Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 13 page

całe Dolne Miasto... tak starsi mieszkańcy nazywają centrum miasta, panie Amberson... całe

Dolne Miasto było podtopione. Nasza piwnica przez prawie miesiąc wyglądała jak Wielki

Kanał w Wenecji. Pani Starrett ma rację, tych dokumentów w ogóle nie należało przenosić.

Nikt nie wie, dlaczego to zrobiono i kto o tym zdecydował. Okropnie mi przykro.

Nie mogłem nie poczuć tego, co czuł Al, kiedy próbował ocalić Carolyn Poulin: że

jestem w swoistym więzieniu o elastycznych ścianach. Żeby się wyswobodzić, będę musiał je

rozciąć, ale jak? Czy miałem kręcić się w pobliżu miejscowych szkół w nadziei, że zobaczę

chłopca podobnego do sześćdziesięciokilkuletniego woźnego, który właśnie przeszedł na

emeryturę? Wypatrywać siedmioletniej dziewczynki, która rozśmiesza koleżanki do rozpuku?

Czekać, aż jakiś dzieciak krzyknie „Hej, Tugga, zaczekaj!”?

Jasne. Nowo przybyły kręcący się pod szkołami w mieście, w którego ratuszu wisi

plakat przestrzegający rodziców przed obcymi. To byłoby tak, jakby nie tylko dać się wyłapać

na radarze, ale wprost w ten radar wlecieć.

Jedno wiedziałem na pewno - musiałem się wynieść z Derry Town House. Przy

cenach z roku 1958 swobodnie było mnie stać na to, żeby mieszkać tam jeszcze siedem

tygodni, ale to mogłoby wywołać plotki. Postanowiłem poszukać w ogłoszeniach pokoju do

wynajęcia. Odwróciłem się w stronę Dolnego Miasta i znieruchomiałem.

Ba-da-da-da... ba-da-da-di-dum...

To rzeczywiście był Glenn Miller. „In the Mood”, utwór, który nie bez powodu dobrze

znałem. Zaciekawiony, ruszyłem w stronę muzyki.

Na końcu koślawego płotka między chodnikiem przy Kansas Street a zboczem

opadającym do Barrens był mały placyk piknikowy. Stał na nim kamienny grill i dwa stoły

piknikowe rozdzielone zardzewiałym koszem na śmieci. Na jednym ze stołów leżał

przenośny adapter. Na talerzu obracała się duża czarna płyta, odtwarzana z prędkością 78

obrotów na minutę.

Chudy jak tyczka chłopak w sklejonych taśmą okularach tańczył na trawie z

absolutnie zjawiskową rudowłosą dziewczyną. W LHS nazywaliśmy pierwszoklasistów

„narybkiem” i ci dwoje już łapali się do tej kategorii, choć ledwo, ledwo. Tańczyli jednak z

gracją dorosłych. I to nie jitterbuga; swinga. Byłem zauroczony, ale i... co? Przerażony? Może



trochę. Bałem się przez prawie cały mój pobyt w Derry i w Teksasie. Chodziło też jednak o

coś innego, coś większego. Swoistą trwogę, jakbym był na krawędzi poznania wielkiej

tajemnicy. Albo jakbym widział (jak w zwierciadle, niejasno, rozumiecie) maszynerię

wszechświata.

Trzeba wam bowiem wiedzieć, że poznałem Christy na kursie swinga w Lewiston i

między innymi przy tym właśnie utworze uczyliśmy się tańczyć. Później - w naszym

najlepszym roku, sześć miesięcy przed ślubem i sześć miesięcy po - tańczyliśmy na

zawodach, raz zajęliśmy czwarte miejsce (znane też jako „pierwsze poza pudłem”, według

Christy) w Regionalnym Konkursie Swinga. Naszą piosenką był lekko spowolniony, taneczny

mix „Boogie Shoes” K.C. and the Sunshine Band.

