Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 8 page

wziął przez pomyłkę za dużo pigułek („Taa, taa”), i wyszedłem. Przez minutę stałem na

dworze i patrzyłem na krasnala z flagą Teksasu, po czym wsiadłem do samochodu.

Nie zadzieraj z Teksasem, pomyślałem... ale może nie będzie innego wyjścia. A biorąc

pod uwagę kłopoty Ala ze zmianą przeszłości - przebite opony, padnięty silnik, zawalony

most - czułem, że jeśli się na to zdecyduję, Teksas zadrze ze mną.

Po tym wszystkim sądziłem, że nie zasnę przed drugą w nocy, a było spore

prawdopodobieństwo, że nie zasnę w ogóle. Czasem jednak organizm sam się troszczy o

swoje potrzeby. Kiedy wróciłem do domu i zrobiłem sobie słabego drinka (fakt, że znów

mogłem mieć alkohol w domu, był jednym z kilku małych plusów powrotu do stanu

wolnego), ciążyły mi powieki; kiedy dopiłem szkocką i przeczytałem pierwsze dziesięć stron

zapisków Ala o Oswaldzie, oczy same mi się zamykały.

Opłukałem szklankę w zlewie, poszedłem do sypialni (zostawiając za sobą szlak z

ubrań - Christy by mnie za to ochrzaniła) i gruchnąłem na podwójne łóżko, w którym teraz

spałem w pojedynkę. Pomyślałem, żeby sięgnąć do lampki i ją wyłączyć, ale moja ręka była

ciężka, bardzo ciężka. Wydawało się, że całe wieki upłynęły od chwili, kiedy sprawdzałem

wypracowania w osobliwie cichym pokoju nauczycielskim. Co samo w sobie nie było

dziwne; każdy wie, że czas, choć bezlitosny, jest wyjątkowo plastyczny.

Zrobiłem tę dziewczynę kaleką, myślałem. Wsadziłem ją z powrotem na wózek

inwalidzki.

Kiedy tego popołudnia zszedłeś tymi schodami ze spiżarni, nie wiedziałeś nawet, kto

to jest Carolyn Poulin, więc nie bądź osioł, tłumaczyłem sobie. Poza tym może gdzieś tam

nadal chodzi o własnych siłach. Może przejście przez tę dziurę stwarza alternatywne

rzeczywistości, strumienie czasu albo inne takie.

Carolyn Poulin odbierająca dyplom w wózku inwalidzkim. W roku, kiedy „Hang On,

Sloopy” The McCoys była na pierwszym miejscu listy przebojów.

Carolyn Poulin spacerująca w swoim pełnym liliowców ogródku w 1979 roku, kiedy

największym przebojem było „Y.M.C.A.”. The Village People; co jakiś czas przyklękająca na

jedno kolano, żeby pielić chwasty, potem podrywająca się i idąca dalej.

Carolyn Poulin z tatą w lesie, mająca wkrótce zostać kaleką.



Carolyn Poulin z tatą w lesie, mająca wkrótce zostać zwyczajną nastolatką z małego

miasteczka. Zastanawiałem się, gdzie była w tamtym strumieniu czasu, kiedy radio i telewizja

podały, że trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych został zastrzelony w Dallas.

John Kennedy może przeżyć. Możesz go ocalić, Jake.

A czy to naprawdę zmieniłoby sytuację na lepsze? Gwarancji nie było.

„Czułem się jak człowiek, który próbuje się wyswobodzić z nylonowej pończochy”.

Zamknąłem oczy i zobaczyłem kartki sfruwające z kalendarza - oklepany łącznik

między scenami stosowany w starych filmach. Wylatywały przez okno mojej sypialni niczym

ptaki.

Zanim zasnąłem, przyszła jeszcze jedna myśl: głupkowaty drugoklasista z jeszcze

bardziej głupkowatą kępką zarostu na podbródku, szczerzący się radośnie i mamroczący

„Harry Kic-Żabka po u-licy kica”. I Harry powstrzymujący mnie, kiedy chciałem dzieciaka

przywołać do porządku. „Nie, nie ma co - powiedział. - Przywykłem”.

I wtedy powalił mnie sen.

Kiedy się obudziłem, było już jasno, ptaki ćwierkały, a ja ocierałem twarz dłońmi,

pewien, że tuż przed przebudzeniem płakałem. Coś mi się śniło i choć nie pamiętałem co, sen

musiał być bardzo smutny, bo nie można o mnie powiedzieć, że jestem skłonny do płaczu.

