Home Random Page


CATEGORIES:

BiologyChemistryConstructionCultureEcologyEconomyElectronicsFinanceGeographyHistoryInformaticsLawMathematicsMechanicsMedicineOtherPedagogyPhilosophyPhysicsPolicyPsychologySociologySportTourism






ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 7 page

rozmowę od zapewnienia, że do północy wytrzyma, lecz wystarczył rzut oka na niego, by

stwierdzić, że to był nadmiar optymizmu.

Zaniosłem szklanki do kuchni, opłukałem je i postawiłem na suszarce. Czułem się,

jakbym miał w czole lej tornada. Zamiast krów, sztachet i strzępów papieru wciągał i

wprawiał w wir nazwiska: Lee Oswald, Bobby Oswald, Marina Oswald, Edwin Walker, Fred

Hampton, Patty Hearst. Były w tym leju także jasne akronimy, krążące wkoło niby

chromowane emblematy zerwane z masek luksusowych samochodów: JFK, RFK, MLK.

Cyklon miał nawet dźwięk, dwa słowa powtarzane raz po raz: pachoda, suka.

Chodźże, suko.

- Ile mam czasu na decyzję? - spytałem.

- Mało. Bar zwija się z końcem miesiąca. Rozmawiałem z prawnikiem, czy nie dałoby

się grać na zwłokę, oddać sprawy do sądu czy coś, ale nie robił mi nadziei. Widziałeś kiedyś

w sklepie meblowym napis LIKWIDACJA SKLEPU, WYPRZEDAŻ WSZYSTKIEGO?

- Jasne.

- W dziewięciu przypadkach na dziesięć to bujda, chwyt marketingowy, ale to jest ten

dziesiąty przypadek. Bo nie jakiś byle sklepik „wszystko za dolara” pcha się na moje miejsce,

nie, to Bean's, a jeśli chodzi o handel detaliczny w Maine, L.L. Bean jest największą małpą w

dżungli. Pierwszego lipca bar zniknie jak Enron. Ale nie to jest najważniejsze. Pierwszego

lipca może już mnie nie być. Mogę się przeziębić i po trzech dniach umrzeć na zapalenie

płuc. Mogę dostać zawału albo udaru. Albo niechcący się zabić tym cholernym oxycontinem.

Pielęgniarka, która tu do mnie przychodzi, codziennie pyta, czy uważam, żeby nie

przedawkować, a ja uważam, owszem, ale widzę, że i tak się boi, że któregoś ranka przyjdzie

i zastanie mnie martwego, zapewne przez to, że się naćpam i stracę rachubę. Poza tym pigułki

utrudniają oddychanie, a płuca mi nawalają. W dodatku dużo straciłem na wadze.

- Serio? Nie zauważyłem.

- Nie bądź mądrala, nikt takich nie lubi, przyjacielu... przekonasz się w moim wieku.

W każdym razie chcę, żebyś zabrał to razem z zeszytem. - Podał mi klucz. - To do baru. Jeśli

jutro zadzwonisz i usłyszysz od pielęgniarki, że w nocy mi się zmarło, będziesz musiał

działać szybko. Oczywiście, o ile zdecydujesz się działać.

- Al, chyba nie planujesz...

- Po prostu staram się być ostrożny. To ważna sprawa, Jake. Dla mnie nie ma

ważniejszej. Jeśli kiedykolwiek chciałeś zmienić świat, teraz masz szansę. Ocal Kennedy'ego,



ocal jego brata. Ocal Martina Luthera Kinga. Zapobiegnij zamieszkom rasowym. Może nawet

Wietnamowi. - Wychylił się do przodu. - Pozbądź się jednego żałosnego przybłędy, a może

ocalisz miliony istnień ludzkich.

- Świetna gadka reklamowa - powiedziałem - ale klucz mi niepotrzebny. Jutro po

wschodzie słońca nadal będziesz jechał dużym niebieskim autobusem.

- Na dziewięćdziesiąt pięć procent. To za mało. Weź ten cholerny klucz.