To nie jest zbieg okoliczności, pomyślałem, obserwując ich. Chłopak miał na sobie

niebieskie dżinsy i koszulkę z okrągłym wycięciem pod szyją; dziewczyna była w białej

bluzce wypuszczonej na wyblakłe czerwone spodnie do połowy łydki. Swoje niesamowite

włosy miała związane w taki sam bezczelnie uroczy koński ogon, jaki zawsze nosiła Christy,

kiedy tańczyliśmy na zawodach. Wraz z wywijanymi skarpetkami do kostek i rozkloszowaną

spódniczką w stylu retro, oczywiście.

To nie może być zbieg okoliczności...

Tańczyli odmianę lindy hopa, którą znałem jako hellzapoppin. Jest to szybki taniec -

szybki jak błyskawica, jeśli ma się wystarczającą kondycję i grację - oni jednak poruszali się

wolno, bo dopiero uczyli się kroków. Widziałem każdy ruch w najdrobniejszych szczegółach.

Znałem wszystkie, choć od ponad pięciu lat nie miałem okazji ich ćwiczyć. Podejść do siebie,

trzymając się za ręce. On lekko się pochyła i wyrzuca lewą nogę w przód, ona robi to samo,

oboje ze skrętem talii, jakby szli w przeciwnych kierunkach. Rozsunąć się, nie puszczając rąk,

teraz ona okręca się najpierw w lewo, potem w prawo...

Ale obrót powrotny zupełnie im nie wyszedł i dziewczyna wyłożyła się w trawę.

- Jezu, Richie, zawsze ten sam błąd! Błe, jesteś do niczego! - Mimo to śmiała się.

Przewróciła się na plecy i wbiła wzrok w niebo.

- Panienka wybaczy, panienko Scawlett! - krzyknął chłopak piskliwym głosem małego

Murzynka. W politycznie poprawnym dwudziestym pierwszym wieku posypałyby się za to na

niego gromy. - Ja prosty chłopak ze wsi jestem, ale tańca łonego się wyuczę, żeby nie

wiadomo co!

- Prędzej mnie zabijesz - powiedziała. - Puść płytę od początku, zanim stracę...

Wtedy oboje zobaczyli mnie.

Nastała dziwna chwila. Derry było przedzielone zasłoną - z czasem poznałem tę

zasłonę tak dobrze, że wręcz mogłem ją widzieć. Miejscowi byli po jednej stronie; ludzie

spoza miasta (jak Fred Toorney jak ja) po drugiej. Tubylcy czasem wychodzili zza tej

zasłony, tak jak to zrobiła bibliotekarka, pani Starrett, kiedy wyraziła swoje oburzenie z

powodu przeniesienia danych ze spisu ludności, ale jeśli zadawałeś za dużo pytań - a już na

pewno gdy ich zaskakiwałeś - chowali się za nią z powrotem.

Te dzieci jednak, choć na pewno je zaskoczyłem, nie wycofały się za tę zasłonę. Ich

twarze pozostały pełne ciekawości i zainteresowania.

- Przepraszam, przepraszam - odezwałem się. - Nie chciałem was wystraszyć.

Usłyszałem muzykę i zobaczyłem, że tańczycie lindy hopa.

- Że próbujemy tańczyć lindy hopa, chciał pan powiedzieć - sprostował chłopak.

Pomógł dziewczynie wstać. Ukłonił się. - Richie Tozier, do usług. Przyjaciele mawiają o

mnie „Richie-Richie, mieszka w dziczy”, ale co oni tam wiedzą?

- Miło cię poznać. George Amberson. - A potem, ni z tego, ni z owego: - A o mnie

przyjaciele mawiają: „Georgie-Georgie, gumę żuje w mordzie”, ale też się nie znają.