Suche policzki. Ani śladu łez.

Przekręciłem głowę na poduszce, żeby spojrzeć na zegar na stoliku nocnym, i

zobaczyłem, że jest za dwie szósta. Zapowiadał się piękny czerwcowy poranek, a szkoła się

skończyła. Pierwszy dzień letnich wakacji zazwyczaj jest dla nauczycieli tak radosny jak dla

uczniów, ale mnie było smutno. Smutno. I nie tylko dlatego, że musiałem dokonać trudnego

wyboru.

W połowie drogi pod prysznic do głowy wskoczyły mi trzy słowa: Kowabunga,

Buffalo Bobie!

Zatrzymałem się, nagi i wpatrzony w moje szeroko otwarte oczy w lustrze nad

komodą. Teraz pamiętałem ten sen i nic dziwnego, że obudziłem się smutny. Śniło mi się, że

byłem w pokoju nauczycielskim i sprawdzałem prace dorosłych uczniów, podczas gdy na sali

gimnastycznej w głębi korytarza kolejny mecz szkolnej ligi koszykówki zbliżał się do

kolejnej syreny końcowej. Moja żona była świeżo po odwyku. Miałem nadzieję, że po

powrocie zastanę ją w domu i nie będę musiał godzinę wisieć na telefonie, zanim ją znajdę i

wyciągnę z jakiejś speluny.

W tym śnie przełożyłem wypracowanie Harry'ego Dunninga na szczyt sterty i

zacząłem czytać: To nie był dzień, tylko noc. Noc, która odmieniła moje życie, to była noc,

kiedy ojciec zabił mamę moją i dwóch braci...

To z miejsca przykuło moją uwagę. Cóż, przykułoby uwagę każdego, nieprawdaż?

Jednak oczy zaczęły mnie piec, dopiero kiedy doszedłem do opisu, jak wówczas był ubrany.

Kiedy dzieci wychodzą w ten szczególny jesienny wieczór z pustymi torbami, w których mają

nadzieję przytaszczyć do domu słodkie łupy, po ich przebraniach zawsze można poznać, co

aktualnie jest na topie. Przed pięcioma laty chyba co drugi chłopak, który pukał do moich

drzwi, miał na nosie okulary à la Harry Potter i kalkomanię blizny w kształcie błyskawicy na

czole. Podczas mojej dziewiczej wyprawy na cukierkowe żebry wiele księżyców temu

szedłem po chodniku (mama, na moją usilną prośbę, trzymała się pięć kroków za mną) w

postukującym przebraniu szturmowca śnieżnego z „Imperium kontratakuje”. Czy było więc

takie zaskakujące, że Harry Dunning był w stroju trapera?

- Kowabunga, Buffalo Bobie - powiedziałem do mojego odbicia w lustrze i nagle

pobiegłem do gabinetu. Nie zachowuję wszystkich prac uczniów, nie robi tego żaden

nauczyciel - człowiek by w nich utonął! - ale kseruję najlepsze wypracowania. Są

znakomitymi pomocami naukowymi. Tekstu Harry'ego nigdy nie wykorzystałbym na lekcji,

był na to zdecydowanie zbyt osobisty, ale jeśli pamięć mnie nie myliła, mimo to go

skopiowałem, bo wywołał we mnie tak silne emocje. Wysunąłem dolną szufladę i zacząłem

się przekopywać przez kłąb teczek i luźnych kartek. Po piętnastu wyciskających pot minutach

znalazłem. Usiadłem za biurkiem i zacząłem czytać.

To nie był dzień, tylko noc. Noc, która odmieniła moje życie, to była noc, kiedy ojciec

zabił mamę moją i dwóch braci, a mnie pobił. Moją siostrę też pobił, tak bardzo, że była w

śpiączce. Trzy lata się nie budziła i w końcu umarła. Na imię jej było Ellen i bardzo ją

kochałem. Lubiła zrywać kwiatki i wkładać je w wazony. To, co się stało, było jak jaki horror.

Nigdy nie oglądam horrorów, bo jeden taki sam przeżyłem, w wieczór Halloween w 1958

roku.