Wziąłem ten cholerny klucz i schowałem do kieszeni.

- Teraz dam ci odpocząć.

- Jeszcze jedna sprawa, zanim pójdziesz. Muszę ci opowiedzieć o Carolyn Poulin i

Andym Cullumie. Usiądź, Jake. To zajmie kilka minut.

Nie usiadłem.

- Nie ma mowy. Jesteś wykończony. Musisz się przespać.

- Wyśpię się po śmierci. Siadaj.

Po odkryciu, jak to nazywał, króliczej nory, opowiadał Al, z początku zadowalał się

korzystaniem z niej do robienia zakupów, postawienia paru zakładów u buka, którego znalazł

w Lewiston, i pomnażania zasobów gotówki z lat pięćdziesiątych. Od czasu do czasu robił

sobie urlop w środku tygodnia i jeździł nad jezioro Sebago, obfite w ryby, które były i

smaczne, i zdrowe. Ludzi niepokoił opad promieniotwórczy z prób broni atomowej,

wytłumaczył, ale obawy przed zatruciem rtęcią były jeszcze odległą przyszłością. Nazywał te

wypady (zwykle na wtorek i środę, ale czasem zostawał aż do piątku) swoimi miniwakacjami.

Pogoda zawsze była dobra (bo zawsze była ta sama pogoda), a ryby brały jak marzenie

(pewnie co najmniej część z nich złowił po kilka razy).

- Doskonale wiem, co o tym wszystkim sądzisz, Jake, bo przez pierwszych kilka lat

sam byłem w szoku. Chcesz wiedzieć, co najbardziej rozwala? Kiedy w czasie najgorszej

styczniowej zawiei schodzisz tymi schodami w jasne wrześniowe słońce. Pogoda na krótki

rękaw, mam rację?

Skinąłem głową i kazałem mu mówić dalej. Lekkie rumieńce, które miał na

policzkach, kiedy przyszedłem, zniknęły bez śladu i znów nieprzerwanie kaszlał.

- Ale jeśli dać człowiekowi trochę czasu, do wszystkiego się przyzwyczai, i kiedy

szok w końcu zaczął mijać, naszła mnie myśl, że znalazłem tę starą króliczą norę z jakiegoś

powodu. Wtedy zacząłem myśleć o Kennedym. Tyle że uczepiło się mnie to samo pytanie co

ciebie: czy można zmienić przeszłość? Nie interesowały mnie konsekwencje, przynajmniej na

początku, tylko czy w ogóle da się to zrobić. Podczas jednego z wypadów nad Sebago

wziąłem nóż i na drzewie koło domku, w którym mieszkałem, wyryłem AL T. Z 2007. Jak

tylko wróciłem tutaj, wskoczyłem do samochodu i pojechałem nad jezioro Sebago. Domki, w

których się zatrzymywałem, zniknęły; teraz stoi tam hotel turystyczny. Ale drzewo nadal jest.

Razem z tym, co na nim wyryłem. Napis jest stary, wygładzony, lecz wciąż widoczny: AL T.

Z 2007. Przekonałem się więc, że można to zrobić. Dopiero wtedy pomyślałem o efekcie

motyla.

W tamtych czasach Falls miało swoją gazetę, „Lisbon Weekly Enterprise”, a w 2005

roku biblioteka zeskanowała wszystkie swoje mikrofilmy na komputer. To przyspiesza pracę,

zdecydowanie. Szukałem wypadku jesienią albo wczesną zimą 1958 roku. Wypadku

określonego typu. Doszedłbym aż do początku 1959, gdyby było trzeba, ale znalazłem to,

czego szukałem, piętnastego listopada 1958 roku. Dwunastoletnia Carolyn Poulin była na

polowaniu z ojcem za rzeką, w części Durham, która nazywa się Bowie Hill. Koło drugiej

tego popołudnia, to była sobota, w tym samym sektorze lasu Andrew Cullum, myśliwy,

strzelił do jelenia. Chybił jelenia, trafił dziewczynkę. Wiesz, to daje do myślenia. Oswald

strzelił do generała Walkera z niecałych stu, może nawet sześćdziesięciu metrów. Kula trąciła

listwę pośrodku okna i chybiła. Kula, która sparaliżowała małą Poulin, przeleciała ponad

czterysta metrów, dwa razy dalej niż ta, która zabiła Kennedy'ego, i ominęła wszystkie

gałęzie i pnie po drodze. Gdyby choć trąciła jakąś gałązkę, dziewczynce prawie na pewno nic

by się nie stało. Dlatego jasne, to daje do myślenia.