Dziewczyna ze śmiechem gruchnęła na ławę przy stole piknikowym. Chłopak

wyrzucił ręce do góry i zaryczał:

- Nieznajomy dorosły mówi dobry żart! Ju-huuu! Seee-nsacja! Edzie McMahonie, cóż

mamy dla naszego czarującego gościa? Ach, Johnny, główną nagrodą w dzisiejszym

programie jest komplet „Encyclopedia Britannica” i elektroluks, który wessie każdy...

- Bip-bip, Richie - powiedziała dziewczyna. Ocierała kąciki oczu.

To poskutkowało niefortunnym powrotem do piskliwego głosu małego Murzynka.

- Panienka daruje, panienko Scawlett, panienka nie bije! Jeszczem cały w strupach po

ostatnim laniu!

- A panienka to kto? - spytałem.

- Bevvie-Bevvie, mieszkam na drzewie. - Znów zachichotała. - Przepraszam... Richie

to dureń, ale mnie nic nie usprawiedliwia. Beverly Marsh. Pan nietutejszy, co?

Wszyscy jakoś to od razu poznawali.

- Tak, ale wy też mi na miejscowych nie wyglądacie. Jesteście pierwszymi

mieszkańcami Derry, których poznałem, a którzy nie są... zrzędami.

- Taa, zrzędliwe jest to nasze miasteczko - przytaknął Richie i zdjął z płyty

podskakujące w ostatnim rowku ramię gramofonu.

- Słyszałem, że ludzie szczególnie martwią się o dzieci - powiedziałem. - Zwróćcie

uwagę, że trzymam się na dystans. Wy na trawie, ja na chodniku.

- Nie martwili się tak, kiedy trwały morderstwa - burknął Richie. - O morderstwach

pan słyszał?

Skinąłem głową.

- Zatrzymałem się w Town House. Ktoś, kto tam pracuje, opowiedział mi, co się

działo.

- Taa, teraz, jak się skończyły, wszyscy nagle martwią się o dzieci. - Usiadł obok

Bevvie, co mieszkała na drzewie. - Ale dopóki trwały, żaden słowem nie pisnął.

- Richie, bip-bip - powiedziała Bevvie.

Tym razem chłopiec próbował naśladować Humphreya Bogarta, z marnym skutkiem.

- Cóż, taka jeszt prawda, szkarbie. Wiesz, że taka jeszt prawda.

- To się skończyło - powiedziała mi Bevvie z żarliwością lokalnego patrioty. - Oni

tylko jeszcze tego nie wiedzą.

- „Oni” w sensie „mieszkańcy miasta” czy ogólnie „dorośli”?

Wzruszyła ramionami w geście „co za różnica”.

- Ale wy wiecie.

- Tak się składa, że owszem. - Richie spojrzał na mnie wyzywająco, ale w oczach za

jego sklejonymi okularami wciąż widziałem ten błysk wariackiego humoru. Domyślałem się,

że nigdy nie znikał z nich do końca.

Wszedłem na trawę. Żadne z dzieci nie uciekło z krzykiem. Mało tego, Beverly

przesunęła się w bok na ławie (jednocześnie szturchnęła Richiego łokciem, żeby też się

przesunął) i zrobiła mi miejsce. Byli albo bardzo odważni, albo bardzo głupi, a na głupich nie

wyglądali.

I wtedy dziewczyna powiedziała coś, co wprawiło mnie w osłupienie.

- Czy ja pana znam? Czy my pana znamy?

Zanim mogłem odpowiedzieć, odezwał się Richie.

- Nie, to nie to. To... nie wiem. Chce pan czegoś, panie Amberson?

O to chodzi?

- Szczerze, tak. Pewnych informacji. Ale skąd to wiedzieliście? I skąd wiecie, że nie

jestem niebezpieczny?

Spojrzeli na siebie i coś sobie powiedzieli bez słów. Nie mogłem stwierdzić co, ale

pewien byłem: po pierwsze, wyczuli we mnie inność dalece wykraczającą poza fakt, że byłem

obcym w ich mieście... a po drugie, w odróżnieniu od Człowieka z Żółtą Kartką nie bali się

jej. Wręcz przeciwnie; byli nią zafascynowani. Miałem wrażenie, że te ładne, nieustraszone

dzieciaki mogłyby mi niejedno opowiedzieć, gdyby tylko chciały. Do dziś jestem ciekaw,

jakież to byłyby historie.

