mi się pić. Piwo byłoby w sam raz, a kontuar Lamplightera znajdował się na drugim

końcu zatłoczonej sali od dużego stolika, przy którym Dunning siedział w towarzystwie grupy

mężczyzn. On mnie nie będzie widział, ale ja będę mógł mieć na niego oko w lustrze. Nie

żebym spodziewał się zobaczyć coś szczególnie zaskakującego.

Poza tym, skoro miałem tu zostać jeszcze sześć tygodni, pora zacząć się zadomawiać.

Odwróciłem się więc i wszedłem w gwar wesołych rozmów, lekko podpitego śmiechu i

Deana Martina śpiewającego „That’s Amore”. Kelnerki krążyły wśród stolików z kuflami

piwa i talerzami, na których piętrzyły się stosy czegoś, co ani chybi było Smażonkami z

Homara. Były też oczywiście wznoszące się słupy niebieskiego dymu.

W 1958 dym jest wszędzie.

- Widzę, że zerka pan na tamten stolik - powiedział głos na wysokości mojego łokcia.

Siedziałem w Lamplighterze dość długo, by zamówić drugie piwo i „dziecięcą porcję”

Smażonek z Homara. Stwierdziłem, że jeśli ich choć nie skosztuję, zawsze mnie to będzie

męczyło.

Obejrzałem się i zobaczyłem niskiego mężczyznę o zaczesanych do tyłu, przylizanych

włosach, okrągłej twarzy i żywych czarnych oczach. Wyglądał jak wesoła wiewiórka.

Uśmiechnął się do mnie szeroko i wyciągnął małą, jakby dziecięcą dłoń. Zdobiąca jego

przedramię naga syrena machnęła giętkim ogonem i mrugnęła okiem.

- Charles Frati. Ale możesz mi mówić Chaz. Jak wszyscy.

Uścisnąłem jego rękę.

- George Amberson, ale możesz mi mówić George. Jak wszyscy.

Zaśmiał się. Ja też. Nie wypada się śmiać z własnych żartów (zwłaszcza kiedy są

marniutkie), ale niektórzy ludzie są tak ujmujący, że nigdy nie muszą się śmiać sami. Chaz

Frati był jednym z nich. Kelnerka przyniosła mu piwo. Wzniósł je w toaście.

- Twoje zdrowie, George - powiedział.

- Za to się napiję - odparłem i stuknąłem krawędzią mojej szklanki w jego szklankę.

- To twoi znajomi? - spytał, patrząc w lustrze za kontuarem na duży stolik w głębi sali.

- Nie. - Wytarłem pianę z górnej wargi. - Po prostu wyglądają, jakby bawili się

najlepiej z całego towarzystwa.

Chaz się uśmiechnął.

- To stolik Tony'ego Trackera. Właściwie mogliby wyryć na nim jego nazwisko. Tony

i jego brat Phil prowadzą firmę transportową. Mają też więcej akrów w tym mieście... i

sąsiednich... niż coca-cola ma bąbelków. Phil rzadko się tu pokazuje, zwykle jest w

rozjazdach, a Tony nie przegapi żadnego piątkowego i sobotniego wieczoru. I ma furę

przyjaciół. Zawsze dobrze się bawią, ale nikt tak nie potrafi rozruszać imprezy jak Frankie

Dunning. To pierwszy żartowniś. Wszyscy lubią starego Tony'ego, lecz Frankiego uwielbiają.

- Mówisz tak, jakbyś ich znał.

- Od lat. Znam większość ludzi w Derry, ale ciebie nie.

- Dopiero przyjechałem. Robię w nieruchomościach.

- Biznesowych, domyślam się.

- Dobrze się domyślasz. - Kelnerka postawiła przede mną Smażonki z Homara i

szybko odeszła. Stos na talerzu wyglądał jak truchła zeskrobane z szosy, ale pachniał

cudownie, a jeszcze lepiej smakował. Pewnie miliard gramów cholesterolu w każdym kęsie,

lecz w 1958 roku nikt się tym nie przejmuje i chwała Bogu. - Pomóż mi z tym -

powiedziałem.

- Nie, są twoje. Jesteś z Bostonu? Z Nowego Jorku?

Wzruszyłem ramionami. Zaśmiał się.

- Trzymasz karty przy orderach, co? Nie dziwię ci się, brachu. Licho nie śpi. Ale ja

chyba wiem, co knujesz.

Znieruchomiałem z nabitymi na widelec Smażonkami z Homara w połowie drogi do

ust. Chociaż w Lamplighterze było ciepło, nagle przejął mnie chłód.

- Poważnie?

Nachylił się blisko mnie. Jego włosy pachniały wodą fryzjerską Vitalis, oddech

cukierkami na gardło Sen-Senem.

- Gdybym powiedział „działka pod centrum handlowe”, byłbym blisko?

Co za ulga! Wytłumaczenie, że przyjechałem do Derry szukać miejsca na centrum

handlowe, nie przyszło mi do głowy, ale było dobre. Puściłem oko do Chaza Fratiego.