Słuchałem i po raz pierwszy przebiegło mi przez myśl stwierdzenie: „Życie zmienia

się w mgnieniu oka”. Al złapał następną podpaskę, zakaszlał, splunął, wyrzucił ją do kosza.

Potem wziął głęboki oddech i mówił dalej. Nie próbowałem go powstrzymać. Znów byłem

zafascynowany.

- Wpisałem jej nazwisko do bazy danych „Enterprise” i wyskoczyło jeszcze kilka

artykułów o niej. Skończyła Lisbon High School w 1965 roku, rok później niż reszta jej klasy,

ale dała radę... i dostała się na Uniwersytet Stanu Maine. Na ekonomię. Została księgową.

Mieszka w Gray, niecałe piętnaście kilometrów od jeziora Sebago, nad którym spędzałem

swoje miniwakacje, i do dziś pracuje na zlecenia. Zgadniesz, kto jest jednym z jej

największych klientów?

Pokręciłem głową.

- John Crafts, tak, ten nasz, z Falls. Squiggy Wheaton, jeden ze sprzedawców, jest

stałym klientem baru i kiedy któregoś dnia mi powiedział, że mają roczny remanent i że „pani

od liczenia słupków” przegląda księgi, zaraz postanowiłem tam podjechać i na nią zerknąć.

Ma teraz sześćdziesiąt pięć lat i... wiesz, że niektóre kobiety w tym wieku potrafią być

naprawdę piękne?

- Tak - powiedziałem. Myślałem o matce Christy, której uroda w pełni rozkwitła

dopiero po pięćdziesiątce.

- Tak właśnie jest z Carolyn Poulin. Ma twarz klasyczną, jaka zachwyciłaby malarza

sprzed dwustu, trzystu lat, i długie śnieżnobiałe włosy rozpuszczone na plecy.

- Coś czuję, że się zakochałeś, Al.

Zostało mu dość sił, żeby pokazać mi środkowy palec.

- I jest w doskonałej formie... cóż, czego innego się spodziewać po samotnej kobiecie,

która dzień w dzień musi dźwigać się z wózka i na wózek, wsiadać i wysiadać ze specjalnie

przystosowanego vana, którym jeździ. Nie wspomnę o wchodzeniu i wychodzeniu z łóżka,

spod prysznica i tak dalej. I daje sobie z tym wszystkim radę, Squiggy twierdzi, że jest

całkowicie samodzielna. Byłem pod wrażeniem.

- Dlatego postanowiłeś ją uratować. Jako eksperyment.

- Jeszcze raz wszedłem w króliczą norę, tyle że tym razem zostałem w domku nad

Sebago ponad dwa miesiące. Powiedziałem właścicielowi, że odziedziczyłem trochę

pieniędzy po zmarłym wujku. Radzę, żebyś to sobie zapamiętał, przyjacielu. Bajka o starym,

bogatym wujku jest niezawodna. Wszyscy w nią wierzą, bo każdy chciałby takiego mieć.

Przychodzi więc ten dzień, piętnasty listopada 1958 roku. Poulinów zostawiam w spokoju.

Zważywszy na mój pomysł powstrzymania Oswalda, dużo bardziej interesuje mnie Cullum,

sprawca. Jego też sprawdziłem i ustaliłem, że mieszkał niedaleko od Bowie Hill i starej hali

widowiskowej Grange Hall w Durham. Myślałem, że pojadę tam, zanim wyruszy do lasu. Nie

całkiem tak to wyszło.