- Po prostu nie jest pan. - Richie spojrzał na dziewczynę, a ona pokiwała głową na

znak zgody.

- I jesteście pewni, że... złe czasy się skończyły?

- Prawie - powiedziała Beverly. - Wydaje mi się, że w Derry złe czasy tak naprawdę

nigdy się nie kończą, panie Amberson... to okrutne miejsce. Pod wieloma względami. Ale

kiedyś będzie lepiej.

- A gdybym powiedział wam czysto hipotetycznie, że coś złego jeszcze majaczy na

horyzoncie? Coś takiego jak to, co spotkało małego Dorseya Corcorana.

Wzdrygnęli się, jakbym uszczypnął ich w miejsce, gdzie nerwy leżą tuż pod skórą.

Beverly odwróciła się do Richiego i szepnęła mu coś na ucho. Nie jestem w stu procentach

pewien, co powiedziała, mówiła szybko i cicho, ale możliwe, że były to słowa: „Tego nie

zrobił klown”. Potem spojrzała na mnie.

- Co dokładnie? To samo co wtedy, kiedy ojciec Dorseya...

- Nieważne. Nie musicie tego wiedzieć. - Pora skoczyć w głęboką wodę. Te dzieciaki

były właściwymi osobami. Nie wiedziałem, skąd to wiem, ale to wiedziałem. - Znacie

Dunningów? - Wyliczyłem na palcach. - Troy, Arthur, Harry i Ellen. Tylko że na Arthura

mówią też...

- Tugga - powiedziała Beverly beznamiętnie. - Jasne, że go znamy, chodzi z nami do

szkoły. Tego lindy hopa ćwiczymy na szkolny pokaz talentów, będzie zaraz przed Świętem

Dziękczynienia...

- Panienka Scawlett uważa, że musim się wcześnie zaczunć przygotowywać - wtrącił

Richie.

Beverly Marsh go zignorowała.

- Tugga też się zgłosił do pokazu. Ma śpiewać „Splish Splash”. Z playbacku. -

Przewróciła oczami. Była w tym dobra.

- Gdzie mieszka? Wiecie?

Oczywiście, że wiedzieli, ale żadne tego nie potwierdziło. I gdybym nie dał im czegoś

więcej, nie zrobiliby tego. Widziałem to w ich twarzach.

- A jeśli wam powiem, że jest spore prawdopodobieństwo, że Tuggi w ogóle nie

będzie na pokazie talentów, jeśli ktoś nie będzie nad nim czuwał? Nad jego braćmi i siostrą

też? Uwierzycie?

Znów porozumieli się wzrokiem. Trwało to długo - może dziesięć sekund. To było

tego rodzaju przeciągłe spojrzenie, jakie wymieniają kochankowie, ale byli za młodzi, by być

kochankami. Przyjaciółmi owszem, na pewno. Bliskimi przyjaciółmi, którzy przez coś razem

przeszli.

- Tugga i jego rodzina mieszkają na Cossut Street - powiedział wreszcie Richie.

Przynajmniej tak to zabrzmiało.

- Cossut?

- Tak to wymawiają miejscowi - wyjaśniła Beverly. - K-O-S-S-U-T-H. Cossut.

- Rozumiem. - Teraz pozostawało tylko pytanie, jak dużo te dzieci rozpaplają o naszej

dziwnej rozmowie na skraju Barrens.

Beverly patrzyła na mnie poważnie, z niepokojem.

- Panie Amberson, ja znam tatę Tuggi. Pracuje w Center Street Market. To miły

człowiek. Zawsze uśmiechnięty. On...