Brat mój Troy był za duży, żeby chodzić zbierać cukierki (15). Oglądał telewizję z

mamą i powiedział, że pomoże nam zjeść cukierki, jak wrócimy, a Ellen mu na to, że nie,

niech się przebierze i sam zbiera, a co to, i wszyscyśmy się zaśmiali, bo kochaliśmy Ellen,

miała tylko 7 lat, ale była jak Lucille Ball, każdego potrafiła rozśmieszyć, nawet mojego ojca

(jeśli tylko był trzeźwy, po pijaku zawsze się wściekał). Przebrana była za księżniczkę

Summerfall Winterspring (sprawdziłem, tak to się pisze), a ja za Buffalo Boba, postacie z

HOWDY DOODY SHOW, który lubiliśmy oglądać. „Wiecie, dzieci, na co przyszedł czas?” i

„A co na to nasza galeria szyderców?”, i „Kowabunga, Buffalo Bobie!”. My z Ellen

kochaliśmy ten program. Ona najbardziej lubiła księżniczkę, ja Buffalo Boba, i oboje

uwielbialiśmy Howdy'ego! Chcieliśmy, żeby mój brat Tugga (na imię miał Arthur, ale wszyscy

wołali na niego Tugga, nie pamiętam dlaczego) przebrał się za „burmistrza Fineusa T.

Blistera”, ale on nie chciał, powiedział, że Howdy Doody to program dla małych dzieci, on

przebierze się za „Frankynsztajna”, chociaż Ellen powiedziała, że ta maska jest za straszna.

Pozatem Tugga czepiał się mnie o to, że biorę moją wiatrówkę Daisy, bo powiedział, że w

telewizji Buffalo Bob nie ma broni, a moja mama na to: „Weź ją, jeśli chcesz, Harry, to nie

jest prawdziwa strzelba ani nawet nie strzela zabawkowymi kulami, więc Buffalo Bob nie

miałby nic przeciwko”. To były ostatnie słowa, jakie do mnie powiedziała, i cieszę się, że były

miłe, bo potrafiła być surowa.

Szykowaliśmy się więc do wyjścia i powiedziałem poczekajcie sekundę, muszę do

łazienki, bo taki byłem podekscytowany Wszyscy się ze mnie śmiali, nawet mama i Troy na

kanapie, ale to, że poszedłem się wysikać, uratowało mi życie, bo właśnie wtedy przyszedł tata

z tym młotkiem. Ojciec po pijanemu wpadał w złość i nie zliczę, ile razy pobił moją mamę.

Kiedyś, jak Troy próbował go przekonać, żeby tego nie robił, tata złamał mu rękę. Wtedy

mało go nie zamknęli w więzieniu (mojego tatę, nie Troya). W czasach, o których piszę, moi

rodzice byli w „separacji” i mama myślała, żeby wziąć rozwód, ale w 1958 nie było z tym tak

łatwo jak teraz.

W każdym razie wszedł do domu, jak sikałem w łazience, i usłyszałem, jak mama moja

mówi „Zabieraj to stąd, nie wolno ci tu być”. I nagle zaczęła krzyczeć. A potem krzyczeli już

wszyscy.

Było tego więcej - trzy przerażające strony - ale nie ja musiałem to przeczytać.

Mimo że było kilka minut przed wpół do siódmej, odszukałem Ala w książce

telefonicznej i bez wahania wybrałem jego numer. Nie obudziłem go, jak się okazało. Odebrał

po pierwszym sygnale głosem tak zdartym i chropawym, że trudno go było zrozumieć;

bardziej przypominał szczekanie psa niż ludzką mowę.

- Hej, przyjacielu, ranny ptaszek z ciebie, co?

- Chcę ci coś pokazać. Wypracowanie ucznia. Nawet znasz tego, kto to napisał.

Powinieneś; masz jego zdjęcie na swojej Ścianie Sławy.

Zakaszlał, po czym powiedział:

- Mam tam dużo zdjęć, przyjacielu. Na jednym chyba nawet jest Frank Ancietti na

pierwszym Festiwalu Moxie. Daj choć podpowiedź.

- Wolę ci to pokazać. Mogę wpaść?

- Jeśli niestraszny ci widok mnie w szlafroku, proszę bardzo. Ale muszę cię od razu

spytać, teraz, kiedy miałeś okazję się z tym przespać. Podjąłeś decyzję?

- Chyba najpierw będę tam musiał zrobić coś innego.

Odłożyłem słuchawkę, zanim mógł zadać następne pytania.

W porannym świetle wpadającym przez okno salonu wyglądał fatalnie jak nigdy.

Biały szlafrok frotte wisiał na nim jak oklapły spadochron. Rezygnacja z chemioterapii

pozwoliła mu zachować włosy, ale były przerzedzone i cienkie jak u małego dziecka.