Wyjechałem z domku nad Sebago bardzo wcześnie i dobrze zrobiłem, bo po

przejechaniu kilometra mój wynajęty wóz złapał kapcia. Założyłem koło zapasowe i choć

wydawało się, że wszystko z nim w porządku, kawałek dalej ono też siadło.

Zabrałem się okazją na stację Esso w Naples, gdzie mechanik oznajmił, że ma za dużo

roboty, żeby jechać zmienić koło w czyimś wynajętym chevrolecie. Chyba był wkurzony, że

ominęło go sobotnie polowanie. Dwudziestodolarowy napiwek przekonał go do zmiany

zdania, ale do Durham dotarłem dopiero po południu. Jechałem starą Runaround Pond Road,

bo tamtędy jest najszybciej, i nie zgadniesz, co się stało. Most na Chuckle Brook zwalił się w

cholerę do wody. Duże czerwono-białe bariery, lampy ostrzegawcze, wielka pomarańczowa

tablica z napisem DROGA ZAMKNIĘTA. Do tego czasu zdążyłem się domyślić, co jest

grane, i miałem paskudne przeczucie, że moje plany na ten dzień wezmą w łeb.

Przypominam, wyruszyłem o ósmej rano, tak na wszelki wypadek, i pokonanie trzydziestu

kilometrów zajęło mi ponad cztery godziny. Nie dałem jednak za wygraną. Zamiast tego

pojechałem okrężną trasą, Methodist Church Road, wyciskając z wynajętego rzęcha ile Bozia

dała, wzbijając za sobą długi pióropusz pyłu; w tamtych czasach wszystkie drogi w tej

okolicy są nieutwardzone.

No dobra, widzę więc tu i ówdzie samochody zaparkowane na poboczach albo u

wylotu leśnych dróg, widzę też myśliwych z lufami strzelb przełamanymi na przedramieniu.

Każdy z nich pozdrawiał mnie gestem ręki, w pięćdziesiątym ósmym ludzie są bardziej

przyjaźni, bez dwóch zdań. Ja też im machałem, ale tak naprawdę czekałem tylko, kiedy

znowu złapię gumę. Albo koło w cholerę eksploduje. Wtedy pewnie wpadłbym do rowu, bo

prułem co najmniej setką. Pamiętam, jeden z myśliwych dawał mi znaki podniesionymi

dłońmi, żebym zwolnił, ale nie zwracałem na to uwagi.

Na pełnym gazie wjechałem na Bowie Hill i zaraz za starym domem zebrań kwakrów,

przy cmentarzu, zobaczyłem zaparkowanego pikapa. Na drzwiach miał wymalowane

USŁUGI BUDOWLANE I STOLARSKIE POULIN. W środku nikogo. Poulin z córką byli w

lesie, może siedzieli gdzieś na polanie, jedli kanapki i rozmawiali, tak jak ojciec rozmawia z

córką. A przynajmniej jak sobie wyobrażam, że rozmawiają, bo sam nigdy nie miałem...

Kolejny długi atak kaszlu zakończony okropnym, wilgotnym odcharknięciem.

- Kurde, ale to boli - stęknął.

- Al, musisz przestać.

Potrząsnął głową i grzbietem dłoni starł z dolnej wargi plamę krwi.

- Przede wszystkim muszę to z siebie wyrzucić, więc zamknij się i daj mi mówić.

Długo wpatrywałem się w tego pikapa, wciąż prując setką, i kiedy znów spojrzałem przed

siebie, zobaczyłem, że w poprzek drogi leży drzewo. Wyhamowałem dosłownie w ostatniej

chwili. Nie było duże, a zanim dobrał się do mnie rak, byłem dość silny. Poza tym strasznie

się wkurzyłem. Wysiadłem i zacząłem się z nim mocować. Kiedy to robiłem, a kląłem przy

tym jak szewc, z naprzeciwka nadjechał samochód. Wysiada facet w pomarańczowej

kamizelce myśliwego. Nie wiem na pewno, czy to ten, którego szukam, czy nie, w

„Enterprise” nie opublikowali jego zdjęcia... ale wiek na oko się zgadza.