- Miły człowiek już nie mieszka w domu - wtrącił Richie. - Żona go wywaliła na

kopach.

Odwróciła się do niego z szeroko otwartymi oczami.

- Tug ci to powiedział?

- Nie. Ben Hanscom. Tug powiedział jemu.

- Ale jest miły - powtórzyła Beverly cicho. - Zawsze się wygłupia i w ogóle, ale nigdy

się nie pcha z łapami, gdzie nie powinien.

- Klowny też się wygłupiają - stwierdziłem. Oboje podskoczyli jakbym znów

uszczypnął ten czuły splot nerwów. - Co nie znaczy że są miłe.

- Wiemy - szepnęła Beverly. Patrzyła na swoje dłonie. Potem podniosła oczy na mnie.

- Słyszał pan o Żółwiu? - „Żółw” wyraźnie był nazwą własną.

Pomyślałem, żeby odpowiedzieć: „Słyszałem o Żółwiach Ninja” ale tego nie zrobiłem.

Na Leonarda, Donatella, Raphaela i Michelangelo było jeszcze kilkadziesiąt lat za wcześnie.

Tylko potrząsnąłem głową.

Spojrzała z powątpiewaniem na Richiego. On popatrzył na mnie, a potem znów

odwrócił się do niej.

- To dobry człowiek. Jestem prawie pewna. - Dotknęła mojego nadgarstka. Jej palce

były zimne. - Pan Dunning jest miły. To, że już nie mieszka w domu, nie znaczy, że nie.

Celna uwaga. Moja żona zostawiła mnie, ale nie dlatego, że byłem niemiły.

- Wiem. - Wstałem. - Zostanę w Derry na jakiś czas i wolałbym nie rzucać się w oczy.

Moglibyście zachować naszą rozmowę dla siebie? Wiem, że proszę o wiele, ale...

Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem.

Kiedy odzyskała mowę, Beverly powiedziała:

- Potrafimy dochować tajemnicy.

Skinąłem głową.

- Nie wątpię. Założę się, że kilku dochowaliście tego lata.

Na to nie odpowiedzieli.

Wskazałem kciukiem Barrens.

- Bawicie się tam?

- Kiedyś tak, teraz już nie. - Richie wstał i otrzepał siedzenie dżinsów. - Miło się z

panem rozmawiało, panie Amberson. Niech panu droga lekką będzie. - Zawahał się. - I niech

pan uważa w Derry. Jest już lepiej, ale chyba nigdy nie będzie, wie pan, tak jak trzeba.

- Dzięki. Dziękuję wam obojgu. Może pewnego dnia rodzina Dunningów też będzie

miała wam za co dziękować, ale jeśli wszystko pójdzie po mojej myśli...

- ...nigdy się o niczym nie dowiedzą - dokończyła za mnie Beverly.

- Otóż to. - Po czym dodałem; przypominając sobie coś, co powiedział Fred Toomey: -

Trafiony, zatopiony. Uważajcie na siebie.

- Taki mamy zamiar. - Beverly znów zachichotała. - Żuj gumę w mordzie, Georgie.

Zasalutowałem od ronda mojego nowego słomkowego kapelusza i już miałem odejść,

kiedy wpadłem na pewien pomysł.

- Czy ten gramofon odtwarza z prędkością trzydzieści trzy i jedna trzecia?

- Takiej do longplayów? - spytał Richie. - Nie, mamy taki w domu, owszem, ale sprzęt

Bevvie to zabawka na baterie.

- Te, Tozier, uważaj, co mówisz o moim gramofonie - powiedziała Beverly. - Kupiłam

go za własne oszczędności. - Potem do mnie: - Gra tylko siedemdziesiątkiósemki i

czterdziestkipiątki. Tyle że zgubiłam takie plastikowe kółko, które się wkłada do otworu w

czterdziestkachpiątkach, więc teraz mogę na nim puszczać tylko siedemdziesiątkiósemki.