Wydawało się, że jego oczy zapadły się jeszcze głębiej w oczodoły. Przeczytał wypracowanie

Harry'ego Dunninga dwa razy, już miał je odłożyć, ale przeczytał raz jeszcze. Wreszcie

podniósł wzrok na mnie i powiedział:

- Jezusie Chrystusie Nazareński.

- Płakałem, kiedy to pierwszy raz czytałem.

- Nie dziwię się. Najbardziej mnie rusza ten fragment z wiatrówką Daisy. W latach

pięćdziesiątych reklamy wiatrówek Daisy były na ostatniej stronie okładki praktycznie

każdego komiksu. Każdy dzieciak w okolicy... przynajmniej każdy chłopak marzył tylko o

dwóch rzeczach: wiatrówce Daisy i czapce z szopa à la Davy Crockett. Ma rację, kul nie było,

nawet zabawkowych, ale myśmy wlewali do lufy trochę oliwki dla dzieci Johnson's. Potem,

kiedy wtłaczało się do wiatrówki powietrze i naciskało spust, wylatywał kłąb niebieskiego

dymu. - Znów spojrzał na skserowane kartki. - Sukinsyn zabił żonę i trójkę dzieci młotkiem?

Jeeezu!

Wziął i zaczął walić, napisał Harry. Pobiegłem z powrotem do salonu i ściany były

całe we krwi, a na kanapie było coś białego. To był mózg mojej mamy. Ellen leżała na

podłodze z nogami przywalonymi fotelem bujanym, krew jej ciekła z uszu i włosów. Wciąż

grał telewizor, leciał ten serial, co go mama lubiła, o Elerie Queenie, który rozwiązuje

przestępstwa.

Zbrodnia popełniona tego wieczoru w niczym nie przypominała bezkrwawych,

eleganckich zagadek, które rozwikływał Ellery Queen; to była rzeź. Dziesięcioletni chłopiec,

który musiał się wysikać przed wyprawą po cukierki, wrócił z łazienki w porę, by zobaczyć,

jak jego pijany, rozwścieczony ojciec rozwala głowę Arthurowi „Tugga” Dunningowi, który

próbował przeczołgać się do kuchni. Potem Dunning senior odwrócił się i spostrzegł

Harry'ego, który uniósł wiatrówkę Daisy i powiedział: „Nie ruszaj mnie, tato, bo cię

zastrzelę”.

Dunning rzucił się na chłopca i zamachnął się zakrwawionym młotkiem. Harry strzelił

z wiatrówki (słyszałem to „pa-paf!”, które musiała wydać, mimo że sam nigdy z takiej nie

strzelałem), po czym upuścił ją i uciekł do sypialni, którą dzielił z nieżyjącym już Tuggą.

Jego ojciec, wchodząc, zapomniał zamknąć drzwi wejściowe i gdzieś - „jakby strasznie

daleko”, napisał woźny - krzyczeli sąsiedzi i piszczały poprzebierane dzieci.

Dunning prawie na pewno zabiłby ostatniego żyjącego syna, gdyby nie potknął się o

przewrócony fotel bujany. Runął jak długi, wstał i pobiegł do pokoju młodszych synów.

Harry próbował się wczołgać pod łóżko. Ojciec wyciągnął go stamtąd i zadał mu cios w

skroń, który niechybnie zabiłby chłopaka, gdyby nie to, że dłoń Dunninga ześliznęła się z

zakrwawionego trzonka; zamiast roztrzaskać Harry'emu czaszkę, obuch tylko wgniótł jej

część nad prawym uchem.

Nie zemdlałem, ale niewiele brakowało. Próbowałem się wczołgać pod łóżko i prawie

nie czułem, jak uderzał mnie w nogę, ale robił to, złamał ją w czterech miejscach.

W tej chwili wbiegł sąsiad, który akurat chodził po osiedlu ze zbierającą słodycze

córką. Mimo krwawej jatki w salonie zachował dość przytomności umysłu, by wyszarpnąć

szuflę do węgla z kubełka obok żelaznego piecyka w kuchni. Przywalił nią Dunningowi w

potylicę, gdy ten próbował przewrócić łóżko i dopaść zakrwawionego, półprzytomnego syna.

Potem straciłem pszytomność jak Ellen, tylko że miałem szczęście i się ocknąłem.

Lekarze mówili, że może będą mi musieli ampuntować nogę, ale w końcu nie musieli.