Mówi: „Pozwól, że ci pomogę, chłopie”.

Wielkie dzięki - odpowiadam i podaję mu rękę. - Bill Laidlaw.

Ściska moją grabę i przedstawia się: „Andy Cullum”. Czyli to on. Po wszystkich

moich perypetiach w drodze do Durham ledwo mogłem uwierzyć. Czułem się, jakbym wygrał

na loterii. Wspólnymi siłami podciągnęliśmy drzewo. Potem usiadłem na drodze i złapałem

się za serce. Spytał, czy nic mi nie jest. „Cóż, nie wiem - mówię. - Nigdy nie miałem ataku

serca, ale to może być to”. I dlatego pan Andy Cullum w to listopadowe popołudnie nie

wybrał się na polowanie i nie postrzelił małej dziewczynki. Był zajęty wiezieniem biednego

starego Billa Laidlawa do szpitala w Lewiston.

- Udało ci się? Naprawdę?

- A żebyś wiedział. W szpitalu powiedziałem, że zjadłem na lunch wielgachną

kanapkę, wtedy nazywali takie włoskimi... diagnoza brzmiała: „ostra niestrawność”.

Zapłaciłem dwadzieścia pięć dolarów gotówką i mnie wypuścili. Cullum czekał i zabrał mnie

z powrotem do mojego wypożyczonego samochodu, to się nazywa życzliwość, co? Jeszcze

tego wieczoru wróciłem do 2011 roku... tylko że oczywiście tutaj minęły tylko dwie minuty.

Kurde, takie numery rozregulują ci zegar wewnętrzny lepiej niż lot na drugi koniec świata.

Pierwsze, co zrobiłem, to pojechałem do biblioteki miejskiej i jeszcze raz

przeczytałem artykuł o uroczystym rozdaniu świadectw ukończenia szkoły średniej w 1965

roku. Przedtem było w nim zdjęcie Carolyn Poulin. Ówczesny dyrektor, Earl Higgins, już

dawno przeniósł się na łono Abrahama, schylał się, żeby wręczyć jej dyplom, ona siedziała w

wózku inwalidzkim, ubrana w togę i biret. Podpis pod zdjęciem głosił: „Carolyn Poulin

osiąga ważny cel na swojej długiej drodze do wyzdrowienia”.

- Nadal tam było?

- Artykuł o rozdaniu świadectw, owszem, jakżeby inaczej. Ceremonia ukończenia

szkoły zawsze trafia na pierwszą stronę małomiasteczkowej gazety, przecież wiesz,

przyjacielu. Tyle że kiedy wróciłem z pięćdziesiątego ósmego roku, zdjęcie pokazywało

stojącego na mównicy chłopaka nieudolnie obciętego na bitelsa, a podpis brzmiał: „Najlepszy

uczeń, Trevor »Buddy« Briggs, wygłasza mowę do abiturientów”. Podali nazwiska

wszystkich absolwentów... było ich może ze stu... i nie było wśród nich Carolyn Poulin.

Sprawdziłem więc artykuł o rozdaniu świadectw w 1964 roku, kiedy to normalnie

ukończyłaby szkołę, gdyby nie była zajęta dochodzeniem do siebie po postrzale w kręgosłup.

I proszę bardzo. Żadnego zdjęcia, żadnego wyróżnienia, ale była wymieniona między

Davidem Plattem a Stephanie Routier.

- Ot, jeszcze jeden dzieciak maszerujący w rytm marsza Elgara, co?

- No właśnie. Potem wpisałem jej nazwisko do wyszukiwarki „Enterprise” i

wyskoczyło parę informacji z późniejszych lat. Niewiele, trzy albo cztery. Tyle, ilu można się

spodziewać w przypadku zwyczajnej kobiety żyjącej zwyczajnym życiem. Dostała się na

uniwersytet stanowy, skończyła zarządzanie, robiła studia uzupełniające w New Hampshire.