- Czterdzieści pięć powinno wystarczyć - stwierdziłem. - Puśćcie płytę od początku,

ale na wolniejszych obrotach. - Na kursie nauczyliśmy się z Christy ćwiczyć kroki swinga w

zwolnionym tempie.

- A to papcio wymyślił! - zdziwił się Richie. Przełączył wajchę prędkości obok talerza

i puścił płytę od początku. Muzyka tym razem brzmiała, jakby cały big-band Glenna Millera

nałykał się quaalude.

- No dobra. - Wyciągnąłem ręce do Beverly. - Patrz, Richie.

Wzięła mnie za ręce z pełną ufnością, patrząc szeroko otwartymi, rozbawionymi

niebieskimi oczami. Byłem ciekaw, gdzie ta dziewczyna jest i kim jest w roku 2011. O ile w

ogóle jeszcze żyje. Jeśli tak, czy pamięta, że dziwny człowiek, który zadawał dziwne pytania,

tańczył z nią do ślimaczącej się wersji „In the Mood” w słoneczne wrześniowe popołudnie?

- Przedtem robiliście to wolno - powiedziałem - a tak będzie jeszcze wolniej, ale łatwo

trzymać rytm. I będziecie mieli mnóstwo czasu na każdy krok.

Przyciągnąłem Bevvie do siebie za ręce. Pozwoliłem jej się odsunąć. Oboje zgięliśmy

się jak ludzie pod wodą i zrobiliśmy wymach lewą nogą, podczas gdy Orkiestra Glenna

Millera grała „baaaa... daa... daaaa... baaaa... daa... daaaa... diiii... daaaaaa”. W tym samym

zwolnionym tempie, jak nakręcona zabawka, która wytraca impet, Beverly okręciła się w

lewo pod moimi uniesionymi dłońmi.

- Stop! - powiedziałem i zamarła, odwrócona do mnie plecami, wciąż trzymając mnie

za ręce. - Teraz ściśnij moją prawą rękę, żeby mi przypomnieć, co dalej.

Ścisnęła, po czym płynnie obróciła się z powrotem, aż znalazła się po mojej prawej.

- Fajowo! - wykrzyknęła. - Teraz ja na dół, a pan mnie podrzuca. I wtedy robię

przewrót. Dlatego ćwiczymy na trawie, żebym, w razie gdyby mi nie wyszło, nie złamała

sobie karku.

- To już zostawię wam - zdecydowałem. - W moim wieku podrzuca się co najwyżej

naleśniki.

Richie raz jeszcze podniósł dłonie do policzków.

- Ju-huuu! Nieznajomy dorosły mówi następny...

- Bip-bip, Richie - wszedłem mu w słowo. Zaśmiał się. - Teraz wy spróbujcie. I

ustalcie sygnały do wszystkich innych figur, które wykraczają poza prosty two-step tańczony

na lokalnych potańcówkach. Wtedy nawet jeśli nie wygracie konkursu talentów, przynajmniej

będziecie dobrze wyglądać.

Richie wziął Beverly za ręce i spróbował. Do siebie, od siebie, na boki, obrót w lewo,

obrót w prawo. Doskonale. Wśliznęła się nogami naprzód między jego rozstawione nogi,

gibka jak ryba, on wyciągnął ją z powrotem. Zakończyła efektownym przewrotem, po którym

wylądowała na nogach. Richie wziął ją za ręce i powtórzyli wszystko od początku. Za drugim

razem wyszło jeszcze lepiej.

- Przy wślizgu gubimy rytm - narzekał Richie.

- Kiedy puścicie płytę w normalnym tempie, będzie dobrze. Zaufaj mi.

- To mi się podoba - uznała Beverly. - Jakbym oglądała to wszystko za szybą. -

Zakręciła piruet na czubkach tenisówek. - Czuję się jak Loretta Young, kiedy wchodzi we

wzorzystej sukni na początku swojego programu.