Nie, nogi nie stracił i ostatecznie został woźnym w Lisbon High School, znanym

pokoleniom uczniów jako Harry Kic-Żabka. Czy dzieciaki byłyby dla niego milsze, gdyby

wiedziały, dlaczego kuleje? Pewnie nie. Choć emocjonalnie kruche i nadzwyczaj wrażliwe,

nastolatki cierpią na niedostatek empatii. Ona przychodzi z wiekiem, jeśli w ogóle.

- Październik 1958 roku - powiedział Al swoim ostrym, szczekającym głosem. - Mam

uwierzyć, że to zbieg okoliczności?

Przypomniałem sobie, co powiedziałem nastoletniej wersji Franka Anciettiego o

opowiadaniu Shirley Jackson, i uśmiechnąłem się.

- Czasem cygaro to tylko cygaro, a zbieg okoliczności to tylko zbieg okoliczności.

Wiem tylko, że mówimy o kolejnym przełomowym momencie.

- Dlaczego nie znalazłem nic na ten temat w „Enterprise”?

- To nie stało się tutaj, tylko w Derry, na północy stanu. Kiedy Harry doszedł do siebie

i wypisali go ze szpitala, zamieszkał u wujostwa w Haven, jakieś czterdzieści kilometrów na

południe od Derry. Adoptowali go i gdy stało się oczywiste, że w szkole nie nadąża, dali mu

pracę na rodzinnej farmie.

- Brzmi jak „Oliver Twist”.

- Nie, byli dla niego dobrzy. Zważ, że w tamtych czasach nie było zajęć

wyrównawczych i nie wymyślono jeszcze określenia „niepełnosprawny intelektualnie”...

- Wiem - powiedział Al cierpko. - W tamtych czasach „niepełnosprawny

intelektualnie” znaczy tyle, że jesteś jełopem, matołem albo po prostu przygłupem.

- Ale on nie był taki wtedy i nie jest teraz. Nie całkiem. Jeśli były jakieś uszkodzenia

neurologiczne, to się zagoiły. Myślę, że to był przede wszystkim skutek szoku, wiesz?

Przeżytej traumy. Minęło wiele lat, zanim doszedł do siebie po tamtym wieczorze, a wtedy na

szkołę było już za późno.

- Przynajmniej dopóki nie zapisał się do zaocznej, a wówczas był już w mocno

średnim wieku. - Al pokręcił głową. - Zmarnowane życie.

- Nonsens - zaprotestowałem. - Dobrze przeżyte życie nigdy nie jest zmarnowane. Czy

mogło być lepsze? Tak. Czy mogę sprawić, żeby takie było? Sądząc po tym, co stało się

wczoraj, być może, ale tak naprawdę nie o to chodzi.

- A o co? Bo mnie to wygląda na powtórkę z Carolyn Poulin, a tamta sprawa przecież

udowodniła wszystko, co było do udowodnienia. Tak, można zmienić przeszłość. I nie, świat

nie pęka jak balon, kiedy to robisz. Nalałbyś mi kawy, Jake? Sobie też przy okazji. Jest

gorąca, dobrze ci zrobi.

Nalewając kawę, zobaczyłem kilka słodkich bułek. Kiedy zaproponowałem jedną

Alowi, pokręcił głową.

- Boli, kiedy przełykam stałe pokarmy. Jeśli koniecznie chcesz wmusić we mnie

trochę kalorii, w lodówce jest sześciopak odżywki Ensure. Smakuje jak schłodzone gluty, ale

jakoś się przemogę.

Kiedy przyniosłem to w jednym z kieliszków do wina, które wypatrzyłem w jego

kredensie, zaśmiał się głośno.

- Myślisz, że to poprawi smak?

- Może. Jeśli wmówisz sobie, że to pinot noir.

Wypił połowę i widziałem, jak walczy z mdłościami. Ten bój wygrał, ale odsunął

kieliszek od siebie i sięgnął po kubek z kawą. Nie pił, objął go tylko dłońmi, jakby chciał się

od niego rozgrzać. Widząc to, zrewidowałem swoją prognozę tego, ile czasu mu zostało.

- A zatem - powiedział - dlaczego ten przypadek jest inny?

Gdyby nie był tak ciężko chory, sam by dostrzegł. Był inteligentny.

- Carolyn Poulin nie była dobrym królikiem doświadczalnym. Nie uratowałeś jej

życia, Al, tylko nogi. Jej dalsze losy potoczyły się dobrze, ale zupełnie normalnie, w obu

wersjach, tej, w której Cullum ją postrzelił, i tej, w której interweniowałeś. Ani tu, ani tu nie

wyszła za mąż. Nie miała dzieci. To tak jak... - szukałem właściwych słów - ...nie obraź się,

Al, ale to, co zrobiłeś, było jak uratowanie chorego wyrostka robaczkowego. Wyrostek

świetnie na tym wyszedł, lecz nigdy nie ma z niego większego pożytku, nawet jeśli jest

zdrowy. Rozumiesz, do czego piję?