Znalazłem jeszcze jeden artykuł z 1979 roku, niedługo potem „Enterprise” się zwinęło.

ABSOLWENTKA

LHS

WYGRYWA

OGÓLNOKRAJOWY

KONKURS

NA

NAJŁADNIEJSZEGO LILIOWCA, taki miał tytuł. Było jej zdjęcie, stała na dwu zdrowych

nogach, z nagrodzonym liliowcem. Mieszka... mieszkała... nie wiem, która forma jest

właściwa, może obie... w małej mieścinie pod Albany w stanie Nowy Jork.

- Ma męża? Dzieci?

- Nie sądzę. Na zdjęciu trzyma nagrodzonego liliowca i na lewej dłoni nie ma

obrączki. Wiem, co sobie myślisz: poza tym, że może chodzić, niewiele się zmieniło. Tylko

czy aby na pewno? Mieszkała gdzie indziej i wywarła wpływ na życie innych ludzi, kto wie

jak wielu. Takich, których by nie poznała, gdyby Cullum ją postrzelił i została w Falls.

Rozumiesz, co mam na myśli?

Rozumiałem tyle, że tak naprawdę nie można mieć pewności w jedną ani w drugą

stronę, ale się z nim zgodziłem. Głównie dlatego, że chciałem skończyć tę rozmowę, zanim

zasłabnie. I zamierzałem odprowadzić go do łóżka, zanim wyjdę.

- Chodzi mi o to, Jake, że owszem, możesz zmienić przeszłość, ale to nie takie proste,

jak się wydaje. Tamtego ranka czułem się jak człowiek, który próbuje się wyswobodzić z

nylonowej pończochy. To się rozciągała, to znowu zaciskała z powrotem. W końcu jednak

udało mi się ją rozerwać.

- Dlaczego to miałoby być trudne? Bo przeszłość nie chce, żeby ją zmieniać?

- Coś nie chce, żeby ją zmieniać, tego jestem raczej pewien. Ale to da się zrobić. Jeśli

weźmiesz poprawkę na ten opór, to da się zrobić. - Al patrzył na mnie oczami błyszczącymi

w wymizerowanej twarzy. - Ogólnie biorąc, historia Carolyn Poulin ma finał „i żyła długo i

szczęśliwie”, zgodzisz się?

- Tak.

- Zajrzyj na trzecią stronę okładki zeszytu, który ci dałem, a może zmienisz zdanie.

Jest tam coś, co sobie dzisiaj wydrukowałem.

Odchyliłem okładkę i zobaczyłem tekturową kieszonkę, taką na notatki i wizytówki.

Tkwiła w niej złożona kartka. Wyjąłem ją, rozłożyłem i długo się w nią wpatrywałem. To

była wydrukowana z komputera pierwsza strona „Weekly Lisbon Enterprise”. Pod tytułem

widniała data osiemnasty czerwca 1965. Nagłówek głosił: ŚMIECH I ŁZY NA

POŻEGNANIE ABSOLWENTÓW LHS. Na zdjęciu łysy mężczyzna (z biretem wsuniętym

pod pachę, żeby nie spadł mu z głowy) pochylał się nad uśmiechniętą dziewczyną w wózku

inwalidzkim. Trzymał jej dyplom za jeden bok; ona za drugi. Podpis oznajmiał: „Carolyn

Poulin osiąga ważny cel na swojej długiej drodze do wyzdrowienia”.

Spojrzałem na Ala, zbity z tropu.

- Skoro zmieniłeś przyszłość i ocaliłeś tę dziewczynę, jak możesz to mieć?

- Każda podróż to reset, przyjacielu. Pamiętasz?

- O mój Boże! Kiedy wróciłeś, żeby powstrzymać Oswalda, wszystko, co zrobiłeś, by

uratować Carolyn Poulin, zostało wymazane.

- Tak... i nie.

- Jak to?