- Nie mogę powiedzieć.

- Nie, nie, jasne. Biznes to biznes, zawsze powtarzam. Zostawmy ten temat. Ale

gdybyś kiedyś miał ochotę rzucić miejscowemu prostaczkowi smaczny kąsek, chętnie cię

wysłucham. I tak tylko, na dowód, że mam dobre serce, dam ci małą wskazówkę. Jeśli jeszcze

nie zajrzałeś do starych zakładów Kitchener's Ironworks, powinieneś. Idealne miejsce. A

centra handlowe? Wiesz, czym one są, synu mój?

- Falą przyszłości - powiedziałem.

Wymierzył do mnie z palca jak z pistoletu i mrugnął okiem. Znów się zaśmiałem, po

prostu nie mogłem się powstrzymać. Po części z czystej ulgi, że jednak nie każdy dorosły w

Derry zapomniał, jak być uprzejmym dla nieznajomego.

- Strzał w dziesiątkę.

- A czyja jest ziemia, na której stoją stare Kitchener's Ironworks, Chaz? Braci

Trackerów, jak przypuszczam?

- Mówiłem, że mają większość, nie całość ziemi w okolicy. - Spojrzał w dół, na

syrenę. - Milly, mam powiedzieć George'owi, czyja jest ta rewelacyjna działka przeznaczona

pod działalność gospodarczą, położona o zaledwie trzy kilometry od centrum tej metropolii?

Milly pomachała pokrytym łuskami ogonem i zakołysała piersiami jak filiżanki. Chaz

Frati nie zacisnął dłoni w pięść, by wywołać ten efekt; mięśnie w jego przedramieniu zdawały

się ruszać same z siebie. Fajna sztuczka. Byłem ciekaw, czy wyciąga też króliki z kapeluszy.

- Dobrze, moja droga. - Znów spojrzał na mnie. - Cóż, tak się składa, że ta działka

należy do mojej skromnej osoby. Skupuję, co najlepsze, resztę zostawiam braciom Tracker.

Biznes to biznes. Pozwolisz, że wręczę ci moją wizytówkę, George?

- Oczywiście.

Wręczył. Na wizytówce napisane było tylko CHARLES „CHAZ” FRATI. KUPNO

SPRZEDAŻ WYMIANA. Schowałem ją do kieszeni koszuli.

- Skoro znasz tych wszystkich ludzi, a oni ciebie, czemu nie jesteś tam z nimi, zamiast

siedzieć przy barze z nowym uczniem w klasie? - spytałem.

Wyglądał na zaskoczonego, zaraz jednak na powrót przybrał rozbawioną minę.

- Co ty, brachu, z księżyca spadłeś?

- Jestem nowy w mieście, to wszystko. Jeszcze nie wiem, co i jak. Nie miej mi tego za

złe.

- Gdzieżbym mógł. Robią ze mną interesy, bo jestem właścicielem połowy moteli w

mieście, obu kin w centrum i samochodowego, jednego banku i wszystkich lombardów we

wschodnim i centralnym Maine. Ale nie jedzą ze mną, nie piją, nie zapraszają mnie do swoich

domów ani do swojego klubu, bo należę do narodu wybranego.

- Nie nadążam.

- Jestem Żydem, brachu.

Na widok mojej miny uśmiechnął się szeroko.

- Nie wiedziałeś. Nawet kiedy nie chciałem twojego homara, nie wiedziałeś. Jestem

wzruszony.

- Po prostu usiłuję zrozumieć, dlaczego to miałoby mieć znaczenie - powiedziałem.

Zaśmiał się, jakby nie słyszał w tym roku lepszego żartu.

- To ty nie z księżyca spadłeś, tylko cię w kapuście znaleźli.

W lustrze widziałem, że Frank Dunning coś mówi. Tony Tracker i jego znajomkowie

słuchali z szerokimi uśmiechami na twarzach. Kiedy ryknęli bydlęcym śmiechem, byłem

ciekaw, czy opowiedział ten kawał o trzech czarnuchach uwięzionych w windzie, czy może

coś jeszcze bardziej zabawnego - na przykład o trzech żydkach na polu golfowym.

Chaz zauważył, że przyglądam się Dunningowi.

- Frank potrafi rozbawić towarzystwo, o tak. Wiesz, gdzie pracuje? Nie, jesteś nowy w

mieście, zapomniałem. W Center Street Market. Jest kierownikiem działu mięsnego. I

współwłaścicielem, chociaż się tym nie chwali. Wiesz co? W dużej mierze dzięki niemu ten

sklep jeszcze stoi i przynosi zyski. Kobiety lgną do niego jak pszczoły do miodu.

- Poważnie?

- O tak, i mężczyźni też za nim przepadają. A nie zawsze tak jest. Nie wszyscy faceci


Date: 2015-12-17; view: 261


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 14 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 16 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.04 sec.)