- Tak. - Miałem jednak wrażenie, że lekko się obruszył. - Uznałem, że nikogo

lepszego od Carolyn Poulin nie znajdę, przyjacielu. W moim wieku człowiek nie ma dużo

czasu, nawet jeśli jest zdrowy. Miałem na oku ważniejszy cel.

- Ja cię nie krytykuję. Ale przypadek rodziny Dunningów powie nam więcej, bo to nie

tylko jedna sparaliżowana dziewczynka, jakkolwiek straszne to musiało być dla niej i jej

rodziny. Mówimy tu o czterech zamordowanych ludziach i piątym okaleczonym na całe

życie. Poza tym znamy go. Kiedy zdał zaoczną maturę, zabrałem go do twojego baru na

hamburgera i jak zobaczyłeś jego togę i biret, zapłaciłeś za nas. Pamiętasz?

- Uhm. Wtedy zrobiłem mu zdjęcie.

- Jeśli to się uda... jeśli nie dopuszczę, żeby jego stary złapał ten młotek... myślisz, że

to zdjęcie nadal tam będzie?

- Nie wiem - powiedział Al. - Może nie. Może nawet nie będę pamiętał, że w ogóle

tam było.

To już były jak dla mnie trochę zbyt teoretyczne rozważania.

- Pomyśl też o trójce pozostałych dzieci, o Troyu, Ellen i Tugdze. Jeśli dożyją wieku

dorosłego, założą rodziny. A Ellen może zostanie sławną komiczką. Czy nie napisał, że była

zabawna jak Lucille Ball? - Wychyliłem się do przodu. - Chodzi mi tylko o to, żeby mieć

lepszy przykład tego, co się dzieje po zmianie chwili przełomowej. Muszę to wiedzieć, zanim

zacznę majstrować przy czymś tak ważnym jak zabójstwo Kennedy'ego. Co ty na to, Al?

- Rozumiem cię. - Dźwignął się na nogi. Przykro było na niego patrzeć, ale kiedy

zacząłem się podnosić, odpędził mnie machnięciem ręki. - Nie, siedź tam. Mam coś dla

ciebie. W drugim pokoju. Przyniosę.

To było blaszane pudełko. Podał mi je i kazał zanieść do kuchni. Powiedział, że

łatwiej będzie rozłożyć wszystko na stole. Kiedy usiedliśmy, otworzył pudełko kluczykiem,

który nosił na szyi. Najpierw wyjął grubą szarą kopertę. Wytrząsnął z niej stertę banknotów.

Podniosłem jeden i obejrzałem z podziwem. To była dwudziestka, ale na awersie, zamiast

Andrew Jacksona, zobaczyłem Grovera Clevelanda, którego zapewne nikt nie umieściłby w

pierwszej dziesiątce najwybitniejszych amerykańskich prezydentów. Na rewersie były

lokomotywa i parowiec, które wyglądały jak uchwycone na moment przed zderzeniem pod

słowami FEDERAL RESERYE NOTE.

- To wygląda jak pieniądze z Monopoly.

- Ale są prawdziwe. I nie ma tego tak dużo, jak ci się pewnie wydaje, bo najwyższy

nominał to dwudziestka. Dziś, kiedy byle tankowanie może cię wynieść trzydzieści,

trzydzieści pięć dolarów, pięćdziesiątka nie robi wrażenia nawet w małych sklepikach. W

tamtych czasach jest inaczej, a nie chcesz robić wrażenia.

- To twoja kasa z hazardu?

- Częściowo. Głównie to moje oszczędności. Od pięćdziesiątego ósmego do

sześćdziesiątego drugiego pracowałem jako kucharz, tak jak tutaj, a samotny facet może

sporo odłożyć, zwłaszcza jeśli nie zadaje się z drogimi kobietami. A tego nie robiłem. Zresztą

z tanimi też nie. Byłem w dobrych stosunkach z każdym i nie zbliżałem się do nikogo. Tobie

radzę to samo. I w Derry, i w Dallas, jeśli się tam wybierzesz. - Trącił pieniądze chudym


Date: 2015-12-17; view: 219


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 7 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 9 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.025 sec.)