- Podróż w przeszłość, żeby ocalić Kennedy'ego, miała być ostatnią, ale wcale mi się

nie spieszyło do Teksasu. Bo i czemu? We wrześniu 1958 roku Królika Ozziego (tak

nazywali go inni marines) w ogóle nie ma w Ameryce. Zasuwa radośnie po południowym

Pacyfiku ze swoją jednostką, chroni demokrację w Japonii i na Formozie. Pojechałem więc do

ośrodka letniskowego Shadyside nad Sebago i siedziałem tam do piętnastego listopada.

Znowu. Jednak kiedy ten dzień nastał, wyszedłem jeszcze wcześniej niż poprzednio, i bardzo,

kurwa, dobrze, bo tym razem na dwóch kapciach się nie skończyło. Cholerny korbowód

przebił blok silnika wynajętego chevy. Ostatecznie zapłaciłem mechanikowi z Naples

sześćdziesiąt dolarów, żeby pożyczył mi na jeden dzień swój samochód, zostawiłem mu w

zastaw sygnet marines. Miałem kilka innych przygód, o których już nie będę opowiadał...

- Most w Durham nadal był zamknięty?

- Nie wiem, przyjacielu, nawet nie próbowałem tamtędy jechać. Tylko idiota nie uczy

się z przeszłości, takie jest moje zdanie. Ja nauczyłem się między innymi trasy, którą pojedzie

Andrew Cullum, więc nie tracąc ani chwili, pognałem mu na spotkanie. Drzewo leżało w

poprzek drogi, jak poprzednio, i znów mocowałem się z nim, kiedy zjawił się Cullum. No i

zaraz tak jak przedtem złapały mnie bóle w piersi. Odegraliśmy całą szopkę, Carolyn Poulin

spędziła niedzielę z tatą w lesie, a ja po paru tygodniach krzyknąłem, juhu!” i pociągiem

ruszyłem do Teksasu.

- To jakim cudem mam to zdjęcie, na którym dostaje dyplom?

- Bo każde wejście w głąb króliczej nory to reset.

Al tylko spojrzał na mnie, żeby sprawdzić, czy rozumiem. Po minucie zrozumiałem.

- To ja...?

- Zgadza się, przyjacielu. Tego popołudnia kupiłeś sobie piwo korzenne za dziesięć

centów. Jednocześnie posadziłeś Carolyn Poulin z powrotem na wózku inwalidzkim.

ROZDZIAŁ 4

Al dał się zaprowadzić do sypialni i nawet wymamrotał „Dzięki, przyjacielu”, kiedy

ukląkłem, żeby rozwiązać mu sznurówki i zdjąć buty. Postawił się, dopiero kiedy

zaproponowałem, że pomogę mu pójść do łazienki.

- Naprawa świata ważna rzecz, ale samodzielne chodzenie do kibla też jest ważne.

- Pod warunkiem że jesteś pewien, że dasz radę.

- Dziś tak, o to, co będzie jutro, będę się martwił jutro. Wracaj do domu, Jake. Zacznij

czytać zeszyt, jest tego dużo. Prześpij się z tym. Wpadnij rano i powiedz, co postanowiłeś.

Jeszcze tu będę.

- Na dziewięćdziesiąt pięć procent?

- Co najmniej dziewięćdziesiąt siedem. Ogólnie czuję się całkiem rześko. I tak

wytrzymałem dłużej, niż przypuszczałem. Samo to, że ci o tym opowiedziałem i w to

uwierzyłeś, zwaliło mi kamień z serca.

Nie byłem pewien, czy rzeczywiście w to uwierzyłem, nawet po mojej przygodzie

tego popołudnia, ale przemilczałem to. Życzyłem mu dobrej nocy, przypomniałem, żeby nie


Date: 2015-12-17; view: 225


<== previous page | next page ==>
ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 6 page | ZAPROTESTUJMY PRZECIWKO 8 page
doclecture.net - lectures - 2014-2017 year. Copyright infringement or personal data (0.025 sec.)