- Zwą mnie Arthur Murray, jestem z Miz-UUU-ri - wygłupiał się Richie. Też miał

zadowoloną minę.

- Puszczę płytę szybciej - powiedziałem. - Pamiętajcie o sygnałach. I trzymajcie rytm.

Rytm to podstawa.

Glenn Miller grał tę starą słodką melodię, a dzieci tańczyły. Obok, na trawie tańczyły

ich cienie. Do siebie... od siebie... skłon... wymach nogą... obrót w lewo... obrót w prawo...

wślizg... wyciągnięcie za ręce... i przewrót. Tym razem nie wyszło im to idealnie i mieli

zrobić jeszcze wiele błędów, zanim opanują wszystkie kroki (o ile w ogóle tego dokonają),

ale nie byli źli.

Och, do licha z tym. Byli piękni. Po raz pierwszy od czasu, kiedy wjechałem na to

wzniesienie na drodze numer 7 i zobaczyłem Derry rozsiadłe na zachodnim brzegu

Kenduskeag, byłem szczęśliwy. To dobrze mnie nastroiło na resztę dnia, zostawiłem ich więc

i poszedłem, dając sobie w duchu tę starą dobrą radę: Nie oglądaj się za siebie, nigdy nie

oglądaj się za siebie. Jak często ludzie mówią to sobie po doświadczeniu, które jest

wyjątkowo dobre (albo wyjątkowo złe)? Często, jak sądzę. I rada ta zwykle jest ignorowana.

Ludzie są stworzeni do tego, żeby oglądać się za siebie; po to mamy ten staw obrotowy w

szyi.

Przeszedłem pół przecznicy i odwróciłem się, przekonany, że będą za mną patrzeć.

Ale nie. Wciąż tańczyli. I dobrze.

Parę przecznic dalej na Kansas Street była stacja benzynowa Cities Service i

wszedłem do kantorka, żeby spytać o drogę na Kossuth Street, wymawiane Cossut. Z

warsztatu dobiegał warkot sprężarki powietrznej i brzęczenie muzyki pop, ale kantorek był

pusty. To mi nie przeszkadzało, bo obok kasy zobaczyłem coś użytecznego: druciany stojak

wypełniony mapami. W górnej kieszonce był jeden jedyny plan miasta, brudny i zapomniany.

Na okładce widniało zdjęcie wyjątkowo brzydkiej figury Paula Bunyana odlanej z plastiku.

Paul trzymał topór na ramieniu i patrzył z szerokim uśmiechem w letnie słońce. Tylko Derry,

pomyślałem, mogło przyjąć za swój symbol plastikową statuę mitycznego drwala.

Zaraz za dystrybutorami paliwa był stojak z gazetami. Wziąłem „Daily News”, żeby

służyła mi za kamuflaż, i dorzuciłem pięciocentówkę do monet rozrzuconych na stosie pism.

Nie wiem czy w 1958 ludzie są uczciwsi, ale na pewno są dużo bardziej ufni.

Według planu Kossuth Street znajdowała się w tej samej części miasta co Kansas

Street i okazało się, że od stacji benzynowej dzieli ją raptem piętnaście minut przyjemnym

spacerkiem. Szedłem pod wiązami jeszcze nietkniętymi przez zarazę, która do końca lat

siedemdziesiątych miała zniszczyć prawie wszystkie, drzewami, które wciąż były zielone jak

w lipcu. Dzieci śmigały obok mnie na rowerach i grały w kamyki przed domami. Grupki

dorosłych stały na narożnych przystankach autobusowych, oznakowanych białymi paskami

namalowanymi na słupach telefonicznych. Derry zajmowało się swoimi sprawami, ja swoimi

- ot, zwykły facet w nijakiej marynarce sportowej i słomkowym kapeluszu lekko zsuniętym

na tył głowy, ze złożoną gazetą w ręku. Facet, który być może szukał wyprzedaży rzeczy


Date: 2015-12-17; view: 229


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 12 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 14 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.124 sec.)